niedziela, 23 września 2018

Wrotki

Mgliste przedpołudnie nie zatrzymało dzisiaj dzieci w domu. Wymyśliły, że trzeba sprawdzić, czy rolki, które kilka tygodni temu dostała Emilia, są już na nią dobre. Rolki podarowała Emilii osoba, którą znamy z kościoła, wcześniej należały do jej córki, która już z nich wyrosła. Są to takie same rolki, jakie ma Krzyś tylko w mniejszym rozmiarze.



Okazało się, że rolki są nieco za duże, ale właściwie założone, trzymają się mocno na nogach.


Gorzej z utrzymaniem równowagi przez Emilię - oj daleka przed nią droga do opanowania sztuki jazdy na rolkach!


W  pionie utrzymywał ją brat.


Bez braterskiego wsparcia, kończyło się w poziomie. Każdy upadek był amortyzowany przez Krzysia i dzięki temu uśmiech, nawet na chwilę, nie znikał z buzi Emilii. Oboje mieli niezłą zabawę a ich radosne śmiechy wypełniły całą ulicę.

Kiedy Emilia miała już dość, swoje rolki założy Krzyś.

   
I tak, na rolkowych kółkach, wjechał na blog wysięczny wpis. Bez fanfar, bez konkursów, ale chyba wart odnotowania.

środa, 19 września 2018

Cobblestone

Co można zrobić z jednego, 50-gramowego motka włóczki, która nie pasuje do absolutnie żadnej innej posiadanej włóczki?

Czapkę!



A skąd wziął się taki jeden, nie pasujący do niczego motek?

A z wyprzedaży garażowej, a w zasadzie to z wyprzedaży w starej sali gimnastycznej w szkole Emilii, bo na zwykłe wyprzedaże garażowe już nie chodzę - za dużo niepotrzebnych rzeczy przynosi się z nich do domu.
Ale szkolna wyprzedaż to co innego - cały dochód z niej przeznaczony jest na szkołę.


Wśród skarbów wielu wypatrzyłam dwa samotne motki, jeden zupełnie nietknięty i z banderolą, drugi bez etykiety. Przygarnęłam oba z zamiarem przerobienia na czapki. I z postanowieniem, że te czapki muszą powstać szybko, żeby motki nie leżakowały w koszu z włóczkowymi zapasami.

Na pierwszy ogień poszedł motek Lion Brand Amazing w kolorze Cobblestone - i tajemnica tytułu wpisu i nazwy czapki wyjaśniona!

Oczka na obie czapki nabierałam metodą Tubular Cast On, korzystając z tego oto filmiku (KLIK). Potem kilka rzędów ściągaczem pojedynczym ale z oczek przekręconych, i przejście na ścieg pół patentowy. Żeby już nie zostały żadne resztki, na pompon zużyłam całą pozostałą włóczkę.

Czapka jest do oddania, ale jeszcze nie wiem w czyje ręce powędruje. Wraz z nadejściem chłodniejszych dni z pewnością znajdzie się jakaś głowa wymagająca ogrzania.


Garść informacji:
  • włóczka Lion Brand Amazing , 53% wełna, 47% akryl; 134 m/50 gram; zużycie: 1 motek;
  • druty: 3,5 mm;
  • 84 oczka.

niedziela, 16 września 2018

Wrześniowe kolory

Wraz z nastaniem września skończyło się upalne lato. W minionych latach przyzwyczaiłam się do letnich temperatur 25-30 stopni w skali Celsjusza trwających do końca września, więc konieczność włączenia ogrzewania już w połowie miesiąca dość mocno mnie zaskoczyła.



Niestety, wraz z chłodami nie nadeszły porządne deszcze. Co kilka dni lekko pokropi, ale są to ilości wody ledwie mierzalne, a po trwającej niemal trzy miesiące suszy ziemia błaga o deszcz. Od 18 czerwca do 9 września nie spadła u nas z nieba ani kropelka wody, a w ponad 30 z tych dni temperatura powietrza przekroczyła +35 stopni. O jeden dzień pobity został rekord z roku 1998 kiedy to deszcz nie padał przez 83 dni.



Mimo ochłodzenia, nadal podlewam grządki, rabaty i trawnik.
Ogródek odpłaca pięknymi jesiennymi barwami.



Ciągle jeszcze objadamy się własnymi śliwkami i jabłkami. Po jasnym, wcześniejszym winogronie, zaczęło dojrzewać to ciemne, i jest go więcej. Jeszcze się trafiają pojedyncze spóźnione maliny, a dynie już pomarańczowe i chyba muszę poszukać jakiś przepisów na potrawy z dyni. Najlepiej bezmączne.


W wyniku chłodniejszych dni na dębie za domem pojawiły się pierwsze żółte liście.


A coraz krótsze wrześniowe dni wieczorne niebo wynagradza nam barwnymi obrazami.


czwartek, 13 września 2018

Na plaży obok Przylądka Arago

Wycieczka z przylądka ścieżką w prawą stronę nie zajęła nam za dużo czasu, więc wróciliśmy do punktu wyjścia i udaliśmy się w stronę lewą.


Chwilę podziwialiśmy widoki z tej strony przylądka aż doszliśmy do ścieżki zbiegającej po stromym urwisku do zatoki.


Ponieważ zaczęło się przejaśniać a w promieniach słońca zawsze to raźniej na plaży, zeszliśmy na sam dół.

Ja ulokowałam się z książka na pniu zwalonego drzewa z takim oto widokiem na wprost.


Dzieci zabrały się za drobiazgowe badanie zatoki.

prawa strona zatoki

lewa strona zatoki

Nie przepuściły żadnej jaskini, żadnej skały, żadnej rzeczki. Słońce grzało coraz mocniej, więc i tak skończyło się na zabawie w wodzie i przemoczonych ubraniach. Zabawiliśmy tam prawie 5 godzin i nie obeszło się bez wyprawy do samochodu po prowiant i wodę do picia - po tym stromym zboczu! Oj bolały nogi, bolały!

poniedziałek, 10 września 2018

Cape Arago

Przylądek Arago, leżący na terenie parku stanowego, odwiedziliśmy pod koniec maja, przy okazji wyjazdu nad ocean w związku z meczami piłki nożnej Krzysia. Na sam przylądek można dojechać samochodem, nie ma też problemu z zostawieniem samochodu na dość sporym bezpłatnym parkingu.

Cape Arago, Oregon

12 marca 1778 roku brytyjski podróżnik i odkrywca Jerzy Vancouver nadał przylądkowi nazwę Przylądka Grzegorza, na cześć patrona, którego święto przypada właśnie 12 marca (Święty Grzegorz). Dopiero później (ale nie wiem dokładnie kiedy) nazwę zmieniono na Cape Arago, tym razem na cześć francuskiego matematyka, fizyka, astronoma i polityka François Arago.
Obecnie, sam przylądek cieszy się sporym powodzeniem wśród obserwatorów migrujących wielorybów.


Wielorybów nie wypatrywaliśmy ale za to zaraz po obejrzeniu oceanu z samego przylądka udaliśmy się ścieżką prowadzącą w prawo (south cove trail.)


Widoczność nie była najlepsza, ale coś tam było widać - dzikie, niedostępne, skaliste wybrzeże.


Na pobliskich wysepkach oraz w zatoce po prawej stronie przylądka mają swoje stanowiska lęgowe liczne kolonie fok, w związku z tym od 1 marca do końca czerwca nie ma dostępu do zatoki by nie zakłócać spokoju małym foczkom.


Małych foczek nie widzieliśmy, ale słyszeliśmy. O ich niezbyt odległej obecności poinformował nas także zmysł powonienia.

piątek, 7 września 2018

Mięsożerne Darlingtonie

Darlingtonia Kalifornijska (Darlingtonia californica) występuje głównie w górskich bagnach Sierra Nevada, ale także w Oregonie. Roślina odżywia się owadami, zwabianymi do wnętrza rurkowatych liści.


Do niedawna nie wiedziałam, że nie tak znowu daleko od nas, przy szosie krajowej 101 prowadzącej wzdłuż oceanu, znajduje się jej stanowisko - nie wiem czy naturalne, czy sztucznie ustanowione w celach edukacyjnych.


Znak głoszący obecność stanowiska mijałam po wielokroć, zastanawiałam się nie raz co może się kryć pod tą nazwą, aż pewnego dnia postanowiłam sprawdzić.


Od parkingu prowadzi ścieżka przechodząca w drewnianą kładkę, więc nie trzeba się przedzierać przez mokradła by obejrzeć okazy Darlingtonii.


Ku żalowi moich dzieci kładka, a w szczególności barierka, uniemożliwia dotknięcie samej rośliny, a przecież te ciekawskie paluszki chciały koniecznie sprawdzić czy aby przypadkiem ta jakże fascynująca roślinka nie zareaguje bardziej gwałtownie, na przykład tak jak w filmie Epoka Lodowcowa. 


Nie dało rady dosięgnąć ani paluszkami, ani gałązkami, spokój Darlingtonii nie został zakłócony.




wtorek, 4 września 2018

Sady się rumienią

                 Jesienią, jesienią
                    Sady się rumienią;
                    Czerwone jabłuszka
                    Pomiędzy zielenią.
                                     (Maria Konopnicka, Jesienią)


Zarumieniły się chrupiące jabłuszka na mej jedynej, ale własnej, jabłonce.
Słodyczą obdarowała mnie śliwa - węgierki smakują jak te w Polsce.


Pierwsze winogrono już też cieszy podniebienie - aż trudno uwierzyć, że natura sama w sobie potraf być aż tak słodka!


W warzywniku też kolorowo. Od kilku tygodni objadamy się własnymi pomidorami.


Dynia, jeszcze kilka dni temu zielona, już zmienia kolor na pomarańczowy.


Tyle tego dobra, że objadamy się do upojenia, dzień za dniem. W zasadzie to na niewiele więcej zostaje już miejsca w żołądku więc dość logiczne wydało mi się przejście na dietę pani Ewy Dąbrowskiej (KLIK.) I tak sobie oczyszczam organizm od tygodnia a najbardziej smakują mi jabłka zapiekana z cynamonem i goździkami oraz leczo. Papryki musiałam dokupić, bo niewiele mam w ogródku. Buraczków własnych też nie mam a także bardzo mi smakują.

sobota, 1 września 2018

Słoneczniki i błękitne wstążki

Ostatni weekend wakacji, we wtorek dzieci wracają do szkół.
Emilia nie może się doczekać szkoły już od miesiąca, Krzyś niby niezadowolony, że wakacje dobiegają końca, ale kilka dni temu przygotował wszystkie potrzebne mu do szkoły rzeczy. Sam, nie proszony. Bez przypominania. Podejrzewam, że w głębi ducha  też się cieszy, ale nastolatkowi nie wypada się do takowych uczuć przyznawać. Nawet przed mamą!

Wraz z końcem wakacji skończyły się zajęcia z piłki wodnej i pływania. Krzyś bardzo zadowolony z wyników w zawodach pływackich. Wziął udział w trzech, zdobywając sporo pierwszych miejsc. Za każde otrzymał niebieską wstążkę.Wszystkie pływackie trofea zawiesił sobie na tablicy korkowej.


Emilia natomiast wyżywa się artystycznie przy użyciu farb. Bardzo spodobały jej się słoneczniki w wazonie, przyniesione z ogródka.  Zatrzymała ich wspomnienie na jesienne dni.



W czwartek poszłyśmy z Emilią na piknik szkolny, dowiedziałyśmy się kto będzie uczył Emilię w pierwszej klasie. oraz odświeżyłyśmy kilka znajomości. Emilia wybawiła się z koleżankami na placu zabaw i tylko narzekała, że tak krótko. A trzeba było wracać, żeby zdążyć do domu przed powrotem Krzyśka z treningu piłki nożnej w pobliskim parku. Skończyło się pływanie, zaczęło się kopanie, a od przyszłego tygodnia, mecze.

środa, 29 sierpnia 2018

Przekąska w drodze do domu

Do Clay Creek Recreation Area prowadzi kilka dróg. Jadąc tam, wybrałam trasę nieco dłuższą, ale za to dobrze mi znaną, prostszą, a także szybszą do pokonania. Na powrót zaplanowałam trasę, której dotąd nigdy nie przejechałam, mniej uczęszczaną, mocno wijącą się między pagórkami, i bardzo widokową.

Niewiele było możliwości zatrzymania się z powodu braku pobocza a z założenia nie robię zdjęć podczas jazdy, więc większość widoków została zapisana jedynie w naszej pamięci. Ale kiedy już wypatrzyłam bezpieczne do zatrzymania się pobocze, skwapliwie skorzystałam z okazji.


Wysiadłam, zrobiłam zdjęcie, wzrok, z linii horyzontu, przeniosłam na bezpośrednie sąsiedztwo i zaprosiłam dzieci na podwieczorek.


Na całej długości pobocza rosły jeżyny a przecież sierpień to czas, kiedy owoce ich są najsłodsze.

Chwilę zawahałam się na myśl o spalinach przy drodze, ale droga ta jest tak rzadko uczęszczana, że i tych spalin nie tak wiele. Podczas ponad półgodzinnej jazdy minęliśmy się z tylko jednym samochodem.


Bardziej obawiałam się, że jakby nam się samochód rozkraczył, to długo przyszłoby nam czekać na jakąkolwiek pomoc na tym pustkowiu bez zasięgu.

A jeżyny były przesłodkie . . .

niedziela, 26 sierpnia 2018

Clay Creek Trail

Tuż za mostem nad Siuslaw River zaczyna się szlak prowadzący na pobliską górkę. Nie wiem jak szczyt ten się nazywa, a w opisie szlaku znalazłam jedynie informacje, że:
  • wznosi się on 1000 stóp (ok. 300 metrów) w górę;
  • cała pętla ma długość 1.5 mili (według informacji na starcie szlaku) lub 2 mile (informacja z broszury) - czyli w sumie poniżej trzech kilometrów. 

Trasa w sam raz na przedpołudniowy spacer na nabranie apetytu przed obiadem!


Szlak rozpoczyna się malowniczo, drewnianym mostkiem przerzuconym nad potokiem Clay Creek. Pnie zwalonych drzew piętrzą się imponująco nad korytem potoku, którym niewiele wody płynęło w połowie sierpnia.


Ścieżka prowadzi zakosami po stromym zboczu, więc idzie się łatwo.


Kilka zwalonych pni leży w poprzek szlaku, ale wycięto w nich przejścia a nawet schodki, które niesamowicie spodobały się Emilii.


Po drodze rozmieszczono trzy ławeczki, na które można się wdrapać by odpocząć - siedzenia umieszczone są tak wysoko, że musiałam pomagać Emilii, która miała problem z samodzielnym usadowieniem się na ławce!


Ze szczytu niestety niewiele widać bo pejzaże przesłaniają drzewa - jak to często w lesie bywa... Pozostała satysfakcja!


Spacer okazał się dla mnie i dzieci niezbyt wymagający a spociliśmy się głównie z powodu temperatury - było już dość ciepło. Zaraz po powrocie i obiadku pognaliśmy nad rzekę.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Rzeka, a na niej most

Jak już wspomniałam poprzednio, tym razem pojechaliśmy pod namiot nad rzekę Siuslaw. Dzieci bawiły się w wodzie w pobliżu mostu przerzuconego nad rzeką.


Z tego mostu świetnie robiło się zdjęcia.


Jedynym jego mankamentem jest brak barierki - betonowy krawężnik ma wysokość około 20 centymetrów i ilekroć dzieci przechodziły przez most, obserwowałam je z lękiem w sercu czy aby nie przyjdzie im do głowy by zbytnio się przybliżyć do brzegu i wychylić  . . .


Na szczęście przebywanie rzeki w bród okazało się dużo ciekawsze niż przechodzenie nad nią po moście.

Wracając z pieszej wycieczki, wypatrzyłam z mostu żurawia.


A podczas innego, porannego spaceru, stojąc na moście obserwowałam ptaki, przelatujące z drzew po jednej stronie rzeki na drzewa po drugiej stronie.



A ile przy tym narobiły larma! To przez ten hałas zwróciłam na nie uwagę!