wtorek, 28 października 2014

Angielskie wakacje: New Forest - Burley

Sobotnią wycieczkę do New Forest (Hampshire, UK) zakończyliśmy w Burley - lodami. Tutaj muszę napisać, że podczas naszych wakacji w Anglii objadaliśmy się lodami do nieprzyzwoitości. Wydawało mi się wcześniej, że jadamy lody często i dużo - byłam w będzie. Nasz miesięczny pobyt w Dorset stał zdecydowanie pod znakiem lodów, zwłaszcza włoskich, tam zwanych Whippy  - mniam, pyszszszne...


Emilia lody przespała w wózku, więc ja mogłam się rozkoszować zimnymi delicjami w spokoju.



Burley to niewielka wieś, ale pełna uroku, o specyficznej atmosferze. Po lodach, przeszliśmy się uliczką do sklepu, który można zobaczyć na zdjęciu poniżej.


W sklepie, uwagę moich dzieci natychmiast przyciągnęły różne świecące, błyszczące bądź połyskujące przedmioty, które w mgnieniu oka znajdowały się w łapkach potomstwa w celu dokładnego obejrzenia. Ja wiem, że nawet Emilia nie niszczy rzeczy w sklepie, co dopiero Krzysiek, który jest na to stanowczo za duży, ale pan (zapewne właściciel) raczej nie był przekonany co do intencji moich dzieci. Widać było, że jest bliski zawału, przekonany, że zaraz coś zostanie zniszczone, potłuczone, itp., więc szybko ewakuowaliśmy się ze sklepu - żeby nie nieć niewinnego życia na sumieniu. Wujek kupił Emilii świecącą i wydającą dźwięki piłeczkę. Na szczęście opcja dźwiękowa szybko zepsuła się - ku nieutulonemu żalowi dzieci, ale cichemu zadowoleniu dorosłych...

niedziela, 26 października 2014

Angielskie wakacje: New Forest - rzeczka

Po piaszczystych atrakcjach i spacerze (oba poprzednie wpisy zalinkowane), na koniec zatrzymaliśmy się nad płytką i niezbyt szeroką rzeczką z tamą. 

Nie zarejestrowałam nazwy, ale woda to woda - dla dzieci nie ma znaczenia czy się jakoś nazywa czy nie, grunt, że można w niej brodzić, moczyć nogi, wrzucać kamyki i taplać się. Co też obie moje Pociechy z ogromną radością uczyniły.

Nie można ich było od tej wody odciągnąć nawet omamiając lodami. W końcu trzeba było Emilię wziąć po pachę i, mimo protestów, wpakować do samochodu. Krzyśka też ciężko było oderwać od wody.

Dużo później, już po powrocie do domu, pomyślałam, że trzeba było tę wycieczkę zacząć od rzeczki - Krzysiek miałby dobry humor i cały dzień z pewnością przebiegłby w milszej atmosferze. 

Ale czasu nie da się zwrócić - a szkoda...

Kiedy już kończyłam edycję tego wpisu, z ciekawości zerknęłam do internetu czy znajdę coś na temat tego miejsca - okazało się, że tak, jest informacja tutaj. Z tego co przeczytałam, strumień nie ma nazwy, ale dowiedziałam się jak nazywa się to miejsce: Moyles Court.



czwartek, 23 października 2014

Kick-a-thon 2014

Kick-a-thon 2014
18 października miała miejsce kolejna, dziewiąta już, edycja kick-a-thonu, w której to imprezie wziął udział Krzysiek. Kick-a-thon organizowany jest przez akademię, w której Krzysiek trenuje karate i dżudo, a jego celem jest zebranie pieniędzy na stypendia dla dzieci, które bez wsparcia finansowego musiałby zrezygnować z treningów.

Cała impreza trwa dość krótko - ochotnicy przez godzinę wykonują kopnięcia, licząc i zapisując je, a sponsorzy płacą później jakąś tam (z góry zdeklarowaną) sumę, przeważnie za każde kopnięcie.  To już drugi kick-a-thon, w którym brał udział Krzysiek.

O ubiegło rocznym pisałam tutaj. Zeszło roczny wynik mojego dziecka to 2456 kopnięć, wynik tegoroczny to 2700 kopnięć. Liczyłam osobiście, więc wiem, że na pewno tyle ich wykonał.

Kiedy dotarł do 2700, mimo, że jeszcze zostało 10 minut, przestał kopać - był już bardzo zmęczony, a poza tym stwierdził, że zbyt wysoki wynik będzie mu trudno pobić za rok.

Niestety nie zabrałam aparatu, więc zrobiłam tylko jedno zdjęcie aparatem - zamazane i niewyraźne, ale zawsze to jakaś pamiątka. Na koniec, wszyscy uczestnicy pozowali do zdjęcia grupowego - to zdjęcie też robione komórką, ale za to mogę je opublikować z czystym sumieniem - żadna z twarzy nie jest rozpoznawalna, nawet Krzyśka trudno wypatrzeć, chyba że się wie, gdzie stał.

Kick-a-thon 2014

poniedziałek, 20 października 2014

Duszki

Wyciągnęłam już dekoracje na Halloween i ozdobiłam wejście do domu. Niewiele tego, bo Emilia poniszczyła trochę w ubiegłym roku, między innymi potłukła glinianą dynię, do której można było wsadzić świeczkę.

W piątek wybraliśmy się na farmę, z której poza jabłkami, papryką, gruszkami, pomidorami i ziemniakami, przywieźliśmy także i dynię. Stoi już przy drzwiach frontowych - do Halloween jeszcze tylko dwa tygodnie więc może jednak nie spleśnieje. W tym roku nie będziemy jej wycinać ale ozdobimy specjalnie zakupionymi naklejkami.

Dorobiłam też, z niewielką asystą dzieci, duszków do powieszenia na drzewie przed domem.


Na duszki wykorzystałam reszki plastikowego obrusa, który był za długi, więc odcięłam kawałek i zostawiłam go specjalnie z myślą o tym projekcie.
Główki wypchałam resztkami materiału zabezpieczającego przesyłki pocztowe - też plastik, więc całość nie rozmoknie na deszczu. Buzie wymalowałam niezmywalnym mazakiem.

Duszki zapozowały na łóżku Hultajstwa, a dopiero później przeciągnęłam przez główki sznurek do umocowania na gałęziach. Teraz czekam aż opadnie trochę liści, i wtedy je zawiesimy na zewnątrz.


piątek, 17 października 2014

Badminton

Lato tego roku było u nas długie i upalne. Pobiliśmy rekord jeśli chodzi o ilość dni, w których
temperatura przekroczyła 27 stopni C (80F) i 32 C (90F).

Pod koniec września na kilka dni ochłodziło się (do 23 stopni) a potem znowu wróciło na trochę lato. Indian summer, czyli indiańskie lato, cieszyło nas do połowy października.

Korzystając z ciepłej i suchej aury, Krzysiek zaczął się uczyć grać w badmintona. Na razie trafia paletką w lotkę, ale o dłuższej wymianie podań z przeciwnikiem jeszcze nie ma mowy.

Przy okazji cała rodzina zażywa ruchu, nawet Emilia gra po swojemu, czyli głównie biega z paletką po trawniku.


Szkoła też korzysta z pogody - Krzysiek był już na dwóch krótkich wycieczkach.

Pierwsza, na farmę, gdzie dzieciaki zbierały z pola plony (marchewkę, kapustę, itp.), potem wszystkie zebrane warzywa czyściły, a po powrocie do szkoły, myły, obierały, kroiły aby na koniec ugotować z nich potrawkę.

Krzyśkowi nie smakowało, ale on to jest bardzo wybredny i jada głównie to, co mama ugotuje.

Druga wycieczka była do Nearby Nature - dzieci podglądały naturę na spacerze w parku z przewodnikiem opowiadającym im o zwierzętach i roślinach.




Ponieważ miniony weekend, mimo, że już chłodny, był słoneczny, spotkaliśmy się ze znajomymi w parku aby pograć w paletki. Dzieci też  się skusiły - na chwilkę, a potem biegały, goniły się - jak to dzieci. Ale dorośli trochę sobie pograli - a o to przecież chodziło.


A na koniec jedno zdjęcie z rabatki.


wtorek, 14 października 2014

Szare sowy

Brat  i bratowa mają urodziny w odstępie dwóch tygodni. Tak sobie wymyśliłam, że mimo lata, podaruję im z tej okazji czapki-sowy - prawie takie same, różniące się tylko nieznacznie rozmiarem i kolorem oczu, czyli guzików.


Szczegóły dziewiarskie:
Sowa o oczach żółtych: 84 gr (165 m)
Sowa o oczach zielonych : 96 gr (189 m)
  • Druty: 6 mm
  • Wzór: Chouette (autorka: Ekaterina Blanchard)



Bratanica dostała swoją czapkę-sowę jakiś czas temu, więc teraz cała rodzinka może paradować w ptasich czapach, chroniąc głowy przed chłodem angielskiej jesieni i zimy.


sobota, 11 października 2014

Angielskie wakacje: New Forest - dzikie konie

Głównym celem naszej wycieczki do New Forest (Dorset, UK) było karmienie swobodnie pasących się tam osiołków oraz spacer. Osiołki sobie gdzieś poszły i nie zaszczyciły nas swoją obecnością, a szkoda, bo mieliśmy dla nich marchewki. Były za to dzikie konie - i krowy (jak widać na zdjęciach).

New Forest, Dorset

Krzyśkowi spacer nie przypadł do gustu i robił wszystko, żeby nam uprzykrzyć ten czas. Zachowywał się okropnie, ale jego zachowanie nie miało wpływu na piękno przyrody - konie pozostały niewzruszone, wrzosy nie straciły nic ze swego uroku. A moje uparte dziecko i tak przebyło z nami całą, niezbyt długą trasę - obrażone na cały świat, że nie dali mu grać na tablecie cały dzień. 

New Forest, Dorset

Zdjęć narobiłam sporo, bo miejsce szalenie urokliwe, pogoda sprzyjała a konie pięknie pozowały.

New Forest, Dorset

New Forest, Dorset

New Forest, Dorset

Fotki mogłyby ozdobić kalendarz - napatrzeć się na nie nie mogę wspominając spacer. Zebrałam je więc, dorzuciłam kilka widoczków z innych miejsc, opatrzyłam piękną muzyką - i wrzuciłam na uTube w postaci filmiku. 
Miłego oglądania i słuchania!





Jak już wspomniałam, mieliśmy karmić marchewkami osiołki. Osiołków nie było, ale marchewka się nie zmarnowała - zjadła ją Emilia i konie.



I na koniec jedno z moich ulubionych zdjęć - z córeczką, wśród wrzosów.


środa, 8 października 2014

Angielskie wakacje: New Forest - piaskowa skarpa

Do New Forest zabrał nas na wycieczkę mój brat. Koło miejsca, gdzie zostawia się samochód, jest ogromna piaskowa skarpa.

New Forest, Dorset

Mozolne wdrapanie się na samą góry, a potem zbieganie na dół to spora atrakcja, i choć najpierw Krzysiek kręcił nosem i nie bardzo chciał, to po pierwszym zbiegnięciu okazało się, że zabawa spodobała mu się.



Poza zdjęciami, chwile zostały uwiecznione na krótkich filmikach








niedziela, 5 października 2014

Pinkowy

W Anglii dotarły do nas dwie niedobre wiadomości.

Wiadomość pierwsza: ze względów osobistych, pani prowadząca przedszkole, do którego chodziła Emilia, postanowiła je zamknąć. Uczyniła to nagle, bez uprzedzenia i nieodwołalnie. Spotkałam się z panią we wrześniu i nie ma nadziei, że otworzy domowe przedszkole w przyszłości.

Wiadomość druga: w połowie sierpnia zwolniono męża z pracy.

Emilia nie chodzi więc do przedszkola, a kiedy ja idę do pracy, zostaje w domu z tatą.

Jest to rozwiązanie tymczasowe, więc kiedy już umarła nadzieja związana ze starym przedszkolem, rozejrzałam się za nowym.
Po selekcji zostały dwa.

Pierwsze, nieco dalej od domu, za to bliżej mojej pracy, polecane bardzo przez panią z byłego przedszkola Emilii. Niestety mają listę dzieci oczekujących na przyjęcie i może się okazać, że kiedy nadejdzie czas, że przedszkole będzie nam potrzebne od zaraz, nie będzie miejsca dla Emilii.

Drugie przedszkole, blisko domu, choć nie aż tak, żeby chodzić na piechotę. Prowadzone przy kościele baptystów, większe niż to pierwsze, ale nie moloch. Emilia byłaby siódmym dzieckiem w swojej grupie. Miejsce dla niej jest od zaraz.

Teraz pozostaje nam jedynie czekać, aż to przedszkole będzie potrzebne.

Póki co Emilia świetnie się czuje w domu, raczej się nie nudzi - zawsze znajdzie sobie jakieś ciekawe zajęcie, a że nie zawsze po myśli mamy, cóż...

Ostatnio córeczka moja dorwała dość tłustą maść (coś w rodzaju linomagu) i większą część zawartości tubki wtarła sobie we włosy.

Zeszło dopiero po czwartym myciu: szamponem dziecięcym, szamponem dla dorosłych, płynem do mycia naczyń, ponownie szamponem dziecięcym.

Najlepiej spisał się płyn do mycia naczyń.

Na szczęście Emilia nie histeryzuje przy myciu włosów - ładnie odchyla głowę do tyłu i zamyka oczy, więc cała procedura nie była nawet taka uciążliwa. Nie myłam jej tych włosów cztery razy jednego dnia tylko dzień po dniu i po prostu przez kilka dni miała niezbyt ładnie wyglądające włoski.

Emilka w ogóle lubi sobie wcierać wszystko we włosy. Nawet jak się namydla podczas wieczornej kąpieli, zazwyczaj nie pomija głowy, ale mydło przynajmniej spłukuje się bez problemu.

A na koniec wyjaśnienie pochodzenia i znaczenia słowa pinkowy.

"Pink", czyli kolor różowy, to obok fioletowego (na który Emilia mówi również "pink") ulubiony kolor Kruszynki. A że  po polsku różowy kończy się na "-owy", z połączenia angielskiego "pink" i końcówki "-owy" powstał pinkowy.

I wszystko jasne!

czwartek, 2 października 2014

Puzzle piankowe

Moja bratowa prowadzi małe domowe przedszkole i jeden z pokoi to bawialnia, fantastycznie wyposażona we wszelkie zabawki. Dzieci mają tam jak w raju. 
Nie tylko mała Emilka, ale i starszy Krzysiek miał się tam czym bawić. 

Hitem, podczas naszego pobytu, okazały się puzzle piankowe. Leżały sobie spokojnie na podłodze, niczym dywan, aż wpadły w oko Krzyśkowi, który potraktował je jako materiał budowlany. Zaraz zaczęły powstawać budowle trój wymiarowe. A to wieża, do której zmieścił się konstruktor we własnej osobie:


Emilia, jak tylko zobaczyła co robi brat, też musiała uczestniczyć w zabawie.
Z chęcią dawała się zamykać w kolorowych sześcianach.


A otwory na literki służyły jej za okienka.


Szkoda tylko, że wszystkie budowle były tak nietrwałe - Krzysiek strasznie się irytował ilekroć jego dzieło legło w gruzach nie wytrzymując starcia z siostrą lub kuzynką. Bo Zosi podobało się tak samo jak Emilii. I żeby nie było walki o to, która dziewczynka ma wejść do piankowego pudła, pewnego dnia powstały dwa, po jednym dla każdej z dziewczynek.


W zasadzie to się zastanawiam czy takich puzzli nie kupić moim dzieciom, bo miały tyle frajdy bawiąc się nimi. Tylko najpierw musiałabym chyba przeprowadzić selekcję (połączoną z eliminacją) posiadanych zabawek, bo nie wiem gdzie te puzzle maiłabym upchnąć - chodzi mi o te chwile, gdy nie będą w użyciu. Temat do rozważenia, a na ostatnim zdjęciu puzzle na płasko, rozłożone na podłodze i Emilia, pierwszego dnia, jeszcze zmęczona po podróży.


poniedziałek, 29 września 2014

O Pierwszej Komunii Krzyśka - ze sporym opóźnieniem

Krzysiek już całkowicie przestawiony na tryb szkolny. Obejmuje on nie tylko szkołę z zadaniem domowym, ale też karate, dżudo i religię. 

Kilka dni temu miało miejsce spotkanie organizacyjne w kościele bo ten rok przyniósł trochę zmian w kwestii edukacji religijnej.

Po pierwsze, ponieważ dwie parafie mają tylko  jednego księdza, naukę religii w obu parafiach połączono. Dzieci z obu parafii mają zajęcia razem, w budynku tej drugiej parafii, ponieważ jest większy i dysponuje większą ilością pomieszczeń. Druga zmiana to przeniesienie zajęć z niedzieli, po mszy, na środę - poprzednie rozwiązanie bardziej mi odpowiadało.

Kolejna zmiana dotyczy dzieci, które w maju przystąpią do pierwszej komunii - nie tylko wzrosła opłata (teraz kosztuje to dwa razy tyle co w ubiegłym roku) ale i przybyło zajęć, głównie dla rodziców. W czasie kiedy dzieci mają swoje zajęcia, w osobnej sali rodzice mają swoje zajęcia. Ponadto, dzieci mają dostać karteczki i w niedzielę, po mszy, mają uzyskać podpis diakona potwierdzający obecność na mszy niedzielnej. To mi się bardzo nie podoba. Mam bardzo złe skojarzenia z czasów rekolekcji w liceum. 

W temacie pierwszej komunii będąc, słów kilka o pierwszej komunii Krzyśka, która miała miejsce 4 maja.


Katechetka poprosiła, żeby nie robić zdjęć podczas mszy, aby uniknąć tłumu paparazzich przy ołtarzu. Obiecała, że ona zrobi zdjęcia wszystkim dzieciom i da je rodzicom na CD Romach. Wszyscy rodzice podeszli ze zrozumieniem i zastosowali się, a katechetka, ze swojej obietnicy nie wywiązała się do dzisiaj. Czekałam na te zdjęcia, zwlekając z wpisem komunijnym ponieważ mam zdjęcia głównie z części po mszy, w domu, kiedy to świętowaliśmy w gronie przyjaciół. Z kościoła mam tylko zdjęcie Krzyśka niosącego dary do ołtarza:



Każde dziecko dostało zaświadczenie o przystąpieniu do pierwszej komunii Świętej - czekało już przed mszą na wyznaczonej ławce (każda rodzina miała zarezerwowaną dla siebie ławkę).


W gazetce parafialnej zamieszczono listę imion dzieci, które w ten weekend (w sobotę i niedzielę) przystąpiły do pierwszej komunii.


Msza była długa (90 minut) ale nasi goście stwierdzili, że wcale się nie dłużyła z powodu nastroju, uroczystego, ale radosnego - wszystko ładnie wypadło, spokojnie, bez nerwów, wpadek czy pomyłek.

Część w domu też się udała, mimo przelotnych, dość obfitych opadów, które w końcu zmieniły się z przelotnych w nieprzerwany - lało jak z cebra! 

Jedzenie było smaczne, ciasta pyszne, a goście - sami bliscy nam ludzie. Przylecieli też rodzice chrzestni Krzyśka, choć mają daleko, ze wschodniego wybrzeża, czyli jakieś 5 tysięcy kilometrów. Ich przylot szalenie nas wszystkich ucieszył.

czwartek, 25 września 2014

Skarpety Nr 14

Skoro zrobiłam skarpety dla brata, nie mogłam nie zrobić skarpet dla bratowej! No i zrobiłam, takie:


Są bardzo podobne do tych, właśnie dlatego, że tamte podobały się mojej bratowej. Niestety tamtego melanżu już nie miałam, ale i ta kombinacja kolorystyczna spotkała się z ciepłym przyjęciem nowej właścicielki. Trochę się bałam czy rozmiar będzie odpowiedni. Zrobiłam takie jak dla siebie i okazało się, że mamy prawie taki sam rozmiar stopy.


Dane dotyczące włóczki i drutów:
  • Włóczka: 
  1. Kolorowy melanż: Regia Flusi das Socken-Monster, 75% wełna, 25% poliamid, 210 m /50 gram - zużycie: 24 gr = 100 m
  2. Czarna: Deborah Norville Serenity Sock, 50% wełna, 25% wiskoza z bambusa, 25% nylon, 210 m /50 gram - zużycie: 38 gr = 160 m
  • Druty: 2  mm z żyłką x 2

poniedziałek, 22 września 2014

Quomps Splash Park w Christchurch

Podczas naszych wakacji w Anglii, niemal codziennie chodziliśmy do parku i na plac zabaw. Moim dzieciom najbardziej podobał się plac zabaw położony prawie nad samym morzem, ale jakoś nie mamy na nim żadnych zdjęć.

Mamy natomiast wspaniałe zdjęcia z innego miejsca, z parku w Christchurch: zarówno z placu zabaw jak i z kąpieliska Quomps Splash Park, które Emilii i Krzysiowi ogromnie się podobało.


Wprawdzie Emilia unikała tryskawek jak mogła - nie przepada za wodą w tej postaci - ale za to oderwać się nie mogła od przyrządów, które urozmaicają zabawę wodą: pompy, zapory, tamy, śruby. Krzysiek też był w swoim żywiole.




piątek, 19 września 2014

Ciocia Ola, Ciocia Myszka i Ciocia Talia

W życiu Emilii, raczej ubogim jeśli chodzi o ciocie, wujki, babcie i dziadków, pojawiło się ostatnio kilka nowych cioć.

Ciocia Ola (moja bratowa) z miejsca podbiła serce Emilii - po dwóch minutach od poznania się, Emilia poszłaby z Nią na koniec świata - i to bez mamy!


Ciocia Ola ma szczególny dar do dzieci, fantastycznie potrafi się z nimi dogadywać i Emilia do tej pory z zachwytem wspomina chwile z Nią spędzone. Niestety ciocia Ola mieszka baaardzo daleko od nas - mamy na szczęście zdjęcia.

Emilia nawet przez sen woła ciocię Olę a na jawie często śpiewa piosenkę, której ciocia ją nauczyła. Ponieważ nie zapamiętała całej zwrotki, śpiewa tylko dwa wersy:

 stlusie mu sie pas kłaniają
małpy glają, małpy glają

(Powinno być: Strusie mu się w pas kłaniają, małpy na ogonie grają.)

Do piosenki są jeszcze odpowiednie ruchy rąk i całego ciała - Emilia pokazuje zwoje dzikich lian, kłania się w pas i gra na ogonie. Tutaj można posłuchać piosenki w dość ładnym wykonaniu, a tutaj obejrzeć taniec.

Kolejna ciocia miała kiedyś na imię Marzenka, ale że Emilia miała początkowo kłopoty z powtórzeniem tego dość trudnego imienia, wymyśliła coś, co potrafiła wypowiedzieć i tak powstała ciocia Myszka.


Po kilku dniach Emilia nauczyła się mówić imię Marzenka, ale Myszka chwyciła i została.
Ciocia Myszka z niebywałym samozaparciem ubezpieczała Emilię, kiedy ta biegała po ruinach zamku niczym po najlepszym placu zabaw, nie bacząc na dość realne niebezpieczeństwo upadku i zrobienia sobie krzywdy.

Ciocia Myszka zabrała nas też na kilka wycieczek, uwalniając na chwilę od naszej, jakże słodkiej, acz nieco męczącej obecności przemiłą ciocię Olę.

Emilia bardzo dobrze czuła się w obecności obu cioć a także przyszywanej babci (mamy cioci Oli) i trochę smutno mi było na myśl, że po powrocie nie będzie ich miała w swoim życiu. Na szczęście, pustkę, choć na chwilę, wypełniła kolejna ciocia - ciocia Talia.


Ciocia Natalia jest matką chrzestną Emilii i przyleciała do nas na miesiąc w odwiedziny. Emilia szybko dogadała się z ciocią, ale niestety i ta ciocia niebawem zniknie z życia Kruszynki - miesiąc już mija . Zostaną zdjęcia i wspomnienia.