wtorek, 20 sierpnia 2019

Sierpniowe kwiaty

Lato wymarzone w tym roku, ciepłe i pogodne, pozbawione nieznośnego skwaru. Kilka razy nawet popadało - deszcz przyniósł ulgę roślinom oraz ogrodnikom.


Rabatka pod oknami pokoi dzieci zakwitła sierpniowo. Kwiaty białe, żółte i czerwone, z akcentami w innych kolorach i ujęte w zielone ramy listowia pięknie się komponują.


Za oknem mojej sypialni, węgierka ugina się pod ciężarem śliwek. Gałąź, pod którą jeszcze kilka tygodni temu swobodnie przechodziłam, teraz niemal dotyka ziemi. Pierwsze śliwki już można jeść, choć jeszcze daleko im do tej najwspanialszej, wrześniowej słodkości.


Pod koniec lipca zaczęły dojrzewać pomidory i od tego czasu nie brakuje ich w diecie mojej i Hultajstwa. Kruszynka (która ostatnio mocno wybujała) nie lubi pomidorów. Ale za to uwielbia jagody, które jeszcze są na jednym, najpóźniej dojrzewającym krzaczku.

W tym roku posiałam też kukurydzę ale jeszcze chyba nie gotowa, jeszcze trochę trzeba na nią poczekać. Kukurydzę lubią obie pociechy.

Jarmuż ususzyłam i mam zapas na zimę. Tyle się naczytałam o jego dobroczynnym wpływie, że postanowiłam dodawać po odrobince do gotowanych potraw.

Jasne winogrona też już dochodzą, tak jak i jabłka. Koniec lata to czas wypełniony pysznościami z przydomowego ogródka.


sobota, 17 sierpnia 2019

Plecionka ze sznurka

Dzieciaki, które nie wyjechały z miasta na wakacje, nie musiały się w tym roku nudzić w domu. Poza odpłatnymi atrakcjami, sporo zajęć dostępnych było za darmo, w miejskich parkach i bibliotekach. Na basenie wisiał plakat reklamujący zajęcia w pobliskiej bibliotece, na których nauczyliśmy się jak zrobić bransoletkę, przeplatając sznurek w dwóch kolorach.

Zajęcia przeznaczone były dla nastolatków, ale to Emilia bardziej nalegała, żeby wziąć w nich udział. Trochę jej pomogłam, Krzysiek nie miał żadnych problemów z zapamiętaniem sekwencji przeplatania.

Każdy z nas wybrał sobie dwa kawałki sznurka w kontrastowych kolorach i zaczęliśmy zabawę:


Samo przeplatanie wygląda tak:



Przez kilka dni dzieci biegały ze swoimi bransoletkami, Emilia nawet zrobiła jeszcze jedną, z muliny, a potem plecionki poszły w kąt. Jedna z nich znalazła przeznaczenie jako breloczek do kluczy. Słusznego rozmiaru, bo Krzysiek ciągle szuka klucza a taki kawał zaplecionego sznurka łatwo namierzyć.

Wychodząc z biblioteki dostaliśmy jeszcze wydruk z instrukcją, z adresem internetowym strony, z której pochodzę. Podaję dla zainteresowanych: KLIK.

środa, 14 sierpnia 2019

Lilie i gruszki

Jak co rano, wyszłam przed dom, by podlać kwiaty.
Na schodkach stało wiadro z liliami. Stanęłam jak wryta, chwilę zajęło mi by zaspany rozumek dobudził się, i nawet bez porannej kawy domyśliłam się, że te kwiaty to od sąsiadki.

Już w zeszłym roku obdarowała mnie liliami, które ścięła przed wyjazdem na dłużej do dzieci i wnucząt.


Emilia wpadła w zachwyt na widok kwiatów, razem ułożyłyśmy je w wazonach, jeden zdobi pokój dzienny, drugi powędrował do pokoju córki.

Poszłam oddać wiaderko, ale sąsiadki nie było w domu, więc zostawiłam pod garażem. Kilka godzin później, po powrocie z lekcji pływania Emilii, na schodkach zastałam to samo wiaderko - wypełnione gruszkami. Tym razem zastałam sąsiadkę w domu. Porozmawiałyśmy dłuższą chwilę, głównie na tematy ogrodnicze, a na odchodnym dostałam jeszcze  róże.


Sąsiadka jedzie nacieszyć się wnuczętami i przed wyjazdem zrobiła porządki w ogródku, a ścięte kwiaty zdobią teraz mój dom. Róże postawiłam sobie w sypialni, koło łóżka. Lilie pachną zbyt intensywnie by trzymać je w sypialni.

Do wazonu z liliami wsadziłam też hortensję - to już ostatnie dwie gałązki a po hortensji pozostało już tylko wspomnienie.


W tym roku hortensja nie mogła się zdecydować, czy zakwitnąć na niebiesko, fioletowo czy różowo. Efekt niestabilności pH - ciekawy.


Ukwiecone gałązki były tak ciężkie, że kładły się na ziemi, więc je w końcu przycięłam, ale dopiero kiedy kwiaty już były mocno nieświeże.


sobota, 10 sierpnia 2019

Rhiannon (remake)

Rok temu testowałam dla Amanity przepiękny letni kardigan z ażurem na plecach, który ostatecznie dostał nazwę Rhiannon. 


Trochę przesadziłam z rozmiarem a próbka wcale mi nie pomogła, więc sweterek wyszedł sporo za luźny. A potem udało mi się schudnąć kilka kilogramów, i kiedy wiosną okazało się, że mogę się dwa razy owinąć swetrem, postanowiłam spruć i zrobić w mniejszym rozmiarze. Poprzednio był L, teraz S.

Mniejszy rozmiar to i szybciej poszło dzierganie. Tym razem moja Rhiannon jest idealna.

Zdjęcia robiła mi Emilia, i może nie są najlepszej jakości, ale podczas sesji obie bawiłyśmy się doskonale i chyba tę radość widać.







Garść informacji:
  • włóczka Troitsk Yarn Blues (Блюз) , 80% akryl, 20% jedwab; 190 m/50 gram; zużycie: 225 gram (855 metry);
  • druty: 3 mm i 2.5 mm;
  • wzór: Rhiannon by "Amanita" Agata Mackiewicz
  • zdjęcia by Emilia

Porównanie:

rozmiar L: 300 gr (1041 m) (wpis ze zdjęciami tutaj)
rozmiar S: 225 gr (855 m)

środa, 7 sierpnia 2019

Lato z praczami

Tego lata szopy pracze zapewniają nam nieustanną rozrywkę. Dniem i nocą.

Rodzinka, o której już tutaj było, wpada do nas co jakiś czas. Ostatnio te urocze stworzonka wystraszyły mnie mocno kiedy już niemal zasypiałam. Usłyszałam podejrzane hałasy w ogródku, i choć była już niemal północ, światło lampek na tarasie pozwoliło mi dostrzec, że to nie homo sapiens buszuje mi po włościach a procyon lotor pacificus. Zanim znalazłam latarkę, szopy powędrowały na drugą stronę domu, narobiły rabanu przechodząc przez płot pod oknem sypialni Krzyśka, budząc go przy okazji. Też się wystraszył, ale zanim zaczął panikować, wyjaśniłam mu co się dzieje i już razem obserwowaliśmy szopy przez okno.

Usłyszały nas, więc zatrzymały się w cieniu, po chwili wyruszyły w dalszą drogę. Ilekroć oświetlałam je latarką, umykały w to samo miejsce, gdzie nie mogło ich dosięgnąć światło latarki. W końcu dałam im spokój, zainteresowana tym, dokąd się udadzą.

Szopy przeszły na drugą stronę ulicy i na chwilę zniknęły między kwiatami na rabatce. Potem zobaczyliśmy jak przechodzą pod samochodami zaparkowanymi przed domem kolejnych sąsiadów, przez trawnik i na następną posesję.
A potem już nie dało się ich zobaczyć z okna sypialni a bieganie o północy po ulicy w kusej koszulinie nocnej i z latarką w ręku wydało mi się mocno nierozsądne.

Kilka dni temu, rano, Emilia wypatrzyła szopa jak wspina się na drzewo za domem. Wybiegliśmy zaaferowani do ogródka i napatoczyliśmy się na taką oto scenę:



Jeden szop chciał dopaść drugiego. Odgłosy wydawane przez oba pozwalały jednoznacznie zidentyfikować agresora i ofiarę. Całe zajście trwało dość długo, aż w końcu Agresor dał za wygraną i poszedł sobie.

Przyznam, że trochę się obawiałam, że skieruje swoją agresję przeciwko nam, bo co jakiś czas przypatrywał się nam uważnie. Zaganiałam dzieci do domu, ale nie bardzo chciały mnie słuchać. W końcu chyba znudziło im się to stanie z zadartymi do góry głowami i wszyscy wróciliśmy do domu.


niedziela, 4 sierpnia 2019

Zakątek

Lubię swój dom. Lubię w nim być. Uwielbiam ten cichy zakątek za domem, zacieniony taras z hamakiem, stołem, krzesłami i zielenią wokół.



Kiedy dzieci brykają w basenie, ja, chowając się przed słońcem, z tarasu mam oko na moje pociechy.


Lubię zasiąść z herbatą i kontemplować zielony spokój wokół.
W hamaku świetnie się czyta.



Albo błądzi wzrokiem po niebie...


czwartek, 1 sierpnia 2019

Lato

Lato, w tym roku przyjemnie ciepłe acz nie skwarne, więc dzieci spędzają sporo czasu w wodzie, głównie basenowej. Mają w ogródku basen, ale tak niewielki akwen nie wystarcza moim pociechom, które zaliczyły już kilka wizyt na miejskim kompleksie kąpielisk.

Poza tym, oboje chodzą na zorganizowane zajęcia na pobliskiej pływalni.

Emilia od maja wznowiła lekcje pływania, dzięki czemu pływa już stylem dużo mniej rozpaczliwym niż w ubiegłym roku. Ostatnio przepłynęła nawet trzy razy po 100 metrów - najpierw pokonywała długości basenu ze mną w ariergardzie, potem z bratem, a w końcu sama.

Krzyś, natomiast, zaliczył pięciotygodniowy kurs na młodszego ratownika (dostając, oczywiście kolejną koszulkę.) Zaczęli kurs we troje, ale w połowie dziewczyny zrezygnowały i został sam, więc do końca trwania kursu miał w zasadzie prywatne treningi. Na kurs na młodszego ratownika zapisałam go bo już nie było miejsc w grupie z piłki wodnej. A w połowie trzeciego tygodnia zadzwoniono do mnie z basenu, że miejsce się zwolniło. Kilka razy miał oba zajęcia w tym samym dniu (3 godziny kursu na ratownika plus 1.5 godziny piłki wodnej) z godzinną przerwą pomiędzy, ale jakoś to przeżył i nawet nie wyglądał na zbyt zmęczonego. A wieczorem jeszcze poprawił zajęciami z karate i dżudo, bo wszyscy się uparli, żeby zajęcia ustalać na wtorek i czwartek. Ot co znaczy mieć 13 lat!

Latem pracuję głównie z domu, ale na kilka godzin wpadam do pracy, zabierając ze sobą Emilię. U mamy w pracy zawsze znajdzie się coś ciekawego (poza automatem z napojami puszkowymi.) Emilia biega do drukarki po każdy wydrukowany dokument, zużytkowuje papier przeznaczony do recyklingu na różne projekty artystyczne, a nawet zabawia się w architekta i budowlańca, konstruując ze starych pokonferencyjnych tablic informacyjnych budowle, w których potem znika z preclami i tabletem.


(Te tablice przyniósł mi jakiś czas temu kolega z pracy, słusznie dochodząc do wniosku, że dzieci z pewnością znajdą dobre dla nich zastosowanie, a wyrzucić można je będzie, kiedy się nimi znudzą.) Przed wyjściem z pracy, wszystko zostaje ślicznie poskładane i wsunięte pod stolik, żeby nie przeszkadzało firmie sprzątającej w wywiązaniu się ze swoich obowiązków.

Zabawa w pracy przypomniała Emilii i piankach, które od jakiegoś czasu leżały zapomniane w garażu. Ponownie zagościły w pokoju.


Piankami tymi przez lata bawił się Krzyś, potem pałeczkę przejęła młodsza siostra. Domki przeznaczone są dla Kici, która, ku zachwytowi dzieciaków, przespała w jednym z nich całą noc.

Domki trochę blokują mi dojście do sterty ubrań czekających na prasowanie, ale na szczęście ubrań mamy na tyle, że to prasowanie może jeszcze trochę poczekać.

Czasem po pracy idziemy jeszcze do pobliskiej biblioteki. Na lato, ustawiono przed nią pianino, przemalowane na różowo, ozdobione przyjaźnie wyglądającymi gąsienicami oraz napisem "zagraj na mnie"


Emilia uwielbia na nim grać.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Czapka? Latem?

Kto przy zdrowych zmysłach dzierga czapkę latem, kiedy temperatura na zewnątrz oscyluje w okolicach trzydziestu stopni? A zdarza się niektórym zapaleńcom. (Proszę zauważyć, że wcale się nie upieram przy przynależności do tych o zdrowych zmysłach...)


Moja czapka powstała na przełomie maja i czerwca. Po okresie zimowo-przedwiosennej robótkowej stagnacji bardzo mi się chciało szybkiego ukończenia jakiejś robótki i padło na czapkę. Kolejną z resztek, połączenie bardzo grubej szaro-turkusowej z dwiema jeszcze innymi (kremową i beżową), przerabianymi w trzy nitki by dorównać grubością tej pierwszej włóczce.
Druty 8 mm.


Czapka robiona według opisu ze styczniowego wyzwania Jeden Motek na blogu Otulove. Kolejna czapka niby według tego samego wzoru, a jednak zupełnie inna od poprzedniczek. Podoba mi się taka zabawa z różnoraką interpretacją jednego wzoru i pewnie podobnych czapek jeszcze trochę powstanie bo resztek na takie niewielkie projekty - dostatek. Lęgną się jakoś tak same, jak króliki.

piątek, 26 lipca 2019

Na meczu baseballu

Wybraliśmy się na mecz baseballu.

boisko - przed meczem

Nie, żebyśmy byli jakimiś wielkimi czy nawet niewielkimi fanami (tylko Krzyś z naszej trójki co nieco wiedział o co w tym wszystkim chodzi i nas doszkalał), ale dostaliśmy bilety, no to poszliśmy.

A było to tak. Wiosną, w szkole Krzysia miało miejsce wyzwanie czytelnicze - pisałam o tym tutaj. A na początku lipca przyszedł pocztą list z dwoma biletami na mecz lokalnej drużyny baseballawej Eugene Emeralds. W liście podane były daty meczy, na które można się było wybrać. Ponieważ w minioną środę wypadał ostatni z tych dni a że Krzyś chciał mecz obejrzeć, dokupiłam trzeci bilet i wybraliśmy się we troje.

rozgrzewka

Nigdy nie interesowałam się baseballem, jedynie za szczenięcych lat rozgrywaliśmy podwórkowe mecze palanta - powiedzmy, że z grubsza przypominało to baseball.

Już na parkingu zaskoczyła mnie ogromna ilość dzieci - od osesków po nastolatki. Nie wiedziałam, że mecz baseballa to ogromny piknik, na który przychodzą całe rodziny. Na długo przed rozpoczęciem meczu zaczęło się wielkie żarcie, które trwało nieprzerwanie przez cały czas naszego pobytu na obiekcie. Niemal wszyscy co jakiś czas opuszczali swoje miejsca by po chwili powrócić z nowym zapasem przekąsek. Co jakiś czas odbywały się też na boisku różne konkursy, choć nie wiem na jakiej zasadzie wybierano do nich uczestników, od 1 do 3 osób. Co jakiś czas losowano także nagrody wśród kibiców - na przykład cały rząd X w sekcji Y dostaje dzisiaj kupony do lokalnej restauracji fast food.

Najwięcej emocji wzbudzała jednak maskotka drużyny, Sluggo:


Sluggo paradował wzdłuż boiska przed cały czas, sam, bądź w towarzystwie Gekko i Yeti.


Sam mecz, moim zdaniem, był nudny. Co jakiś czas coś się działo, ale trwało to chwilę, a wypełniony nudą czas pomiędzy trwał wieki całe. Większość dzieci, o ile nie pałaszowała kolejnych hot dogów, nachos, corn dogów albo lodów, nudziła się straszliwie. Na normalnym pikniku można pobiegać, na trybunach raczej nie. Ale Emilia wymyśliła sobie zjeżdżanie po poręczy. Dorośli schodzący bądź wchodzący grzecznie czekali aż zjedzie do końca i zejdzie z metalowej poręczy. Wszyscy miło się uśmiechali i taka właśnie radosna atmosfera panowała podczas meczu. Po jakimś czasie podeszła do Emilii dziewczynka, tak ze trzy lata młodsza, i poprosiła, żeby Emilia nauczyła ją zjeżdżać po poręczy. Podczas pierwszych zjazdów dziewczynkę ubezpieczała babcia, a potem już asekuracja nie była potrzebna.

Mecz ciągnął się jak flaki z olejem, dwie godziny zajęło rozegranie czterech zmian a jest ich w sumie chyba 8 czy 9. W końcu Krzyś stwierdził, że już ma dość i możemy wracać. W drodze na parking zrobiłam telefonem zdjęcie wieczornego nieba.


Cieszę się bardzo, że moje dziecko gra w piłkę nożną i koszykówkę a nie w baseball...

wtorek, 23 lipca 2019

Lipcowy wyjazd pod namiot

Lipcowy wyjazd pod namiot nad Crescent Lake należał do tych bardziej udanych. Temperatura w ciągu dnia nie przekraczała 27 st C, więc było przyjemnie ciepło, ale nie za gorąco.



Wprawdzie w piątek i w sobotę w ciągu dnia dość mocno wiało, ale wieczorami wiatr ustawał, a w niedzielę zaczęło wiać dopiero po obiedzie, więc i kąpieli w jeziorze udało się zaznać.


Jak to nad jeziorem, najważniejsza jest woda, kąpiele, zabawa na plaży.
W tym roku zabraliśmy ze sobą pistolety na wodę i dzieci zrobiły z nich wspaniały użytek.


Zabraliśmy też saperkę, więc było sporo kopania, budowania tamy na strumyku, aż w końcu Emilia z o rok starszym kolegą, zakopali w piachu Krzysia.



Na plaży odbywały się też rozgrywki piłki nożnej, pomiędzy namiotami grało się w kule oraz badmintona, a kiedy księżyc zastąpił na niebie słońce, wraz z komarami pojawiały się gry planszowe.

Na ognisku smażyły się kiełbaski, w popiele ziemniaki, i jeszcze długo w noc toczyły się Polaków rozmowy przy płomieniach.



niedziela, 21 lipca 2019

czwartek, 18 lipca 2019

Powojnik bordowy



Powojnik bordowy zakwita z początkiem lata.


Służy mu miejsce, na które go przesadziłam kilka lat temu - rozrósł się bardzo, obsypał kwiatami.


Poprowadziłam sznurek od podpórki do daszku altanki z nadzieją, że z czasem pędy powojnika skorzystają z zaproszenia i powędrują we wskazane miejsce, wzdłuż dachu. Może z czasem spotkają się z jaśminem.



poniedziałek, 15 lipca 2019

"Supercalifragilisticexpialidocious"

Pewnego lipcowego poranka, wpadła do naszego ogródka z niezapowiedzianą wizytą rodzinka szopów praczy - mama z czwórką pociech.

Strasznie zaciekawił je mój kompostownik. 

Żeby to tak zaglądały do tej części, do której na bieżąco wyrzucam odpadki kuchenne, chwasty, i inne śmieci ogrodowe to byłoby zrozumiałe - szukają jedzenia. 


Ale szopy urzędowały z tej drugiej strony kompostownika, gdzie zalega resztka ziemi, której nie zdążyłam przenieść na grządki. Żadnych resztek jedzenia, zupełnie nic co nadawałoby się do spałaszowania.

Emilia zrobiła zwierzakom zdjęcia tabletem a mi udało się wykombinować jak je przenieść na komputer. 

Rozdzielczość nie najlepsza, dlatego zamieszczam malutkie - na powiększonych, rozmazanych, i tak niewiele więcej widać.



Od prawie miesiąca zastanawiałam się jakie zdjęcia dodać do utworów, które Emilia zagrała na czerwcowym popisie. 

Szopy, pojawiając się w ogródku i pozując do zdjęć, rozwiązały mi problem z jednym z zagranych przez córkę utworów: "Supercalifragilisticexpialidocious" z filmu "Mary Poppins." 

Została mi jeszcze jedna melodia, do której muszę znaleźć odpowiednie zdjęcia, co, mam nadzieję, nastąpi przed kolejnym popisem.