poniedziałek, 27 lipca 2015

Cougar Reaservoir

W drodze powrotnej spod namiotu do domu zatrzymaliśmy się na chwilę przy jeziorze zaporowym Cougar Reservoir.


W 1963 roku, na południowej odnodze rzeki McKenzie wybudowano tamę, a w wyniku zalania doliny powstało jezioro Cougar Reservoir. Głównym celem całego przedsięwzięcia było uzyskanie energii elektrycznej oraz zabezpieczenie przed powodziami.


Średnia głębokość jeziora wynosi 52 metry, a maksymalna - 130 metrów, jednakże z powodu panującej w tym roku suszy, poziom wody jest znacznie niższy - nawet na zrobionych przeze mnie zdjęciach widać, że do maksymalnego wypełnienia sporo brakuje.


W ubiegłym roku ten skrawek ziemi na zdjęciu powyżej był wyspą.
W tym roku można do niego dotrzeć nie mocząc nóg.

W pobliżu tamy, unosi się na wodzie taka platforma:


Nie wiem czy to jakaś stacja pomiarowa czy ma to inne zastosowanie - Krzyś się dopytywał, ale ja tak naprawdę nie wiem.

Powyżej były zdjęcia na jezioro, to teraz pora na zdjęcie z tamy na drugą stronę. Ostry spadek w dół, aż się może w głowie zakręcić:


I jeszcze nieco dalsza perspektywa, z górami i bezchmurnym niebem w tle.


Nad jeziorem odczuliśmy jak bardzo było gorąco w ten weekend.
Nad strumieniem, w cieniu lasu, upał nie dawał się we znaki aż tak dotkliwie. Tutaj, na rozgrzanym od słońca betonie i w zalewie ukropu z góry, nie dało się wytrzymać. Emilia nie mogła aż patrzeć oślepiona blaskiem Słońca. Zasłaniała biedna oczka rączkami, dostała więc swoje okularki i kapelusik, a po ich założeniu została ochrzczona na użytek rodziny - Gwiazdą.
 
"Ach, gwiazdą być..."
Przejście z parkingu na tamę nadwerężyło poważnie siły Krzysia - niemal padł po drodze, niemniej jednak sił starczyło mu jeszcze na narzekanie.



Dość szybko wróciliśmy do klimatyzowanego samochodu aby kontynuować drogę powrotną do domu. Na szczęście upały chwilowo zelżały - w zeszłym tygodniu mielimy tylko 27-29 stopni w ciągu dnia.

czwartek, 23 lipca 2015

French Pete Campground - nie tylko strumień

Strumyk zdecydowanie okazał się  największą atrakcją dla dzieci, które jednak od czasu do czasu wychodziły na brzeg aby zająć się innymi formami rozrywki.

Pierwsze co zrobiły moje dzieci kiedy dotarliśmy na miejsce, to znalazły sobie zwalony pień drzewa i się na niego wdrapały.


A potem chodziły po tym pniu ćwicząc równowagę. Wprawdzie Emilii udało się z pnia spaść, ale skończyło się jedynie na lekkich otarciach naskórka.

Emilia ćwiczyła także bieganie. Na filmie poniżej można zobaczyć jak Kruszynka szybko biega.


Rodzice zapakowali do samochodów akcesoria do różnych gier i zabaw, więc wybór był szeroki: skakanka, badminton, piłka nożna i kule. Niestety, niektórzy też mieli tablety i klocki lego, ale na szczęście czas spędzony na zabawie nimi był mocno ograniczony. Natura i zabawa na świeżym powietrzu wzięły górę.



A kiedy już wszystkie gry i zabawy znudziły się, zawsze można było komuś podebrać buty...


Wyczerpane całodzienną zabawą dzieci nie miały problemów z zasypianiem.


Emilia raz zasnęła nawet w ciągu dnia.


Mimo suszy, w wyznaczonych miejscach można było palić ogniska - ku ogromnej radości i dorosłych i dzieci. Bo przecież wyjazd pod namiot nie może się obejść bez pieczonej nad ogniskiem kiełbaski (dorośli) lub "marszmelołów" (dzieci)! Poza tym ogień to jeszcze jedna, jakże atrakcyjna zabawka!


Dorośli pilnowali jednak bacznie dzieci, żeby nie zaprószyły ognia i nie spowodowały pożaru lasu.

W końcu dziewczynki wymyśliły sobie zabawę w sklep z kijami.

O pień drzewa oparły zebrane kije i patyki, równiutko ułożone od najdłuższego do najkrótszego a kiedy sklep już już miał otworzyć swoje podwoje, chłopaki postanowili otworzyć sklep konkurencyjny, z poszerzonym asortymentem o suche liście i kamienie z rzeki.

Dziewczynki przesunęły otwarcie sklepu - postanowiły również wzbogacić ofertę o kamienie i liście, ale nie suche lecz zielone. A tak się dzieci nakręciły podczas tej zabawy, że w końcu któreś nie wytrzymało napięcia i zaczęło się okradanie sklepu konkurencji.

Na szczęście zrobiło się późno i ciemno, dzieci zostały zagnane do namiotów bo nie wiem czym by się ta wojna skończyła.

wtorek, 21 lipca 2015

Gdzie strumyk (French Pete Creek) płynie z wolna...

Ponownie wybraliśmy się pod namiot.
Również w naszym stałym polskim gronie.
Tym razem jedynie na trzy dni i nad rzeczkę.


Kemping French Pete nazwę swą wziął od nazwy potoku nad którym jest położony, w dorzeczu południowej odnogi rzeki McKenzie.

Udało nam się znaleźć miejsca z zejściem do strumienia, nieco stromym, ale do pokonania nawet dla trzyletniej Emilii. Kruszynka natychmiast zaanektowała jeden z kamieni, na którym potem przesiadywała obserwując wodę, "łowiąc" ryby, rekiny, wieloryby i kraby.



Jak łatwo się domyślić, dzieci większość czasu spędzały nad wodą lub w wodzie - w zależności od pory dnia i temperatury powietrza.




Samo przechodzenie z jednego brzegu na drugi, po śliskich chyboczących się kamieniach i przez dość wartko płynącą wodę stanowiło nie lada wyzwanie. Wyzwanie podejmowane wielokrotnie przez większość dzieci - tych nieco starszych od Emilii.


Eksploracja brzegu strumienia, pochłaniała także sporo czasu - wszak co kilka metrów w górę lub w dół można było natrafić na całkiem inne kamienie a sama woda też jakby inna (przynajmniej w oczach młodocianych odkrywców).

Jedna z wypraw badawczych w górę strumienia zakończyła się wspaniałym odkryciem szeregu mini tam i mini rozlewisk, w których woda sięgała powyżej kolan, i w których można się było zanurzyć całkowicie a nawet przepłynąć 2-3 metry!

Chłopcy wkładali głowy pod wodę i zaopatrzeni w okularki do pływania, obserwowali przepływające ryby.

Poniżej można obejrzeć filmiki znad potoku:
 

W ciągu dnia ciepło było okrutnie, więc nawet wskazane było nieustanne chłodzenie się w wodzie - dzieci miały więc raj na ziemi.


O innych rozrywkach, nie związanych z wodą - następnym razem.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Letni ogrodek

Lato mamy skwarne i suche. Bywają dni tak gorące, że wszystko co żywe omdlewa. Większość kwiatów tak szybko przekwita, ze nie zdążyłam im zrobić zdjęć. Na fotki załapały się jedynie nieliczne, w tym hortensja, która zniewala mnie swoim kolorem.



 
Powojniki w tym roku nieco marne, zakwitły później niż zwykle.



Zdjęcia poniżej - to już odległa przeszłość.


Udało mi się złapać w obiektyw małego gościa, który czasami nas odwiedza by spijać słodki nektar kwiatów.



I jeszcze kilka róż, tych, które "złapałam" w obiektyw zanim przekwitły.




czwartek, 16 lipca 2015

Wieczorne szaleństwo, letnie czytanie, i inne takie tam...

Wieczór, pora iść spać, a tu najlepsza zabawa! Gonitwy, piski, wrzaski!
W końcu Pociechy się nieco zmęczyły, przycupnęły w zaciszu, żeby nieco odpocząć. Kącik pomiędzy kominkiem a przenośną maszyną do schładzania pomieszczenia idealnie nadaje się do "wspólnego" czytania.


Krzyś ostatnio czyta głównie książki z serii Calvin and Hobbes (komiksy) - dobrze, że wogóle coś czyta, bo chwilami odkleić się go nie da od tabletu/telewizora.

Po dłuższej przerwie wróciliśmy do czytania po polsku - to znaczy Krzyś czyta, ja poprawiam błędy. Czytamy głównie Mikołajka, z przerywnikami sentymentalnymi w postaci ulubionych książeczek Smykowych z czasów kiedy miał 4-6 lat. Wtedy czytałam dziecku ja, teraz czyta sam.


Usiłowałam starsze dziecko wrobić w czytanie młodszej siostrze. Krzyś nie miał nic przeciwko temu, z Emilią było gorzej - ilekroć Krzyś zaczyna jej czytać po polsku, Ona zaczyna rozrabiać i po czytaniu. Sielanka na zdjęciach powyżej to niecodzienne zjawisko. Zdarza się jednak, że Emilia wciska Krzyśkowi książkę z żądaniem "Citaj!" A siłę perswazji to Ona ma ogromną - oraz szeroki wachlarzy zachowań motywujących do natychmiastowego zastosowania się do jej żądań.

Emilia lubi, kiedy jej czytają rodzice, ale brata nie ma w pobliżu. Potrafi siedzieć grzecznie i słuchać dość długo jak na takiego malucha. Ostatnio aż zachrypłam czytając książeczki z serii o Kici Koci (tutaj można poczytać recenzje), które Emilia dostała na urodziny.

A jak mama nie może akurat czytać, Emilia bierze książkę, przewraca strony i opowiada sobie samej co widzi na kartach książeczki, czytając ją w ten sposób.


Emilka lubi smoothies, czyli zmiksowane owoce z dodatkiem wody i lodu. Aktualnie korzystamy z obfitości owoców we własnym ogródku.


Ponieważ w Czerwcu Emilia skończyła 3 lata, została przeniesiona w przedszkolu do starszej grupy. Dzielnie zniosła rozstanie ze swoją ukochaną panią Lori - a trochę się bałam czy nie obędzie się bez łez i protestów.

Szalenie spodobało się Emilii kiedy jej powiedziałam, że jest już dużą dziewczynką i teraz będzie z dużymi dziećmi w starszej grupie, a nie z dzidziusiami. Rzeczywiście, w grupie pani Lori pojawiło się ostatnio sporo dwulatków niezbyt dobrze radzących sobie jeszcze z mówieniem, a Emilia nadaje non-stop (i po angielsku i po polsku) jedynie z przerwą na sen, więc z ochotą dołączyła do znanych jej (a już wcześniej przeniesionych do starszej grupy) koleżanek. Udaje się nam nawet zostawić rano smoczek w samochodzie, a przecież bez smoczka i ulubionego kocyka Emilia ani rusz!

Emilia miewa ciekawe pomysły. Fala upałów w pełni, temperatury w ciągu dnia od 32 do 38 stopni, a moja córeczka stwierdza, że jej zimno, wyciąga z szuflady czapkę, szalik i rękawiczki i ubiera się.


A może chciała zaprezentować rękawiczki zrobione przez mamę? Rękawiczki trochę się nie udały - zabrakło włóczki na palce. Chyba trzeba będzie dołożyć trzeci kolor.


Pobiegała po domu taka naubierana i stwierdziła, że jednak jej za ciepło.

Krzyś chodzi na karate i dżudo podczas wakacji, a do tego jeszcze na pływanie przed południem. Pływa już całkiem dobrze, ale przyda mu się trochę poćwiczyć pod okiem instruktora. A przy okazji pozbyć się nadmiaru energii...


Kto powiedział, że dziewczynki bawią się tylko lalkami?

 

Emilia bardzo chętnie bawi się samochodami i pociągami starszego brata, przy czym chętniej tymi drewnianymi pociągami bez baterii, choć bez trudu potrafi odkręcić sama śrubkę i wyciągnąć baterie z zabawki. Wymiana baterii, to w pojęciu Emilii, najlepszy sposób na naprawę zepsutej zabawki - nawet tej, która z założenia nie ma baterii.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Trzęsienie ziemi

4 lipca 2015 roku zapisze się w pamięci mieszkańców Eugene nie tylko z powodu straszliwych upałów, suszy i częściowego zakazu fajerwerków.

4 lipca 2015 roku o godzinie 8.42 rano nastąpiło w pobliżu Eugene trzęsienie ziemi - na szczęście niewielkie, jedynie 4.2 w Skali Richtera.

Ponieważ byliśmy w tym czasie poza domem, nad jeziorem Crescent Lake, nie byliśmy tego świadomi, ale błogostan ten nie trwał długo, bo bardzo szybko zadzwonił do mnie sąsiad z nowinami, wytrącając z równowagi nas wszystkich, łącznie z dziećmi, które tę akurat wiadomość wychwyciły natychmiast.

Przyznam, że najpierw myślałam, ze sąsiadowi zebrało się na głupie żarty, ale wyprowadził mnie z błędu. Na moją prośbę obejrzał nasz dom z zewnątrz i szybko oddzwonił, uspokajając, że żadnych szkód nie zauważył.

Tutaj można sobie poczytać lokalne wiadomości na ten temat.

I choć większość mieszkańców zapewne już zapomniała o całym wydarzeniu, mnie dręczy niepokój, złe sny - nie mogę się od nich opędzić. Bo jak by nie było, mieszkamy w obrębie Pacyficznego Pierścienia Ognia, zwanego również Okołopacyficznym Pasmem Sejsmicznym, a jak niektórzy prognozują, potężne trzęsienie ziemi czeka nas w Oregonie w przyszłości niezbyt odległej, za naszego życia, lub życia naszych dzieci, dziś w nocy, jutro, lub za 200 lat.


czwartek, 9 lipca 2015

Pod namiotem nad Crescent Lake

Jak powszechnie wiadomo, głównie dzięki filmom, 4 lipca w USA obchodzony jest Dzień Niepodległości.
Z tej okazji mieliśmy długi weekend. Urwaliśmy ze zwykłego tygodnia jeszcze jeden dzień, czwartek, i wraz z trzema innymi polskimi rodzinami (stała ekipa znajomych) wybyliśmy się na łono natury czyli pod namiot nad Crescent Lake.

Crescent Lake, Oregon

Nad jeziorem tym spędziliśmy miło lipcową sobotę w ubiegłym roku, o czym pisałam tutaj.

Pole namiotowe, na którym rozbiliśmy się jest ulokowane po przeciwnej stronie w stosunku do przepięknej plaży przy kempingu Concorta Flat - aby się tam dostać, przebyliśmy jezioro w kanu.



Reszta towarzystwa dojechała samochodami wkrótce po nas. 
Czas oczekiwania minął szybko - czy można się nudzić nad wodą?


I jeszcze krótki filmik:


Od jakiegoś czasu męczą nas straszliwe upały (32-38 stopni) - nadzieje, że wysokość gór i woda sprawią, że będzie chłodniej, okazały się płonne - żar lał się z nieba, a wysmarowanym wieloma warstwami kremu z filtrem ciałom, ulgę od skwaru dawało jedynie zanurzenie w wodzie.
Niektórzy stosowali zanurzenie całkowite, inni, częściowe.

Zaletą upału było to, że Emilia mogła taplać się w wodzie do woli, zarówno w jeziorze jak i przy kranie, bez obaw, że się zaziębi.




Dzieci spędzały czas na świeżym powietrzu co i rusz zmieniając koalicje, ale nawet najmłodsza Emilia miała się cały czas z kim bawić. Spodobało jej się jak inni grają w badmintona i też próbowała odbijać lotkę.

A kiedy innych dzieci akurat nie było w zasięgu wzroku, wynajdowała sobie inne ciekawe zajęcia:


Minusem pobytu pod namiotem był okropny kurz towarzyszący nam wszędzie, poza chwilami spędzanymi w wodzie. Po powrocie sporo czasu spędziliśmy na doszorowywaniu stóp.


poniedziałek, 6 lipca 2015

Kartki urodzinowe 38-41

Kolejne kartki urodzinowe,
Tym razem najpierw pobawiłyśmy się nieco z Emilią, tnąc arkusze w różne desenie i kolory na pasy i paski - z użyciem nożyczek o ostrzach tnących w różnych kształtach.
Potem Emilia smarowała klejem, a ja naklejałam, a kiedy wyschło, przycięłam kwadraty i prostokąty, które posłużyły jako tło kartek,






środa, 1 lipca 2015

Beztroskie lato


Czereśnie prosto z drzewa

Zabawa z kotem sąsiadów

Emilia na drabinie

Trochę wody dla ochłody...

Więcej wody dla ochłody...

Ha!