środa, 8 czerwca 2011

Jaskinia Małp (Ape Cave, WA) - Przygoda

Jak napisałam w poprzednim wpisie, łatwiejsza trasa w Jaskini Małp, choć ciekawa, nie zmęczyła nas w stopniu wystarczającym, w związku z tym postanowiliśmy sprawdzić jak wygląda trasa trudniejsza.

Już po kilku metrach na naszej drodze stanęły wielkie, wysokie na kika metrów,  rumowiska skalne, wcale nie takie łatwe do pokonania. Z pierwszym zmierzyliśmy się pełni entuzjazmu, który ulatniał się w miarę zalewającego nas potu z każdą kolejną przeszkodą, a końca ich nie było widać - i nie mam tu na myśli otaczających nas ciemności. 




Brnęliśmy jednak, mniej lub bardziej dzielnie, przed siebie licząc cały czas, że ta kupa kamieni to już na pewno ostatnia, a po niej będzie równiutki chodnik jak w części łatwiejszej. 


Ależ byliśmy naiwni! 


Nie zawróciliśmy, ponieważ trudniejsza część jaskini ma też wyjście na końcu, doszliśmy więc do wniosku, że już pewnie i tak niedaleko do wyjścia. 


O jakże się myliliśmy! 


Przynajmniej dwa razy mąż musiał mi pomóc bo nie dałabym rady, a ile razy przenosiliśmy, podciągaliśmy, podawaliśmy sobie Smyka to nawet nie zliczę. Cały czas musiał być ubezpieczany żeby nie doszło do jakiejś tragedii. 

Kiedy w pewnym momencie wypowiedziałam na głos nurtujące mnie i męża wątpliwości co do stosowności wyboru tej trasy, przestraszony już mocno Smyk rozpłakał się, więc przez resztę trasy robiliśmy dobrą minę do złej gry, udawaliśmy entuzjazm, przedstawialiśmy trudy jako najwaspanialszą przygodę, której wszyscy będą nam zazdrościć. 


Na szczęście w latarkach mieliśmy nowiutkie baterie, co nie było bez znaczenia ponieważ stanowiły one nasze jedyne źródło światła. A pałętaliśmy się w tych ciemnościach przez prawie trzy godziny.




Kiedy już wyszliśmy na światło dzienne, byliśmy mokrzy od zewnątrz – za sprawą kapiącej nam na głowy wody, oraz od wewnątrz – upoceni jak po niezłym treningu. Zakwasy miałam przez kilka kolejnych dni. 
Żeby było ciekawiej, wracając na parking (już górą, na powierzchni ziemi), przedzieraliśmy się przez zaspy śnieżne, i bardzo szybko mieliśmy też mokro w butach.
W końcu Smyk wysiadł i resztę drogi pokonał, jak zwykle pod koniec każdej wycieczki, niesiony przez tatę.




Zdecydowanie nie jest to tarsa dla dzieci, a dla wysportowanych, wytrzymałych osób, bardzo sprawnych fizycznie.
W tej części jaskini spotkaliśmy tylko dwie osoby.

Wakacje rozpoczęliśmy mocnym uderzeniem i nieźle daliśmy sobie w kość. Później wykazaliśmy się nieco większym rozsądkiem i nie ryzykowaliśmy już tak bardzo. 
O czym – c.d.n.

7 komentarzy:

Asia - mama Nadii pisze...

Ale powinniście być dumni z siebie :-) Daliście radę, a to była niebyle jaka przygoda ;-) Brawo :P

kasia.eire pisze...

uff, różnie mogło być, ale daliście radę. Dziwne, że Was nikt nie ostrzegł, że dzieckiem to raczej nie

kasia.eire pisze...

ja Ci tu jest na bloggerze, przyzywczaiłaś się?

Motylek pisze...

Asiu - Jestśmy dumni! Choć może nie z braku rozsądku...

Kasiu - Dobrze, że nic się nam nie stało. Tam nie było nikogo, kto mógłby nam cokolwiek powiedzieć czy ostrzec. Tak tutaj jest "w dziczy" - idziesz na własną odpowiedzialność, selekcja naturalna... Dopiero wracając na parking poczytaliśmy tablicę informacyjną i tam było wspomniane, że trasa raczej nie zalecana dla dzieci...
Chyba się już przyzwyczaiłam tutaj...

Motylek

Anonimowy pisze...

o rany, ale przygoda
iwona

Ataner pisze...

Smyk zapamieta ta przygode na dlugo. Nie przepadam za jaskiniami i calym sercem jestem ze Smykiem bo juz tylko z kilku waszych zdjec wynika, ze trasa byla wyjatkowo ciezka. Nie ma lepszej metody na poznanie trudnosci trasy jak ja samemu pokonac. Udalo wam sie wiec gratuluje trzygodzinnego zmagania sie z podziemnym koszmarem:))

Motylek pisze...

Iwona - prawda?

Ataner - Smykowi bardzo podobalo sie w tej latwiejszej czesci, a jak juz wyszlismy na swiatlo dzienne to wszystkie strachy ulotnily sie. Teraz wspominamy Wielka Przygode i raczej nie wspominamy ze sie... balismy...