wtorek, 25 lipca 2017

Lipcowe słoneczka

Czy to przypadek, że większość kwiatów, które w lipcu kwitną w moim ogródku, jest koloru żółtego? Jak lipcowe słonko.









sobota, 22 lipca 2017

Wrotki

Emilia dostała na urodziny karnet obejmujący 10 wejściówek na wrotki.
Pierwszy raz wybraliśmy się na początku lipca. Emilia nigdy wcześniej nie miała styczności z wrotkami - Krzysiek jeździł już kilka razy.


Wejściówki pokrywają także koszt wypożyczenia wrotek, więc nie trzeba mieć swoich.


Emilia była bardzo pozytywnie nastawiona, szybko założyliśmy wrotki, ustawiłam dziecko w pionie po czym nóżki jej się rozjechały i dość mocno klapnęła na pupę, drugi raz i trzeci, aż oświadczyła, że jej się to nie podoba i ona chce już wracać do domu.


Ponieważ Krzysiek radził sobie jako tako i jazda na wrotkach sprawiała mu przyjemność, postanowiłam przekonać Emilię do pozostania na obiekcie. Ściągnęła wrotki i biegała to tu to tam, oglądałyśmy jeżdżących aż w końcu udało mi się ją namówić, żeby podjąć kolejną próbę. Nie obyło się bez kilku klapnięć i kolejnego ściągnięcia wrotek, ale już bez kategorycznego żądania natychmiastowego powrotu do domu.


Trzecie podejście zakończyło się sukcesem. Wrotki na nogach pozostały, dziecko utrzymywało się mniej więcej w pionie, choć głównie dzięki pomocy poręczy i bandy. Ćwiczyłyśmy na dywanie holu oraz w części przeznaczonej na naukę. Pod koniec Emilia przemieszczała się bez mojej pomocy czy podtrzymywania. Stwierdziła nawet, że bardzo jej się podoba i od tej pory dopytuje się, kiedy znowu pójdziemy na wrotki.

środa, 19 lipca 2017

Kąpiel w Fall Creek

Kemping Cascara, na którym rozbiliśmy namiot, położony jest nad jeziorem zalewowym Fall Creek Reservoir. W obrębie obiektu, niedaleko od "naszego" miejsca wytyczono małe kąpielisko.


Wprawdzie ratownika nie ma, ale bojki oznaczają bezpieczny (płytki) obszar gdzie dzieci mogą szaleć do woli a rodzice mogą pilnować pociech z drewnianej platformy biegnącej ok. metra nad plażą wzdłuż całego kąpieliska.


Dzieci szalały w wodzie, jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. W ruch poszedł cały dmuchany sprzęt przywieziony z domu. Zebra doskonale utrzymywała Emilię na wodzie, a na żółwiu mogli się zmieścić oboje, Krzyś z Emilką.


Mimo, że drugiego dnia do popołudnia chmury przesłaniały słońce, dzieci nie wychodziły z wody.


Zapowiada się, że jeszcze w to miejsce wrócimy.


niedziela, 16 lipca 2017

Fall Creek (Reservoir)

Pierwszy tegoroczny wyjazd pod namiot mamy za sobą. Tym razem wybraliśmy się bardzo blisko, nad zbiornik retencyjny Fall Creek, zasilany rzeczką o tej samej nazwie. 


Na miejsce dojechaliśmy w ciągu 50 minut, z czego 20 minut zajęło nam przejechanie przez miasto.


Zabraliśmy ze sobą kanu i inny sprzęt wodny, sprawiając dzieciom niesamowitą frajdę.


Najpierw wypuściliśmy się w górę rzeki, ciągnąc za sobą oponę, w której, na zmianę, zasiadały dzieci.


Opona ma w środku siedzisko z siatki i bez trudu utrzymuje się na wodzie z tak niewielkim obciążeniem jak moje Pociechy.



Z Emilią w oponie płynęliśmy wolniej, ciągnąc Krzyśka nieco przyspieszaliśmy, ale nie za bardzo bo opór jednak znacznie spowalniał kanu a nie było potrzeby tak forsować silnika.


Potem wypuściliśmy się na jezioro.
Pozwiedzaliśmy zatoczki - dzieci miały okazję nieco powiosłować (o mało nie wybiły mi przy tym zębów).


Podziwialiśmy też kaczki i gęsi. Te ostatnie udało mi się złapać startujące do lotu z wody.


c.d.n.

czwartek, 13 lipca 2017

Lato w wodzie

Lato to dobra pora na moczenie się w wodzie.


Mimo, że w tym roku miało basenu w ogródku nie być - jest.
Ku ogromnej radości dzieci, zwłaszcza Emilii, która, gdyby mogła, z wody nie wychodziłaby wcale.


Ponieważ Emilia wody się nie boi a kąpiele w basenie uwielbia, zapisałam ją na lekcje pływania. Na najbliższym basenie miejsc już nie było, mimo, że starałam się ją zapisać z miesięcznym wyprzedzeniem, jeździmy więc na inny, bardziej oddalony basen.


Emilia ukończyła lekcje pierwszego stopnia polegające głównie na oswajaniu się z wodą. Była jedyną dziewczynką w czteroosobowej grupie Starfish (rozgwiazdy).


W poniedziałek zaczęła lekcje w grupie nieco bardziej zaawansowanej o nazwie Otters (wydry). Tym razem w grupie są tylko 3 dziewczynki, ale pani instruktorka ta sama - Emilia bardzo ją polubiła.


Emilia lekcje uwielbia i ma tylko jedno zastrzeżenie - zdaniem mojej córki lekcje te powinny się odbywać codziennie, a nie tylko dwa razy w tygodniu.


Krzyś też chodzi na basen choć nie na lekcje ale na zajęcia Summer Swim And Water Polo (Letnie Pływanie i Piłka Wodna). Ma zajęcia dwa razy w tygodniu po 90 minut (we wtorki i czwartki) a w piątki są zawody w pływaniu bądź turniej piłki wodnej. Tak więc na basenie jesteśmy codziennie od poniedziałku do  piątku, a w zasadzie to na dwóch basenach, bo Krzyś ma zajęcia na tym najbliższym.

Często bywa, że oprócz zajęć na basenie, popołudniu bądź wieczorem dzieci wskakują do basenu w ogródku. Albo wyciągają mnie na miejskie kąpielisko (KLIK) ze zjeżdżalniami, trampolinami, tryskawkami i torem przeszkód (KLIK). Ale za to jak im ostatnio apetyt dopisuje!

wtorek, 11 lipca 2017

Memorial Weekend 2017: Kwiatki z Kaliforni

Na zakończenie serii wpisów z wyjazdu na długi weekend - kwiatki z Kaliforni.

 





Następny wpis będzie już na bardziej bieżący temat.

niedziela, 9 lipca 2017

Memorial Weekend 2017: Port Orford

W drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się na chwilę na plaży w Port Orford.

Battle Rock, Port Orford, OR

Krzysiowi oczy zaświeciły się na widok skały Battle Rock i zapytał, czy może na nią wejść.

Pomyślałam, że to niebezpieczne, że może spaść, zrobić sobie krzywdę, ale z drugiej strony chłopaki w wieku Krzysia od zawsze włazili na co tylko dało się wdrapać, a jak długo można dziecko trzymać pod kloszem, dmuchać na nie i chuchać by mu się aby nic nie stało?

- Możesz...

Nie trzeba było dwa razy powtarzać.


Reszta rodziny została na dole.


Po dotarciu na drugą stronę okazało się, że Battle Rock kryje niespodziankę - tunel u podnurza skały, niezbyt długi, ale na tyle obszerny, że można przejść pod skałą na drugą stronę.

W zależności od ustawienia można było podziwiać przez szczelinę pas nadbrzeża widoczny po drugiej stronie bądź tylko fale.


Jak już Krzyś cały, zdrowy i bez jednego zadrapania zszedł do nas na dół, nie omieszkał gruntownie zbadać i jaskini.


Jak już rozprostowaliśmy dostatecznie nogi przed dalszą podróżą, wsiedliśmy do samochodu i kontynuowaliśmy jazdę do domu. Ponieważ dzieci zasnęły, nie zatrzymywaliśmy się już nigdzie więcej (choć pierwotnie mieliśmy takie plany) tylko pognaliśmy prosto do domu rozkoszując się ciszą panującą w samochodzie.


* Tutaj (KLIK) ciekawie opisana historia skąd się wzięła nazwa Battle Rock.

czwartek, 6 lipca 2017

Memorial Weekend 2017: Czy masz odwagę pogłaskać rekina?

Trzeciego, ostatniego dnia długiego weekendu z okazji Memorial Day wybraliśmy się do niewielkiego oceanarium Ocean World w Crescent City.


W przeciwieństwie do innych obiektów tego typu, w których do tej pory gościliśmy, zwiedzanie odbywa się w niewielkich grupach z przewodnikiem.


Emilia nie była z tego powodu zadowolona - zawsze pędzi przed siebie bez opamiętania i bardzo nie lubi zatrzymywać się tylko dlatego, że ktoś jej karze. Ale jakoś przeżyła a reszta rodziny dowiedziała się kilku ciekawych rzeczy.


Bardzo spodobał mi się pomysł umieszczenia eksponatów, które zwiedzający mogą dotykać, w dużych muszlach - można je było wyciągnąć ze zbiornika i dokładnie obejrzeć bez robienia krzywdy żyjątkom.


Jak zawsze, największą frajdę sprawia sprawdzanie czy każdy kolejny ukwiał zamknie się po trąceniu paluszkiem. A trzeba przyznać, że kolekcja ukwiałów do podziwiania była spora.


Przewodnik wyciągał z wody kolejne muszle prezentując przedstawicieli fauny podając podstawowe informacje oraz różne ciekawostki.

W części poświęconej rybom głębinowym dane nam było obejrzeć małe rekinki, które przyszły na świat kilka dni wcześniej. W osobnym zbiorniku czekały na nas inne rekiny, takie, które można pogłaskać.


Nie pamiętam jak się nazywa ten gatunek, ale podobno ugryzie dopiero wówczas kiedy mu się dość głęboko wsunie rękę w paszczę - sam nie atakuje.


Oj, nagłaskaliśmy się tych rekinów! Miały takie mięciutkie łuski, że miało się wrażenie muskania aksamitu.

Ale mocniejszych wrażeń też można było zaznać.


Wystarczyło zmrużyć oczy i puścić wodze fantazji by makieta zamieniła się w prawdziwego, krwiożerczego rekina.


Ale chyba największą atrakcją oceanarium jest pokaz, jaki dają foki.
W oceanarium jest kilka bardzo wiekowych fok, przeważnie znalezionych na wolności w kiepskim stanie, mocno okaleczonych. Po rehabilitacji nie miały szans na przetrwanie w środowisku naturalnym i dlatego znalazły się w oceanarium.


Foczki staruszki rozczulają spojrzeniem, niemrawo się turlają ale za to wydają masę dźwięków jako żywo przypominających dźwięki wydawane przez ludzi. Rozśmieszają też zabawnymi minami i gestami przednich płetw.


Młodsze, pełne energii foki, dają pokaz swojej sprawności, wyskakując z wody do zawieszonej nad wodą piłki, łapiąc plastikowe kręgi na szyję, balansując na nosie piłkę czy też wykonując salta nad wodą.


Na szoł załapaliśmy się dwukrotnie - zanim zaczęliśmy zwiedzanie z przewodnikiem i na zakończenie. I bawiliśmy się tak samo dobrze za pierwszym jak i za drugim razem.