sobota, 19 stycznia 2019

Lorelei

Lorelei - jakże wdzięczna nazwa wzoru! Wzoru swetra, pięknego, jak nazwa. Moja Lorelei powstała w ramach testu dla Amanity pod koniec ubiegłego roku.


Bardzo lubię wzory Agaty - łączą w sobie prostotę z pięknem niewielkich ale misternych i pięknych elementów ozdobnych. I taka jest też Lorelei - splot pończoszniczy i ozdobny karczek. Ale za to jaki ten karczek!


W zależności od koloru i struktury włóczki mogą to być fale, rybie łuski, muszle, albo misterne draperie. Ja dostrzegam w nich podobieństwo do splotu łańcuszka - tego co na zdjęciu, stąd moje skojarzenia z draperiami.


Czerwona włóczka leżała i czekała na swoją kolej ponad 10 lat. Zdjęcia robiłam w grudniowy ponury dzień i nie udało mi się oddać koloru nawet obrabiając zdjęcia na komputerze. Jest to dość ciemny czerwony, taki z lekka buraczkowy. Od dawna chciałam mieć taki sweter, nie tylko na święta Bożego Narodzenia, a że skończyłam 20 grudnia, to świetnie się złożyło.


Ciekawa jest konstrukcja swetra. Najpierw robimy karczek - w poprzek, potem dorabiamy górę i lecimy w dół swetra, całkowicie bezszwowo. Rękawy też robione bezszwowo.


Tym razem udało mi się dobrać rozmiar idealnie i jestem z mojej wersji Lorelei szalenie zadowolona. Wprowadziłam dwie niewielkie modyfikacje: przedłużyłam rękawy i zrobiłam nieco bardziej zamknięty dekolt, dodając 3 okrążenia.

W niedzielę ruszył KAL na Ravelry. Jeśli ktoś chciałby dołączyć do grupy dziergających Lorelei, podaję link: KLIK. Termin - 31 marca. Ja chyba zrobię sobie jeszcze jedną Lorelei, także ten KAL bardzo mi na rękę.

Garść informacji:
  • włóczka Troitsk Yarn Москвичка, 50% wełna, 50% nylon; 200 m/50 gram; zużycie: 315 gram (1260 metrów);
  • druty: 2 mm i 2.5 mm;
  • wzór: Lorelei by "Amanita" Agata Mackiewicz
  • zdjęcia by Hultajstwo




środa, 16 stycznia 2019

Czytelnicze podsumowanie roku 2018

Połowa stycznia - czas najwyższy na podsumowania minionego roku.
Zaczynam od podsumowania czytelniczego.

W 2018 roku przeczytałam 31 książek, częściowo tradycyjnych, częściowo e-buków, większość po polsku, kilka po angielsku. Do tego wysłuchałam 25 audiobuków co razem daje wynik 56. To o dziesięć książek mniej niż w roku 2017, ale z wyzwania czytelniczego na Goodreads wywiązałam się z nawiązką - zadeklarowałam przeczytanie 54 książek.


Dokładna lista przeczytanych i odsłuchanych książek znajduje się w zakładce Książki.

Na mojej liście jest kilka pozycji, których poza mną, nikt inny na Goodreads nie zaznaczył jako przeczytane w roku 2018 (Cezary Chlebowski "Reportaż z tamtych dni", Waldemar Łysiak "Ostatnia kohorta"), ale udało mi się też załapać na książkę bardzo popularną w ubiegłym roku (R. J. Palacio "Wonder").

Szalenie wciągnął mnie kwartet neapolitański Eleny Ferrante. Tak bardzo, że odłożyłam w czasie, na kiedyś, przeczytanie ostatniego tomu bo boję się, że akcja potoczy się w nie tym kierunku, co bym sobie życzyła i za bardzo bym to przeżyła. Tak, aż tak emocjonalnie usidliła mnie ta lektura!

Z książek robiących mocne wrażenie, skłaniających do przemyśleń - "Us against you" Fredrika Backmana, chyba jeszcze nie została przetłumaczona na język polski.

Inne serie, które pochłonęłam z ogromną przyjemnością to W Trójkącie Beskidzkim  Hanny Greń, wszystkie przetłumaczone na język polski powieści Lindy Holeman (ostatnią skończyłam już w tym roku), kilka pozycji Remigiusza Mroza, oraz trylogia Elizabeth Chadwick o Eleonorze Akwitańskiej.

Od jakiegoś czasu w oko wpadają mi książki na temat "co by było gdyby."
Nie wiem czy ten nurt ostatnio cieszy się większą popularnością, czy akurat ja natrafiam częściej na tego typu książki, ale wysłuchałam cztery (z sześciu) książek Marcina Ciszewskiego z serii www i moim zdaniem są rewelacyjne.

niedziela, 13 stycznia 2019

Koszmarny piątek

W piątek, o 11.11, otrzymałam wiadomość wysłaną przez szkołę mojego syna, że budynek został zamknięty, a na żądanie policji, uczniowie nie mogą opuszczać klas lekcyjnych, które zostały zamknięte na klucz. Dodano także, że żadnemu z uczniów nic się nie stało. Na koniec - prośba by nie przychodzić do szkoły ani nie dzwonić tylko czekać na kolejne wiadomości.

Zaalarmowana treścią, otworzyłam stronę internetową lokalnej stacji telewizyjnej.

Pierwsza wiadomość na ten temat zwaliłaby mnie z nóg, gdybym nie siedziała:

Na terenie szkoły są policja oraz karetki pogotowia, a świadkowie twierdzą, że słyszeli strzały. Przed szkołą, od frontu widać żółtą taśmę policyjną. Nic jeszcze nie wiadomo na temat ofiar.


Pół godziny od wydarzenia już nadawali na żywo. Choć chyba lepiej by było gdybym w ogóle tego dnia nie sprawdzała wiadomości i żyła sobie w nieświadomości.

Całe dwie godziny przyszło mi czekać na nieco mniej enigmatyczne obwieszczenie, i te dwie godziny, pełne domysłów i spekulacji, łatwe dla mnie nie były - mimo wielokrotnych zapewnień, i na stronie szkoły, i w wiadomościach, że żadnemu uczniowi nic się nie stało.

W końcu rzecznik policji wystąpiła przed kamerami i dowiedzieliśmy się nieco więcej: strzały padły, na zewnątrz budynku, wszyscy uczniowie i personel szkoły bezpieczni.

Coraz więcej szczegółów zaczęło docierać, odnośnie samego zdarzenia ale także i sytuacji w szkole, uczniów i nauczycieli. Dzieci zostały w szkole do końca dnia. Ponieważ przed głównym wejściem toczyło się dochodzenie i parking był zablokowany, zorganizowano punkt odbioru dzieci w pobliskim kościele.

Po rozmowach z Krzysiem oraz kilkoma innymi osobami muszę przyznać, że w tej kryzysowej sytuacji szkoła spisała się wzorcowo. Zapewne pomogły im szkolenia, które od kilku lat są przeprowadzane w szkole, oraz wcześniej uzgodniona współpraca z pobliskimi placówkami (kościół) na wypadek sytuacji kryzysowych.

Personel zareagował natychmiast, dzieci też spisały się na medal - przez pierwsze dwie godziny musiały siedzieć w absolutnej ciszy, i mimo, że to wbrew naturze nastolatków - zastosowały się, zachowując powagę w tej trudnej sytuacji. Mimo, że tak do końca nie wiedzieli, czy to kolejne ćwiczenia, czy rzeczywista potrzeba. Po dwóch godzinach, kiedy już policja dała przyzwolenie na poluzowanie środków bezpieczeństwa, nadal pozostali w klasach, ale mogli już rozmawiać a nauczyciele zaczęli puszczać im filmy.

Moje dziecko utknęło na pięć godzin w klasie z algebry, czyli z ośmioklasistami, w klasie najbardziej oddalonej od wejścia do szkoły. Powiedział mi, że słyszał tylko krzyki (małego dziecka) ale nie strzały. Nie wiedział, jak i inni uczniowie, co się dzieje, ale wszyscy bali się. Zachowali spokój i nikt nie panikował ani nie histeryzował. Co się działo w innych klasach, nie wie, ponieważ nie wolno nikomu było opuszczać klas lekcyjnych, jedynie za potrzebą oraz na obiad do szkolnej stołówki, na który poszli pod eskortą.


W końcu dowiedzieliśmy się wszyscy co nieco na temat samego zajścia.
W ten piątkowy poranek doszło w szkole do scysji na temat praw do opieki nad jednym z uczniów. Szkoła wezwała policję na pomoc. Policja przybyła i zaczęła wyprowadzać awanturującego się ojca na zewnątrz budynku. W trakcie tej czynności wydobył on broń, wywiązała się walka i policja go zastrzeliła - tuż przy drzwiach frontowych, ale już na zewnątrz. Zdarzenie miało miejsce podczas trzeciej lekcji, wszyscy uczniowie byli w klasach. Żaden uczeń ani pracownik szkoły nie został poszkodowany. (Fizycznie . . . )

A dzisiaj na stronie stacji telewizyjnej zaczęły się pojawiać komentarze robiące z zastrzelonego męczennika (ponieważ został zastrzelony przez policję) z całkowitym przemilczeniem faktu, że człowiek ten zamierzał wkroczyć z bronią w ręku do szkoły pełnej uczniów.  Strasznie mnie te komentarze zbulwersowały.

Podaję link do strony lokalnej stacji telewizyjne z kolejnymi aktualizacjami KLIK, z zastrzeżeniem, że nie wiem jak długo będzie aktywny.

Nie jestem w stanie pisać na temat strony emocjonalnej tego wydarzenia, uczuć i emocji nadal kłębiących się w głowie, i mojej, i moich dzieci, zwłaszcza syna.

czwartek, 10 stycznia 2019

Pierwsza robótka w roku 2019

Jak byliśmy na sankach, zwróciłam uwagę Krzysiowi, że ma czapkę tył do przodu. Okazało się, że założył ją tak celowo - "wyrósł" już ze swojej kriperowej czapki, więc nosi ją tak, żeby nie było widać motywu z Minecraft. Dodatkowo naciągnął na czapkę kaptur kurtki, ale było tak zimno, że ja też tak zrobiłam, i to wcale nie po to by ukryć swoją czapkę.

Żeby się dziecię nie męczyło (wszak niełatwo być nastolatkiem!) postanowiłam zrobić mu nową czapkę.


Dałam włóczki do wybrania, wypytałam o to jak ma wyglądać, podczas dziergania konsultowałam grubość każdego paska co do jednego okrążenia.


Czapka miała być gruba - no to jest.  Mam nadzieję, że będzie ją nosił i chronił głowę przed chłodem.


Garść informacji:
  • 86 gram nieoznakowanych włóczek z zapasów
  • druty 5 mm
  • 64 oczka, tubular cast-on + ściągacz podwójny
Pierwsza robótka roku 2019 ukończona! Jeszcze mam dwa zaległe udziergi ubiegłoroczne do pokazania, ale i na nie przyjdzie czas - już niedługo!

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Oj, nie spisała się w tym roku poczta . . .

Oj, nie spisała się w tym roku poczta! Niezależnie od kraju a nawet kontynentu - nawaliła!

W to, że kartka od Splocika została wysłana nie wątpiłam, ale poczta, po obu stronach Atlantyku, urządziła nam obu w tym roku test na cierpliwość i wiarę. Ja cierpliwie czekałam, Splocik już powoli traciła wiarę, że przesyłka dojdzie.

Doszły obie, i moja kartka do Splocika i przesyłka od Splocika do mnie, bo w kopercie, poza przestarannie ręcznie wykonaną kartką były jeszcze inne cudeńka. Może drobne rozmiarowo, ale ogromne pod względem wartości niemierzalnych wagą i centymetrem.


Zawieszki jeszcze sobie trochę powiszą na choince.


Zakładkę musiałam schować, bo by mi ją zaraz Emilia podebrała.


W kopercie były jeszcze notesiki dla moich dzieci, ale nie załapały się na sesję, zbyt szybko wywędrowały do pokoi moich wielce zadowolonych pociech.

Nie tylko poczta miała poślizg w tym sezonie świątecznym. Amarylis, który miał zakwitnąć na święta, zakwitł po, i właśnie teraz okrasza swym pięknem smutną refleksję, że czas wysypiania się, odpoczywania i niewiele-robienia właśnie się skończył.


Od dzisiaj wracamy do zwykłego trybu szkoła/praca. Dobrze, że i dzieci lubią swoje szkoły, i ja lubię swoją pracę!

piątek, 4 stycznia 2019

Sylwestrowy wyjazd na sanki

I tak, jak już wspomniałam, w sylwestrowy poranek wybraliśmy się na sanki. Dotarliśmy na miejsce na tyle wcześnie by załapać się na jedno z nielicznych już miejsc na parkingu - wielu innych rodziców wpadło na podobnie genialny pomysł wymęczenia swoich pociech.

widok ze szczytu górki

Na górce było dość tłoczno, ale jak zawsze, ruch w górę i dół sam się naturalnie regulował, podobnie samo zjeżdżanie - wszyscy grzecznie czekali aż poprzednik zjedzie, żeby na siebie na wzajem nie wpadać.


Dzieci natychmiast zabrały się za saneczkowanie, ale po jakimś czasie Emilia miała nieco dość, jej krótsze nóżki szybciej zmęczyły się wdrapywaniem na górkę, więc przez jakiś czas bawiłyśmy się u jej podnóża. Ktoś wcześniej wybudował śnieżny fort, Emilia usiłowała go nieco wzbogacić, ale że zimno było przeraźliwie to i śnieg się nie lepił. Za to pięknie skrzypiał pod butami - oj dawno nie słyszałam tego dźwięku!

maluchy dwa

Jak zawsze z bagażnika wywędrowała saperka bo przecież kopanie w śniegu to taka atrakcja! Emilka wykopała sobie dołek, wsadziła do niego tyłek i stwierdziła, że teraz jej tak ciepło!


Ja starałam się dreptać jak najwięcej, bo moje podobno ciepłe zimowe buty okazały się nie aż tak ciepłe, ale na szczęście miałam w samochodzie drugą parę wełnianych skarpet. Dzieci cały czas twierdziły, że im ciepło - rzeczywiście ręce miały ciepłe, nawet jak biegały bez rękawiczek, choć czapek nie ściągały. Krzyś na chwilę ściągnął ale po paru minutach sam włożył z powrotem. Szalika nie ściągnął ani na chwilę.


Po prawie trzech godzinach ściągnęłam Krzysia z górki, mimo że świetnie się bawił z nowo poznanymi kolegami, i poszliśmy na spacer do wodospadu. Obiecałam Emilii, że ją pociągnę na sankach, ale do wodospadu dzieci ciągnęły się nawzajem - na zmianę.

spacer do wodospadu Salt Creek Falls

Najpierw Krzyś gnał na złamanie karku ciągnąc Emilię, potem Emilia, w tempie ślimaczym, ciągnęła brata. Udawało jej się posuwać do przodu bo było z górki. Ja szłam stałym tempem i podczas kolejek Emilii najpierw się z nimi równałam, potem nieco wyprzedzałam. Radości i śmiechu było co niemiara, udzielały się też mijanym spacerowiczom.

W końcu dotarliśmy do wodospadu.

Salt Creek Falls, OR

Śniegu nie było zbyt wiele, więc można było podejść bezpiecznie do barierki.


Bywało, że śniegu napdało tyle, że górna część barierki sięgała jedynie do połowy łydki a wówczas strach było się do niej zbliżać - małe potknięcie i można było polecieć w przepaść, 100 metrów w dół. Emilia, mimo barierki, minę miała nietęgą kiedy pozowała do zdjęcia z tą przepaścią w tle - co i rusz się oglądała, czy aby nie stoi za blisko.

Podeszłam bliżej wodospadu i zrobiłam zdjęcie na tę samą barierkę - widać pionową ścianę poniżej. I tak jest do samego dna.


W drodze powrotnej trochę ciągnęłam Emilię, a nawet i Krzysia - w końcu obiecałam! Zjedliśmy, wypiliśmy ciepłą herbatę i dzieci wróciły na górkę. Do końca razem już zjeżdżali a bawili się tak dobrze, że niemal siłą musiałam ich zaganiać do samochodu. Udało się wyjechać o 3.45, już  jakiś czas po tym jak słońce schowało się za linią drzew.

W ciągu dnia, w promieniach słońca, śnieg na drodze roztopił się mimo niskiej temperatury, ale kiedy tylko słońce przestało operować, woda zaczęła zamarzać i bardzo się bałam jazdy po takiej ślizgawicy, w dół, z tymi przepaściami tuż za barierką. W porównaniu z ogromem gór te barierki wyglądają dość licho . . .
Niby drogi posypane żużlem, ale ryzykować nie chciałam.
Bez żadnych ekscesów dojechaliśmy do domu, tak wymęczeni, że jeszcze następnego dnia dochodziliśmy do siebie.

wtorek, 1 stycznia 2019

W drodze

Witajcie w Nowym Roku! Niech będzie dobry i piękny a pod wieczór każdego z jego 365 dni niech na waszych buźkach gości uśmiech!

Sylwester 2018 - w drodze na sanki

Rok 2019 przyszedł do nas mroźną choć bezśnieżną nocą, a jego pojawienia się nie zauważyłam aż do rana - pogrążona w głębokim smacznym śnie. Śnie tak mocnym, że nawet huk fajerwerków nie był w stanie mnie z niego wybudzić.
A spało się tak dobrze, i mi i dzieciom, ponieważ sylwestrowy dzień spędziliśmy szalejąc na sankach. Do zjazdów z górki doszedł jeszcze spacer do pobliskiego wodospadu, a potem jeszcze trochę z górki za pazurki, tak że po powrocie do domu cała nasza trójka ledwie zdołała doczołgać się do kanapy.

Sylwester 2018 - w drodze na sanki

Trochę pomógł nam gorący prysznic, ale tych sił na długo nie wystarczyło.
Krzyś strasznie chciał przywitać nowy rok o północy. Dla Emilii pora nie miała znaczenia, ważne było to, że będzie prawdziwy szampan tylko bez alkoholu (gazowany sok winogronowy.) Kompromis osiągnęliśmy dość szybko i wznieśliśmy toast noworoczny o północy czasu wschodnio-amerykańskiego (21.00 u nas.) Po każdym łyku szampana, przeszczęśliwa Emilia przybiegała obsypać mnie pocałunkami a tak promieniała radością, że postanowiłam serwować im tego szampana i z innych okazji, np. urodzin. Jeszcze przez godzinę pooglądaliśmy relację z zabawy w Nowym Yorku a potem udaliśmy się do łóżek. Tak mi się wydaje, że to ja odpłynęłam najszybciej.

Sylwester 2018 - w drodze na sanki

Ostatni poranek starego roku opatulił się i wszystko wokół gęstą mgłą, a brak słońca i mrok nastrajał dość ponuro, ale prognoza pogody zapowiadała bezchmurne niebo w górach. I rzeczywiście, 40 kilometrów od domu ujrzeliśmy błękit nieba, a zalesione pagórki opromienione porannym słońcem tak nas zachwyciły, że zatrzymałam się, by zatrzymać to piękno na nieco dłużej.

Na tym odcinku droga biegnie wzdłuż zbiornika zaporowego, w którym obecnie wody jest niewiele, raptem odrobina na samym dnie, ale jest ona tak czysta, że trzeba się dobrze przyjrzeć, by dostrzec linię oddzielającą brzeg zbiornika od odbicia. Pomiędzy zbiornikiem a szosą biegnie linia kolejowa - tory widać na pierwszym zdjęciu.

A o tym jak bawiliśmy się na sankach będzie następnym razem.

sobota, 29 grudnia 2018

Ostatni wpis w tym roku

Ponieważ koniec roku tuż tuż i to mój ostatni wpis w 2018 roku, niech więc będzie on wesoły. A co bawi Motylka, Hultajstwo i Kruszynkę? Kto niezmiennie rozczula, pociesza i swą obecnością przepędza wszelkie smutki? Ano Kicia nasza kochana! I to Kici właśnie wpis ten jest poświęcony.



W Boże Narodzenie wstąpili do nas na chwilę sąsiedzi. Sąsiad miał w kieszeni latarkę ze światełkiem laserowym i z rozmowy przeszliśmy na zabawę z Kicią. Goniła za tym światełkiem, aż postanowiłam uwiecznić tę zabawę. Teraz już wiem za czym muszę się obejrzeć, bo zwykłymi kocimi zabawkami nasz futrzak się nie interesuje.



Zawzięcie natomiast atakuje pilniczek do paznokci ilekroć go używam.

Kicia co i rusz wynajduje sobie nowe miejsca do drzemki. Wystarczy na chwilę ściągnąć koszyk z półki by natychmiast wpasowała się w opróżnione chwilowo miejsce:


Udaje jej się nawet wcisnąć za wysuniętą szufladę i wtedy muszę czekać z jej wsunięciem do czasu aż nasza Kitty zakończy kocie eksploracje wnętrza komódki. Najchętniej sypia jednak na papierze - otwartych książkach, dokumentach, zadaniu domowym, papierowych torbach, w kartonowych pudełkach. Ale ostatnio ucina sobie też drzemki na swoim kocim drzewku, które kupił dla niej jakiś czas temu Krzyś.

środa, 26 grudnia 2018

Poświątecznie

Święta minęły nam w tym roku wyjątkowo spokojnie, bez nerwów, stresu, urazów, żalu czy niespełnionych oczekiwań. Tak dobrych świąt nie przeżyłam od lat, chyba od czasu, kiedy śWięta spędzaliśmy z mamą i bratem w domu rodzinnym.

Dzieci zdumiały mnie w Wigilijny poranek niepomiernie. Kiedy już wstały, a spały bardzo długo, oznajmiłam im, że mają posprzątać swoje pokoje a ze zmianą pościeli to im pomogę. Posprzątały, bez nagabywania, bez przypominania, bez ostrzegania o karze, tak same z siebie. W ciągu godziny pokoje aż lśniły, pościel została zmieniona, poodkurzałam (podłogi umyłam, kiedy dzieci jeszcze spały) i do południa było po sprawie - jeszcze nigdy tak szybko się nie uwinęliśmy!

Wigilię spędzaliśmy u znajomych - swój przydział kulinarny miałam już gotowy, więc z niczym spieszyć już się nie musiałam. Do domu wróciliśmy późno, bo świętowało nam się wspaniale. Prezentów otwieranie odbyło się dopiero w niedzielę po kościele - zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. A jak już prezenty zostały odpakowane, to niektóre trzeba było poskładać by można było je użytkować.


A jak zaczęliśmy składać, to się zrobiło popołudnie i zamiast świątecznego obiadu jedliśmy niedzielne resztki. Dzieciom to nie przeszkadzało - Krzysiek nie mógł się doczekać aż ostatnia śrubka w jego prezencie zostanie dokręcona i będzie mógł już ćwiczyć rzuty do kosza.


Trochę zabawy z tym składaniem było, a potem jeszcze trzeba było wyrównać teren i nasypać piasku do podstawy, by całość stała stabilnie. Emilii udzieliło się podekscytowanie brata.


Podstawowe narzędzia były dołączone. W kwestii pozostałych potrzebnych ewentualnie narzędzi problem został z góry rozwiązany - pod choinkę dostałam od sąsiadów wspaniały zestaw narzędzi i teraz moje możliwości samodzielnego usuwania usterek i napraw w domu znacznie się poszerzyły (do przedwczoraj posiadałam jedynie młotek, śrubokręt płaski i krzyżak.)


Nie pamiętam już kiedy prezent sprawił mi tyle radości co ten zestaw narzędzi! Z pewnością nie ucieszyłabym się tak z biżuterii - nawet z najdroższymi diamentami!

Emilia przez cały czas biegała w pobliżu i radość nie dała jej ustać spokojnie w miejscu - źródełko tego szczęścia trysnęło z jednej z paczuszek pod choinką w postaci upragnionego i wyczekanego Hatchimalsa.



Kiedy już zaczął zapadać zmrok, zabawa z zewnątrz przeniosła się do domu. Zamiast w koszykówkę, dzieci grały w warcaby, które Emilia dostała w prezencie od sąsiadów.


Aż się zdziwiłam, że nie umknęły do swoich pokoi z tabletami/komputerami a tak zgodnie bawiły się po staroświecku. Nawet telewizji nie włączyliśmy w Boże Narodzenie! Za to słuchaliśmy muzyki z płyt. I jeszcze trochę posiedzieliśmy razem czytając - to kolejna analogia do świąt zapamiętanych z dzieciństwa, kiedy tak sobie razem siedzieliśmy w ciszy po gwarnym świętowaniu i czytaliśmy.

Kicia też dostała swój prezent -  kocie łakocie, za którymi przepada, a kiedy dzieci grały, ucięła sobie drzemkę w pobliżu.


Dzisiaj wprawdzie już po amerykańskich świętach, w telewizji podają informacje gdzie można oddać niepotrzebne już choinki (ciekawe jak szybko tutaj zapomina się o 12 dniach świąt z kolędy "Twelve Days of Christmas"!) ale ja mam urlop i dzisiaj i jutro, więc nastrój świąteczny u nas trwa.

niedziela, 23 grudnia 2018

Grudniowy popis

Dwa razy do roku, w czerwcu i w grudniu, uczniowie pani Megumi, u której Emilia pobiera lekcje gry na pianinie, mają okazję popisać się poczynionymi postępami. Tegoroczny popis grudniowy odbył się tydzień temu, w domu spokojnej starości.

Emilia zagrała pięć utworów - dwa z przerabianego obecnie podręcznika i trzy kolędy dostosowane do jej poziomu. Autorami zarówno głównego podręcznika "Piano Adventures" jak i publikacji z melodiami bożonarodzeniowymi "Piano Adventures Christmas"Nancy i Randall Faber.

The Great Clock :


The Shave and a Haircut:


O Christmas Tree:


Jingle Bells (James Pierpont):


Silent Night:


czwartek, 20 grudnia 2018

Na straży

Pod choinką powinny być prezenty!

Ponieważ moje dzieci wykazują się cierpliwością i nie usiłują naruszyć opakowań by przed Bożym Narodzeniem zobaczyć co kryje ozdobny papier, prezenty już spoczywają pod choinką.

A na nich, Kicia.


Żartujemy sobie, że pilnuje prezentów - mogłoby się przecież okazać, że pod nieobecność domowników jakieś elfy, skrzaty, czy inne bajkowe stwory mogłyby podebrać co ładniej opakowane podarunki!

Co ciekawe, kiedy prezentów było mniej, Kicia kładła się obok nich:



Mikołaj wydaje się też mocno podejrzany - w oczach Kici. Coś jej podpadł i postanowiła wykopać go z wystawki:


Z pośród wszystkich poustawianych na szafce ozdób, właśnie Mikołaja przewróciła, i usadowiła się na jego miejscu. A co! Priorytety to podstawa!
Kto tu ważniejszy, Mikołaj, czy Kicia?

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Improwizacja

Dwa lata temu dostałam worek włóczek po zmarłej Karen - pisałam o tym tutaj: KLIK. Przez te dwa lata większość z tych motków zmieniła się w wyroby gotowe do noszenia, ale jeszcze nie wszystkie.

Tym razem wzięłam na druty niebieską Jelli Beenz z Plymouth Yarn. Ale włóczki miałam tylko jeden motek, czyli stanowczo za mało na sweter dla Emilii. Można ją dokupić, ale wydaje mi się za droga na sweterek dla dziecka, które za rok pewnie z niego wyrośnie.

Na szczęście znalazłam włóczkę o podobnym składzie i grubości, dokupiłam po motku szarej i czarnej i zrealizowałam zamówienie córki na sweter z kieszenią z przodu.


I KONIECZNIE z dziurkami na kciuki. No to są, choć to kieszeń bardziej przyciąga uwagę sześcioletnich paluszków.


Niebieskiej włóczki było jednak za mało co wymusiło  kolejne kombinacje z szaro-czarnymi paskami.


Tak więc ten projekt to jedna wielka improwizacja, a jej wynik wcale mi się nie podoba. Ku mojemu zaskoczeniu, inni mają zdanie zgoła odmienne, z Emilią na czele. To chyba dobrze. . .


Sweter robiony jest od góry i całkowicie bezszwowo. Nabierając oczka na plisę wokół szyi wykorzystałam metodę Tubular Cast-On, a zaczynając kieszeń skorzystałam z techniki rozpoczynania żakardu dwustronnego - tak to się chyba nazywa. A na dole przerabiałam razem oczko swetra z oczkiem kieszeni.

Garść informacji:
  • szara włóczka Lion Brand Wool-Ease Solids, Heathers & Twists, 80% wełna, 20% akryl; 180 m/85 gram; zużycie: 90 gram (190 metrów);
  • czarna włóczka Lion Brand Wool-Ease Solids, Heathers & Twists, 80% wełna, 20% akryl; 180 m/85 gram; zużycie: 68 gram (144 metry);
  • niebieska włóczka Plymouth Yarn Jelli Beenz, 75% wełna, 25% akryl; 196 m/100 gram; zużycie: 100 gram (196 metrów);
  • druty: 3.25 mm i 3.75 mm;
  • wzór z głowy.

piątek, 14 grudnia 2018

Koncert zimowy orkiestry szkolnej

Pod koniec listopada odbył się pierwszy w tym roku szkolnym koncert orkiestry gimnazjalnej, w której gra Krzyś. W tym roku mój syn gra na saksofonie i wyraźnie widać, że ten instrument odpowiada mu o wiele bardziej niż flet. Kiedy przynosi saksofon do domu na weekend, sam zabiera się za ćwiczenie, wyszukuje sobie w internecie nuty prostych utworów lub aranżacji na saksofon, na przykład motywów przewodnich z filmów (Gwiezdne Wojny, Piraci z Karaibów.) Cieszy mnie to, bo muzyka ma wszak sprawiać przyjemność, i w przypadku obojga moich dzieci tak właśnie jest.

Podczas koncertu nagrałam utwory grane przez orkiestrę średnio zaawansowaną, czyli tą, w której gra Krzyś. Trochę zabrało mi zmontowanie filmików, ale w końcu są.

1. "Celebration of Winds" (John Edmondson):



2. "Cardfiff" Castle (Mark Williams):



3. "Dona Nobis Pacem":



4. "Christmas Chimes" (John Kinyon):



W niedzielę zmowy popis ma Emilia - też będę nagrywać, zobaczymy jak będzie z chwaleniem się zdolnościami córki, bo jeszcze sporo niedociągnięć słychać, kiedy ćwiczy.

wtorek, 11 grudnia 2018

Spotkania z nauczycielami

W zeszłym tygodniu spotkałam się z nauczycielami moich dzieci by omówić ich wyniki za pierwszy trymestr, który właśnie się skończył.

Na wtorek byłam umówiona z wychowawczynią Emilii.

Od wrześniowego wyskoku już się więcej nie zachowywała niegrzecznie, jest uczennicą uważną i bystrą. Świetnie jej idzie czytanie - na teście osiągnęła wynik 91 słów na minutę a jeśli chodzi o rozumienie tekstu, uplasowała się na poziomie klasy trzeciej. Ogromne postępy zrobiła od początku roku w matematyce. Zarówno z matematyki jak i z języka angielskiego już teraz przekracza wymagania programowe na koniec klasy pierwszej.

W czwartek spotkałam się z dwiema nauczycielkami Krzysia - z panią z matematyki i z panią z Science.

Krzyś, będąc w klasie siódmej, realizuje materiał z matematyki z klasy ósmej i idzie mu świetnie. Pani bardzo go chwaliła i powiedziała, że na każdym teście plasuje się na jednym z pierwszych trzech miejsc.

Pani z science też wychwalała mi dziecko pod niebiosa, ku mojemu zdziwieniu, bo od września nieustannie wysłuchiwałam w domu jaka to ta pani jest niesprawiedliwa, niedobra, no i w ogóle głupia jędza. Te wszystkie straszliwe przywary pani oraz kłody rzucane pod nogi mego nastoletniego syna (w postaci niesprawiedliwego oceniania testów i czepiania się wszystkiego) nie przeszkodziły mu zakończyć pierwszego trymestru z najwyższą możliwą oceną.

Ze wszystkich przedmiotów ma A a trymestr zakończył z GPA 4.0 (GPA to średnia ocen; maksymalny wynik to 4.0) Wyniki testów komputerowych z maja też są świetne, a z matematyki - rewelacyjne. Mam powody do dumy!

sobota, 8 grudnia 2018

W nastroju świątecznym

Ledwie schowaliśmy dekoracje na Halloween, Emilia zażyczyła sobie wystroju bożonarodzeniowego.

- Córeńko! Jeszcze po drodze Thanksgiving! Gdzie tam do Bożego Narodzenia!

W poranek po Świecie Dziękczynienia Emilia grzecznie zauważyła, że już jest po Thankgiving. Co było robić - wyciągnęłam pudło z dekoracjami na Boże Narodzenie . . .



Tydzień później za ścianie zawisł wieniec zakupiony w ramach kwesty przeprowadzanej przez uczniów Honer Society w szkole syna.


Światełka na zewnątrz mamy, jeden wieniec wewnątrz, drugi na przy drzwiach wejściowych na zewnątrz, a wczoraj pojawiła się też choinka.

W tym roku strojeniem zajęła się Emilia wspomagana przez brata, który zawieszał ozdoby na gałązkach powyżej zasięgu sześcioletnich rączek. Ja jedynie poprzestawiałam kilka ozdób i przyczepiłam kokardki.

A pod choinką powinny być przecież prezenty!

Emilia nie mogła znieść tej pustki pod choinką. Poszła do swojego pokoju a po jakimś czasie wróciła z pakuneczkiem - kocykiem dla lalki przewiązanym sznurówką ze złotą nitką.

Myślałam, że przygotowała atrapę prezentu na ozdobę, ale wyjaśniła mi, że w środku jest prezent dla brata ($20). Po chwili do prezentu dołączyła list (pomogłam jej z niektórymi wyrazami):

to chriss
from Emilia

love chriss!
I gave this present to you because I thought you deserve it because you bought toys for me. so many toys.

tłumaczenie:

do krzysia
od Emilii

kochany krzysiu!
Dałam ci ten prezent ponieważ pomyślałam że na niego zasługujesz ponieważ kupiłeś mi zabawki. tyle zabawek.

I natychmiast zrobiło się tak pięknie, świątecznie . . .

środa, 5 grudnia 2018

Światełka

Grudzień to czas, kiedy długie wieczory rozjaśniają światełka zawieszane na domach, płotach, drzewach, krzewach - i gdzie się jeszcze da.


Ku radości dzieci, a zwłaszcza Emilii, i nasz dom promieniuje kolorami po zmroku. Ponieważ jest zimno, nie zrobiłam zdjęcia z zewnątrz, ale z wewnątrz, przez okno kuchenne.


Najpierw zrobiłam kilka zwykłych zdjęć, a potem troszkę pobawiłam się aparatem, światłem i kolorami. Oto efekt tejże zabawy: