sobota, 19 kwietnia 2014

16.01.1946 - 19.04.1984

Dzisiaj mija 30 lat od śmierci mojego taty.
To nieprawda, że czas leczy rany. 
Ból pozostaje, mimo upływu czasu, 
a łzy płyną, ilekroć przewracam strony 
w albumie ze zdjęciami.




środa, 16 kwietnia 2014

Niedziela Palmowa

Przyznam, że trochę brakuje mi polskich kolorowych palm z suszków (strony rodzinne mamy), czy też tych, robionych ze świeżo ściętych gałązek (strony rodzinne taty).

Ale jak w każdym miejscu, i tutaj są zwyczaje związane z Niedzielą Palmową. Nie robi się palm, a święci się liście prawdziwej palmy - zapewnia je parafia.

Potem z tych liści robi się krzyże, które trzyma się w domu w celu podobnych, jak nasze polskie palmy.


Po niemal roku, te liście, które zostały na parafii, pali się, a uzyskanym popiołem czyni się na głowach wiernych znak krzyża w środę popielcową.

Moje dzieci uznały, że takie liście palmowe to fantastyczna zabawka - zajęcie miały przez całą mszę i jeszcze potem w domu. W tym nie różnią się chyba od innych dzieci na całym świecie.

Rok temu nie udało mi się zrobić ze sztywnego liścia palmowego krzyża. Podejrzałam natomiast jak to robił ktoś inny, i w tym roku udało się! Moje dzieci nabrały tyle liści palmowych do domu, że wystarczyło na kilka krzyżyków oraz do zabawy.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kwiat jabłoni

Zakwitła jabłonka - mała, karłowata, ale obsypana kwieciem, aż trudno uwierzyć. Pogoda piękna, więc szansa na owoce jesienią jest spora.


Tulipany już przekwitają, ale za to toniemy w powodzi niezapominajek. Zawsze, kiedy na nie patrzę, przypomina mi się jak mama śpiewała "Niezapominajki są to kwiatki z bajki..."


Kwitną też i inne niebieskie kwiaty, ale nie znam ich nazwy. Oto one.


Zaczynają kwitnąć rododendrony i bzy, ale te zdjęcia dopiero czekają na zrobienie.

piątek, 11 kwietnia 2014

PUR: Nika

Kiedy urodziła się Emilka, otrzymała kilka prześlicznych rzeczy zrobionych na szydełku przez Bożenkę z blogu Robótkowe życie moje. Najdłużej pochodziła w czapeczce, którą możne obejrzeć między innymi w tym wpisie, ale nadszedł w końcu czas, kiedy okazała się za mała, a dokładnie zbyt płytka i nie zakrywająca uszu.

Najpierw poszperałam w sieci i znalazłam darmowy opis wykonania podobnej czapeczki na szydełku. Wzór nazywa się Crochet Hat Nika, a autorką jest Martina Taborsky.

Skoro już miałam opis wykonania, poszperałam w zasobach włóczkowych, znalazłam niepełny motek mercyzowanej bawełny Patons Grace (124 m/50 gr), i w ramach Programu Utylizacji Resztek, zrobiłam czapeczkę dla Emilki.

Emilia w czapeczce Nika



Dumna jestem z niej ogromnie, bo to moja pierwsza czapeczka zrobiona na szydełku i bardzo się cieszę, że w ogóle mi wyszła, a to, że nawet ładnie, to już dodatkowy plus. Czapeczkę zdobi kwiatek. Wraz z nim, czapeczka waży 50 gram.

Według zamiaru autorki, czapeczka ma mieć rozmiar na 4-8 lat, ja jednak tę dla Emilii pogłębiłam nieco, żeby dobrze zakrywała jej uszy. Jest też nieco za duża, ale może dzięki temu, ponosi ją Mała trochę dłużej niż jeden sezon.

Ponieważ tak dobrze mi poszło, a na dodatek szybko, nabrałam ochoty na więcej.

Tym razem sięgnęłam po niezidentyfikowaną bawełnę z odzysku w kolorze seledynowym. Ta czapeczka wyszła nieco większa od pierwszej.




Kwiatek dodatkowo ozdobiłam guziczkiem. Wprawdzie kolor fioletowy nie bardzo pasuje do pozostałych użytych do zrobienia kwiatka, ale tylko w takim kolorze miałam tego typu guzik-kuleczkę. A co tam, jeśli chodzi o akcesoria dla dzieci to chyba wszelkie możliwe połączenia kolorystyczne są dozwolone...
Kwiatek na drugiej białej czapeczce

Kwiatek na czapeczce seledynowej

Kwiatek na czapeczce Emilii

Dwie czapeczki nie zaspokoiły mojego apetytu, zrobiłam więc jeszcze trzecią, białą, choć z innej bawełny niż ta Emilkowa - włóczka Sunny firmy Troitsk Yarn. Zużycie - około 127 metrów.

Trzy czapeczki Nika

czwartek, 10 kwietnia 2014

O tym, jak pojechaliśmy wyrobić paszporty

Skoro już zostałam obywatelką, postanowiłam wyrobić sobie paszport.
Polski stracił ważność 4 lata temu, a naszła mnie ochota na podróż transatlantycką. Paszport niezbędny!

Przy okazji postanowiliśmy wyrobić paszporty Emilii i Krzyśkowi. Do urzędu pocztowego, gdzie składa się wnioski o paszport, udaliśmy się w piątek rano. Po drodze zatrzymaliśmy się u fotografa, który zdjęcia paszportowe dzieci zrobił i wywołał od ręki.

Na pocztę dotarliśmy około 11.00. Wzięłam numerek i rozejrzałam się po hali pocztowej. Uprzejmi, acz mocno znużeni czekaniem petenci poinformowali nas, że czekają już od chwili otwarcia, czyli od 8.30. W tej właśnie chwili moje dzieci przeleciały przez całą halę niczym perszingi a tata nie bardzo potrafił dotrzymać im kroku. Petenci dodali, że zainteresowanych obsługuje tylko jedna pani, a dzieci przeleciały z prędkością ponad dźwiękową w drugą stronę. Po chwili nadleciały pokrzykując radośnie, że głodne - a przecież dopiero co oderwaliśmy ich od stołu i zjedzonego śniadania! Przy okazji dotarło do mnie, że nie zmierzyłam Milusińskich i nie wiem ile mają wzrostu - dane konieczne przy wypełnianiu formularza.

Nastąpiła natychmiastowa ewakuacja w celu oszczędzenia szacownego budynku instytucji.

Postanowiliśmy pojechać do domu, zmierzyć i nakarmić potomstwo i wrócić na pocztę. Porozumienie to osiągnęliśmy po krótkiej, acz burzliwej wymianie zdań w samochodzie, mniej więcej tego typu:

- A nie możesz sama tego załatwić w inny dzień?
- Nie, oboje rodzice mają być obecni. Dzieci z resztą też.
- A nie wystarczy, żebym się tylko podpisał?
- Jak by wystarczyło, to bym Ci o tym powiedziała. Skoro mówię, że masz być obecny to masz być obecny!

Dzieci zjadły, pobiegały po trawniku  przed domem, nawet dały się zmierzyć. Ponownie wszyscy wpakowaliśmy się do samochodu i pognaliśmy na pocztę. Na szczęście mamy blisko. Znanym nam już z widzenia petentów nie było - widać doczekali się swojej kolejki. Po chwili wywołany został kolejny numerek - okazało się, że jeszcze musimy poczekać.

Dzieci kontynuowały próby zdemolowania urzędu pocztowego, czasem tacie udało się je wyciągnąć na zewnątrz, ale akurat padał deszcz, więc wolałam, żeby urząd runął, ale dzieci nie przeziębiły się. Gdyby komuś z czekających przyszło do głowy, żeby zaprotestować przeciwko temu, że nie czkaliśmy pod drzwiami cały ten czas, Emilia pomysł ten szybciutko wybiła im decybelami z głowy - uparła się udawać żabkę, i nie wystarczyło jej bicie rekordów w skoku wzwyż, musiała do tego dodać zapewnienia głosowe obwieszczające wszem i wobec, w jakie to zwierzątko właśnie się przeistoczyła.

Po pół godzinie nadeszła nasza kolej. Pani urzędniczka uwijała się jak mogła najszybciej. Na miejscu były zabawki dla dzieci, więc uszy nieco odetchnęły. Podpisaliśmy, gdzie trzeba było, przysięgaliśmy, z prawą ręką uniesioną do góry, kiedy było trzeba, a kiedy wszystko załatwiliśmy, dzieci odmówiły opuszczenia pokoju, bo zabawki bardzo im się spodobały i nabrały ochoty na dłuższą zabawę.

Urząd pocztowy opuszczaliśmy z wrzaskami protestu - oczywiście to dzieci dawały wyraz swojemu niezadowoleniu.

Ale paszporty mamy otrzymać za 4-6 tygodni.

A potem będę gadać z szefem o wolnym w sierpniu - z pewnością szalenie się ucieszy...

wtorek, 8 kwietnia 2014

Słów kilka o wynikach nauczania mojego Drugoklasisty

Zanim o będzie o szkole, trochę o zachowaniu Krzyśka w domu.
Jego zachowanie raz się poprawia, raz pogarsza. Niedawno było bardzo źle, chwilowo jest całkiem dobrze. Zauważyłam, że zachowanie dziecka pogarsza się, kiedy w domu jest tata. Krzysiek jest zazdrosny o tatę, i uwagę, jaką poświęcam mężowi, choć z całej mojej trójki akurat mężowi dostaje się tej uwagi najmniej. Ale i ta odrobina wzbudza zazdrość. I to nie tylko starszego, ale i młodszego dziecka.
Krzysiek jest też trochę zazdrosny o uwagę poświęcaną młodszej siostrze - kiedy Emilia śpi w ciągu dnia, jej starszy brat jest grzeczniutki jak aniołek. Staram się jak mogę dzielić swoją uwagę w miarę równo, a kiedy się nie da, choć dać odczuć Krzyśkowi, że wcale nie został odstawiony na boczny tor, ale chyba tak to już musi być.

O ile w domu zachowanie dziecka często pozostawia wiele do życzenia, o tyle w szkole nie ma żadnych kłopotów. Ani z zachowaniem, ani z nauką. Uczy się świetnie. W marcu dostałam raport z jego wynikami. Oceny opisowe - wyśmienite. Jeśli chodzi o czytanie, poprawił swój poprzedni wynik o 7 wyrazów i teraz czyta 204 wyrazów na minutę.

W tym tygodniu przyniósł też testy z matematyki, takie obejmujące szerszy materiał - oba zaliczył na 100%.




1 kwietnia Krzysiek zaliczył też ostatni test Rocket Math z odejmowania i przeszedł do mnożenia. O Rocket Math pisałam już wcześniej, więc się nie będę powtarzać.


Z tej okazji dostał okolicznościową laurkę.


Kilka dni temu rozmawiałam z polską koleżanką o sposobie nauczania w tutejszych szkołach. Jej mama, emerytowana nauczycielka fizyki i matematyki, jakiś czas temu porównała wytyczne tutejsze z polskim programem nauczania w zakresie matematyki i doszła do wniosku, że teoretycznie dzieci powinny umieć to samo. A moja koleżanka twierdzi, że jej synowie niczego w szkole nie robią.

Zastanawiałam się nad tym i ja z kolei doszłam do wniosku, że takie wrażenie mogą odnosić rodzice, ponieważ tutaj dzieci nie mają zeszytów do każdego przedmiotu, w swoich biurkach w szkole trzymają zeszyty ćwiczeń, które do domu przynoszą dopiero po ukończeniu ostatniej strony, a zadanie domowe otrzymują na ksero. Rodzic nie ma możliwości śledzenia postępów prac dziecka w szkole, chyba, że uda się do szkoły na obserwację - do czego ma prawo.

Niemniej jednak, patrząc na wyniki mojego dziecka, uczniowie jednak coś robią i uczą się. Akurat z matematyki nigdy nie robiłam niczego dodatkowego z Krzyśkiem. Wystarczyło mi, że nauczyłam go czytać i doszłam do wniosku, że teraz kolej na szkolnictwo publiczne.

Kilka dni temu Krzysiek przyniósł do domu zeszyt ćwiczeń z czytania - wypełniony do ostatniej strony. Postanowiłam zamieścić zdjęcia kilku stron - tak dla ciekawostki. Przypominam, że moje dziecko chodzi do drugiej klasy.



niedziela, 6 kwietnia 2014

Liebster Blog Award

Otrzymałam od Dorka Doo nominację do Liebster Blog Award - nominację przyznawaną od innego blogera za "dobrze wykonaną robotę". Jest mi bardzo miło, że tak właśnie moje stukanie w klawiaturę zostało ocenione.

Jak wiecie, raczej nie bawię się w tego typu zabawy, ale tym razem odpowiem przynajmniej na pytania, bo uzupełniają one wiedzę o Motylku wyczytaną wprost, bądź pomiędzy wierszami, Okruchów.

Oto pytania i odpowiedzi:

  • Jaki jest twój ulubiony kolor? Niebieski.
  • Wolisz jechać na wypoczynek w góry czy nad morze? Zdecydowanie nad morze.
  • Jeśli miałabyś zostać pielęgniarką, to dziecięcą czy osób starszych? Dziecięcą.
  • Jeśli mogłabyś na wakacje wyjechać na parę dni ale w Polsce, to jakie miejsce byś wybrała? Taki jeden dom na końcu świata, za płotem którego kończy się asfalt, i stoi tablica z przekreśloną nazwą wsi.
  • Co myślisz o eutanazji? Rozumiem, dlaczego osoba cierpiąca może pragnąć zakończyć swoje cierpienie. 
  • Czy wybaczyłabyś zdradę męża? Nie.
  • Jabłecznik czy sernik - co wolisz? Jabłecznik.
  • Zdjęcia "po staremu" czyli w albumie czy na płytce? Jak wolisz? W albumie.
  • Jeśli miałabyś napisać życzenia od serca to najlepiej skopiować jakąś gotową formułkę czy napisać dwa zdania od siebie? Niekoniecznie doskonałe? Chyba samo to pytanie zawiera odpowiedź. Ci, którzy dostają ode mnie życzenia raczej wiedzą czy skopiowałam formułkę czy napisałam te dwa niedoskonałe zdania od siebie.
  • Czy umiesz pływać? Tak, choć kiepsko.
  • Czy miałabyś ochotę pochodzić czasami sama po lesie lub po jakimś odludnym miejscu i nie martwić się ani nie myśleć o niczym? Miałabym, oj miałabym.


Ja sama nominować nie będę - nie nadaję się do typowania, oceniania ani wybierania i na szczęście na co dzień nie muszę tego robić. A Okruchy to moje przytulne wirtualne miejsce, więc też nie będę się do niczego zmuszać. Pozdrawiam wszystkich stałych, okazjonalnych, przypadkowych i nowych czytelników - wiosennie pozdrawiam, tulipanowo-kolorowo!

piątek, 4 kwietnia 2014

Zakwitły drzewka owocowe

Zakwitły drzewka owocowe - na razie śliwa i czereśnie.


Śliwa rośnie pod oknem sypialni, więc widok o poranku mam zachwycający.


Mam nadzieję, że mimo padającego ostatnio deszczu, pszczołom uda się zapylić kwiaty i doczekamy się owoców - ślinka już nam leci na pyszne czeresienki i węgierki.


Zanim zaczęło lać, mieliśmy ponad tydzień przepięknej słonecznej pogody, choć było nieco chłodno. Dopiero dwa ostatnie dni były na tyle ciepłe, że można było biegać z krótkim rękawem.

Dzieci hasały po ogródku, a Emilia znalazła sobie wielce absorbującą rozrywkę - obrywanie płatków tulipanów.


Na szczęście po kilku znudziła się i reszcie dała spokój.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Maluka

Z okazji osiemnastych urodzin, postanowiłam obdarować siostrzenicę ręcznie wydzierganym szalem. Wprawdzie kwiecień to czas kiedy tego typu akcesoria odkłada się powoli do szuflady, ale szal jest z tych delikatnych, które można używać i w chłodniejsze letnie dni.


Wzór Maluka, której autorką jest Bea Schmidt, jest dostępny za darmo tutaj. Podoba mi się tak bardzo, że i dla siebie chcę taki wydziergać.


Ten dla Kasi zrobiony jest z włóczki o wiele mówiącej nazwie Silk firmy Schachenmayr Regia, którą dostałam jakiś czas temu od Uli z Zamotane.


Włóczka milusieńka i mięciusieńka o fantastycznym składzie: 55% wełna, 20% jedwab i 25% poliamid, a w 50 gramowym motku jest jej 200 metrów.
I można ją prać w pralce (na 40 stopni).


Ponieważ robiłam szal, zdecydowałam się na nieco grubsze druty niż zalecane - 4 mm. Zużyłam calutkie dwa motki, czyli 100 gram (400 m).


Mam nadzieję, że szal spodoba się Kasi i będzie się jej dobrze nosić.

niedziela, 30 marca 2014

czwartek, 27 marca 2014

Dień, w którym zabrano mi zieloną kartę.

Wstałam dzisiaj o 4.30, szybciutko zebrałam się, wsiadłam w samochód i ruszyłam w kolejną podróż do Portland. Trzecią w tej sprawie, i ostatnią.

Wszystkie trzy wyjazdy wiązały się z zamianą zielonej karty na obywatelstwo.

Pierwszą podróż odbyłam w październiku. Odciski palców, zdjęcie.

Drugi wyjazd - w lutym, na egzamin.
Kazano mi przeczytać jedno zdanie, napisać jedno zdanie i zadano trzy pytania ze stu, które wraz z odpowiedziami dostałam wcześniej zebrane w odpowiedniej publikacji.

Zazwyczaj po egzaminie natychmiast ma miejsce ceremonia zaprzysiężenia, ale ja dowiedziałam się, że zagubiono mój odpis aktu małżeństwa i w związku z tym nie mogłam wziąć udziału w tej ceremonii do czasu dostarczenia nowej kopii.

Jakim cudem urząd zagubił podstawowy dokument w mojej sprawie - tajemnica.

Słowa "przepraszam" nie usłyszałam.

Myślałam, że krew mnie zaleje, ale nie od dziś wiadomo, że z biurokratyczną machiną się nie wygra, więc wróciłam do domu i kopię żądanego dokumentu wysłałam jeszcze tego samego dnia. A po miesiącu czekania wysłałam kolejną kopię z uwagą, że poprzednia chyba zaginęła na poczcie, choć tutaj to się raczej nie zdarza. Tym razem odpowiedź dostałam w ciągu dwóch dni (nomen omen w dniu urodzin) - zaproszenie na ceremonię odbywającą się właśnie dzisiaj. Na 8.30 rano do dwu milionowego miasta oddalonego o prawie 200 km od domu.

Co było robić.
Mąż załatwił sobie po raz kolejny urlop i został z dziećmi, a ja pojechałam.

Całą drogę, w obie strony lało, więc samochód prowadziło mi się beznadziejnie.

Budynek sądu, w którym ceremonia miała miejsce, odnalazłam bez problemu, potem tylko parking i na 15 piętro. Byłam na miejscu sporo za wcześnie, ale chciałam zdążyć przed porannym korkiem - udało się.

Wszystkie piętra budynku sądu mają przeszklone ściany zewnętrzne, a z piętnastego piętra roztacza się w pogodny dzień piękna panorama miasta. W pochmurny i deszczowy dzień jak dzisiaj widoki nie były oszałamiające, ale i tak porobiłam kilka zdjęć telefonem.





Składających przysięgę było 52, w tym tylko ja z Polski - reszta, to przegląd wszystkich szerokości geograficznych z dominacją Meksyku. Pierwszy, i mam nadzieję ostatni raz, dane mi było obejrzeć salę amerykańskiego sądu osobiście - cóż, wyglądała tak jak na filmach...

Potem było sporo okolicznościowego ględzenia, gratulacji, formalności. Dostaliśmy okolicznościowe broszurki, tekst konstytucji, małe amerykańskie flagi, formularze do zarejestrowania się jako wyborcy. Za to zabrano nam zielone karty - szkoda, jakby nie było ten plastik przypominający kartę kredytową miałam w swoim posiadaniu przez ponad 7 lat.
No dobrze, bez przesady - zielona karta głównie spoczywała w segregatorze z innymi dokumentami i na palcach ręki można policzyć okazje, kiedy ten segregator opuszczała. Ale szkoda, że mi jej nie zostawili na pamiątkę.

W końcu przyszedł sędzia - i tutaj miłe wizualnie zaskoczenie bo sędzia wypisz wymaluj brat bliźniak Richarda Gere, i tak samo ujmująco się uśmiechał.

Przysięga, kolejne przemówienie - to Richard Gere, to znaczy sędzia, przemówił do ludu. Wręczenie certyfikatów głoszących, że staliśmy się pełnoprawnymi obywatelami, uścisk dłoni Sędziego Gere i wypuścili nas z zatłoczonej i dusznej sali. Obiecanych ciasteczek nie było, a szkoda bo umierałam z głodu. Dobrze, że przezornie zabrałam z domu banana, to się posiliłam w drodze na parking.

O godzinie 10 rano, zakończyłam  pewien etap w życiu imigranta.
Czułam ulgę, że te wszystkie formalności mam już za sobą. Zapewne cieszyłabym się bardziej, gdyby nie ta sprawa z zagubionym dokumentem i koniecznością kolejnego męczącego a niepotrzebnego wyjazdu do Portland.
No ale to już za mną.

W drodze powrotnej złapało mnie oberwanie chmury. Na autostradzie, na środkowym pasie. Widoczność zerowa, wszyscy jechali na wyczucie, nie było mowy o próbie zmiany pasa w celu zatrzymania się na poboczu.
Na szczęście wszyscy kierowcy zwolnili i utrzymywali bezpieczny dystans, ale przyznam, że bałam się i to bardzo.

No i w zasadzie to by było na tyle.
Tylko bardzo nielicznych zainteresuje to, że jutro wybieram się wyrobić sobie i dzieciom paszporty - plany na lato zaczynają nabierać realnych kształtów.

poniedziałek, 24 marca 2014

Kubiś i Kuki

Emilia ostatnio dostała hopla na punkcie Kubusia Puchatka oraz filmu "Potwory i Spółka."

Emilia w sweterku "Helena"
Najpierw naszło ją z Puchatkiem. Połączyła wyrazy "Kubuś" i "miś" i wyszedł jej "Kubiś", i pod taką nazwą funkcjonuje u nas ten sympatyczny głupiutki miś.

Mamy, jeszcze po Krzyśku, sporo książeczek z Puchatkiem (poza oryginalnymi autorstwa A.A. Milne), maskotki, ręcznik, , kołderkę, kocyk, dwa kubeczki, szczoteczkę do zębów, puzzle (dwa zestawy), poduszkę, którą kilka lat temu wyhaftowałam dla Krzysia, oraz krótkie spodenki na szelkach, ale te leżą głęboko schowane aż do lata, bo jak je zobaczy Emilia, to w niczym innym może nie zechcieć chodzić. Przez jakieś 3 tygodnie oglądaliśmy na okrągło jedyne 3 posiadane odcinki "Nowych Przygód Kubusia Puchatka", ale potem nastała na szklanym ekranie Era Kuki. Ale Kubiś króluje wszędzie indziej.


To teraz wyjaśnienie kto to taki ten Kuki.

Emilia nie uznaje innych pieluch niż te z Elmo. Na niektórych pojawia się też kumpel Elmo, Cookie Monster - imię stanowczo zbyt trudne do wymówienia dla Emilii - w jej wersji to po prostu Kuki.
No dobrze, ale co ma wspólnego Cooki Monster z Ulicy Sezamkowej z Potworami? Ano moje młodsze dziecię uważa, że jeden z głównych bohaterów filmu, James P. Suliivan, to Cookie Monster - kolor podobny i włochaty, i stąd mamy Kuki. I od jakiś trzech tygodni oglądamy Kuki od rana do wieczora. Bo nawet jak idziemy się bawić do ogródka, Emilia nie pozwala wyłączyć telewizora. Rozpacza, jakby Kuki miał odejść na zawsze.

Tak więc żyjemy ostatnio Kubisiem i Kuki.

Emilia w białym bolerku

Ale dziecko nie tylko siedzi przed ekranem. Coraz chętniej bawi się zabawkami, ostatnio nawet swoimi, bo do tej pory preferowała zabawki starszego brata. Otóż polubiła ostatnio lalkę, którą dostała na roczek. Tyle razy rozbierała ją, że w końcu przestałam lalce zakładać ubranko, bo widać tak podoba się Emilii bardziej. Następnie wypatroszyła Lalę i pozbawiła urządzenia wydającego dźwięki (płacz i śmiech na przemian). Lala ma swoją kołyskę, więc Emilia kładzie ją tam spać, ale też karmi ją swoim jedzeniem, poi, czyta jej książeczki i nosi ze sobą wszędzie. O ile nie ma w rękach Puchatka, Kłapouchego (ulubiony po Kubisiu), Prosiaczka, Tygryska lub Kjójika (Królika też uwielbia).

Emilia w białym bolerku

Do Kubisia, Kuki i Lali dołączył Tata. Emilia ma fazę na tatę - ciekawe czy to za sprawą Pipi, czyli gry Angry Birds, w którą razem grają na telefonie taty. Jak tata jest w domu to nie ma życia poza Emilią - słowo "tata" nie schodzi jej z ust, towarzyszy mu jak cień, a ja mam chwilę wytchnienia.
A jak taty nie ma i mówię Emilii, że jest w pracy, Mała twierdzi, że tata śpi. Niezła taka praca polegająca na spaniu, no nie?

Emilia w czapce i szaliku po starszym bracie

W dzisiejszym wpisie na prawie wszystkich zdjęciach Emilia ma na sobie coś wydzierganego przez mamę. Na tym ostatnim, tuż nad tą częścią wpisu, w czapce i szaliku po starszym bracie. Jako nowe wyroby prezentowałam je na poprzednim blogu, tutaj. Potem służyły córkom koleżanki, a teraz wróciły do mnie. Chyba za sprawą kolorów, bardzo spodobały się Emilii, choć czapka jest trochę za duża. Będzie na przyszły rok.

sobota, 22 marca 2014

Drugie życie wyrwanej strony książeczki

Kilka lat temu, Krzysiek dostał z jakiejś okazji książeczkę Mary Morgan "Bunny's Nursery Rhymes". Nie wzbudziła jego zainteresowania, bo był już troszkę za duży na tego typu książki. Ale pojawiła się Emilka a kiedy książeczka wpadła jej w ręce, przykleiła się do nich na dłużej. Kawałek przykleił się tak skutecznie, że oderwał się od reszty stronicy i pozostał w małej rączce. Szkoda mi było wyrzucić, a ponieważ był to element ruchomy strony, przyczepić tak, by funkcjonowało jak przed wypadkiem, nie dało się. Wykorzystałam więc oderwany kawałek do produkcji kartki.


Najbardziej mi pasuje na trzecie urodziny jakiejś dziewczynki, ale chwilowo stosownej okazji brak. Pewnie kartka poczeka, aż któraś ze znanych mi małych panienek dojdzie to tego szacownego wieku.

Ponieważ powycinanych drobnych elementów zostało, zabrałam się za kolejną kartkę. W ręce wpadały różne inne kolory, znowu zostawały powycinane elementy, i tak z jednej zaplanowanej kartki zrobiły się cztery. Oto pozostałe trzy.