niedziela, 15 września 2019

Deszczami jesień się zaczyna

W tym roku wrzesień przyniósł deszcze już na samym początku. Tydzień temu lało całą niedzielę, dzisiaj mamy powtórkę z rozrywki. Wychodząc do kościoła na szczęście zabrałam ze sobą parasol - w ciągu godziny mżawka przeobraziła się w porządną ulewę. Emilia zaraz wykorzystała to do zabawy:


Ustawiła się pod okapem dachu, w miejscu, gdzie woda przelewa się przez rynnę i opada kaskadą na ziemię. Szalenie spodobało jej się to bębnienie strumienia wody o parasol.

Na szczęście kilka minionych dni było suchych co pozwoliło mi uporać się z czynnościami, które lepiej było ukończyć przed deszczami.

Jedną z tych rzeczy było osuszenie, wyczyszczenie, poskładanie i schowanie basenu. Wodę spuszczaliśmy kilka dni. Korek odpływu umieszczony jest kilka centymetrów nad dnem, więc to, czego nie udało się wylać wężem (wykorzystując tę cechę wody, że zawsze przemieszcza się w miejsce położone niżej) trzeba było wylać ręcznie. Emilii bardzo spodobało się nabieranie wody kubeczkami po jogurtach i przelewanie do wiaderka i dzięki jej pomocy poszło dość szybko. Czego nie mogę napisać o czyszczeniu i składaniu. Rozłożyliśmy wszystko dzięki sile mięśni Krzyśka. Strasznie mu się nie chciało, ale nie odpuściłam. Skończyliśmy w piątek, już po ciemku. Na wczoraj zostało uporządkowanie trawnika i, uprzątnięcie różnych około basenowych drobiazgów.

A potem zabrałam się za malowanie płotu. Połowę pomalowałam w sierpniu, ale skończyła mi się farba. Kolejny galon czekał kilka tygodni, aż wczoraj został wykorzystany niemal całkowicie. Płot prezentuje się ładnie a ja się cieszę, że zdążyłam z tym malowaniem przed deszczem.

Kilka suchych dni spożytkowałam też na prace w ogródku. Uporządkowałam, do pewnego stopnia, grządki. Część krzaczków pomidorów można już było powyrzucać, tak samo cukinie, zebrałam kolby kukurydzy a same rośliny powyrywałam. Jeszcze nie wszystko nadawało się do usunięcia, więc zostało. Starałam się też zerwać jak najwięcej śliwek, bo właśnie były najsłodsze, najdojrzalsze, i jeszcze trochę a zmarnują się. W tym roku sporo węgierek, ucieszyły wiele osób.

W bezdeszczowe dni zostawałam z Emilią po lekcjach na trochę na przyszkolnym placu zabaw. Emilia bawiła się ze swoimi najlepszymi koleżankami, Sophią i Isabellą:


Jeździłyśmy też na rowerach do szkoły. Nawet Krzysiek jeździł do szkoły na rowerze, choć jednego dnia udało mu się o tym zapomnieć i wrócić do domu szkolnym autobusem. Musiałam go po południu zawieźć do szkoły, żeby zabrać rower - nie chciałam, żeby zostawał na noc pod szkołą. Jeśli prognoza pogody na nadchodzący tydzień sprawdzi się, w użyciu będą parasole i kurtki przeciwdeszczowe.

poniedziałek, 9 września 2019

Początek roku szkolnego z przeszkodami

Pierwszy tydzień szkoły za nami, tydzień pełen emocji i nieprzewidzianych zdarzeń. Emocji dostarczyło nam liceum, do którego Krzyś chodzi w tym roku na zajęcia z geometrii. Z jakiegoś, do tej pory nie znanego mi powodu, liceum nie skontaktowało się ze mną przed rozpoczęciem roku szkolnego, mimo że powinno było. Dzwoniłam do macierzystej szkoły dziecka, gimnazjum, dopytując się o szczegóły odnośnie tych lekcji i za każdym razem zapewniano mnie, że ktoś z liceum skontaktuje się ze mną. Ale jakoś nikt tego nie robił, i nadal nie znaliśmy  żadnych szczegółów - od numeru sali lekcyjnej i nazwiska nauczyciela, po godzinę zajęć.

W końcu pouczono mnie, że dziecko ma się stawić następnego dnia  w sekretariacie liceum o ósmej rano. Stawił się punktualnie, dostał plan szkoły z wyrysowaną trasą do sali numer 8. W sali numer 8 nie było żadnych uczniów, ale był jakiś nauczyciel, który poinformował moje dziecko, że nie ma go na liście swoich uczniów, i że w ogóle to on nie uczy geometrii i odesłał go do macierzystej szkoły. I tym to sposobem Krzysiek opuścił pierwsze zajęcia.

Dyrektor gimnazjum wprawdzie zapewnił moje mocno zdenerwowane dziecko, że nic się nie stało, ale też nic nie zrobił. (Latem odeszła ze szkoły stara dyrektorka, dyrektorem został dotychczasowy zastępca.) Dopiero wieczorem, na treningu piłki nożnej, porozmawiałam z mamą kolegi Krzyśka, który też chodzi na geometrię i dowiedziałam się, że ona i owszem, dostała maila od administracji liceum, zapraszającego na spotkanie informacyjno-organizacyjne.  Z wiadomości tej poznałam nazwisko nauczycielki geometrii oraz jej adres e-mailowy oraz nazwisko (i e-mail) osoby koordynującej program z ramienia liceum.

Sporo wysiłku kosztowała mnie edycja wiadomości do obu tych osób - wkurzona byłam nieziemsko, ale nie chciałam wykopywać topora wojennego bo przecież moje dziecko będzie uczęszczało do tej szkoły nie tylko na geometrię w tym roku, ale i przez kolejne cztery lata.

Następnego dnia rano, już o 7.30, dostałam odpowiedź od pani z geometrii. Bardzo rzeczową, wyczerpującą, zawierającą wszystkie informacje przekazane uczniom podczas zajęć, które Krzysiek opuścił. Przysłała też notatki z tych zajęć oraz zadanie domowe, a także zaprosiła nas na spotkanie jeszcze tego samego dnia popołudniu. Gimnazjum kończy zajęcia 10 minut przed liceum, obie szkoły są tuż obok siebie, więc spotkałam się z synem pod jego szkołą i przeszliśmy do liceum na spotkanie z panią O.

Pani sprawiła na nas bardzo miłe wrażenie i mam nadzieję, że rok szkolny je potwierdzi i umocni. Dzisiaj Krzysiek zaliczył swoją pierwszą lekcję geometrii - zachwycony. Stwierdził, że to było 1,5 godziny relaksu, i że bardzo łatwe to wszystko. Dobrze, że chociaż na początku materiał wydaje mu się łatwy. Zaraz po powrocie do domu zabrał się za zadanie domowe wprawiając mnie w stan osłupienia. Oby tak dalej!

Dostałam także odpowiedź od administratora liceum, bardzo uprzejmą, zawierającą przeprosiny za zaistniałą sytuację, jednak bez wyjaśnienia przyczyn zaistniałej sytuacji.

wtorek, 3 września 2019

Podwieczorek

Megumi, pani, u której Emilia pobiera lekcje nauki gry na fortepianie, jest Japonką, osobą szalenie miłą i serdeczną. Emilia ją uwielbia, a i ja bardzo ją polubiłam - ze wzajemnością. Ponieważ podczas lekcji, tuż przed i po nie ma czasu na rozmowy towarzyskie, umówiłyśmy się na pogaduchy - u nas.

W ostatnim tygodniu wakacji Megumi, z najmłodszą córką Abigail, wybrały się do nas na podwieczorek.



Upiekłam szarlotkę, na stole znalazło się też ciasto z cukinii z poprzedniego dnia, a Megumi i Abigail przyniosły maleńkie cupcakes własnej roboty.


Piękne letnie popołudnie spędziłyśmy na tarasie za domem, gawędząc przyjaźnie. Okazało się, że mimo, że pochodzimy z tak odległych, odmiennych kulturowo miejsc, łączy nas dość sporo. Słowa płynęły lekko, rozmowa toczyła się gładko...


Abigail jest o rok (i trzy dni) starsza od Emilii. Dziewczynki pięknie razem się bawiły. Bujały się w hamaku, budowały domki z pianek, bawiły się z Kicią.


Kicia, która zazwyczaj unika wszelkich obcych i podczas wizyt gości chowa się w zakamarkach ogrodu, zaszczyciła nas swoją obecnością. W domu Megumi też są koty - może je wyczuła? Podczas lekcji, koty te często łaszą się do mnie i pozwalają mi się głaskać, choć podobno też nie przepadają za nie-domownikami.


Megumi bardzo podobał się mój tarasowy zakątek i ogródek za domem. Śliwki zaczynały już dojrzewać więc raczyłyśmy się węgierkami prosto z drzewa.


Winogrona, w późno sierpniowym słońcu, zachwycały swoim widokiem, zachęcając do jedzenia.


Czas zleciał jak z bicza strzelił, ani się obejrzałyśmy a minęło kilka godzin. Zostały przemiłe wspomnienia i zdjęcia zrobione  przez Megumi.


sobota, 31 sierpnia 2019

Szalik na lampie


Szaliczek z resztek dziergałam podczas Emilkowych lekcji gry na fortepianie. Dlatego, mimo, że udzierg niewielki, ukończenie go rozciągnęło się mocno w czasie, zwłaszcza, że w lipcu mieliśmy przerwę letnią od tychże lekcji.



Kiedy już zamknęłam oczka i schowałam nitki, zawiesiłam szalik na lampie z zamiarem zatrudnienia Emilii w roli modelki i zrobienia zdjęć. Do sesji fotograficznej nie doszło, bo zawsze coś wypadało, a to za ciepło, a to światło nieodpowiednie, a to inne zajęcia ważniejsze, aż w końcu tak się przyzwyczaiłam do widoku szalika na lampie, że przestałam go zauważać.

Ale wczoraj, w ciszy nie zmąconej odgłosami biegania, miauczenia, pralki, zmywarki, podlewania, ciszy nie zmąconej żadnym dźwiękiem poza szelestem przewracanych czytanej książki, powróciła zdolność dostrzegania szczegółów otoczenia. A może to wyostrzenie wzroku wywołała tęsknota za nieobecnymi dziećmi, żegnającymi lato na wyjeździe pod namiot?

Po doczytaniu do strony ostatniej, odłożyłam książkę, i mimo późnej pory i marnego światła zrobiłam zdjęcia szalika. Z braku lepszej modelki, pozowała lampa.

środa, 28 sierpnia 2019

Koniec wakacji

Koniec wakacji zapisze się w pamięci upałami. Jakby natura musiała pozbyć się nadmiaru ciepła przed rozpoczęciem roku szkolnego. W najgorętszy w tym roku dzień przyszło nam męczyć się w nie klimatyzowanym gimnazjum.
Ja z Emilią przemknęłyśmy korytarzami szybciutko, przedstawiłam się nauczycielom, którzy w tym roku będą nauczać mojego, już wyższego ode mnie, syna, po czym starałam się opuścić nagrzane mury budynku.
Korytarze wprawdzie nie są ani szczególnie długie czy zawiłe, ale wyjście ze szkoły okazało się czynnością zadziwiająco czasochłonną. Co kilka kroków zatrzymywałam się spotykając kogoś znajomego, wymieniając zwyczajowe uprzejmości, zapytując co tam słychać, jak minęły wakacje, czy nasi chłopcy nadal będą razem grać w piłkę, etc.

W tym czasie moje starsze dziecię udzielało się społecznie wraz z innymi ósmoklasistami pomagając gronu pedagogicznemu ogarnąć nieco cały ten chaos - pona 300 uczniów w towarzystwie rodziców, przybyłych w celu zrobienia zdjęcia, poznania swoich nauczycieli, odebrania rozkładu lekcji, numeru szafki i kombinacji szafkę tę otwierającej. Kiedy wychodziłam ze szkoły, Krzysiek z kolegami podpierali ścianę i obserwowali koleżanki nakładające do rożków lody. Sprytny syn zapytał czy chcę loda, a jak odmówiłam to poprosił, żebym wzięła i tak i dała jemu.

Plan lekcji mamy, numer szafki mamy, kombinację do szafki też. Zdjęcie do legitymacjo zrobione, opłaty uiszczone. Starsze dziecię gotowe do rozpoczęcia nauki w klasie ósmej.

Tuż obok gimnazjum znajduje się pływalnia, na której Emilia miała dzisiaj ostatnie tego lata zajęcia, na które poszłyśmy prosto ze szkoły Krzyśka. 

A po pływaniu - pędem do szkoły Emilii, w której, na szczęście na placu zabaw, odbywała się podobna impreza co w szkole Krzyśka. W podstawówce nie ma szafek z szyfrem, każde dziecko ma swoją przegródkę w klasowej szafce.
Nie ma też robienia zdjęć do legitymacji, ale za to pani wychowawczyni zapisuje jak każde dziecko wraca ze szkoły do domu, czy szkolnym autobusem, czy odbierane przez rodziców, na nogach, rowerem. Pani też zapisuje sobie jak dziecko sobie życzy by się do niego zwracano. Emilia w tym roku życzy by zwracano się do niej per Emily. Rano, drugoklasiści zbierają się na stołówce - w zerówce i pierwszej klasie dzieci zbierały się w szkolnej bibliotece.

W szkole Emilii też zabawiłyśmy dość długo, bo Emilia spotkała się po dwumiesięcznej przerwie ze swoją najlepszą koleżanką z pierwszej klasy i musiały nadrobić ten czas bez wspólnej zabawy. Ja, z kolei,  powtórzyłam rytuały towarzyskie, te same co wcześniej w szkole starszego dziecka.  Ponieważ zaczynam już dziewiąty rok z tą szkołą (wcześniej przez 6 lat do szkoły tej chodził Krzyś) to i większość nauczycieli też znam, więc i z nimi zamieniłam kilka słów. A potem jeszcze zatrzymałyśmy się z Emilią w przyszkolnym ogródku na maliny i jagody i do domu przykulałyśmy się o siódmej wieczorem.

Zanim jednak rok szkolny się tak na prawdę rozpocznie, na koniec wakacji mamy jeszcze długi weekend. Poniedziałek jest wolny, a we wtorek - witaj szkoło!

sobota, 24 sierpnia 2019

Jeżyny

Wybraliśmy się na rowerach na pączki. Niewielka, prowadzona przez hinduską rodzinę pączkarnia, otwarta całą dobę, znajduje się niedaleko. Tak blisko, że w zasadzie moglibyśmy się tam przespacerować, ale mieliśmy ochotę nie tylko na pączki, ale też i na przejażdżkę na rowerach.

Z pączkami w koszyku, wracaliśmy okrężną drogą, zgodnie z zasadą, że na skróty dalej ale ciekawiej. Nam też było dalej, ale za to jakże smakowicie!
Drogi nadrobiliśmy celowo, by zahaczyć o miejsce znane z obfitości jeżyn.
Nie zawiedliśmy się!


A po powrocie do domu spałaszowaliśmy pączki.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Sierpniowe kwiaty

Lato wymarzone w tym roku, ciepłe i pogodne, pozbawione nieznośnego skwaru. Kilka razy nawet popadało - deszcz przyniósł ulgę roślinom oraz ogrodnikom.


Rabatka pod oknami pokoi dzieci zakwitła sierpniowo. Kwiaty białe, żółte i czerwone, z akcentami w innych kolorach i ujęte w zielone ramy listowia pięknie się komponują.


Za oknem mojej sypialni, węgierka ugina się pod ciężarem śliwek. Gałąź, pod którą jeszcze kilka tygodni temu swobodnie przechodziłam, teraz niemal dotyka ziemi. Pierwsze śliwki już można jeść, choć jeszcze daleko im do tej najwspanialszej, wrześniowej słodkości.


Pod koniec lipca zaczęły dojrzewać pomidory i od tego czasu nie brakuje ich w diecie mojej i Hultajstwa. Kruszynka (która ostatnio mocno wybujała) nie lubi pomidorów. Ale za to uwielbia jagody, które jeszcze są na jednym, najpóźniej dojrzewającym krzaczku.

W tym roku posiałam też kukurydzę ale jeszcze chyba nie gotowa, jeszcze trochę trzeba na nią poczekać. Kukurydzę lubią obie pociechy.

Jarmuż ususzyłam i mam zapas na zimę. Tyle się naczytałam o jego dobroczynnym wpływie, że postanowiłam dodawać po odrobince do gotowanych potraw.

Jasne winogrona też już dochodzą, tak jak i jabłka. Koniec lata to czas wypełniony pysznościami z przydomowego ogródka.


sobota, 17 sierpnia 2019

Plecionka ze sznurka

Dzieciaki, które nie wyjechały z miasta na wakacje, nie musiały się w tym roku nudzić w domu. Poza odpłatnymi atrakcjami, sporo zajęć dostępnych było za darmo, w miejskich parkach i bibliotekach. Na basenie wisiał plakat reklamujący zajęcia w pobliskiej bibliotece, na których nauczyliśmy się jak zrobić bransoletkę, przeplatając sznurek w dwóch kolorach.

Zajęcia przeznaczone były dla nastolatków, ale to Emilia bardziej nalegała, żeby wziąć w nich udział. Trochę jej pomogłam, Krzysiek nie miał żadnych problemów z zapamiętaniem sekwencji przeplatania.

Każdy z nas wybrał sobie dwa kawałki sznurka w kontrastowych kolorach i zaczęliśmy zabawę:


Samo przeplatanie wygląda tak:



Przez kilka dni dzieci biegały ze swoimi bransoletkami, Emilia nawet zrobiła jeszcze jedną, z muliny, a potem plecionki poszły w kąt. Jedna z nich znalazła przeznaczenie jako breloczek do kluczy. Słusznego rozmiaru, bo Krzysiek ciągle szuka klucza a taki kawał zaplecionego sznurka łatwo namierzyć.

Wychodząc z biblioteki dostaliśmy jeszcze wydruk z instrukcją, z adresem internetowym strony, z której pochodzę. Podaję dla zainteresowanych: KLIK.

środa, 14 sierpnia 2019

Lilie i gruszki

Jak co rano, wyszłam przed dom, by podlać kwiaty.
Na schodkach stało wiadro z liliami. Stanęłam jak wryta, chwilę zajęło mi by zaspany rozumek dobudził się, i nawet bez porannej kawy domyśliłam się, że te kwiaty to od sąsiadki.

Już w zeszłym roku obdarowała mnie liliami, które ścięła przed wyjazdem na dłużej do dzieci i wnucząt.


Emilia wpadła w zachwyt na widok kwiatów, razem ułożyłyśmy je w wazonach, jeden zdobi pokój dzienny, drugi powędrował do pokoju córki.

Poszłam oddać wiaderko, ale sąsiadki nie było w domu, więc zostawiłam pod garażem. Kilka godzin później, po powrocie z lekcji pływania Emilii, na schodkach zastałam to samo wiaderko - wypełnione gruszkami. Tym razem zastałam sąsiadkę w domu. Porozmawiałyśmy dłuższą chwilę, głównie na tematy ogrodnicze, a na odchodnym dostałam jeszcze  róże.


Sąsiadka jedzie nacieszyć się wnuczętami i przed wyjazdem zrobiła porządki w ogródku, a ścięte kwiaty zdobią teraz mój dom. Róże postawiłam sobie w sypialni, koło łóżka. Lilie pachną zbyt intensywnie by trzymać je w sypialni.

Do wazonu z liliami wsadziłam też hortensję - to już ostatnie dwie gałązki a po hortensji pozostało już tylko wspomnienie.


W tym roku hortensja nie mogła się zdecydować, czy zakwitnąć na niebiesko, fioletowo czy różowo. Efekt niestabilności pH - ciekawy.


Ukwiecone gałązki były tak ciężkie, że kładły się na ziemi, więc je w końcu przycięłam, ale dopiero kiedy kwiaty już były mocno nieświeże.


sobota, 10 sierpnia 2019

Rhiannon (remake)

Rok temu testowałam dla Amanity przepiękny letni kardigan z ażurem na plecach, który ostatecznie dostał nazwę Rhiannon. 


Trochę przesadziłam z rozmiarem a próbka wcale mi nie pomogła, więc sweterek wyszedł sporo za luźny. A potem udało mi się schudnąć kilka kilogramów, i kiedy wiosną okazało się, że mogę się dwa razy owinąć swetrem, postanowiłam spruć i zrobić w mniejszym rozmiarze. Poprzednio był L, teraz S.

Mniejszy rozmiar to i szybciej poszło dzierganie. Tym razem moja Rhiannon jest idealna.

Zdjęcia robiła mi Emilia, i może nie są najlepszej jakości, ale podczas sesji obie bawiłyśmy się doskonale i chyba tę radość widać.







Garść informacji:
  • włóczka Troitsk Yarn Blues (Блюз) , 80% akryl, 20% jedwab; 190 m/50 gram; zużycie: 225 gram (855 metry);
  • druty: 3 mm i 2.5 mm;
  • wzór: Rhiannon by "Amanita" Agata Mackiewicz
  • zdjęcia by Emilia

Porównanie:

rozmiar L: 300 gr (1041 m) (wpis ze zdjęciami tutaj)
rozmiar S: 225 gr (855 m)

środa, 7 sierpnia 2019

Lato z praczami

Tego lata szopy pracze zapewniają nam nieustanną rozrywkę. Dniem i nocą.

Rodzinka, o której już tutaj było, wpada do nas co jakiś czas. Ostatnio te urocze stworzonka wystraszyły mnie mocno kiedy już niemal zasypiałam. Usłyszałam podejrzane hałasy w ogródku, i choć była już niemal północ, światło lampek na tarasie pozwoliło mi dostrzec, że to nie homo sapiens buszuje mi po włościach a procyon lotor pacificus. Zanim znalazłam latarkę, szopy powędrowały na drugą stronę domu, narobiły rabanu przechodząc przez płot pod oknem sypialni Krzyśka, budząc go przy okazji. Też się wystraszył, ale zanim zaczął panikować, wyjaśniłam mu co się dzieje i już razem obserwowaliśmy szopy przez okno.

Usłyszały nas, więc zatrzymały się w cieniu, po chwili wyruszyły w dalszą drogę. Ilekroć oświetlałam je latarką, umykały w to samo miejsce, gdzie nie mogło ich dosięgnąć światło latarki. W końcu dałam im spokój, zainteresowana tym, dokąd się udadzą.

Szopy przeszły na drugą stronę ulicy i na chwilę zniknęły między kwiatami na rabatce. Potem zobaczyliśmy jak przechodzą pod samochodami zaparkowanymi przed domem kolejnych sąsiadów, przez trawnik i na następną posesję.
A potem już nie dało się ich zobaczyć z okna sypialni a bieganie o północy po ulicy w kusej koszulinie nocnej i z latarką w ręku wydało mi się mocno nierozsądne.

Kilka dni temu, rano, Emilia wypatrzyła szopa jak wspina się na drzewo za domem. Wybiegliśmy zaaferowani do ogródka i napatoczyliśmy się na taką oto scenę:



Jeden szop chciał dopaść drugiego. Odgłosy wydawane przez oba pozwalały jednoznacznie zidentyfikować agresora i ofiarę. Całe zajście trwało dość długo, aż w końcu Agresor dał za wygraną i poszedł sobie.

Przyznam, że trochę się obawiałam, że skieruje swoją agresję przeciwko nam, bo co jakiś czas przypatrywał się nam uważnie. Zaganiałam dzieci do domu, ale nie bardzo chciały mnie słuchać. W końcu chyba znudziło im się to stanie z zadartymi do góry głowami i wszyscy wróciliśmy do domu.


niedziela, 4 sierpnia 2019

Zakątek

Lubię swój dom. Lubię w nim być. Uwielbiam ten cichy zakątek za domem, zacieniony taras z hamakiem, stołem, krzesłami i zielenią wokół.



Kiedy dzieci brykają w basenie, ja, chowając się przed słońcem, z tarasu mam oko na moje pociechy.


Lubię zasiąść z herbatą i kontemplować zielony spokój wokół.
W hamaku świetnie się czyta.



Albo błądzi wzrokiem po niebie...


czwartek, 1 sierpnia 2019

Lato

Lato, w tym roku przyjemnie ciepłe acz nie skwarne, więc dzieci spędzają sporo czasu w wodzie, głównie basenowej. Mają w ogródku basen, ale tak niewielki akwen nie wystarcza moim pociechom, które zaliczyły już kilka wizyt na miejskim kompleksie kąpielisk.

Poza tym, oboje chodzą na zorganizowane zajęcia na pobliskiej pływalni.

Emilia od maja wznowiła lekcje pływania, dzięki czemu pływa już stylem dużo mniej rozpaczliwym niż w ubiegłym roku. Ostatnio przepłynęła nawet trzy razy po 100 metrów - najpierw pokonywała długości basenu ze mną w ariergardzie, potem z bratem, a w końcu sama.

Krzyś, natomiast, zaliczył pięciotygodniowy kurs na młodszego ratownika (dostając, oczywiście kolejną koszulkę.) Zaczęli kurs we troje, ale w połowie dziewczyny zrezygnowały i został sam, więc do końca trwania kursu miał w zasadzie prywatne treningi. Na kurs na młodszego ratownika zapisałam go bo już nie było miejsc w grupie z piłki wodnej. A w połowie trzeciego tygodnia zadzwoniono do mnie z basenu, że miejsce się zwolniło. Kilka razy miał oba zajęcia w tym samym dniu (3 godziny kursu na ratownika plus 1.5 godziny piłki wodnej) z godzinną przerwą pomiędzy, ale jakoś to przeżył i nawet nie wyglądał na zbyt zmęczonego. A wieczorem jeszcze poprawił zajęciami z karate i dżudo, bo wszyscy się uparli, żeby zajęcia ustalać na wtorek i czwartek. Ot co znaczy mieć 13 lat!

Latem pracuję głównie z domu, ale na kilka godzin wpadam do pracy, zabierając ze sobą Emilię. U mamy w pracy zawsze znajdzie się coś ciekawego (poza automatem z napojami puszkowymi.) Emilia biega do drukarki po każdy wydrukowany dokument, zużytkowuje papier przeznaczony do recyklingu na różne projekty artystyczne, a nawet zabawia się w architekta i budowlańca, konstruując ze starych pokonferencyjnych tablic informacyjnych budowle, w których potem znika z preclami i tabletem.


(Te tablice przyniósł mi jakiś czas temu kolega z pracy, słusznie dochodząc do wniosku, że dzieci z pewnością znajdą dobre dla nich zastosowanie, a wyrzucić można je będzie, kiedy się nimi znudzą.) Przed wyjściem z pracy, wszystko zostaje ślicznie poskładane i wsunięte pod stolik, żeby nie przeszkadzało firmie sprzątającej w wywiązaniu się ze swoich obowiązków.

Zabawa w pracy przypomniała Emilii i piankach, które od jakiegoś czasu leżały zapomniane w garażu. Ponownie zagościły w pokoju.


Piankami tymi przez lata bawił się Krzyś, potem pałeczkę przejęła młodsza siostra. Domki przeznaczone są dla Kici, która, ku zachwytowi dzieciaków, przespała w jednym z nich całą noc.

Domki trochę blokują mi dojście do sterty ubrań czekających na prasowanie, ale na szczęście ubrań mamy na tyle, że to prasowanie może jeszcze trochę poczekać.

Czasem po pracy idziemy jeszcze do pobliskiej biblioteki. Na lato, ustawiono przed nią pianino, przemalowane na różowo, ozdobione przyjaźnie wyglądającymi gąsienicami oraz napisem "zagraj na mnie"


Emilia uwielbia na nim grać.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Czapka? Latem?

Kto przy zdrowych zmysłach dzierga czapkę latem, kiedy temperatura na zewnątrz oscyluje w okolicach trzydziestu stopni? A zdarza się niektórym zapaleńcom. (Proszę zauważyć, że wcale się nie upieram przy przynależności do tych o zdrowych zmysłach...)


Moja czapka powstała na przełomie maja i czerwca. Po okresie zimowo-przedwiosennej robótkowej stagnacji bardzo mi się chciało szybkiego ukończenia jakiejś robótki i padło na czapkę. Kolejną z resztek, połączenie bardzo grubej szaro-turkusowej z dwiema jeszcze innymi (kremową i beżową), przerabianymi w trzy nitki by dorównać grubością tej pierwszej włóczce.
Druty 8 mm.


Czapka robiona według opisu ze styczniowego wyzwania Jeden Motek na blogu Otulove. Kolejna czapka niby według tego samego wzoru, a jednak zupełnie inna od poprzedniczek. Podoba mi się taka zabawa z różnoraką interpretacją jednego wzoru i pewnie podobnych czapek jeszcze trochę powstanie bo resztek na takie niewielkie projekty - dostatek. Lęgną się jakoś tak same, jak króliki.

piątek, 26 lipca 2019

Na meczu baseballu

Wybraliśmy się na mecz baseballu.

boisko - przed meczem

Nie, żebyśmy byli jakimiś wielkimi czy nawet niewielkimi fanami (tylko Krzyś z naszej trójki co nieco wiedział o co w tym wszystkim chodzi i nas doszkalał), ale dostaliśmy bilety, no to poszliśmy.

A było to tak. Wiosną, w szkole Krzysia miało miejsce wyzwanie czytelnicze - pisałam o tym tutaj. A na początku lipca przyszedł pocztą list z dwoma biletami na mecz lokalnej drużyny baseballawej Eugene Emeralds. W liście podane były daty meczy, na które można się było wybrać. Ponieważ w minioną środę wypadał ostatni z tych dni a że Krzyś chciał mecz obejrzeć, dokupiłam trzeci bilet i wybraliśmy się we troje.

rozgrzewka

Nigdy nie interesowałam się baseballem, jedynie za szczenięcych lat rozgrywaliśmy podwórkowe mecze palanta - powiedzmy, że z grubsza przypominało to baseball.

Już na parkingu zaskoczyła mnie ogromna ilość dzieci - od osesków po nastolatki. Nie wiedziałam, że mecz baseballa to ogromny piknik, na który przychodzą całe rodziny. Na długo przed rozpoczęciem meczu zaczęło się wielkie żarcie, które trwało nieprzerwanie przez cały czas naszego pobytu na obiekcie. Niemal wszyscy co jakiś czas opuszczali swoje miejsca by po chwili powrócić z nowym zapasem przekąsek. Co jakiś czas odbywały się też na boisku różne konkursy, choć nie wiem na jakiej zasadzie wybierano do nich uczestników, od 1 do 3 osób. Co jakiś czas losowano także nagrody wśród kibiców - na przykład cały rząd X w sekcji Y dostaje dzisiaj kupony do lokalnej restauracji fast food.

Najwięcej emocji wzbudzała jednak maskotka drużyny, Sluggo:


Sluggo paradował wzdłuż boiska przed cały czas, sam, bądź w towarzystwie Gekko i Yeti.


Sam mecz, moim zdaniem, był nudny. Co jakiś czas coś się działo, ale trwało to chwilę, a wypełniony nudą czas pomiędzy trwał wieki całe. Większość dzieci, o ile nie pałaszowała kolejnych hot dogów, nachos, corn dogów albo lodów, nudziła się straszliwie. Na normalnym pikniku można pobiegać, na trybunach raczej nie. Ale Emilia wymyśliła sobie zjeżdżanie po poręczy. Dorośli schodzący bądź wchodzący grzecznie czekali aż zjedzie do końca i zejdzie z metalowej poręczy. Wszyscy miło się uśmiechali i taka właśnie radosna atmosfera panowała podczas meczu. Po jakimś czasie podeszła do Emilii dziewczynka, tak ze trzy lata młodsza, i poprosiła, żeby Emilia nauczyła ją zjeżdżać po poręczy. Podczas pierwszych zjazdów dziewczynkę ubezpieczała babcia, a potem już asekuracja nie była potrzebna.

Mecz ciągnął się jak flaki z olejem, dwie godziny zajęło rozegranie czterech zmian a jest ich w sumie chyba 8 czy 9. W końcu Krzyś stwierdził, że już ma dość i możemy wracać. W drodze na parking zrobiłam telefonem zdjęcie wieczornego nieba.


Cieszę się bardzo, że moje dziecko gra w piłkę nożną i koszykówkę a nie w baseball...

wtorek, 23 lipca 2019

Lipcowy wyjazd pod namiot

Lipcowy wyjazd pod namiot nad Crescent Lake należał do tych bardziej udanych. Temperatura w ciągu dnia nie przekraczała 27 st C, więc było przyjemnie ciepło, ale nie za gorąco.



Wprawdzie w piątek i w sobotę w ciągu dnia dość mocno wiało, ale wieczorami wiatr ustawał, a w niedzielę zaczęło wiać dopiero po obiedzie, więc i kąpieli w jeziorze udało się zaznać.


Jak to nad jeziorem, najważniejsza jest woda, kąpiele, zabawa na plaży.
W tym roku zabraliśmy ze sobą pistolety na wodę i dzieci zrobiły z nich wspaniały użytek.


Zabraliśmy też saperkę, więc było sporo kopania, budowania tamy na strumyku, aż w końcu Emilia z o rok starszym kolegą, zakopali w piachu Krzysia.



Na plaży odbywały się też rozgrywki piłki nożnej, pomiędzy namiotami grało się w kule oraz badmintona, a kiedy księżyc zastąpił na niebie słońce, wraz z komarami pojawiały się gry planszowe.

Na ognisku smażyły się kiełbaski, w popiele ziemniaki, i jeszcze długo w noc toczyły się Polaków rozmowy przy płomieniach.