środa, 23 kwietnia 2014

Ażurowy kocyk na lato

Znajoma, od której dostałam swego czasu bardzo dużo rzeczy dla Emilki, na dniach spodziewa się dziecka. Córeczki. Dzieciątko przydażyło się dość niespodziewanie, a przyszła mama już nie liczyła na to, że będzie mieć kolejne dziecko. A tutaj taka niespodzianka!


Okazji nie mogłam przepuścić i nie przepuściłam - wydziergałam kocyk, lekki, przewiewny, ażurowy, bo to na lato, a lato u nas zazwyczaj upalne.


Kocyk robiłam od środka, wzorem zaczerpniętym z opisu wykonania chusty Swallowtail Shawl - tak więc problem z dodawanie oczek miałam tym samym rozwiązany.


Pod koniec przeszłam na inny schemat, z tej samej chusty.


Kocyk zrobiony jest z włóczki Plymouth Yarn Dreambaby, 167 m/50 gram, 50% akryl, 50% nylon, a zużyłam dokładnie 3 motki czyli 150 gram (502 m). Dziergałam na drutach 5 mm, czyli grubszych niż zalecane.


Kocyk już podarowałam Kris i bardzo się jej spodobał, ale w to nie wątpiłam, bo Kris uwielbia ręcznie dziergane rzeczy. Mała dziewczynka ma przyjść na świat 6 maja.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Przygotowania do pierwszej komunii

Już niedługo Krzyś przystąpi do pierwszej komunii świętej.
Przygotowuje się do tego od października. Częściowo na lekcjach religii, częściowo wykonując projekty plastyczne w specjalnych zeszytach ćwiczeń.
Pierwszy zeszyt zawierał materiały przygotowujące do pierwszej spowiedzi. Drugi zeszyt skupia się na przygotowaniach do samej komunii.

Każdy rozdział (6 w każdym zeszycie ćwiczeń) obejmuje odpowiednio dobrane fragmenty z Biblii, teksty dobrane tematycznie (na przykład objaśniające poszczególne części mszy świętej), oraz specjalne strony na projekty plastyczne, które dziecko ma wykonać z rodzicami w ramach zadania domowego.

 
"Moja mama pomaga mi przygotować się 
do pierwszej komunii"
Założenie ciekawe, ale okazuje się, że Krzysia nie bardzo interesuje wycinanie, wyklejanie, czy nawet rysowane na zadany temat. Rysować uwielbia, ale na temat dowolnie wybrany przez siebie, a nie to co mu karzą.  Projekty plastyczne okazały się więc dla nas drogą przez mękę, punktem zapalnym, i w końcu wykonanie ich spoczęło w moich rękach - pod koniec tylko podsuwałam dziecku karteczki mówiąc co ma narysować bądź napisać, byle mieć już to z głowy i uniknąć niepotrzebnej scysji.



Poniżej zdjęcia kilku prac tandemu mama-Krzyś:


Projekt ukazujący jak się modlimy podczas mszy świętej, oraz niektóre słowa (które dziecko zapamiętało).

Projekt przestawiający za kogo modlimy się podczas mszy świętej.

Poniżej fragment projektu, do wykonania którego włożyłam więcej serca. Przedstawia on osoby z rodziny dziecka, które żyją/żyły "zgodnie ze słowem bożym". Na fotografii poniżej są moi rodzice w dniu swojego ślubu.

Projekt na temat "Osoby w twojej rodzinie, które żyły zgodnie ze słowem bożym" - na zdjęciu moi rodzice.

Projekt na temat "Za co jesteś wdzięczny"

"Dziękuję Co Boże za anioła stróża i za Sponge Bob'a"

Projekt, wyrażający wdzięczność osobie z parafii pomagającej dziecku przygotować się do pierwszej komunii świętej - na zdjęciu (pochodzącym ze strony parafii) pani katechetka.

sobota, 19 kwietnia 2014

16.01.1946 - 19.04.1984

Dzisiaj mija 30 lat od śmierci mojego taty.
To nieprawda, że czas leczy rany. 
Ból pozostaje, mimo upływu czasu, 
a łzy płyną, ilekroć przewracam strony 
w albumie ze zdjęciami.




środa, 16 kwietnia 2014

Niedziela Palmowa

Przyznam, że trochę brakuje mi polskich kolorowych palm z suszków (strony rodzinne mamy), czy też tych, robionych ze świeżo ściętych gałązek (strony rodzinne taty).

Ale jak w każdym miejscu, i tutaj są zwyczaje związane z Niedzielą Palmową. Nie robi się palm, a święci się liście prawdziwej palmy - zapewnia je parafia.

Potem z tych liści robi się krzyże, które trzyma się w domu w celu podobnych, jak nasze polskie palmy.


Po niemal roku, te liście, które zostały na parafii, pali się, a uzyskanym popiołem czyni się na głowach wiernych znak krzyża w środę popielcową.

Moje dzieci uznały, że takie liście palmowe to fantastyczna zabawka - zajęcie miały przez całą mszę i jeszcze potem w domu. W tym nie różnią się chyba od innych dzieci na całym świecie.

Rok temu nie udało mi się zrobić ze sztywnego liścia palmowego krzyża. Podejrzałam natomiast jak to robił ktoś inny, i w tym roku udało się! Moje dzieci nabrały tyle liści palmowych do domu, że wystarczyło na kilka krzyżyków oraz do zabawy.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kwiat jabłoni

Zakwitła jabłonka - mała, karłowata, ale obsypana kwieciem, aż trudno uwierzyć. Pogoda piękna, więc szansa na owoce jesienią jest spora.


Tulipany już przekwitają, ale za to toniemy w powodzi niezapominajek. Zawsze, kiedy na nie patrzę, przypomina mi się jak mama śpiewała "Niezapominajki są to kwiatki z bajki..."


Kwitną też i inne niebieskie kwiaty, ale nie znam ich nazwy. Oto one.


Zaczynają kwitnąć rododendrony i bzy, ale te zdjęcia dopiero czekają na zrobienie.

piątek, 11 kwietnia 2014

PUR: Nika

Kiedy urodziła się Emilka, otrzymała kilka prześlicznych rzeczy zrobionych na szydełku przez Bożenkę z blogu Robótkowe życie moje. Najdłużej pochodziła w czapeczce, którą możne obejrzeć między innymi w tym wpisie, ale nadszedł w końcu czas, kiedy okazała się za mała, a dokładnie zbyt płytka i nie zakrywająca uszu.

Najpierw poszperałam w sieci i znalazłam darmowy opis wykonania podobnej czapeczki na szydełku. Wzór nazywa się Crochet Hat Nika, a autorką jest Martina Taborsky.

Skoro już miałam opis wykonania, poszperałam w zasobach włóczkowych, znalazłam niepełny motek mercyzowanej bawełny Patons Grace (124 m/50 gr), i w ramach Programu Utylizacji Resztek, zrobiłam czapeczkę dla Emilki.

Emilia w czapeczce Nika



Dumna jestem z niej ogromnie, bo to moja pierwsza czapeczka zrobiona na szydełku i bardzo się cieszę, że w ogóle mi wyszła, a to, że nawet ładnie, to już dodatkowy plus. Czapeczkę zdobi kwiatek. Wraz z nim, czapeczka waży 50 gram.

Według zamiaru autorki, czapeczka ma mieć rozmiar na 4-8 lat, ja jednak tę dla Emilii pogłębiłam nieco, żeby dobrze zakrywała jej uszy. Jest też nieco za duża, ale może dzięki temu, ponosi ją Mała trochę dłużej niż jeden sezon.

Ponieważ tak dobrze mi poszło, a na dodatek szybko, nabrałam ochoty na więcej.

Tym razem sięgnęłam po niezidentyfikowaną bawełnę z odzysku w kolorze seledynowym. Ta czapeczka wyszła nieco większa od pierwszej.




Kwiatek dodatkowo ozdobiłam guziczkiem. Wprawdzie kolor fioletowy nie bardzo pasuje do pozostałych użytych do zrobienia kwiatka, ale tylko w takim kolorze miałam tego typu guzik-kuleczkę. A co tam, jeśli chodzi o akcesoria dla dzieci to chyba wszelkie możliwe połączenia kolorystyczne są dozwolone...
Kwiatek na drugiej białej czapeczce

Kwiatek na czapeczce seledynowej

Kwiatek na czapeczce Emilii

Dwie czapeczki nie zaspokoiły mojego apetytu, zrobiłam więc jeszcze trzecią, białą, choć z innej bawełny niż ta Emilkowa - włóczka Sunny firmy Troitsk Yarn. Zużycie - około 127 metrów.

Trzy czapeczki Nika

czwartek, 10 kwietnia 2014

O tym, jak pojechaliśmy wyrobić paszporty

Skoro już zostałam obywatelką, postanowiłam wyrobić sobie paszport.
Polski stracił ważność 4 lata temu, a naszła mnie ochota na podróż transatlantycką. Paszport niezbędny!

Przy okazji postanowiliśmy wyrobić paszporty Emilii i Krzyśkowi. Do urzędu pocztowego, gdzie składa się wnioski o paszport, udaliśmy się w piątek rano. Po drodze zatrzymaliśmy się u fotografa, który zdjęcia paszportowe dzieci zrobił i wywołał od ręki.

Na pocztę dotarliśmy około 11.00. Wzięłam numerek i rozejrzałam się po hali pocztowej. Uprzejmi, acz mocno znużeni czekaniem petenci poinformowali nas, że czekają już od chwili otwarcia, czyli od 8.30. W tej właśnie chwili moje dzieci przeleciały przez całą halę niczym perszingi a tata nie bardzo potrafił dotrzymać im kroku. Petenci dodali, że zainteresowanych obsługuje tylko jedna pani, a dzieci przeleciały z prędkością ponad dźwiękową w drugą stronę. Po chwili nadleciały pokrzykując radośnie, że głodne - a przecież dopiero co oderwaliśmy ich od stołu i zjedzonego śniadania! Przy okazji dotarło do mnie, że nie zmierzyłam Milusińskich i nie wiem ile mają wzrostu - dane konieczne przy wypełnianiu formularza.

Nastąpiła natychmiastowa ewakuacja w celu oszczędzenia szacownego budynku instytucji.

Postanowiliśmy pojechać do domu, zmierzyć i nakarmić potomstwo i wrócić na pocztę. Porozumienie to osiągnęliśmy po krótkiej, acz burzliwej wymianie zdań w samochodzie, mniej więcej tego typu:

- A nie możesz sama tego załatwić w inny dzień?
- Nie, oboje rodzice mają być obecni. Dzieci z resztą też.
- A nie wystarczy, żebym się tylko podpisał?
- Jak by wystarczyło, to bym Ci o tym powiedziała. Skoro mówię, że masz być obecny to masz być obecny!

Dzieci zjadły, pobiegały po trawniku  przed domem, nawet dały się zmierzyć. Ponownie wszyscy wpakowaliśmy się do samochodu i pognaliśmy na pocztę. Na szczęście mamy blisko. Znanym nam już z widzenia petentów nie było - widać doczekali się swojej kolejki. Po chwili wywołany został kolejny numerek - okazało się, że jeszcze musimy poczekać.

Dzieci kontynuowały próby zdemolowania urzędu pocztowego, czasem tacie udało się je wyciągnąć na zewnątrz, ale akurat padał deszcz, więc wolałam, żeby urząd runął, ale dzieci nie przeziębiły się. Gdyby komuś z czekających przyszło do głowy, żeby zaprotestować przeciwko temu, że nie czkaliśmy pod drzwiami cały ten czas, Emilia pomysł ten szybciutko wybiła im decybelami z głowy - uparła się udawać żabkę, i nie wystarczyło jej bicie rekordów w skoku wzwyż, musiała do tego dodać zapewnienia głosowe obwieszczające wszem i wobec, w jakie to zwierzątko właśnie się przeistoczyła.

Po pół godzinie nadeszła nasza kolej. Pani urzędniczka uwijała się jak mogła najszybciej. Na miejscu były zabawki dla dzieci, więc uszy nieco odetchnęły. Podpisaliśmy, gdzie trzeba było, przysięgaliśmy, z prawą ręką uniesioną do góry, kiedy było trzeba, a kiedy wszystko załatwiliśmy, dzieci odmówiły opuszczenia pokoju, bo zabawki bardzo im się spodobały i nabrały ochoty na dłuższą zabawę.

Urząd pocztowy opuszczaliśmy z wrzaskami protestu - oczywiście to dzieci dawały wyraz swojemu niezadowoleniu.

Ale paszporty mamy otrzymać za 4-6 tygodni.

A potem będę gadać z szefem o wolnym w sierpniu - z pewnością szalenie się ucieszy...

wtorek, 8 kwietnia 2014

Słów kilka o wynikach nauczania mojego Drugoklasisty

Zanim o będzie o szkole, trochę o zachowaniu Krzyśka w domu.
Jego zachowanie raz się poprawia, raz pogarsza. Niedawno było bardzo źle, chwilowo jest całkiem dobrze. Zauważyłam, że zachowanie dziecka pogarsza się, kiedy w domu jest tata. Krzysiek jest zazdrosny o tatę, i uwagę, jaką poświęcam mężowi, choć z całej mojej trójki akurat mężowi dostaje się tej uwagi najmniej. Ale i ta odrobina wzbudza zazdrość. I to nie tylko starszego, ale i młodszego dziecka.
Krzysiek jest też trochę zazdrosny o uwagę poświęcaną młodszej siostrze - kiedy Emilia śpi w ciągu dnia, jej starszy brat jest grzeczniutki jak aniołek. Staram się jak mogę dzielić swoją uwagę w miarę równo, a kiedy się nie da, choć dać odczuć Krzyśkowi, że wcale nie został odstawiony na boczny tor, ale chyba tak to już musi być.

O ile w domu zachowanie dziecka często pozostawia wiele do życzenia, o tyle w szkole nie ma żadnych kłopotów. Ani z zachowaniem, ani z nauką. Uczy się świetnie. W marcu dostałam raport z jego wynikami. Oceny opisowe - wyśmienite. Jeśli chodzi o czytanie, poprawił swój poprzedni wynik o 7 wyrazów i teraz czyta 204 wyrazów na minutę.

W tym tygodniu przyniósł też testy z matematyki, takie obejmujące szerszy materiał - oba zaliczył na 100%.




1 kwietnia Krzysiek zaliczył też ostatni test Rocket Math z odejmowania i przeszedł do mnożenia. O Rocket Math pisałam już wcześniej, więc się nie będę powtarzać.


Z tej okazji dostał okolicznościową laurkę.


Kilka dni temu rozmawiałam z polską koleżanką o sposobie nauczania w tutejszych szkołach. Jej mama, emerytowana nauczycielka fizyki i matematyki, jakiś czas temu porównała wytyczne tutejsze z polskim programem nauczania w zakresie matematyki i doszła do wniosku, że teoretycznie dzieci powinny umieć to samo. A moja koleżanka twierdzi, że jej synowie niczego w szkole nie robią.

Zastanawiałam się nad tym i ja z kolei doszłam do wniosku, że takie wrażenie mogą odnosić rodzice, ponieważ tutaj dzieci nie mają zeszytów do każdego przedmiotu, w swoich biurkach w szkole trzymają zeszyty ćwiczeń, które do domu przynoszą dopiero po ukończeniu ostatniej strony, a zadanie domowe otrzymują na ksero. Rodzic nie ma możliwości śledzenia postępów prac dziecka w szkole, chyba, że uda się do szkoły na obserwację - do czego ma prawo.

Niemniej jednak, patrząc na wyniki mojego dziecka, uczniowie jednak coś robią i uczą się. Akurat z matematyki nigdy nie robiłam niczego dodatkowego z Krzyśkiem. Wystarczyło mi, że nauczyłam go czytać i doszłam do wniosku, że teraz kolej na szkolnictwo publiczne.

Kilka dni temu Krzysiek przyniósł do domu zeszyt ćwiczeń z czytania - wypełniony do ostatniej strony. Postanowiłam zamieścić zdjęcia kilku stron - tak dla ciekawostki. Przypominam, że moje dziecko chodzi do drugiej klasy.



niedziela, 6 kwietnia 2014

Liebster Blog Award

Otrzymałam od Dorka Doo nominację do Liebster Blog Award - nominację przyznawaną od innego blogera za "dobrze wykonaną robotę". Jest mi bardzo miło, że tak właśnie moje stukanie w klawiaturę zostało ocenione.

Jak wiecie, raczej nie bawię się w tego typu zabawy, ale tym razem odpowiem przynajmniej na pytania, bo uzupełniają one wiedzę o Motylku wyczytaną wprost, bądź pomiędzy wierszami, Okruchów.

Oto pytania i odpowiedzi:

  • Jaki jest twój ulubiony kolor? Niebieski.
  • Wolisz jechać na wypoczynek w góry czy nad morze? Zdecydowanie nad morze.
  • Jeśli miałabyś zostać pielęgniarką, to dziecięcą czy osób starszych? Dziecięcą.
  • Jeśli mogłabyś na wakacje wyjechać na parę dni ale w Polsce, to jakie miejsce byś wybrała? Taki jeden dom na końcu świata, za płotem którego kończy się asfalt, i stoi tablica z przekreśloną nazwą wsi.
  • Co myślisz o eutanazji? Rozumiem, dlaczego osoba cierpiąca może pragnąć zakończyć swoje cierpienie. 
  • Czy wybaczyłabyś zdradę męża? Nie.
  • Jabłecznik czy sernik - co wolisz? Jabłecznik.
  • Zdjęcia "po staremu" czyli w albumie czy na płytce? Jak wolisz? W albumie.
  • Jeśli miałabyś napisać życzenia od serca to najlepiej skopiować jakąś gotową formułkę czy napisać dwa zdania od siebie? Niekoniecznie doskonałe? Chyba samo to pytanie zawiera odpowiedź. Ci, którzy dostają ode mnie życzenia raczej wiedzą czy skopiowałam formułkę czy napisałam te dwa niedoskonałe zdania od siebie.
  • Czy umiesz pływać? Tak, choć kiepsko.
  • Czy miałabyś ochotę pochodzić czasami sama po lesie lub po jakimś odludnym miejscu i nie martwić się ani nie myśleć o niczym? Miałabym, oj miałabym.


Ja sama nominować nie będę - nie nadaję się do typowania, oceniania ani wybierania i na szczęście na co dzień nie muszę tego robić. A Okruchy to moje przytulne wirtualne miejsce, więc też nie będę się do niczego zmuszać. Pozdrawiam wszystkich stałych, okazjonalnych, przypadkowych i nowych czytelników - wiosennie pozdrawiam, tulipanowo-kolorowo!

piątek, 4 kwietnia 2014

Zakwitły drzewka owocowe

Zakwitły drzewka owocowe - na razie śliwa i czereśnie.


Śliwa rośnie pod oknem sypialni, więc widok o poranku mam zachwycający.


Mam nadzieję, że mimo padającego ostatnio deszczu, pszczołom uda się zapylić kwiaty i doczekamy się owoców - ślinka już nam leci na pyszne czeresienki i węgierki.


Zanim zaczęło lać, mieliśmy ponad tydzień przepięknej słonecznej pogody, choć było nieco chłodno. Dopiero dwa ostatnie dni były na tyle ciepłe, że można było biegać z krótkim rękawem.

Dzieci hasały po ogródku, a Emilia znalazła sobie wielce absorbującą rozrywkę - obrywanie płatków tulipanów.


Na szczęście po kilku znudziła się i reszcie dała spokój.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Maluka

Z okazji osiemnastych urodzin, postanowiłam obdarować siostrzenicę ręcznie wydzierganym szalem. Wprawdzie kwiecień to czas kiedy tego typu akcesoria odkłada się powoli do szuflady, ale szal jest z tych delikatnych, które można używać i w chłodniejsze letnie dni.


Wzór Maluka, której autorką jest Bea Schmidt, jest dostępny za darmo tutaj. Podoba mi się tak bardzo, że i dla siebie chcę taki wydziergać.


Ten dla Kasi zrobiony jest z włóczki o wiele mówiącej nazwie Silk firmy Schachenmayr Regia, którą dostałam jakiś czas temu od Uli z Zamotane.


Włóczka milusieńka i mięciusieńka o fantastycznym składzie: 55% wełna, 20% jedwab i 25% poliamid, a w 50 gramowym motku jest jej 200 metrów.
I można ją prać w pralce (na 40 stopni).


Ponieważ robiłam szal, zdecydowałam się na nieco grubsze druty niż zalecane - 4 mm. Zużyłam calutkie dwa motki, czyli 100 gram (400 m).


Mam nadzieję, że szal spodoba się Kasi i będzie się jej dobrze nosić.

niedziela, 30 marca 2014