niedziela, 17 września 2017

PUR: Kapcie

Robiąc na szydełku pled (KLIK), tak mi się spodobało machanie szydełkiem, że postanowiłam zrobić sobie też i kapcie.

Przejrzałam wszystkie włóczkowe resztki i korzystając z dawnych notatek szybciutko zrobiłam dwie pary kapci.

Udało mi się zużyć resztki i resztunie kilku włóczek. Jeszcze trochę zostało, ale że entuzjazm stopniał, to skończyło się na dwóch parach.

Pierwsza para, robiona nitką potrójną:




Druga para, robiona nitką podwójną:




Aktualnie używam tej drugiej pary bo jeszcze jest w miarę ciepło a pierwsza para jest grubsza i cieplejsza.

czwartek, 14 września 2017

Gimnazjum


pierwszy dzień szkoły

Emilia zaczęła naukę w szkole podstawowej, a Krzyś w gimnazjum.

Pierwszego dnia rano, przed wyjściem z domu, niezbyt chętnie ustawił się do zdjęcia. Przed domem okazało się jednak, że inni małoletni sąsiedzi też pozują do zdjęć, więc już z mniejszą łaską dziecię ustawiło się przed aparatem i nawet się uśmiechnęło. 

O ile Emilia chętnie, i bez zbędnej zachęty, dość dokładnie relacjonuje przebieg każdego dnia spędzonego w szkole, o tyle z jej brata, tradycyjnie, ciężko cokolwiek wyciągnąć. W najlepszym wypadku, na 15 sekund zanim wysiądzie z samochodu by udać się na trening, rzuci mimochodem "We learned about molecules today." ("Dzisiaj uczyliśmy się o molekułach.") A zaraz potem wysiada i koniec tematu.

Ale kilka faktów jest mi znanych.

Po pierwsze, na zajęcia z matematyki chodzi razem z klasą siódmą. (To akurat wiem, bo zadzwonili do mnie sze szkoły jeszcze w sierpniu.) W szkole, na około setkę szóstoklasistów, po przeanalizowaniu danych otrzymanych ze szkoły podstawowej, tylko czwórce zaproponowano lekcje ze starszą klasą. Sytuacja ta bardzo mnie cieszy bo są szanse, że dziecko nie będzie się w szkole nudzić. Również dzięki temu, że w końcu ma Science (elementy fizyki, chemii, nauka o ziemi itp.), czyli coś co Krzyśka bardzo interesuje - to właśnie podczas zajęć z tego przedmiotu uczą się o molekułach.

W ramach Social Studies zaczyna się w końcu przygoda z historią i geografią - w szóstej klasie od poznania cywilizacji starożytnych.

W ramach wyboru pomiędzy chórem, orkiestrą i wychowaniem fizycznym, Krzyś postawił na orkiestrę, ale bardziej szczegółowo napiszę o tym następnym razem.

W gimnazjum są już normalne 55-minutowe lekcje, a pomiędzy nimi 3-minutowe przerwy. Tylko przerwa połączona z lunchem jest dłuższa - półgodzinna. Lancz, tak jak w szkole Emilii, jest bezpłatny. W niewielu szkołach nie trzeba płacić za południowy posiłek, więc bardzo się cieszę, że akurat w szkołach moich dzieci tak jest.

Do szkoły (i ze szkoły też) Krzyś jeździ autobusem szkolnym. Do szkoły podstawowej chodził na nogach. Wprawdzie brakuje nam jakieś 200 metrów by formalnie zakwalifikować na dowóz do szkoły, ale że w autobusie jest sporo wolnych miejsc, zostałam zapewniona, że dziecko może korzystać ze szkolnego transportu - więc korzysta.

poniedziałek, 11 września 2017

Pierwsze dni w zerówce

Emilia oficjalnie rozpoczęła edukację szkolną.

Wprawdzie rok szkolny dla większości uczniów rozpoczął się we wtorek 5 września, ale w naszym okręgu szkolnym zerówkę zaczyna tzw. "smart start": w pierwszym tygodniu dzieci idą do szkoły tylko raz (połowa dzieci we wtorek, połowa w środę), podczas zajęć są uważnie obserwowane a potem, na podstawie tych obserwacji, dzielone są na dwie grupy. W czwartek i piątek odbywają się spotkania nauczycieli z rodzicami zerówkowiczów.
(Poniedziałek był dniem wolnym z okazji Labor Day.)

6 września 2017 r. - przed wyjściem do szkoły

Jeszcze podczas zapisywania Emilii do zerówki, w sierpniu, rozmawiałam z jedną z potencjalnych wychowawczyń Emilii, która doskonale zna też Krzysia a samą Emilię pamięta jeszcze w wózku, kiedy odprowadzałam Krzysia do szkoły. Tak nam się zgadało na temat umiejętności Emilii i odniosłam wrażenie, że pani chciałaby mieć pannę Emily w swojej klasie.
I ma.
Ja też jestem zadowolona, bo rozmowa z panią CJ pozostawiła pozytywne wrażenie.

Tego pierwszego dnia w szkole sprawdzono u Emilii znajomość języka angielskiego (zaznaczyłam w ankiecie, że w domu rozmawiamy po polsku i w takich wypadkach sprawdzenie poziomu opanowania języka angielskiego przeprowadzane jest obowiązkowo) - nikogo raczej nie zdziwiło, że test ten Emilia zdała bardzo dobrze. Dość dobrze wypadła też ze swoją umiejętnością czytania i to mimo dość długiej przerwy (od połowy lipca miała prawdziwe wakacje od samodzielnego czytania i pisania), tak dobrze, że czytania będzie się uczyła z pierwszą klasą. Cieszy mnie to niezmiernie bo oznacza to, że nasza, i jej i moja, ciężka praca w ubiegłym roku nie poszła na marne oraz, że dziecko nie będzie się w szkole nudziło wałkując materiał doskonale już opanowany. Przynajmniej w zakresie nauki czytania, bo w kwestii matematyki to całkiem inna historia.

Dopiero dzisiaj, 11 września, tak naprawdę rozpoczęła się w miarę normalna edukacja szkolna Emilii.

Do szkoły Emilia jeździ na rowerze - w zeszły piątek opanowała jazdę bez kółek pomocniczych i umiejętność tę doskonali z ogromnym zapałem.



Zajęcia świetlicowe zaczynają się o 8.10 i o tej godzinie oddałam Emilię pod opiekę pani bibliotekarki (świetlica dla młodszych dzieci mieści się w bibliotece właśnie) - i ta pani doskonale zna i Emilię i Krzyśka. (Ilekroć bywałam w szkole towarzyszyła mi Emilia, więc w zasadzie cały personel szkoły zna Emilię od oseska.)


Emilia zabrała się za rysowanie a mama dostała tylko szybkiego buziaka - żadnych łez czy też przeciągającego się przytulania.

Emilia od dawna czekała na to, kiedy i ona, tak jak starszy brat, zacznie chodzić do szkoły, więc raczej nie dziwi to, że w szkole bardzo jej się podoba i to w zasadzie wszystko, choć najbardziej chyba jednak plac zabaw. Coś tam nawet zjadła na lunch - i w tym roku wszystkie dzieci w szkole dostają lunch i snaki za darmo.

piątek, 8 września 2017

Długi weekend nad oceanem - ostatni biwak w tym roku

Ledwie dzieci wróciły z Polski, dwa dni spędziły w domu i wybraliśmy się pod namiot nad ocean. Oczywiście nie pojechaliśmy sami, ale z całą naszą polską grupą - 6 rodzin. Tym razem zarezerwowaliśmy sobie miejsca, więc nie musieliśmy się spieszyć. Dotarliśmy o 2.30 a w godzinę później dzieci już biegały po plaży.

Siltcoos Beach, OR

Tego pierwszego dnia wiał porywisty wiatr i było dość chłodno, za to powietrze było przejrzyste i bez dymu. Po godzinie, przewiana i zmarznięta, przeniosłam się w zaciszny zakątek na wydmie a dzieci znalazły sobie nową zabawę: wdrapywały się na szczyt wydmy by potem zbiec na sam dół. Niespożyte zapasy energii pozwoliły im kontynuować zabawę przez ponad godzinę - po dziesiątym zbiegnięciu przestałam liczyć.

Siltcoos Beach, OR

Usiadły do zdjęcia na moją prośbę - wcale nie były zmęczone.

Tego pierwszego dnia, w piątek, plaża była pusta. W sobotę, następnego dnia, było zupełnie inaczej. Na plaży pojawiło się więcej osób a także dym.
Niestety wiatr wcale nie zelżał w stosunku do piątku a jedynie zmienił kierunek, nawiewając dym znad płonących lasów. Mieliśmy ze sobą parawan, który nieco ochronił nas przed chłodem.

Chłopaki duże i małe grały w piłkę nożną na piasku, wszyscy bawili się w piachu, a starszaki po kolei wkładali jedyną piankę do serfowania jaką dysponowała nasza grupa. Deski do serfowania wprawdzie nie mieliśmy, ale dzięki piance możny było wejść do wody i nie obawiać się hipotermii.

Niestety zapomniałam zabrać ze sobą tego dnia aparatu - został na krzesełku przy ognisku, więc zdjęć z tego dnia z plaży nie ma.

Mam za to kilka zdjęć z porannego spaceru, na jaki zabraliśmy dzieci ścieżką prowadzącą z kempingu do oceanu. Szlak biegnie częściowo wzdłuż rzeki Siltcoos.

Siltcoos River, OR

Niestety, z powodu zadymienia podziwianie widoków było mocno ograniczone.


Krzyś tradycyjnie wdrapywał się na każde możliwe drzewo a Emilia tradycyjnie marudziła, narzekała i domagała się noszenia na rękach ewentualnie na barana.


A że miała pod ręką tatę i brata, to tak długo jęczała, aż się panowie zlitowali.

W niedzielę pojechaliśmy na plażę Heceta w pobliżu Florence.
Cechą charakterystyczną tamtej plaży jest ogromna ilość drewna wyrzucanego przez fale na piasek. Od niewielkich kawałków bo ogromne kłody, grube pnie wiekowych drzew.

Heceta Beach, OR

Kolejni plażowicze używają tego drewna do budowy najróżniejszych szałasów i domków.  Wszystkie nasze dzieci spędziły kilka godzin na wspaniałej zabawie rozbudowując zastany już szałas. Tego dnia było ciepło, ale nadal błękit nieba przesłaniał dym - ta szarość na zdjęciu to właśnie zadymienie.

Niemal siłą trzeba było dzieci wywlekać z plaży - żołądki dorosłych domagały się konkretnego posiłku, ale dzieci zaabsorbowane zabawą, głodu nie odczuwały.

*          *          *

Znajomi przywieźli pożyczone od przyjaciół kajaki - jedną dwójkę i jedną jedynkę - więc po kolei wszyscy zainteresowani próbowali swoich sił w kajakowaniu po rzece Siltcoos.


Krzyś też wybrał się, w poniedziałkowy poranek, z kolegą Maciejem.
Popłyną też z nimi tata Maćka, więc byłam spokojna, że w razie jak by się coś stało, chłopcy nie są sami.

Siltcoos River, OR

Nic się nie stało, tylko nachlapali wody do środka, więc musieli się po powrocie przebrać w suche rzeczy. Ale bardzo się im podobało.

Długi weekend minął jak z bicza strzelił i trzeba było wracać do domu.
Z każdą pokonywaną milą dym wokół nas gęstniał i stan powietrza się pogarszał.

To był już ostatni biwak w tym roku. Na kolejny przyjdzie nam poczekać do następnego lata.

wtorek, 5 września 2017

Oregon płonie

Huragan Harvey straszliwie sponiewierał stan Teksas, Oregon, natomiast, pustoszą płomienie. Pali się niemal wszędzie wokół, może nie w bezpośrednim sąsiedztwie, ale na tyle blisko, by koncentracja dymu w powietrzu uniemożliwiała normalne funkcjonowanie.

Z północy dociera do nas dym aż z Kanady. Na zachodzie pali się w pobliżu jeziora Fall Creek, nad którym biwakowaliśmy w lipcu, w pobliżu miasteczka Sisters, w którym byliśmy w sierpniu i jeszcze w kilku innych miejscach.
Na południu, natomiast, na wybrzeżu, płoną lasy w pobliżu Brookings - to kolejne z miejsc, które swego czasu odwiedziliśmy. We wszystkich tych miejscach przeprowadzane są przymusowe ewakuacje ludności, albo mieszkańcy żyją na walizkach przygotowani na konieczność ucieczki w każdej chwili. Większość z tych pożarów wywołało uderzenie pioruna, ale część z nich wybuchło z powodu głupoty i bezmyślności ludzkiej.

Dym nad naszym miastem jest tak gęsty, że w słońce można spoglądać bez zabezpieczających okularów bo i tak niemal go nie widać, tylko czerwony krążek, jak przekrojony na pół grapefruit. Gdyby nie zapach spalenizny, mogłoby się wydawać, że spowiła nas gęsta, listopadowa mgła.
Niestety, to nie mgła.
Ciężko się oddycha nawet jeśli nie cierpi się na żadne choroby układu oddechowego. W związku z fatalną jakością powietrza odwoływane są wszystkie zajęcia sportowe, przeprowadzane na zewnątrz (np. treningi piłki nożnej) a dzieci w szkołach nie są wypuszczane na zewnątrz. Ja też nie pozwalam bawić się moim dzieciom w ogródku - w domu powietrze, przepuszczone przez filtry Urządzenia, jest czyste. Czekamy z utęsknieniem aż wiatr powieje z zachodu, znad Pacyfiku, bo tylko wówczas sytuacja ma szanse ulec poprawie. Pożary nie zostaną opanowane wcześniej niż w połowie października, czyli jak zacznie padać w Oregonie deszcz. Deszcz, który spowodował tyle strat w Teksasie, przydałby nam się ogromnie.

piątek, 1 września 2017

PUR: Pled


Mamy w domu moc koców i kocyków, ale ilekroć potrzebuję jednego z nich, okazuje się, że są w użyciu przez moje dzieci - a to stanowią ścianę lub dach jednego z domów, a to opatulają jedną z lalek lub miśków. W końcu postanowiłam zrobić sobie pled, którym będę mogła okryć sobie nogi kiedy czytam lub robię na drutach. Pled, który będzie tylko i wyłącznie mój.


Pomysł przyszedł mi do głowy, kiedy natknęłam się na kilka samotnych motków na wyprzedaży garażowej w szkole. Motki te wyraźnie wołały o ratunek, więc niezwłocznie spełniłam ich niemą prośbę - jeszcze by mogło przyjść komuś do głowy, żeby je wyrzucić! A tak znalazły zacisze w domu, w którym panuje przyjazna atmosfera dla wszelkich nitek i niteczek.


Motków przyniesionych do domu było jednak za mało, więc przejrzałam wszystkie schowki z włóczkami i wybrałam resztki tych, które by pasowały grubością oraz kolorystycznie. Jeszcze dwukrotnie ponawiałam przegląd zapasów i za każdym razem coś tam jeszcze się znalazło.


Koc miał być prostokątny, ale w miarę przybywania okrążeń kształt zatracał cechy prostokąta a coraz bardziej zaczynał przypominać kwadrat. Po skończeniu i zmierzeniu okazało się, że jest to jednak prostokąt ale różnica w długości boków wynosi raptem 10 centymetrów.


Pled ma wymiary 100 na 110 cm, dobrze opatula nogi i jeszcze trochę - od stóp aż do pasa - a waży 865 gram. (Tym razem nie będę wyszczególniać wszystkich użytych włóczek i ile której zeszło - wszystkie te dane są do przejrzenia na Ravelry.)

Rezultat końcowy przeszedł moje oczekiwania (estetyczne) i bardzo mi się podoba. Kici też, ale mieścimy się pod kocem obie bez problemu.

wykończenie - oczka rakowe


wtorek, 29 sierpnia 2017

Gdy nie ma dzieci w domu

na wakacjach w Polsce
8 sierpnia moje Pociechy poleciały z tatą na trzy tygodnie do Polski.

Krzyś był ostatni raz w Polsce kiedy miał 4.5 roku ale dla Emilii była to pierwsza wizyta w Ojczyźnie rodziców.

Pierwszy tydzień  bez dzieci był dla mnie bardzo trudny. Najgorsze były noce, kiedy to strasznie tęskniłam i z tej tęsknoty nie mogłam spać.

Po tygodniu zaczęłam dostawać zdjęcia Emilii i Krzysia, z których jasno wynikało, że dzieci bawią się dobrze i wszystko jest w najlepszym porządku więc się nieco uspokoiłam i zaczęłam się cieszyć czasem danym mi na odpoczynek.

na wakacjach w Polsce

W ciągu tych dobiegających już ku końcowi trzech tygodni
przeczytałam kilka książek:
  1. Daphne du Maurer: Rebeka 
  2. Diane Ackerman: Azyl
  3. Melissa Nathan: Kelnerka 
  4. Rafał Dębski:  Żelazne kamienie
  5. George R. R. Martin: Człowiek w kształcie gruszki
  6. Rafał Dębski:  Krzyże na rozstajach
Odsłuchałam kilka innych:
  1. Peter V. Brett: Pustynna włócznia
  2. Peter V. Brett: Wojna w blasku dnia
  3. Peter V. Brett: Tron z czaszek
(Pierwszą część cyklu demonicznego Petera V. Bretta odsłuchałam na początku wakacji a cały cykl wciągnął mnie niesamowicie - wpadłam jak śliwka w kompot. Na początku października ma się ukazać piąta, ostatnia część cyklu a ja się zastanawiam jak dotrwam do tego czasu. Zrozumieć potrafią mnie chyba Ci, którzy swego czasu czekali na kolejne tomy o Harrym Potterze.)


na wakacjach w Polsce
Obejrzałam też kilka filmów i seriali:
  1. Fortitude, Seasons 1 i 2 (serial na Amazon)
  2. Ukryte Działania
  3. The Handmaid's Tale ("Opowieść podręcznej" - serial nakręcony na podstawie książki Margaret Atwood pod tym samym tytułem, którą przeczytałam kilka tygodni wcześniej) 
  4. Gra o tron (Sezon 7)
Wygrałam kilka potyczek z chwastami starającymi się podbić trawnik przed domem. No i oczywiście poświęciłam sporo czasu na robótki - świetnie mi się szydełkowało słuchając kolejnych części cyklu demonicznego. O tym co udało mi się osiągnąć w tej dziedzinie napiszę osobno.

na wakacjach w Polsce
A poza tym chodziłam normalnie do pracy i załatwiałam różne bieżące sprawy jak zapisywanie dzieci do szkoły (u nas trzeba dziecko zapisywać do szkoły co roku, nawet jeśli nie zmienia szkoły).

Musiałam się też wybrać na pierwszy trening piłki nożnej, żeby powiadomić trenera, że moje dziecko opuści kilka pierwszych treningów i upewnić się, że mimo to zostanie przydzielony do jednej z drużyn a nie skreślony.


na wakacjach w Polsce

Nadrobiłam również nieco zaległości towarzyskie - spotkałam się z koleżankami z różnych kręgów, a że nie czekały na mnie w domu żadne pilące sprawy czy obowiązki, mogłam się naprawdę cieszyć czasem spędzonym z osobami, z którymi nigdy nie mam czasu porozmawiać czy pożartować.

Podlewałam też ogródek (u nas latem deszcz nie pada) i zajmowałam się osieroconą Kicią.



na wakacjach w Polsce
Podczas nieobecności dzieci Kicia zbzikowała - chodzi i szuka tych stworzeń, które zazwyczaj wprowadzają tyle zamieszania, i które tak strasznie hałasują, ale które zawsze mają czas by pogłaskać podstawiony grzbiet lub brzuszek, które zawsze wyegzekwują dołożenie kolejnej porcji do kociej miski na każde miauknięcie, choć zazwyczaj wystarczy wymowne spojrzenie. (Oj wytresowała sobie Kicia domowników porządnie...) Kicia jest wyraźnie zdezorientowana i nie wie co jest grane, a całej atencji, której zazwyczaj doznaje od czterech osób, wymaga teraz ode mnie.

Na szczęście dzieci wracają do domu już dzisiaj w nocy z czego obie z Kicią bardzo się cieszymy. Mam nadzieję, że dzieci też cieszą się na powrót do domu, mimo, że oznacza to też powrót do dyscypliny, szkoły i obowiązków.



piątek, 25 sierpnia 2017

Towarzystwo pierwsza klasa

Zaćmienia słońca nie obserwowałam w samotności! Ledwie rozłożyłam na trawie koc i ulokowałam na nim aparat fotograficzny, pojawiła się Kicia.


Zanim wróciłam z domu z poduszką i herbatą, Kicia już zajęła strategiczną pozycję - na kocu i przy aparacie!


Czas mijał  nam przyjemnie na obserwacji zaćmienia słońca oraz wiewiórek, których szaleństwa zamierały wraz z zapadającym zmrokiem.



Kiedy tylko odkładałam aparat i mościłam się na kocu z głową na poduszce, Kicia wskakiwała mi na brzuch, "ugniatała" legowisko i ucinała sobie drzemkę trwającą do kolejnego pstryknięcia.


Udało mi się zrobić kilka zdjęć zaćmienia i Kici z pozycji leżącej, co dowodzi jak bardzo Kicia mnie już sobie wychowała - gimnastykowałam się z aparatem na leżąco byle nie przerwać kotu dżemki...


A na koniec jeszcze zdjęcie Kici zrobione przy innej okazji, kiedy to usadowiła się na krzesełku ogrodowym Emilii niczym na tronie.


Prawdziwa księżniczka!

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Zaćmienie słońca

W poniedziałek, 21 sierpnia 2017 roku, dane mi było na własne oczy obejrzeć zaćmienie słońca. Zaopatrzona w specjalne okulary obserwowałam zjawisko w zaciszu ogródka. Niestety, w miejscu, w którym mieszkam, nie wystąpiło całkowite zaćmienie, a jedynie częściowe - księżyc przesłonił 98% powierzchni słońca.

Każdy posiadacz jakiegokolwiek aparatu fotograficznego bądź smartfona, musiał pstryknąć kilka fotek. I ja uległam tej pokusie a że nie miałam żadnych specjalnych filtrów, przytrzymałam jedynie przed obiektywem aparatu okulary, zdobyte w celu bezpiecznej obserwcji zaćmienia.

O godzinie 9 rano słonko jaśniało na niebie okrąglutkie, w pełnej krasie.


Zaczęło się o 9:04. Najpierw trzeba było mocno wytężać oczy by dostrzec ten maciupeńki zasłonięty skrawek, ale potem, z minuty na minutę księżyc przesłaniał słońce coraz bardziej.
















Punkt kulminacyjny rozpoczął się o godzinie 10:17 i trwał około dwóch minut.
W tym czasie u nas widać było jedynie wąziutki paseczek słońca, ale mój aparat nie był w stanie uchwycić tej drobinki światła, więc go odłożyłam i podziwiałam zjawisko, starając się zapamiętać jak najlepiej.

Nie zapadły całkowite ciemności. Najwyraźniej tak niewiele jak dwa procent słonecznego światła wystarczy, by rozproszyć mrok. Zrobiło się ciemniej, trochę tak jak w grudniowy dzień, kiedy na niebie nisko wiszą ciemne ołowiane chmury. Na ulicach włączyły się latarnie, ptaki przestały śpiewać, spadła nieco temperatura powietrza. A potem słonko zaczęło wyglądać z drugiej strony księżyca i rosnąć, rosnąć, aż wróciło do swej doskonałej okrągłej postaci.
Koniec zjawiska nastąpił o godzinie 11:37.

Fragmenty relacji z całkowitego zaćmienia słońca w kilku miejsc na terenie USA obejrzałam na kanale telewizji abc. Ponieważ nagranie całego programu trwa prawie 3 godziny, podaję czasówki początków relacji z następujących miejscowości:

  • Lincoln City, Oregon: 45:21
  • Madras, Oregon: 49:25
  • Sun Valley, Idaho: 58:32
  • Idaho Falls, Idaho: 1:01:20
  • Casper, Wyoming: 1:11:15
  • Alliance, Nebraska: 1:19:00
  • St. Joseph, Missouri: 1:36:00
  • Carbondale, Illinois: 1:50:00
  • Kelly, Kentucky: 1:54:30
  • Nashville, Tennessee: 1:58:15
  • Columbia, South Carolina: 2:11:15
  • Charleston, South Carolina: 2:14:45




Oczywiście, jeśli ktoś ma czas i ochotę, może obejrzeć cały trzygodzinny blok poświęcony zaćmieniu słońca od Pacyfiku po Atlantyk. Miłego oglądania!