piątek, 24 kwietnia 2015

wtorek, 21 kwietnia 2015

PUR: Szydełkowe kapcie

Dostałam od sąsiadki stos starych gazetek dziewiarskich, a wśród nich zaplątał się jakiś kalendarz z opisem wykonania jednej robótki na każdy miesiąc roku. Jednym z projektów były szydełkowe kapcie. Ucieszyłam się niezmiernie, bo nosiłam się z zamiarem zrobienia sobie takich kapci już od jakiegoś czasu. Nawet włóczkę już miałam Paton's Clasic Wool Merino.
Niestety, okazało się, że opis był kiepski i w końcu kapcie zrobiałam, ale według schematu opracowanego przez siebie.

Kapcie ozdobiłam kwiatkami z muliny do wyszywania, której zapasy mam spore (ach te wyprzedaże garażowe!) a wyszywam mało.





Kapcie te zabrałam do pracy i teraz miękko mi i wygodnie w stopy - u mnie w pracy większość osób "pracuje" w domowych kapciach, albo całkiem bez obuwia, zwłaszcza latem.

Ponieważ wydawało mi się, że wyszły trochę za duże, kolejną parę zrobiłam trochę mniejszą:





Po pierwsyzm praniu, i lekkim sfilcowaniu, kapcie zmieniły rozmiar na za mały na moje stopy. Wróciłam więc do pierwotnego opisu i wprowadzając pewne modyfikacjie, zrobiłam kolejną, trzecią parę kapci - te zostawiłam sobie w domu.







  • włóczka: Paton's Clasic Wool Merino (100% wełna, 204 m/100 gr) - podwójna nitka 
  • zużycie: 100 gram na jedną parę
  • szydełko 5 mm.


sobota, 18 kwietnia 2015

Dla domu - Projekt nr 4


Niecałe dwa lata temu wyremontowaliśmy łazienkę, ale krótko dane mi było cieszyć się pięknem nowości. Pomijając powody, bo wszak nie istotne, przejdę do "skazy na obrazie":



Fragment ściany przy gniazdku i włączniku światła został naruszony co wyglądało fatalnie i mierziło mnie ogromnie - diabeł tkwi w szczegółach, a ja na szczegóły zwracam sporą uwagę. Na zbliżeniu poniżej widać uszkodzenie dokładniej. 


Półtora roku tak sobie to było, aż się zdenerwowałam i zabrałam za naprawę sama. 

Nie wyszło idealnie (kusi mnie, żeby jeszcze trochę popoprawiać), ale jest dużo lepiej niż przed - jak widać na zdjęciu poniżej.


Kiedy wybrałam się do sklepu po pędzel do malowania ściany, kupiłam przy okazji zewnętrzną plastikową część gniazdka elektrycznego.

Kiedy wprowadziliśmy się do domu 9,5 roku temu, gniazdko elektryczne w małej toalecie wyglądało tak jak po lewej stronie poniżej - brakowało zewnętrznej plastikowej osłonki. I w takim stanie przetrwało ponad 9 lat. A owa osłonka, wraz z śrubkami, kosztowała straszny "majątek", czyli aż 79 centów - dostępna w kilku kolorach we wszystkich sklepach specjalizujących się w sprzedarzy tego typu produktów. Przykręcenie śrubek trwało może pół minuty i nareszcie wygląda to porządnie - zdjęcie poniżej po prawej stronie.


Kolejny projekt (skąd się wziął pomysł pisałam tutaj) dla domu zaliczony.

środa, 15 kwietnia 2015

Angielskie wakacja: Longleat (Tęcza w drodze powrotnej i głupawka Emilii)

W drodze powrotnej z Longleat do domu, przez dość długi czas towarzyszyła nam tęcza. 


Tęczę, jak wiadomo, trudno dobrze uwiecznić na zdjęciach bez profesjonalnego sprzętu, i na naszych zdjęciach nie wygląda tak pięknie jak w naturze. 
Kiedy tak zerkała do nas przez okna samochodu, sprawiła nam wszystkim ogromną przyjemność.

Przez pewien czas na niebie były nawet dwie tęcze!


A Emilia, totalnie wykończona dość intensywnym dniem i nadmiarem wrażeń dostała w samochodzie głupawki. Poniżej można sobie obejrzeć krótki fragment zarejestrowany ku radości oglądających (nie tylko wspominających!).



Kilka dni temu oglądałyśmy sobie z Emilią wszystkie filmy z naszych Angielskich wakacji i to właśnie nagranie należało do tych kilku ulubionych - śmiała się sama z/do (?) siebie.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Angielskie wakacja: Longleat (Adventure Castle & Play Kingdom)

Pierwszego dnia w Longleat, resztę czasu, jaki nam został po safari, spędziliśmy na zabawie: Krzyś w Adventure Castle, Emilia i Zosia w Play Kingdom.

Adventure Castle (tutaj link do zdjęć na Google) to imitacja średniowiecznego zamku zamienionego w mega plac zabaw gdzie dzieci mogą się wybiegać, huśtać, wspinać, przedzierać przez tunele z siatki - spełnienie marzeń każdego dziecka i jestem przekonana, że gdyby Krzyś miał okazję bawić się tam od rana do wieczora - opuszczał by to  miejsce z takim samym żalem, jak po mniej więcej godzinie, z ogromnym niedosytem.

Play Kingdom to ogromny namiot z miękką podłogą - plac zabaw dla młodszych dzieci. 


Emilii bardzo podobał się suchy basen.


Ale najwięcej radości sprawiła mojemu młodszemu dziecku zabawa z balonikami w czymś, co się nazywa Dancing Balloons.

Dancing balloons to klatka o ściankach z siatki, w środku baloniki wypełnione zwykłym powietrzem, a w czterech rogach pod "sufitem" podwieszone wentylatory wprawiające w ruch baloniki. Dzieci - oszalałe ze szczęścia, biegają za balonami, łapią je, odbijają. Emilia była zachwycona!

Poniżej zamieszczam zdjęcie ze strony The World of Yu Kids , żeby pokazać jak takie coś wygląda.



czwartek, 9 kwietnia 2015

Wielkanoc 2015

Zajączek wielkanocny przykicał do nas w tym roku z daleka, aż z Anglii. 
W drogę wysłała go moja bratowa z bratem, a w trudach podróży pomagały Amazon i poczta amerykańska. Dzięki temu dotarł do nas w Wielki Piątek, w porze kiedy Emilia nie spała, więc nie dało się przechwycić zająca i przetrzymać do niedzieli.

Prezenty zostały rozpakowane, rozległo się głośne Ach! i O! a potem rozpoczęła się zabawa.


Emilia dostała zestaw magnesików, w których można układać zwierzątka i kwiatki, a dodatkowo na białej stronie tablicy można pisać markerem. 
Z drugiej strony tablica jest czarna i pisze się po niej zwykłą kredą. 
Od piątku młodsze dziecko wyżywa się artystycznie raz na białej, raz na czarnej tablicy, a raz nawet udało jej się upiększyć kanapę, na szczęście dało się doczyścić i nie ma śladu.

Krzyś dostał klocki Lego Minecraft i też bawi się nimi cały czas. 
Czasem dzieci pobierają sobie zabawki i Emilia bawi się klockami Krzysia a Krzyś rysuje na tablicy Emilii.

Po kilku godzinach udało mi się oderwać dzieci od nowych zabawek w celu ozdobienia jajek - następnego dnia miały zostać poświęcone z resztą pokarmów.

W tym roku jajca były szalone - dzieci w miarę zgodnie - farbowały a potem naklejały oczy i buźki. Fryzury mocowałam ja.


W parafii koleżanki, na jej prośbę, proboszcz od kilku lat organizuje specjalnie dla naszego polskiego grona święcenie pokarmów. W tym roku przybyło 6 polskich rodzin z jedenastoma koszyczkami.

Emilia zasnęła tuż przed wyjściem z domu, więc święcenie ją ominęło. Następnego dnia wyjechała z takim tekstem:

- Pojedziemy poświecić jajka... latarką...

W tym roku nie było w naszym kościele tradycyjnego amerykańskiego Egg Hunt. Zamiast tego, każde dziecko dostało torebkę z drobiazgami (ołówki, święte obrazki, różaniec, naklejki, tatuaże i słodycze). 

Poza tym można sobie było zrobić zdjęcie w ramce ozdobionej wielkanocnymi zajączkami (obok) a także zdjęcie ze zmartwychwstałym Chrystusem (poniżej) - coś takiego to chyba tylko w Ameryce może się zdarzyć... 
Zdjęcia robiłam telefonem komórkowym, więc jakość taka sobie.




A potem pojechaliśmy do znajomych i w naszym stałym, dość sporym, polskim gronie świętowaliśmy - po polsku, czyli przy obficie zastawionym jadłem i smakołykami stole.

Dzieci miały swój prywatny Egg Hunt na łące za domem, a kiedy już jajka zostały wyzbierane a zawartość skonsumowana bądź poddana wnikliwej inspekcji, zaczęło padać.

W drodze tam i z powrotem graliśmy z Krzysiem w zagadki "A w jakim filmie...?" Krzyś był przeszczęśliwy a ja nie zdawałam sobie sprawy, że widział tyle bajek i filmów - zabawa trwała w sumie ponad dwie godziny!

Emilia nie uczestniczyła w niej, zajęta grą na telefonie - aż zasnęła w drodze powrotnej.


A potem okazało się, że brak zainteresowania był jedynie pozorny i wczoraj zaskoczyła mnie pytaniem  "A w jakim filmie był taki duży potwór?" Takie ci gumowe ucho.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

PUR: Komin

Zima tego roku taka marniutka u nas była, a w zasadzie to jej nie było.
Śnieg nie spadł ani razu, co akurat wcale mnie nie zmartwiło. Oczywiście może jeszcze spaść, to że drzewka owocowe kwitną to przecież niczemu nie stoi na przeszkodzie... Ale wydaje mi się, że zimowe rzeczy można odłożyć do szafy aby poczekały do następnego sezonu.

Jedną z takich rzeczy jest komin, który zrobiłam sobie w listopadzie, i właśnie się doczekał prezentacji na blogu - lepiej późno niż wcale...


Na Emilii, dość luźny, na mnie - raczej dopasowany, co okazało się sporą zaletą w chłodne poranki kiedy odprowadzałam Krzysia do szkoły a kończyło się na dłuższym spacerze, bo przebycie trasy, którą normalnie pokonuję w 15 minut, z Emilią zajmuje od 45 do 75 minut. Nawet z mokrymi włosami było mi ciepło i przytulnie. No to sobie spacerowałyśmy.

Komin zrobiłam na dość grubych drutach (5 mm), ale za to ściegiem w stokrotki, który "zagęszcza" dzianinę, więc w sumie aż taki cieniutki nie jest.



Zrobiony jest z włóczki Galler Yarns Fantasia, której dwa motki dostałam kilka lat temu od koleżanki z pracy: 50gr/137m, skład: 60% wełna, 20% len,  20% jedwab.  Wyrobiłam do ostatniego centymetra.
Mimo sporej zawartości wełny i lnu, nawet tak bardzo nie gryzie, za to jest cieplutki.

piątek, 3 kwietnia 2015

Hendricks Park, marzec 2015

W ostatnią niedzielę marca zabrałam dzieci na spacer to Hendricks Park. Byliśmy tam w lutym, o czym pisałam tutaj. Miesiąc później jeszcze bardziej kwieciście i kolorowo.

















Moje dzieci, jak tylko poczuły miękkość trawy pod stopami, wyrwały do przodu, i właśnie tak, w biegu, spędziły większość czasu w parku.


Na moją prośbę, Kruszynka z Hultajstwem zapozowali na łączce z Dąbrówką.


Nie obeszło się bez próby wyłudzenia prze Emilię noszenia, czyli "Na ręce!". Nawet sobie znalazła jelenia, ale noszenie skończyło się po 10 sekundach. Tyle czasu w ramionach brata wystarczyło Małej na odzyskanie sił.


A sił tych wystarczyło na dość długie skakanie po kamieniach - dzieci bawiły się w rekiny. To znaczy jedno, wewnątrz skalnego kręgu, było rekinem, a drugie, to skaczące po kamieniach, było ofiarą rekina. Mimo moich obaw, żadne z dzieci nie zrobiło sobie krzywdy, a Krzyś ślicznie dawał się złapać Emilii, więc zmieniali się rolami w miarę równych odstępach czasu. A ja sobie siedziałam na ławeczce i obserwowałam, jak te moje dzieciaczki ładnie potrafią się razem bawić. Bez tabletu czy komputera.


Rekiny też muszą czasem odpocząć:


Kilka minut później, natrafiliśmy na kolejne kamienie, oddzielające ścieżkę od skarpy. Dzieci nie odpuściły, mimo, że w tym miejscu słońce paliło niemiłosiernie - nawet Emilia wdrapała się na każdy z dość sporych kamieni.


Po godzinie biegania po parku przenieśliśmy się na plac zabaw i dzieci jeszcze poszalały korzystając z cudownej pogody - i dobrze, bo od wtorku nastąpiła zmiana pogody - zimno i mokro.