niedziela, 15 stycznia 2017

Sokole pióra

Maskotką szkoły, do której chodzi Krzyś jest sokół, a nauczyciele stosują system motywujący nagradzając uczniów tzw. sokolimi piórami. Nie są to prawdziwe pióra, nikt nie zamęcza ptaków - są to karteczki z napisem "Sokole Pióro" z miejscem na imię ucznia oraz podpis nauczyciela.

Kiedy uczeń uzbiera nieco pierza, może wymienić je na różne drobiazgi dostępne raz na dwa tygodnie w sklepiku szkolnym. Natomiast w grudniu, tuż przed feriami, dzieci mogą wrzucić wszystkie uzbierane do tej pory pióra do specjalnych pojemników, z których losowane są nagrody. (Pojemników jest kilka i każdy jest opisany, jaka nagroda będzie z niego losowana, więc dzieci mogą sobie wybrać co chciałyby wylosować.)

W czwartej klasie Krzyś wylosował poduszkę w kształcie Sponge Boba - ponieważ kreskówkę tę uwielbia od zawsze, był przeszczęśliwy.

Obecna nauczycielka piątej klasy nie rozdaje sokolich piór na prawo i lewa za niemal nic (jak wielu innych nauczycieli) więc kiedy zbliżał się dzień losowania, wielu piątoklasistów doszło do wniosku, że mają tak mało piór, że ich szanse na wylosowanie czegokolwiek są malusieńkie.

Jeden z chłopaków wymyślił więc, by skopiować posiadane karteczki.
Pomysłem tym podzielił się z innymi dziećmi w klasie i pewnego dnia przyszedł do mnie Krzyś z pytaniem czy mogę zrobić kopię jego Sokolego Pióra. Obejrzałam, stwierdziłam, że mogę, ale w pracy, bo w domu nie mam możliwości zrobienia dwustronnej kopii. Dziecku mina nieco zrzedła, więc zapytałam po co mu ta kopia. No i o wszystkim się dowiedziałam.

Nastąpiła potem rozmowa na temat oszukiwania. Dziecko nie do końca było przekonane moimi argumentami, łzy niemal gotowe były do wypłynięcia wartkim strumieniem, a skończyło się na tym, że nie przyłożyłam ręki do oszustwa a dziecko, z wielkim żalem i poczuciem niesprawiedliwości poniechało pomysłu dorabiania fałszywych piór.

Ponieważ na kilka dni przed losowaniem miały odbyć się spotkania rodziców z nauczycielami, postanowiłam wówczas zwrócić uwagę pani dyrektor na inicjatywę niektórych uczniów i możliwość oszustwa. Ale pogoda pokrzyżowała plany, zajęcia szkolne i spotkania z rodzicami zostały odwołane raz, drugi raz i o całej sprawie w końcu zapomniałam.

Losowanie odbyło się dopiero po feriach. Z pojemnika opisanego "piłka do koszykówki" wylosowano pióro z imieniem mojego dziecka. Bez oszukiwania. Pióro Obrotnego Kolegi nie zostało wyciągnięte z żadnego pojemnika. (Krzyś nie wie czy kolega wprowadził swój pomysł w czyn czy nie.) Odetchnęłam z ulgą - jak dobrze, że i w realnym świecie uczciwość zostaje czasami nagrodzona!


czwartek, 12 stycznia 2017

Tajemnica świątecznej kartki

Trzy dni temu dotarła do mnie kartka z życzeniami na święta.

Na kopercie pięknym charakterem wypisane imię, nazwisko, adres.
W kopercie - urocza kartka i przemiłe życzenia od także emigrantki z rodziną.


Spojrzałam na naklejkę z imieniem nadawcy - nie znam.

Może po adresie zwrotnym coś wydedukuję? Ottawa, Kanada.

Lata temu moja uczennica wyemigrowała do Kanady, ale miała inaczej na imię.
Kiedyś zaglądała do mnie pewna Blogerka z Kanady, ale z Toronto a to do Ottawy 450 km.

No i chodzę tak od trzech dni i zastanawiam się kto był tak miły i sprawił mi taką tajemniczą niespodziankę. Może ktoś kto tutaj zagląda? Jeśli tak to poproszę o kontakt.

A za życzenia ślicznie dziękuję!

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Zima

Zasypało nas.

Zima? W styczniu? Kto to widział? Coś podobnego!

Tego typu reakcje w miejscu gdzie przez 284 dni z rzędu temperatura nie spadła ani razu poniżej zera stopni (w skali Celsjusza, nie Fahrenheita!) a śnieg nie padał od dwóch lat są całkowicie uzasadnione.

Wprawdzie rzadko, ale jednak zdarza się, że i do nas dotrze zima.

Kiedy we wtorek kładliśmy się spać pogoda była raczej jesienna.
Kiedy wstaliśmy w środę rano, za oknami szalała klasyczna zadymka.


Nastawiłam kawę i sprawdziłam najpierw stronę okręgu szkolnego - zajęcia odwołane, potem stronę przedszkola - otwarte. Wzięłam ze sobą do pracy aparat i czekając na czerwonym świetle odwarzyłam się zrobić zdjęcie (powyżej).

Kolejne zdjęcia zrobiłam w drodze z parkingu do pracy.



Szkoły pozostały zamknięte także w czwartek a w piątek otworzyły swoje podwoje z dwugodzinnym opóźnieniem  Dzieci bardzo ucieszyły się z odwołanych lekcji oraz z niespodziewanej wizyty zimy.

śnieżne orły na grządkach

W czwartek już nie padało, za to było zimno. Zdjęcia robiłam przez okno bo zmogła mnie infekcja i wolałam zostać w domu.


Od soboty miało się ocieplić, ale tym razem prognoza pogody się nie sprawdziła i sobotni poranek obudził mnie dzwonieniem gradu w okno dachowe. 
Kiedy już wszystko pokryła dość gruba warstwa gradu zaczął padać śnieg. 
Momentami padał bardzo mocno i zrobiła się u nas na chwilę piękna klasyczna zima. Dzieci -zachwycone. Poszalały na sankach, robiły orły w śniegu i ładnie bawiły się dość długo.


Dopiero wieczorem zaczął padać najpierw grad a potem ten zapowiadany marznący śnieg i zaczęła się powtórka z grudniowej rozrywki - oblodzone gałęzie grożące tym że zaraz zaczną się łamać. 


Całą niedzielę padał deszcz, ale było za zimno, żeby stopniał śnieg i lód. 
Efekt był taki, że warstwę lodu na ulicach przykryły rozlewiska wody. 
I wtedy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie.

Na te kilka dni życie w mieście niemal całkowicie zamarło. Pozamykane szkoły, wiele sklepów i instytucji, nawet śmieci nie wywieźli w trosce o bezpieczeństwo kierowców śmieciarek. Odwołano wszystkie zajęcia karate, dżudo, religię i wywiadówkę w szkole (już drugi raz) a nawet mszę niedzielną. Zamknięto lotnisko, nie kursowały taksówki. Kto nie musiał niczego załatwić, siedział w domu. U mnie w pracy zalecono nam zabrać pracę do domu jeśli możemy i nie narażać się niepotrzebnie. No to się nie narażałam, tym bardziej że powaliła mnie paskudna infekcja.

Dzisiaj szkoły nadal zamknięte (przedszkole za to otwarte) - lokalne ulice i uliczki to nadal bajora z warstwą lodu na dnie i dzieci musiały by brodzić po łydki w wodzie by dojść do szkoły. A szkolne parkingi ciągle wyglądają jak lodowiska.

W związku z tym, że zajęcia szkolne zostały odwołane już 6 razy, dni te będą musiały zostać dodane w czerwcu, więc koniec roku szkolnego przesunie się trochę. (Teoretycznie zakończenie roku szkolnego miało być 15 czerwca.)

piątek, 6 stycznia 2017

2016 - podsumowanie

Skoro stary rok się skończył, to można się skusić na małe podsumowanko. Powiedzmy trzy kategorie - to chyba wystarczy.

No to zacznijmy od robótek, bo tutaj dane statystyczne najprostsze do zaprezentowania. W 2016 roku przerobiłam na drutach i szydełku 5451 gram włóczki, w tym 4240 gr z zapasów a 1211 zakupionej w roku 2016.
Rok ten zdominowały w moim przypadku czapki - 21 sztuk.
Jedna dla syna, reszta dla potrzebujących.
Sporo też zrobiłam szalików (7), butków dla niemowlaków (5 par) i kocyków (3), ale udało mi się w końcu wydziergać coś dla siebie: sweter i chustę.
Swetrów zrobiłam w sumie 5: jeden dla siebie, jeden dla Krzysia i trzy dla Emilii.

5,4 kg przerobionej włóczki a pomiar wagi (mej skromnej osoby) dokonany 31 grudnia dał wynik niższy od tego sprzed roku o 12 funtów czyli o 5,4 kg - właśnie zauważyłam tę zbieżność. Pozostaje mi tylko życzyć sobie by rok 2017 zakończyć lżejszą o wagę przerobionej w tym roku włóczki.
Przyznam, że pozbycie się tych pięciu kilogramów słoniny kosztowało mnie sporo wysiłku i samozaparcia, ale bardzo mi pomogła zorganizowana w pracy zabawa Biggest Loser - właśnie jesteśmy na końcówce drugiej edycji, finisz chyba w połowie stycznia i mimo świąteczno-bożonarodzeniowego obżarstwa, mam spore szanse na podium.

I tak oto dotarłam do drugiej, obok dziergania, ulubionej kategorii, czyli czytania (i słuchania). Po tendencji spadkowej w minionych latach, znowu więcej czytam (35 książek w 2016 roku) i do tego jeszcze trochę słucham (13 książek). Kilka miesięcy temu sprawiłam sobie czytnik i nagle otworzyły mi się podwoje do literatury w języku polskim (a skończyły piękne paznokcie, bo czytanie idzie u mnie w parze z obgryzaniem paznokci - niestety.)
Z przeczytanych książek warte polecenia wydają mi się "Mężczyzna imieniem Ove" (Fredrik Backaman) oraz "Kain i Abel" (Jeffrey Archer) - obie przeczytałam po angielsku. (Pamiętam, że w czasach szkolnych oglądałam mini serial "Kain i Abel" w polskiej TV, ale szczerze mówiąc niewiele z niego pamiętam.)
W przyszłości z pewnością sięgnę też po książki Remigiusza Mroza bo "W cieniu prawa" dobrze mi się czytało.
Z wysłuchanych książek najbardziej podobała mi się "I góry odpowiedziały echem" Khaleda Hosseiniego.
(Pełna lista książek przeczytanych i wysłuchanych - w zakładce "Książki, lata 2012-2017"KLIK.)

wtorek, 3 stycznia 2017

Emilia tu była

We wrześniu zaczęłam uczyć Emilię czytać - po angielsku. [Korzystam z materiałów nad którymi obecnie pracuję w pracy: program dla zerówki. Oczywiście za pozwoleniem i z błogosławieństwem (także finansowym) mojego pracodawcy.]

Czytanie idzie Emilii coraz lepiej, potrafi też napisać sporo słów- nawet z pamięci. Dziecinka lubi popisywać się nowo nabytymi umiejętnościami:


Pewnego dnia po powrocie z pracy zastałam drzwi na taras popisane kredką świecową. Zapytałam Emilię kto to zrobił, a odpowiedź, którą usłyszałam to:

- Nie ja.

Z pewnością! Wszak autorka podpisała się...

Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Jak opowieść rodzinna głosi, w wieku 3 lat ozdobiłam przepięknie kredkami świecowymi ściany w dopiero co odmalowanym pokoju. Zapytana kto to zrobił, zapewniłam mamę, że to mój młodszy brat, który wówczas miał 6 miesięcy. Oto jak zdolny mój braciszek był już od maleńkości!!!

piątek, 30 grudnia 2016

Ostatnia robótka


To już ostatnia tegoroczna robótka.
Coś tam oczywiście mam na drutach, ale skończę dopiero w nowym roku. (I jeszcze mam jeden projekt skończony na początku grudnia, który czeka na opublikowanie.)

Włóczkę tę dostałam jak Emilia była maleńka, ale że było jej za dużo na wyrób dla bobasa, zaczekałam aż nieco podrośnie. Starałam się zrobić sweterek nieco na wyrost, ale i tak został mi jeden motek.


Z przodu sweterek zdobi przeplatanka podpatrzona w swetrze Sibil z książki Alice Starmore Aran Knitting (KLIK). Rszta wzoru aż tak mi się nie podobała, więc zrobiłam po swojemu.


Warkocze są, ale wzdłuż rękawów.


Przód, tył i rękawy robiłam osobno do momentu kiedy łączą się razem, przełożyłam na jeden drut i dalej już przerabiałam razem ujmując oczka raglanowo po obu stronach dwuoczkowego warkocza. Takie same warkocze z dwóch oczek tworzą ściągacze.


Bardzo podoba mi się wykończenie wokół szyi - na tyle szerokie, że głowa przechodzi bez problemu, ale bez zbyt obszernego dekoltu. Plisa ładnie osłania dół szyi (dzieci przecież nie zawsze pamiętają o szalikach!) ale nie jest to golf - Emilia nie znosi golfów.


W ogóle wyjątkowo jestem zadowolona z efektu końcowego. Dawno nie wyszło mi nic aż tak ładnie. Emilii też się sweterek bardzo podoba co mnie niezmiernie cieszy.


Garść informacji:
  • włóczka: Sirdar Snuggly Tiny Tots, 90% akryl, 10% poliester; 137 m/50 gram; zużycie: 200 gram (4 motki)
  • druty: 3 i 3.5 mm
  • wzór plecionki: "Sigil" z Aran Knitting Alice Starmore



wtorek, 27 grudnia 2016

Boże Narodzenie w plenerze

W Boże Narodzenie wybraliśmy się w góry na sanki - prawie zawsze jeździmy na tę samą górkę do Salt Creek Falls Snow Park. Śniegu padało ostatnio sporo (w górach, bo u nas padał deszcz), ale akurat na ten dzień prognoza pogody przewidywała bezchmurne niebo i lekki mrozik.


I rzeczywiście na miejscu przywitał nas błękit nieba i rozkosznie skrzypiący śnieg pod stopami.


No górce byliśmy pierwsi i przez pewien czas mieliśmy całe zbocze tylko dla siebie.

Najpierw cały stok pogrążony był w cieniu, ale w miarę upływu czasu słońce oświetlało coraz większą część zbocza. W promieniach słońca wydawało się nawet, że jest ciepło, ale kiedy tylko weszło się w cień, natychmiast dawało się odczuć jak naprawdę było zimno.


Krzysiek przez pierwsze półtorej godziny zjeżdżał z górki nieprzerwanie - miał niesamowitą frajdę!


Emilia, natomiast, niemal natychmiast zaczęła marudzić i narzekać.
Ściągnęła rękawiczki i wsadziła ręce w śnieg - zmarzły jej ręce,zaczęła płakać i chciała wracać do domu.


Na szczęście mieliśmy w termosie ciepłą herbatę. Dziecko ogrzało się nieco w samochodzie, napiło herbaty i ponownie wyruszyło na śnieg.
Nawet kilka razy zjechała z górki!


A Krzysiek cały czas zjeżdżał i nie przeszkadzało mu że nie ma towarzystwa.


Kiedy już nacieszył się tą zabawą, a na górce zaczęło się robić tłoczno, oboje przenieśli się na zaspę przy parkingu. Saperkę zawsze wozimy ze sobą ale jak do tej pory potrzebna zawsze była do kopania w piachu (na plaży) bądź w śniegu, ale nie by wykopać z niego samochód, ale żeby w zaspie wykopać jamę.

Praca trwała ponad godzinę a Krzysiek mógłby tak kopać pewnie i kolejną. Wykopana nora była tak obszerna, że cała nasza rodzina mogła się w niej zmieścić!


Kolejna przerwa na przekąskę i ciepłą herbatę i oboje wrócili na śnieg.


W końcu widać było, że oboje już są zmęczeni i nadszedł czas na powrót do domu. Bardzo udany wyjazd a pogoda - doskonała. Dawno nam się nie trafiła taka piękna na wyjazd na sanki.




sobota, 24 grudnia 2016

Happy Birthday Jesus!

Program bożonarodzeniowy w przedszkolu Emilii przeniesiono z piątku na wtorek ze względu na pogodę. Sporo dzieci już zdążyło wyjechać na święta, ale te co były jeszcze w mieście, stawiły się w komplecie. Dziewczynki w przepięknych odświętnych sukienkach, chłopcy - mali eleganci.


Tegoroczny występ zatytułowany był "Happy Birthday Jesus!" od tytułu piosenki kulminacyjnej. Emilii piosenka ta bardzo się podobała i śpiewała ją nam w domu przez minione tygodnie codziennie. Kilka razy dziennie.
Ale dopiero podczas występu uszom naszym dane było poznać prawdziwą melodię - słowa znamy na pamięć.


W tym roku Emilia stanęła na wysokości zadania, nie spanikowała, obyło się bez łez i ucieczki ze sceny. Wyrecytowała swoją kwestię, śpiewała i machała rączkami jak ich pani Lori nauczyła.


Emilia zażyczyła sobie warkocz, więc mama zaplotła, choć bokami włoski jeszcze za krótkie. (Emilia chce mieć włosy takie długie jak Roszpunka.)

Na koniec dzieci dostały małe prezenciki, Emilia wręczyła swoim ulubionym paniom kartki z życzeniami świątecznymi i wszyscy udali się do wielkiego stołu z ciastkami. Moje dzieci były wniebowzięte - tyle słodkości i mama pozwoliła łasuchować!

No i jeszcze zdjęcie z panią Jennie, główną nauczycielką starszaków.


środa, 21 grudnia 2016

Frozen

W dolinie Willamette, gdzie mieszkamy, zimy bywają zazwyczaj łagodne: pada głównie deszcz, śnieg to nie lada sensacja, a temperatura rzadko spada poniżej zera. Czasami jednak Natura wybudza się z leniwego snu i wysuwa nieco pazury pokazując nam maluczkim jak niewiele wobec Niej znaczymy mimo tych wszystkich smartfonów i samochodów, które jeżdżą bez kierowcy.


Wystarczyło pokropić deszczem i dmuchnąć zimnym oddechem by zafundować okolicznej ludności atrakcje, jakich nie mieli okazji przeżywać od 35-40 lat.


A było to tak: w środę najpierw mocno popadało (ponad 8 cm deszczu w ciągu doby) a potem, koło południa zaczęła spadać temperatura powietrza. Nie na tyle, żeby woda na ulicach zamarzła - warunki jazdy były nie najgorsze.


Mróz podstępnie chwytał w swoje szpony kropelki na gałęziach drzew, na gałązkach, liściach, których resztki jeszcze znajdowały się na niektórych drzewach. Całkiem ładnie to wyglądało!


Dzieci wyrwały do ogródka zachwycone lodową atrakcją, ale po dwudziestu minutach wróciły do domu zmarznięte i wygłodzone. Z jakim apetytem spałaszowały obiad! Zazwyczaj tak im się uszy trzęsą jedynie kiedy wsuwają słodycze!


Deszcz padał, sopelki rosły, a warstwa lodu na gałęziach pogrubiała się.


A kiedy przestało padać, oblodzone gałęzie zaczęły się łamać. I wtedy zrobiło się niefajnie i niebezpiecznie.


Gałęzie spadały na samochody, na dachy domów, na linie wysokiego napięcia. Zaraz pierwszego dnia spadający konar zerwał nam kabel od internetu, następnego dnia pozbawiona zostałam sznurów do suszenia prania. Cudem jakimś kabel doprowadzający do domu prąd ostał się nienaruszony.


W czwartek rano, w drodze do pracy usłyszałam, że w mieście panują warunki zagrażające ludności i policja zaleca pozostanie w domu. Wszystkie szkoły i przedszkola pozamykano, odwołano wszelkie imprezy zaplanowane na ten dzień  a także na dzień następny. Wiele osób nie mogło dojechać do pracy bo drogi blokowały zwalone drzewa, konary, bądź gałęzie na tyle duże by droga była nieprzejezdna. Około 30 tysięcy domostw nie miało prądu, czyli nie  mieli ogrzewania, możliwości gotowania ani ciepłej wody. A temperatura spadła poniżej zera a kiedy zaczęła się podnosić, to na tyle nieznacznie, że lód na drzewach nie miał szans na topnienie.


Dopiero w piątek na parę godzin wyszło słońce i wymusiło małą odwilż - zakazałam dzieciom wychodzić do ogródka z obawy, że im na głowę spadnie lodowy grad sopli.


I tak tkwiliśmy w okowach lodu aż do poniedziałku, kiedy to w końcu ociepliło się na tyle, że cały lód stopniał.


W drzewostanie - straszliwe spustoszenia. Trzy z naszych drzew mają połamane gałęzie, ale na szczęście poza sześcioma dniami bez internetu nie ponieśliśmy żadnych szkód.


Trwa sprzątanie mieasta. Dopiero po tygodniu służby miejskie zaczęły ciąć na mniejsze kawałki i wywozić zwalone drzewa i gałęzie - przez cały tydzień jedynie odblokowywali drogi, ulice i uliczki tylko odsuwając wszystko na pobocza lub trawniki. Po tygodniu miasto odetchnęło z ulgą. Pozostały na pamiątkę zdjęcia, a dzieci dostały prezent w postaci dwóch dodatkowych dni przerwy świątecznej.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Szafirowy Kalmar

Rok temu zrobiłam dla Krzysia zieloną czapkę kriperową - kto ma w domu maniaka Minecraft, to potrafi wybrać Creepera wśród różnych obrazków.
Czapkę tamtą dziecko lubi, ale postanowiłam zrobić mu kolejną, nieco cieńszą, do noszenia kiedy jest zaledwie chłodno a nie zimno.

Włóczkę miałam w zapasach - została zaakceptowana przez syna, który następnie narysował mi jaką czapkę chce mieć.


I tym razem to postać z Minecraft: Squid, czyli kalmar.


Oczy wyszły mi dokładnie jak na projekcie Krzysia. Czapka miała też mieć osiem macek i miały one być różnej długości. Super - nie musiałam liczyć przerabianych rzędów i tylko pilnowałam, żeby było naprzemiennie: jedna macka dłuższa, kolejna krótsza.


Dziecko bardzo zadowolone. Nawet po domu czasami chodzi w czapce i niemal na siłę musiałam zabrać do prania.


Czapkę wydziergałam jeszcze we wrześniu. Sesję fotograficzną urządziliśmy na plaży - dosłownie kilka minut wcześniej skończyłam ostatnią mackę i pochowałam nitki.


Garść informacji:

  • włóczka szafirowa: Fortissima Cotton Colori, 75% bawełna, 25% poliamid; 209 m/50 gram; zużycie: 70 gram
  • śladowe ilości włóczki białej i czarnej
  • druty: 2.5 mm
  • wzór: projekt Hultajstwa

czwartek, 15 grudnia 2016

Podwójne widzenie

Przeciągając czerwoną nitkę robiąc jedną z bombek z poprzedniego wpisu uświadomiłam sobie, że coś nie tak z moimi oczami. Obok nitki czerwonej widziałam drugą, kremową, nieco poniżej czerwonej. Dotarło do mnie, że od jakiegoś czasu wizja taka jakaś nieostra, rozmazana. Najpierw złożyłam to na karb niewyspania, przemęczenia, przepracowania, ale po długim weekendzie, spędzonym niemal całkowicie bez komputera a nawet książki wcale się nie polepszyło.

Umówiłam się więc do okulisty.

Najpierw wpadłam w ręce miłej pani technik, która kazała mi spoglądać przez różne szkiełka, po czym stwierdziła, że nie potrzebuję okularów na receptę i że mam sobie sprawić okulary do czytania, te najsłabsze, +1, dostępne w cenie 1 dolara w dolarówce.

Potem głęboko w oczy zajrzał mi pan doktor, który orzekł, że oczy moje są zdrowiusieńkie, nie mam żadnych wad, a zmniejszenie zdolności akomodacji oka spotyka większość populacji, najczęściej pomiędzy 40 a 50 rokiem życia.

No dobrze, ale co z tym rozmazaniem panie doktorze, bo nawet patrząc przez te wszystkie szkiełka, może i literki były większe, ale nadal mocno rozmazane.

A takie rozmazanie to zespół suchego oka. Więcej mrugać pracując na komputerze i zakraplać oczy kroplami dostępnymi bez recepty.
Dobrze też robią ciepłe kompresy z samego rana.
Dostałam wydruk z zaleceniami,  próbki kropli i polecono mi zgłosić się za rok, żeby sprawdzić czy mi się wzrok nie pogorszył.

Okulary kupiłam - dzieci wystraszyły się, że coś mi się stało, zachorowałam i nie wiadomo czy nawet nie umrę, ale uspokoiłam je, że nawet ze słabszym wzrokiem ludzie mogą pożyć dość długo.
Jeszcze tego samego dnia użyłam okularów czytając Emilii bajkę na dobranoc, choć litery widziane przez szkła wydawały mi się strasznie kulfoniaste.

Olśnienie przyszło dnia następnego, po zakropleniu oczu kilka razy - widziane przedmioty zaczęły stawać się coraz bardziej wyraziste aż po kilku dniach cała ta dwoistość i rozmazanie zniknęły całkowicie. Rozwiązanie problemu okazało się szalenie proste i niepotrzebnie męczyłam się (i nieco martwiłam) przez 4 czy 5 tygodni.

A okulary? Powędrowały do szuflady, gdzie czekają aż moje oczy zaczną tracić zdolność akomodacji - jestem, jakby nie było, we właściwym przedziale wiekowym dla tego procesu, tylko jeszcze nie wiem czy należę do większości czy  do mniejszości populacji. Jeszcze 6.5 roku i się dowiem!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Bombki

Nie planowałam robienia szydełkowych bombek w tym roku, głównie dlatego, że nie kupiłam na wyprzedażach poświątecznych w poprzednim sezonie żadnych bombek. Stwierdziłam, że w tym roku robię skarpeteczki (te, które pokazałam kilka wpisów temu) i wystarczy.


Jednak na wyprzedaży w szkole Krzyśka były i bombki - zaopatrzyłam się w nie nie tylko na ten rok, ale i na kilka następnych. Przygarnęłam też resztę szpulki czerwonego kordonka - a co miał tak leżeć niechciany... Ponieważ kordonek był czerwony, sięgnęłam po bombki złote. Na kolejne lata zostawiając sobie te czerwone. I resztę złotych.


W paczce było 10 "nietłukących się" czyli plastikowych bombek - nietłukące wygląda widać lepiej na opakowaniu niż plastikowe. Czerwonego kordonka wystarczyło na 8. Do wykonania pozostałych dwu użyłam nici różowych.


W tym roku wybrałam dwa modele z Szydełkowej Gwiazdki (Sabrina Robótki, Zeszyt Nr 6/2010) - modele Nr 21 i 22, które jednak musiałam zmodyfikować dostosowując do rozmiaru bombek.


Jak co roku, jedna z bombek została w domu i znalazła sobie miejsce na choince, pozostałe bombki przeznaczyłam na prezenty.



I to tyle projektów o tematyce bożonarodzeniowej. Kartek w tym roku nie robiłam bo nie miałam natchnienia.