piątek, 23 września 2016

Ostatni weekend lata: Beach Loop w Bandon

Jadąc na południe (bądź północ) drogą stanową Nr 101 (słynna "sto jedynka" biegnie wzdłuż wybrzeża Pacyfiku przez stany Waszyngton, Oregon i Kalifornia) przejeżdżamy szybko przez miejscowość Bandon, czasem jedynie zatrzymując się, żeby coś zjeść. Krótki spacer kieruje nasze kroki jedynie w stronę nadmorskiego deptaka i "starego miasta".

Tym razem wybierając się do Bandon, wjechaliśmy do miejscowości drogą wiodącą wzdłuż oceanu "Beach Loop". To dzielnica miasta pełna pięknych willi, w większości wynajmowanych wczasowiczom przez cały rok, bo wahania temperatury w ciągu roku nad oceanem w Oregonie są bardzo nieznaczne. Najczęściej bywa tak, że jesienią, zimą czy wiosną jest o wiele cieplej niż latem.

Zaraz na początku "Beach Loop" jest zjazd na plażę o nazwie "Devil's Kitchen" czyli "Diabelska Kuchnia".


Plaża szeroka, przestrzeń ogromna, wiatry hulają i głowę chcą urwać.

Bliskość sporej ilości domów to więcej odpoczywających na plaży.


Ale, że połacie piachu naprawdę przeogromne, spacerujących nie można było nazwać tłumem. Na większości zdjęć i tak nikogo nie widać.


Mimo dość mocnego i zimnego wiatru, pospacerowaliśmy nieco po tej diabelskiej kuchni. Krzyś tradycyjnie wspinał się na skały, Emilia tradycyjnie zaczęła jęczeć, że ją bolą nogi.

Zanim wsiedliśmy do samochodu, wytrzepaliśmy z butów i skarpetek tonę piachu.

Ruszyliśmy w stronę centrum Bandon. Zjechaliśmy na parking przy kolejnym punkcie widokowym Face Rock State Scenic Viewpoint - a tu czekała nas niemiła niespodzianka w postaci tłumu zwiedzających. Rozpuszczeni kilkudniową samotnością i odzwyczajeni od widoku ludzkości na plaży, doznaliśmy lekkiego wstrząsu, w wyniku którego odechciało nam się wysiadać z samochodu i przepychać wśród turystów.

Tylko na chwilkę wyskoczyłam z samochodu by pstryknąć zdjęcie atrakcji, które tak tłumnie zjechali się wszyscy podziwiać. A były to: "Haystack Rock" (po prawej) i "Devil's Kitchen" (na lewo od "Haystack Rock"), obie skały na zdjęciu daleko w tle:
 
od lewej w tle:  Devil's Kitchen & Haystack Rock

Kolejne skały to: "Face Rock" oraz "Cat and Kittens Rocks":

Face Rock & Cat and Kittens Rocks

I jeszcze kilka skał wystających z wody, czyli: "Elephant Rock" i "Table Rock" - obie po prawej stronie.

Elephant Rock & Table Rock

Wymanewrowaliśmy z parkingu i pognaliśmy do Bandon, na obiad, ponaglani marszem na cztery, bardzo puste żołądki.

środa, 21 września 2016

Ostatni weekend lata: Cape Blanco Pioneer Cemetery

Zatrzymaliśmy się na chwilę na terenie starego cmentarza na terenie parku stanowego Cape Blanco.


Pierwsi osadnicy na tym terenie, rodzina Hughes, ufundowała budowę kościoła pod wezwaniem Mary, Star of the Sea (kościół nie zachował się do naszych czasów) a na przykościelnym cmentarzu zostali pochowani w większości zmarli członkowie tej rodziny oraz sąsiedzi, głównie emigranci z Irlandii.


Jakiś czas temu szczątki pochowanych tu osób przeniesiono na inne cmentarze, pozostawiąc jedynie stare płyty nagrobne.


niedziela, 18 września 2016

Ostatni weekend lata: Cape Blanco Lighthouse

Pomiędzy wybrzeżem a kempingiem ciągnie się niezbyt długi ani wymagający szlak spacerowy. Z jednej strony można nim dojść do plaży, na której spędzaliśmy popołudnia. Idąc w drugą stronę, dociera się do latarni morskiej na przylądku Cape Blanco. (Przylądek Cape Blanco to najbardziej na południe wysunięty skrawek Oregonu.)

Cape Blanco & Cape Blanco Lighthouse, Oregon (widok z "naszej" plaży)

Właśnie tym szlakiem, na piechotę, wybraliśmy się z Krzysiem na spacer do latarni. Emilia pojechała z tatą samochodem.

Po wyjściu z lasu, ścieżka prowadzi przez teren otwarty, porośnięty trawą ostrą, twardą, wychłostaną wiatrami. Gdzieniegdzie skarlałe krzewinki i trochę kwiatów.


A na horyzoncie - powalający widok na ocean.

Wiało dość mocno, ale nawet w tak niesprzyjających warunkach wypatrzyliśmy bączka zbierającego pyłek.


Spacer nasz nie trwał długo, po dwudziestu minutach niespiesznego spaceru doszliśmy do parkingu i wraz z resztą rodziny skierowaliśmy się w stronę latarni.

Cape Blanco Lighthouse

Latarnia Cape Blanco nie powala wysokością (18 m) ani wielkością, niemniej jednak światło jej widać z odległości 43 kilometrów. (Tutaj można sobie poczytać po angielsku mi. in. na temat historii powstania: KLIK, KLIK.)

widok z okna latarni

Tak jak 7 lat temu (relacja z tamtej wizyty: KLIK), musieliśmy nieco poczekać zanim wdrapaliśmy się po wąskich schodach na górę - nadal na samym szczycie może przebywać jednocześnie tylko pięciu zwiedzających. Czas oczekiwania umilał nam wolontariusz odpowiadający na pytania dotyczące historii latarni i jej okolicy.

W końcu nadeszła nasza kolej.

Ostatnie kilka stopni jest jeszcze węższe od pozostałych a od studni latarni oddziela wchodzącego tylko lina, nie poręcz.


Bałam się o Emilię, zwłaszcza przy schodzeniu w dół, ale wbrew moim najczarniejszym wizjom, posłuchała poleceń odnośnie tego JAK należy wchodzić/schodzić (lewa ręka na stopniu, prawa trzyma linę) i nie spadła.


Na samej górze rzeczywiście jest bardzo niewiele miejsca, tyle by postać i ewentualnie obrócić się wokół własnej osi, uważając przy tym, by robiąc krok w tył, nie runąć ze schodów na sam dół.

widok z Cape Blanco Lighthouse w kierunku Cape Blanco State Park & Humbag Mountain

Obejrzeliśmy co było do obejrzenia, popodziwialiśmy chwilę widoki, pomachaliśmy tym na dole i ustąpiliśmy miejsca pozostałym zwiedzającym.

czwartek, 15 września 2016

Ostatni weekend lata: Arizona Beach & Myrtlewood Creek

Wizyta u dinozaurów nie uszczupliła zbytnio energii Pociech, więc udaliśmy się na pobliską plażę Arizona Beach.  
 
Arizona Beach (w tle: Humbag Mountain)

Ten niezbyt długi (około kilometra) piaszczysty odcinek wybrzeża zamykają z obu stron dość wysokie skaliste wzniesienia, skutecznie osłaniając plażę przed wiatrami. Jak nie wieje, to na plaży jest ciepło - stąd nazwa. (Tak przeczytałam na stronie oregońskich parków stanowych tutaj: KLIK.)
Ciepło ulatniało się jednak w miarę zbliżania się do spienionych fal...

Zimna woda nie odstraszyła moich dzieci - Emilia zdołała sobie zamoczyć krótkie spodenki.

Na plaży znaleźliśmy moc białych kamyków różnej wielkości - sporo z nich przywieźliśmy do domu. Zostały wkomponowane w rabatki. Ładnie wyglądają i przywodzą miłe wspomnienia.

Arizona Beach to także ujście rzeczki Myrtlewood Creek.

Myrtlewood Creek

Rzeczka, zataczając łuk, rozlewa się tworząc dość obszerne i głębokie rozlewisko. Zbyt głębokie, by móc bezpiecznie przedostać się na drugi brzeg. Ale moje dzieci, jak się na coś uprą, to nie odpuszczą. (Cecha ta, w zależności od okoliczności zwana wytrwałością bądź upartością.) Udaliśmy się wzdłuż brzegu Myrtlewood Creek, mając po lewej stronie wody oceanu, a po prawej, rzeczki, aż doszliśmy do miejsca, gdzie wody wypłyca się na tyle, że można spokojnie przejść na drugą stronę. Co niezwłocznie uczyniliśmy.

Drugi brzeg rzeczki - dość wysoka i stroma wydma. Zalegliśmy na chwilę na rozgrzanym piasku.


A potem doszliśmy nad rozlewisko - z tej strony wyglądało podobnie jak z tej, z której zaczęliśmy, ale moi mali badacze musieli się sami o tym przekonać.

Powrót, tą samą drogą, zaczął się Emilii dłużyć. Oj, nie lubi ta moja córcia za długo przebierać nóżkami!

(Jak widać na zdjęciach, i na tej plaży, poza nami, nie było nikogo.)

poniedziałek, 12 września 2016

Ostatni weekend lata: W odwiedzinach u dinozaurów

W maju ubiegłego roku zatrzymaliśmy się w Prehistoric Gardens, gdzie dzieciom, zwłaszcza Emilii, bardzo się podobało. (Archiwalny wpis: KLIK)
Emilia często pytała czy możemy tam znowu pojechać i kiedy. I w zasadzie u podstaw wyjazdu na Cape Blanco leżał pomysł wybrania się z ponowną wizytą do dinozaurów.

Ale dzieci o tym nie wiedziały.


Miały zapowiedziane, że rano czeka je niespodzianka. Pojedziemy gdzieś, ale dokąd, zobaczą na miejscu.


Krzysiek usiłował podpuścić rodziców, żeby czegoś się dowiedzieć, ale nie udało mu się to.


Kiedy wjechaliśmy na parking, dzieci od razu poznały gdzie są - i bardzo się ucieszyły. Mimo, że biegały bez opamiętania po alejkach, ja postanowiłam tym razem przejść całą trasę nie spiesząc się, czytając wszystkie tablice informacyjne i postanowienia tego dotrzymałam.


Dzieci co jakiś czas przybiegały do mnie powiadamiając mnie radośnie o tym, jaki to dinozaur czeka na mnie za chwilę, by po chwili zniknąć mi z pola widzenia. Cały czas było je jednak słychać. Na szczęście nie tylko moje dziec reagowały tak entuzjastycznie (czyt. głośno).


Natychmiast zauważyliśmy, że sporo eksponatów zostało odmalowanych. Odłażącą płatami wyblakłą farbę zastąpiły nowe warstwy w żywych kolorach.


Dałam się porwać tej niesamowicie żywiołowej radości moich dzieci i łaskawie pozwoliłam aby sobie coś wybrały w sklepie z pamiątkami...

piątek, 9 września 2016

Ostatni weekend lata: Cape Blanco Campground

Pierwszy weekend września, z wolnym poniedziałkiem z okazji Labor Day, to koniec wakacyjnego sezonu. Zaplanowałam urlop na piątek i tym sposobem nasz weekend wydłużył się do czterech dni, które spędziliśmy nad oceanem, w parku stanowym Cape Blanco. (Tutaj nieco informacjii na temat przylądka Cape Blanco: KLIK)

To dość daleko od nas, 3,5 godziny jazdy samochodem - zazwyczaj wybieramy miejsca, do których można dojechać w ciągu 1,5-2 godzin.
Wyjechaliśmy dopiero o dziesiątej, bo tego dnia Krzyś miał jeszcze wizytę u ortodonty. Na szczęście na kempingu, na który jechaliśmy, nie można rezerwować miejsc przez internet, wszystkie 58 miejsc jest dostępne na zasadzie kto pierwszy się pojawi na miejscu, ten je dostaje. Dzięki temu po przyjeździe na miejsce o 1.30 załapaliśmy się na jedno z trzech wolnych miejsc.

Szybko wypakowaliśmy co trzeba, rozbiliśmy namiot, zjedliśmy obiad i udaliśmy się w kierunku oceanu. Ścieżka prowadziła przez nadmorski lasek - Krzysiek nie przepuścił okazji do powspinania się, a Emilia nie mogła być gorsza i natychmiast ruszyła w jego ślad.


Kiedy dotarliśmy do skraju lasu okazało się, że plaża jest ale 75 metrów poniżej, a urwisko zbyt strome, by po nim zejść na dół. Widoki - niesamowite.


Zaczekałam z dziećmi na ławeczce, mąż poszedł po samochód i na plażę pojechaliśmy - nikt nie miał ochoty wnosić Emilii po górę kiedy odmówi przebierania nóżkami zmęczona zabawą. Można by ją wziąć na przeczekanie i w końcu by poszła sama, ale kto ma ochotę wysłuchiwać tego jęczenia podczas ostatniego wakacyjnego wyjazdu?

Do plaży prowadzi wyasfaltowana dróżka, końcówka jest już wysypana żużlem, ale można zjechać na samą plażę, co niektórzy robili, udając się potem w odległe części plaży samochodem. My zostawiliśmy samochód na parkingu i pobiegliśmy te kilka ostatnich metrów w dół.

Ponieważ park stanowy Cape Blanco położony jest dość daleko od większych miast, a dodatkowo prawie 8 km od głównej drogi, na plaży nie było niemal nikogo. To niesamowite uczucie mieć takie ogromne połacie wyłącznie dla siebie.

Z jednej strony horyzont ograniczał przylądek Blanco  z latarnią morską.

Cape Blanco Lighthouse & Needle Rock, OR


Z drugiej strony widok sięgał aż po Humbag State Park z górą Humbag Mountain - tam byliśmy kilka lat temu, jeszcze bez Emilii.
(Archiwalne wpisy KLIK.)

Humbag Mountain, OR

Trafiła nam się niesamowita pogoda podczas tego pobytu nad oceanem - słoneczne, bezchmurne niebo od samego rana i ciepło. Tego pierwszego dnia, spędziliśmy bardzo miło trzy godziny na zabawie w piasku.


Przy samej wodzie wiało i było chłodno, ale im bliżej lądu, tym było cieplej, a przy samym urwisku, osłoniętym całkowicie od wiatru, wręcz za gorąco.


Dzieci bawiły się znakomicie mimo, że tym razem zapomnieliśmy zabrać wiaderka i łopatki. Wystarczyły im własne ręce, piasek, patyki, muszelki i piórka znalezione na plaży.


Wieczorem, zmęczone drogą i zabawą na plaży, szybko oboje zasnęli.
Zaskoczyła mnie cisza, jaka zapanowała po zapadnięciu zmroku na obiekcie.
58 miejsc to jakieś 150-200 osób, a zdawało się, że jesteśmy tam sami.  

poniedziałek, 5 września 2016

Projekt dla domu Nr 14

Latem, część posesji przed domem oddzielił od posesji sąsiadów parkan.


Stanowi on przedłużenie płotu oddzielającego obie posesje za domem, który do niedawna kończył się w okolicach drzwi garażowych.

Kiedyś w tym miejscu rósł piękny żywopłot z tuji, które obumarły z jednej strony, pozbawione światła przez zaparkowany tam RV sąsiadów. Tuje zostały też mocno zniszczone przez opady mokrego śniegu w ubiegłych latach i w końcu zapadła decyzja by je wyciąć i postawić płot.

Zaletą tego ostatniego rozwiązania jest to, że pomiędzy sztachetami nie przeciśnie się żaden piesek (czytaj: pies sąsiadów), który akurat zapragnął załatwić potrzebę fizjologiczną na trawniku przed moim domem. Teraz musi sobie obejść dookoła, a po drodze ma kilka równie atrakcyjnych miejsc.
(Ale to już na własnym trawniku.)

Płot został postawiony w porozumieniu z sąsiadami, którzy partycypowali w kosztach a także, w miarę możliwości, w pracach.

czwartek, 1 września 2016

Rower-spacerowanie i pierwsze oznaki jesieni

Emilia odziedziczyła po wnuczce sąsiada rowerek i natychmiast przesiadła się na niego z trójkołowca. Rowerek miał przebitą dętkę, ale w sklepie rowerowym wymieniono mi ją na poczekaniu za niewielką opłatą. Przy okazji kupiłyśmy dzwonek - jazda na rowerze z dzwonkiem w mgnieniu oka uplasowała się na pierwszym miejscu ulubionych zabaw Emilii.


W czasie kiedy Krzyś trenuje karate lub dżudo, my udajemy się do pobliskich parków i uskuteczniamy spacero-rowerowanie - Emilia pedałuje, ja drałuję. Czasem Emilia rozpędza się łapiąc wiatr we włosy, ale zawsze po chwili zatrzymuje się czekając grzecznie na mamę. Często to ja wyprzedzam córkę, która zatrzymała się by pooglądać z bliska jakieś szalenie interesujące patyki lub liście. Nasze wyprawy do parku trwają, w zależności od długości treningu, 45 lub 90 minut. Wystarczająco, żebyśmy się obie zmęczyły.


Podczas ostatniego spaceru dotarło do mnie, że jesień powoli zakrada się do Eugene. Na alejkach coraz więcej suchych liści a powietrze przesycone jest tą charakterystyczną jesienną wonią, jakże odmienną od letniego bukietu zapachów.


Biegnąc za Emilią, złapałam w obiektyw liście na ławce - w drodze powrotnej już ich tam nie było. Zdmuchnął je wiatr a może przeszkadzały komuś, kto chciał na ławce odpocząć?

wtorek, 30 sierpnia 2016

Strach na wróble i Kicia

Kilka dni temu kupiłam stracha na wróble do ustawienia przed domem - to dość popularna jesienna ozdoba obejścia w USA, a moim dzieciom strachy te bardzo się podobają. Wczoraj po pracy ustawiłam stracha przy wejściu do domu.


Wkrótce potem wychodząc przed dom, kot przemknął mi między nogami, jak to koty mają w zwyczaju. Zamykam za sobą drzwi i słyszę dziwny hałas. Najpierw myślałam, że jakimś sposobem przytrzasnęłam kotu ogon - ale jak? Przecież widziałam go przed sobą sekundę wcześniej!

Okazało się, że kot zobaczył stracha i przerażony zrobił w tył zwrot i chciał uciec do domu ale wpadł na zamknięte już drzwi.


Przez chwilę obserwowałam jak czaił się, skradał i oswajał z tym niepokojąco wyglądającym stworem, w końcu poszłam po aparat i zrobiłam mu zdjęcie, a nawet nakręciłam krótki filmik, na którym Kicia odważyła się już zbliżyć do stracha.

piątek, 26 sierpnia 2016

Diwaja po motylkowemu

No początku lipca trafiłam na Ravelry na świeżo opublikowane zdjęcia nowiutkiego swetra Waltraud Dick DIWAJA (KLIK) i zakochałam się bez pamięci - od pierwszego spojrzenia. Wiedziałam, że muszę Diwaję wydziergać.


Opis dostępny był wówczas jedynie w języku niemieckim, napisałam więc do autorki z zapytaniem czy dysponuje wersją po angielsku - niestety, nie było opisu po angielsku. Po niemiecku potrafię wydukać kilka słów, a najlepiej mi wychodzi "Nicht verstehen." No to mamy jasność jeśli chodzi o moją znajomość języka, w jakim był dostępny opis Diwaji dwa miesiące temu.

Musiałam sobie poradzić bez opisu.


Przeanalizowałam zdjęcia, podumałam, rozrysowałam sobie wszystko w kajecie, dokonałam stosownych obliczeń i przystąpiłam do dziergania.

Kiedy byłam już sporo za półmetkiem, niemiecko języczne dziewiarki zaczęły publikować pierwsze zdjęcia - obejrzawszy je dowiedziałam się, że Diwaja jest dziergana od góry w dół, bezszwowo. Ja dziergałam tradycyjnie, od dołu do góry, osobno tył, przody, rękawy.


Ponieważ opis nadal można było nabyć jedynie po niemiecku, odpuściłam sobie prucie i zaczynanie od nowa, kontynuowałam po swojemu, modyfikując jedynie nazwę na Jowaja - w końcu to nie do końca Diwaja mi wyszła...

Do mety dotarłam podczas ceremonii zamknięcia igrzysk olimpijskich w Rio. Pochowałam wszystkie nitki zanim zaczęły się przemówienia.


Zdjęć nie mogłam jednak zrobić tak od razu bo było u nas strasznie gorąco, 35-41 stopni C.

W końcu doczekałam się chłodniejszego poranka, wrobiłam dziecko w robienie zdjęć, potem ubrałam jeszcze w sweter manekina i mogłam się zabrać za wpis.


Przyznam, że jestem niesamowicie zadowolona z efektu końcowego. Nawet na mnie sweter wygląda dobrze! Bałam się, że po tylu latach dziergania mniejszych form bądź garderoby dla dzieci, zapomniałam już jak się robi swetry przy których trzeba się nieco pobawić z redukcją i dodawaniem oczek w talii - moja niedawna próba wydziergania Nelumbo (KLIK) dla siebie zakończyła się sromotną porażką.  (Ostatni raz, kiedy zrobiłam sweter dla siebie miał miejsce 5 lat temu, jeszcze przed narodzinami Emilii: KLIK.)
Ale widać nie jest źle. Choć było sporo przeliczania i jednak nie obyło się bez podpruwania.


No to na jesień jestem gotowa, teraz czekam aż spadną temperatury. Chwilowo oscylują w okolicy 40 st C i sweter nie jest potrzebny nawet bladym świtem.


Dokładnie na tydzień przed moim finiszem, kiedy 90% swetra miałam zrobione, dostałam wiadomość, że autorka zdecydowała się jednak opublikować opis w języku angielskim - znalazła dobrą duszę, która pomogła jej w tłumaczeniu.



Przyznam, że zaświtała mi myśl, żeby zacząć od nowa, od góry, ale szybko ten niedorzeczny pomysł przegoniłam. 6 tygodni (tyle zajęło mi zrobienie Jowaji) to jednak sporo czasu - za dużo do zmarnowania!


Garść informacji:

  • Diwaja autorstwa Waltraud Dick, dostępna obecnie po niemiecku oraz po angielsku (KLIK)
  • Włóczka bordowa: Lion Brand Wool-Ease Solids, Heathers &Twists w kolorze Cranberry, 80% akryl, 20% wełna; 180 m/85 gramy; zużycie: 152 gram [322 metry]
  • Włóczka różowa: Lion Brand Wool-Ease Solids, Heathers & Twists w kolorze Blush Heather, 80% akryl, 20% wełna; 180 m/85 gram; zużycie: 95 gram [202 metry]
  • Włóczka beżowa: Patons North Ameriaca Country Garden DK (z odzysku), 100% merino; 117 m/50 gram zużycie: 188gram [440 metrów]
  •  Waga swetra 435 gr
  • Druty: 2.25 i 3.5 mm 

wtorek, 23 sierpnia 2016

O tym jak kot sąsiadów sobie nas przsposobił

Jedni z naszych sąsiedzi mają dwa psy i trzy koty.

Pewnego wiosennego dnia, jeden z tych kotów, Sunny, zaczął zachodzić do naszego ogródka. Najpierw obserwował nas z pewnej odległości, śledząc bacznie nasze poczynania.

Kicia (= Sunny)

Potem nabrał śmiałości i pozwolił się dotknąć Krzysiowi. Dość długo tylko Krzyś cieszył się względami kota, aż w końcu zaszczytu tego dostąpiła i reszta rodziny.

 
 
Czas płynął, kot spędzał z nami coraz więcej czasu, aż doszło do tego, że w zasadzie przeprowadził się do nas. Pierwsze wizyty w domu cechowała ostrożność, ale i kocia ciekawość. Teraz Kicia pcha się do domu za każdym uchyleniem drzwi. Lubi się wyłożyć na bieżni, wchodzi Krzyśkowi na książkę uniemożliwiając czytanie, wtula się w zgięcie ręki, kiedy na chwilę położę się na łóżku.

Kicia na bieżni

Rano, kiedy wstaję, kot już czeka na wycieraczce pod drzwiami do ogrodu. Przybiega, kiedy tylko mnie widzi, łasi się, przewraca na plecy odsłaniając brzuszek. Często, pilnując dzieci kąpiących się w basenie, mam u stóp Kicię mruczącą tak głośno, że nawet krzyki dzieci nie są w stanie jej zagłuszyć.

Przynosi też złapane myszy i ptaki. Czasem martwe, a czasem jeszcze żywe. Uciekają  w maliny kiedy już kot się nimi przed nami pochwali.

Kicia się chwali

Choć kot jest zadbany i widać, że głodny nie chodzi, kwestią czasu było, kiedy pojawi się u nas kocia miska i zacznie do niej wpadać jedzonko. Najpierw były to resztki z naszego stołu: skóra kurczaka, tłusta część boczku czy szynki.
Ale zdarzyło się kilka dni, kiedy akurat nie jedliśmy mięsa, a kot, przyzwyczajony, że coś dostaje, obchodził miskę, ocierał się o szafki kuchenne, czekając na smaczny kąsek.

Teraz mamy pokaźny zapasik puszek z jedzeniem dla kotów, a pory karmienia okazują się tak wielką atrakcją dla dzieci, że są w stanie wyciągnąć Emilię z łóżka. A inaczej nic nie skutkuje.

Trzeba iść do przedszkola, Emilia śpi - dobudzić jej nie można.
Do domu zostaje wpuszczona Kicia, rozlega się głośne Miau, Kicia zmierza do kuchni, do miski, Emilia wyskakuje z łóżka i biegnie za kotem.

śniadanie

Nie zostawiamy jednak Kici w domu samej kiedy nas nie ma, ani na noc.
Jakby nie było, to jednak nie nasz kot, a w zasadzie kotka, bo to Ona.
Podczas naszej niebytności w domu, Kicia czeka w ogródku - ma kilka ulubionych miejsc gdzie drzemie.


Kiedy przyuważymy ją śpiącą, chodzimy cichutko na paluszkach, żeby jej nie obudzić.

A znajomym mówię, że kotka sąsiadów sobie nas przysposobiła - na to wychodzi, w końcu to ona sobie nas wybrała.


Sąsiedzi nie wydają się zaniepokojeni rzadkimi wizytami w domu jednego ze swoich kotów. Ani razu nie zapytali nas czy nie widzieliśmy Sunny, a ostatnio wyjechali na kilka dni a kota zostawili. Nie poprosili, żeby zwrócić uwagę czy się pojawi, czy żeby ją nakarmić. Chyba pozbędę się wszelkich wyrzutów sumienia, że "podkradam" sąsiadom kota...