poniedziałek, 29 września 2014

O Pierwszej Komunii Krzyśka - ze sporym opóźnieniem

Krzysiek już całkowicie przestawiony na tryb szkolny. Obejmuje on nie tylko szkołę z zadaniem domowym, ale też karate, dżudo i religię. 

Kilka dni temu miało miejsce spotkanie organizacyjne w kościele bo ten rok przyniósł trochę zmian w kwestii edukacji religijnej.

Po pierwsze, ponieważ dwie parafie mają tylko  jednego księdza, naukę religii w obu parafiach połączono. Dzieci z obu parafii mają zajęcia razem, w budynku tej drugiej parafii, ponieważ jest większy i dysponuje większą ilością pomieszczeń. Druga zmiana to przeniesienie zajęć z niedzieli, po mszy, na środę - poprzednie rozwiązanie bardziej mi odpowiadało.

Kolejna zmiana dotyczy dzieci, które w maju przystąpią do pierwszej komunii - nie tylko wzrosła opłata (teraz kosztuje to dwa razy tyle co w ubiegłym roku) ale i przybyło zajęć, głównie dla rodziców. W czasie kiedy dzieci mają swoje zajęcia, w osobnej sali rodzice mają swoje zajęcia. Ponadto, dzieci mają dostać karteczki i w niedzielę, po mszy, mają uzyskać podpis diakona potwierdzający obecność na mszy niedzielnej. To mi się bardzo nie podoba. Mam bardzo złe skojarzenia z czasów rekolekcji w liceum. 

W temacie pierwszej komunii będąc, słów kilka o pierwszej komunii Krzyśka, która miała miejsce 4 maja.


Katechetka poprosiła, żeby nie robić zdjęć podczas mszy, aby uniknąć tłumu paparazzich przy ołtarzu. Obiecała, że ona zrobi zdjęcia wszystkim dzieciom i da je rodzicom na CD Romach. Wszyscy rodzice podeszli ze zrozumieniem i zastosowali się, a katechetka, ze swojej obietnicy nie wywiązała się do dzisiaj. Czekałam na te zdjęcia, zwlekając z wpisem komunijnym ponieważ mam zdjęcia głównie z części po mszy, w domu, kiedy to świętowaliśmy w gronie przyjaciół. Z kościoła mam tylko zdjęcie Krzyśka niosącego dary do ołtarza:



Każde dziecko dostało zaświadczenie o przystąpieniu do pierwszej komunii Świętej - czekało już przed mszą na wyznaczonej ławce (każda rodzina miała zarezerwowaną dla siebie ławkę).


W gazetce parafialnej zamieszczono listę imion dzieci, które w ten weekend (w sobotę i niedzielę) przystąpiły do pierwszej komunii.


Msza była długa (90 minut) ale nasi goście stwierdzili, że wcale się nie dłużyła z powodu nastroju, uroczystego, ale radosnego - wszystko ładnie wypadło, spokojnie, bez nerwów, wpadek czy pomyłek.

Część w domu też się udała, mimo przelotnych, dość obfitych opadów, które w końcu zmieniły się z przelotnych w nieprzerwany - lało jak z cebra! 

Jedzenie było smaczne, ciasta pyszne, a goście - sami bliscy nam ludzie. Przylecieli też rodzice chrzestni Krzyśka, choć mają daleko, ze wschodniego wybrzeża, czyli jakieś 5 tysięcy kilometrów. Ich przylot szalenie nas wszystkich ucieszył.

czwartek, 25 września 2014

Skarpety Nr 14

Skoro zrobiłam skarpety dla brata, nie mogłam nie zrobić skarpet dla bratowej! No i zrobiłam, takie:


Są bardzo podobne do tych, właśnie dlatego, że tamte podobały się mojej bratowej. Niestety tamtego melanżu już nie miałam, ale i ta kombinacja kolorystyczna spotkała się z ciepłym przyjęciem nowej właścicielki. Trochę się bałam czy rozmiar będzie odpowiedni. Zrobiłam takie jak dla siebie i okazało się, że mamy prawie taki sam rozmiar stopy.


Dane dotyczące włóczki i drutów:
  • Włóczka: 
  1. Kolorowy melanż: Regia Flusi das Socken-Monster, 75% wełna, 25% poliamid, 210 m /50 gram - zużycie: 24 gr = 100 m
  2. Czarna: Deborah Norville Serenity Sock, 50% wełna, 25% wiskoza z bambusa, 25% nylon, 210 m /50 gram - zużycie: 38 gr = 160 m
  • Druty: 2  mm z żyłką x 2

poniedziałek, 22 września 2014

Quomps Splash Park w Christchurch

Podczas naszych wakacji w Anglii, niemal codziennie chodziliśmy do parku i na plac zabaw. Moim dzieciom najbardziej podobał się plac zabaw położony prawie nad samym morzem, ale jakoś nie mamy na nim żadnych zdjęć.

Mamy natomiast wspaniałe zdjęcia z innego miejsca, z parku w Christchurch: zarówno z placu zabaw jak i z kąpieliska Quomps Splash Park, które Emilii i Krzysiowi ogromnie się podobało.


Wprawdzie Emilia unikała tryskawek jak mogła - nie przepada za wodą w tej postaci - ale za to oderwać się nie mogła od przyrządów, które urozmaicają zabawę wodą: pompy, zapory, tamy, śruby. Krzysiek też był w swoim żywiole.




piątek, 19 września 2014

Ciocia Ola, Ciocia Myszka i Ciocia Talia

W życiu Emilii, raczej ubogim jeśli chodzi o ciocie, wujki, babcie i dziadków, pojawiło się ostatnio kilka nowych cioć.

Ciocia Ola (moja bratowa) z miejsca podbiła serce Emilii - po dwóch minutach od poznania się, Emilia poszłaby z Nią na koniec świata - i to bez mamy!


Ciocia Ola ma szczególny dar do dzieci, fantastycznie potrafi się z nimi dogadywać i Emilia do tej pory z zachwytem wspomina chwile z Nią spędzone. Niestety ciocia Ola mieszka baaardzo daleko od nas - mamy na szczęście zdjęcia.

Emilia nawet przez sen woła ciocię Olę a na jawie często śpiewa piosenkę, której ciocia ją nauczyła. Ponieważ nie zapamiętała całej zwrotki, śpiewa tylko dwa wersy:

 stlusie mu sie pas kłaniają
małpy glają, małpy glają

(Powinno być: Strusie mu się w pas kłaniają, małpy na ogonie grają.)

Do piosenki są jeszcze odpowiednie ruchy rąk i całego ciała - Emilia pokazuje zwoje dzikich lian, kłania się w pas i gra na ogonie. Tutaj można posłuchać piosenki w dość ładnym wykonaniu, a tutaj obejrzeć taniec.

Kolejna ciocia miała kiedyś na imię Marzenka, ale że Emilia miała początkowo kłopoty z powtórzeniem tego dość trudnego imienia, wymyśliła coś, co potrafiła wypowiedzieć i tak powstała ciocia Myszka.


Po kilku dniach Emilia nauczyła się mówić imię Marzenka, ale Myszka chwyciła i została.
Ciocia Myszka z niebywałym samozaparciem ubezpieczała Emilię, kiedy ta biegała po ruinach zamku niczym po najlepszym placu zabaw, nie bacząc na dość realne niebezpieczeństwo upadku i zrobienia sobie krzywdy.

Ciocia Myszka zabrała nas też na kilka wycieczek, uwalniając na chwilę od naszej, jakże słodkiej, acz nieco męczącej obecności przemiłą ciocię Olę.

Emilia bardzo dobrze czuła się w obecności obu cioć a także przyszywanej babci (mamy cioci Oli) i trochę smutno mi było na myśl, że po powrocie nie będzie ich miała w swoim życiu. Na szczęście, pustkę, choć na chwilę, wypełniła kolejna ciocia - ciocia Talia.


Ciocia Natalia jest matką chrzestną Emilii i przyleciała do nas na miesiąc w odwiedziny. Emilia szybko dogadała się z ciocią, ale niestety i ta ciocia niebawem zniknie z życia Kruszynki - miesiąc już mija . Zostaną zdjęcia i wspomnienia.

wtorek, 16 września 2014

Piesza wycieczka do Tamolitch Pool

Pewnej wrześniowej niedzieli wybraliśmy się na niezbyt długą pieszą wycieczkę. Trasę do Tamolitch Pool, zwanego też Blue Pool, poleciła mi jakiś czas temu koleżanka z pracy. Zapisałam sobie wówczas informacje odnośnie lokalizacji początku szlaku, a teraz nadszedł czas, by sprawdzić, czy osławione jeziorko rzeczywiście tak piękne, jak słyszałam.

Gorąco było okropnie, w lesie sucho i strasznie się kurzyło mimo potoku, wzdłuż którego częściowo prowadzi szlak. Potem idzie się przez zastygłą lawę - tam nam strasznie przygrzało. Emilia raczej nie współpracowała, ale na szczęście trasa zajęła nam jedynie godzinę i 15 minut - jakoś dotarliśmy.

Wszelkie wysiłki warte były tego co zobaczyliśmy.


Woda w jeziorku jest krystalicznie czysta, i nie wiem czy to odbijające się w niej niebo nadaje jej ten niebieski kolor, czy to gra światła - prawdą jest, że sprawia wrażenie, jakby była koloru niebieskiego

Czasem odcień wpada bardziej w ciemny turkusowy, czasem bardziej w granatowy - ciągle jednak jest to kolor niebieski.


Szlak kończy się na brzegu urwiska, z którego można podziwiać w dole jeziorko. Twardziele, na własną odpowiedzialność (i jednak trochę ryzykując), obchodzą nieco jezioro i schodzą do poziomu wody - brzeg jest bardzo stromy i łatwo o wypadek. 


Woda, wybijająca z ziemi na dnie, przeraźliwie zimna - zmierzyliśmy temperaturę, która wyniosła 4 stopnie w skali Celsjusza. Byli tacy "odważni", którzy wskakiwali i zażywali jakże orzeźwiającej kąpieli - nam wystarczyło zamoczenie rąk.


Drogę powrotną pokonaliśmy nieco szybciej, w godzinę. Cała wycieczka (nie licząc dojazdu samochodem) zajęła nam niecałe 4 godziny.


piątek, 12 września 2014

Nie samymi wspomnieniami żyje człowiek, czyli placek ze śliwkami

Nie samymi wspomnieniami żyje człowiek - coś na ruszt trzeba wrzucić, nieco sobie dogodzić, a że właśnie dojrzały śliwki, upiekłam z nimi placek.

Półkruchy placek ze śliwkami

Składniki:
2 szklanki mąki
20 dag margaryny
5 łyżek cukru
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 żółtka
2 łyżki gęstej śmietany lub kwaśnego mleka
opakowanie cukru waniliowego
1 1/2 kg śliwek
cukier puder

Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, posiekać z cukrem, tłuszczem, śmietaną, żółtkami, cukrem waniliowym, zagnieść szybko ciasto, włożyć je do lodówki. Umyć śliwki, wysuszyć ściereczką i wypestkować. Ciasto rozwałkować, przenieść na blachę, nakłuć widelcem w kilku miejscach. Układać śliwki skórką do ciasta, lekko wgniatając. Piec w gorącym piekarniku ok. 20-30 minut. Kiedy ciasto zarumieni się, wyjąć z piekarnika i posypać cukrem pudrem.


Przepis pochodzi z publikacji:
 "WYPIEKI DOMOWE" (Ilona Fąferek, Kinga Osmycka)
 wyd. Komitet Gospodarstwa Domowego, Zarząd Główny Ligi Kobiet Polskich
Warszawa 1988

wtorek, 9 września 2014

Durdle Door

Celem naszego wyjazdu do Anglii było spotkanie rodzinne, ale załapaliśmy się też na odrobinkę zwiedzania. Do Durdle Door zabrała mnie z dziećmi moja bliska koleżanka, a miejsce to pokazuję jako pierwsze, ponieważ mam stosunkowo mało zdjęć stamtąd - w trakcie wycieczki padła bateria w aparacie. Zdjęć mało, łatwo więc było mi się zdecydować, które pokazać.


Jak można przeczytać na stronie Wikipedii tutaj, Durdle Door to naturalny łuk wapienny typu klifowego w Anglii, w hrabstwie Dorset, i jest najczęściej fotografowanym obiektem na Wybrzeżu Jurajskim. Wiek łuku oceniany jest na 140 mln lat, a jego natura bierze się z układu wapienia w tej części wybrzeża: jego warstwy zostały wygięte w taki sposób, że są prawie pionowe w stosunku do podłoża. Łuk jest wynikiem działalności erozyjnej wody morskiej.


Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Emilia słodko spała w foteliku, więc moja koleżanka, Ciocia Myszka, została z Nią na parkingu, a ja z Krzyśkiem w spokoju nacieszyliśmy oczy pięknymi widokami. Bo nie tylko sam łuk jest wart obejrzenia. Rzut oka w prawo (zdjęcie powyżej), i można stać i kontemplować piękno natury godzinami. Rzut oka w lewo, i kolejne cudowności.



sobota, 6 września 2014

Skarpety Nr 13

Nie byłabym sobą, gdybym nie przygotowała dla brata, bratowej i bratanicy, prezentów wykonanych własnoręcznie, wydzierganych na drutach, bądź zrobionych na szydełku. Przygotowałam je sobie zawczasu, ale nie chwaliłam się nimi na blogu bo miała to być niespodzianka. Teraz już mogę je prezentować.

Jako pierwsze, na przełomie marca i kwietnia, powstały skarpety dla brata. 
Nie pamiętałam dokładnie jaki rozmiar stopy ma brat, tylko tyle, że duży, więc robiłam na czuja - okazało się, że z dobrym wynikiem.


Już kiedyś robiłam skarpety z tej włóczki, dokładnie w tym samym kolorze - dla siebie (do obejrzenia tutaj). Włóczka Regia Softy Color jest szalenie miękka i miła w dotyku. Motki na moje skarpety, zrobione kilka lat temu, oraz na te robione dla brata, dostałam od Uli z Zamotane.


Jest to trzynasta para skarpetek wydzierganych przeze mnie. 

Dane dotyczące włóczki i drutów:
  • Druty: 2.75 mm


Skarpety na zdjęciach pozują na moich stopach, ale po wręczeniu skarpet bratu okazało się, że utrafiłam z rozmiarem. Niech się dobrze noszą i grzeją stopy!

czwartek, 4 września 2014

Z ręką w misce

Osiem godzin różnicy w czasie to dość sporo, ale nasze organizmy przystosowały się dość szybko, wydaje mi się, że już po trzech dniach przestawiliśmy się na czas lokalny.

Zanim to nastąpiło, Emilia zasypiała w ciągu dnia w dość nieoczekiwanych i nietypowych dla siebie pozach. Raz zasnęła podczas posiłku, z ręką w miseczce z jedzeniem.


Innym razem zasnęła na dywanie, podczas zabawy, przewieszona przez kolano bratowej.


Potem spanie w ciągu dnia unormowało się. Ku mojemu zdziwieniu, obyło się bez żadnych kłopotów. Emilia nie protestowała, nie krzyczała, nie płakała. Kładła się obok mnie i grzecznie zasypiała, a drzemka trwała od 1.5 do 3 godzin. Ze spaniem w nocy bywało różnie.

Kiepsko było natomiast na początku z jedzeniem. Już podczas lotu, zarówno Krzyś, jak i Emilia, prawie nic nie jedli. Na miejscu Krzysiek marudził z jedzeniem przez cały miesiąc (tylko czekoladki i lody smakowały mu zawsze), Emilia za to nabrała po jakimś czasie apetytu i potrafiła wsunąć na jeden raz 3,5 parówki, albo 2 kawałki ryby, czy dość sporego schabowego.

W drodze powrotnej dzieci znowu niemal nie jadły.

Przestawianie się na czas lokalny po powrocie do domu poszło najlepiej Krzyśkowi, który rano musiał wstać i iść do szkoły. My z Emilią ciągle mamy problemy, głównie dlatego, że Emilia ma katar i bardzo źle śpi w nocy, budząc mnie wielokrotnie, więc nie mam jak się wyspać.

wtorek, 2 września 2014

Angielskie wakacje - w podróży

Bardzo długo nie widziałam się z bratem. Siedem lat.

Rok temu postanowiłam wybrać się do Niego w odwiedziny i zabrałam się za przygotowania - obywatelstwo, paszport. W końcu kupiłam bilety lotnicze i z końcem lipca, razem z dziećmi, ruszyłam w podróż daleką, przez osiem stref czasowych.

Wyprawa udała się, czas spędzony z rodziną był czasem dobrze spędzonym, a wspomnienia tych chwil pozostaną z nami na zawsze. Nie zawsze było różowo, nie ominęły mnie wszelkie kłopoty czy troski (one nie uznają wakacji ani urlopów!) ale wszak życie to nie bajka. Summa summarum było super.

Będę sobie w Okruchach smakować te wspomnienia, powoli, niespiesznie, po odrobince.

Dzisiaj napiszę o podróży tam, i z powrotem.

Tam

Aby dotrzeć od nas (Oregon) tam (południe Anglii), trzeba lecieć samolotem, i to nie jednym, a co najmniej dwoma.

Pierwszy lot, dwugodzinny, do Los Angeles, Emilia przespała, Krzysiek grał w gry na tablecie.

W Los Angeles mieliśmy 5 godzin do kolejnego lotu, więc czasu wystarczyło na wszystko. Bez pośpiechu dotarliśmy na właściwy terminal, przeszliśmy wszystkie kontrole i odprawy, posililiśmy się. A potem znaleźliśmy sobie ustronny zakątek, gdzie dzieci mogły się wybiegać i wyszaleć.

Kiedy wsiadaliśmy na pokład drugiego samolotu, dzieci już nie miały sił na rozrabianie. Emilia szybko zasnęła i przespała niemal cały, trwający ponad 10 godzin lot. Krzysiek najpierw oglądał filmy, potem grał, a ostatnie 4 godziny przespał.

I kiedy uznałam, że tak mi bezproblemowo podróż minęła, na lotnisku Heathrow okazało się, że nasze walizki zostały w Los Angeles. A że linie lotnicze British Airways mają tylko jeden lot na dobę z LA do Londynu, wiadomo było, że nasze rzeczy dotrą najszybciej po upływie 24 godzin.

Zdenerwowałam się bardzo, bo przy sobie miałam zapasowe ubrania tylko dla Emilii, a wszyscy byliśmy, powiedzmy, że niezbyt czyści i pachnący.

Najważniejsze, że mimo zwłoki spowodowanej najpierw oczekiwaniem, aż się nasze walizki pojawią na ślimaku, a potem składaniem reklamacji i załatwianiem formalności, brat czekał na nas. Jeszcze tylko niecałe 2 godziny jazdy samochodem i dotarliśmy do celu naszej podróży.

Z powrotem

Anglia pożegnała nas deszczem. Wyjechaliśmy z odpowiednim zapasem czasowym, więc bez nerwów i zbędnego pośpiechu dojechaliśmy na lotnisko, nadaliśmy bagaż, załatwiliśmy odprawy i jeszcze zostało nam czasu na pobieganie po terminalu.

Niestety w tę stronę Emilia nie miała ochoty na spanie - podczas trwającego 11 godzin lotu przespała raptem 3 godziny.

Kiedy po wystartowaniu zasnęła pierwszy raz, po zaledwie godzinie obudziła ją stewardessa, prostując fotel bo akurat podawano posiłek. Emilia jeść nie chciała, ale już nie zasnęła przez następne 6 godzin. Dopiero pod koniec lotu przedrzemała 2 godziny, ale był to sen bardzo niespokojny, coś dziecko niepokoiło - płakała.

8 godzin z dwulatkiem, w ograniczonej przestrzeni samolotu to zdecydowanie średnia przyjemność.

Starałam się jak mogłam zabawiać dziecko, żeby zbytnio nie uprzykrzyć podróży innym pasażerom. Było to dość męczące dla mnie, ale chyba się udało, bo wszyscy wokół nas żegnali nas miłymi a nie wymuszonymi uśmiechami, a kiedy już szliśmy do odprawy celnej, mijająca nas stewardesa stwierdziła, że mam takie ładne i grzeczne dzieci. Zaskoczyła mnie tym drugim przymiotnikiem, ale doszłam do wniosku, że w swojej pracy ma zapewne niezły przegląd zachowań dzieci podczas tak długich lotów, więc pewnie wie co mówi.

W Los Angeles musieliśmy odebrać bagaże, po czym nadać je ponownie, ale na szczęście tym razem nasze walizki pojawiły się na ślimaku szybciutko. Oczywiście coś musiało pójść nie tak - zaginął wózek Emilii.

Podczas każdego lotu mam problemy z odnalezieniem wózka. W Los Angeles nie udało się go odebrać przy wysiadaniu z samolotu - najpierw przyniesiono mi inny. Powiedziano mi, że był tylko ten i że mój będzie czekał w punkcie odbioru bagaży niewymiarowych - ale go tam nie było. Przyznam, że nie uśmiechało mi się biegać po całym terminalu, żeby znaleźć kogoś, kto potrafiłby odnaleźć wózek, a że spacerówka była tania ($10), a w domu miałam drugą, więc machnęłam ręką, zabrałam bagaże i dzieci, i poszłam sobie bez wózka. Emilia najpierw jechała na wózku bagażowym, a potem albo szła sama, albo ją niosłam.

Na lotnisku w Los Angeles doznaliśmy życzliwości wielu nieznanych nam osób, co miało dla mnie ogromne znaczenie, bo już byłam bardzo zmęczona. Takie drobiazgi ułatwiające życie - a to przy nadawaniu bagażu ktoś mi ściągnął z wózka walizki przeniósł na podajnik - choć ani nie prosiłam, ani te walizki aż takie ciężkie nie były - ale zrobiło mi się bardzo miło. A to zostaliśmy losowo wybrani przez pracownika lotniska i zamiast stać w tasiemcowej kolejce, skierowani na sąsiednie stanowisko, szybciutko przeszliśmy uproszczoną kontrolę bagażu podręcznego - między innymi bez ściągania butów.

Drugiego lotu wyczekiwaliśmy tęsknie, ale okazało się, że będzie opóźniony, bo mechanicy musieli usunąć jakąś usterkę. Wystartowaliśmy godzinę później, i na miejsce dotarliśmy o północy - nasza podróż trwała więc 23 godziny. Ten lot, dwugodzinny, dzieci przespały.

A rano musieliśmy się szybko przestawić z trybu wakacyjnego na tryb szkolny, i jakoś przeszło to w miarę bezboleśnie, choć nadal jestem zmęczona i senna.  

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Wpis ogrodowy










Poza kwiatami, oczy ciesza owoce, na które juz nam cieknie slinka...



sobota, 2 sierpnia 2014

Sama!

Emilia wszystko chce robić sama. Jak się sama czesze, to pół biedy. Choć wolę, jak robi to własnym grzebieniem, a nie moją szczotką.


Gorzej, jak sama usiłuje zmienić sobie brudną pieluchę. 

Z mile widzianych przez mamę czynności można wymienić: wkładanie/ściąganie butów, wyłączanie telewizora. wchodzenie do fotelika samochodowego i zapinanie pasów, sprzątanie zabawek.

Mimo wszystko wolałabym sama myć Emilii zęby, ponieważ mam zastrzeżenia co do jakości wykonywania przez córcię tej czynności. Pomoc w kuchni akceptuję, o ile nie grozi dziecku niebezpieczeństwem - odpada wszelkie krojenie oraz przebywanie w pobliżu gorących garnków, ale kotlety może sobie dziecko ubijać. Pilnuję, żeby paluszki ( i moje i dziecka) były poza zasięgiem tłuczka. 


Ostatnio razem upiekłyśmy też ciasto - wsypywanie składników do miski szalenie podobało się Emilii!

Często, efekty samodzielnych poczynań dziecka są dość komiczne. Emilia z upodobaniem zakłada majtki starszego brata - obie nogi wkłada w otwór na nogę i podciąga je na wysokość pasa, jak spódnicę. Podobnie włożyła ostatnio dół od swojego bikini - samodzielne ubieranie się jeszcze dziecku nie wychodzi.

środa, 30 lipca 2014

Serfowanie na dywanie

Oregońskie wybrzeże cieszy się dobrą renomą wśród amatorów surfingowania. Moje dzieci, póki co, trenują w zaciszu domowym, na dywanie.





niedziela, 27 lipca 2014

Sobota nad Crescent Lake

W sobotę wybraliśmy się nad jezioro Crescent Lake.


Nasi znajomi wybrali się tam pod  namiot na kilka dni, ale my spędziliśmy z nimi tylko jeden dzień, i na noc wróciliśmy do domu.

Jezioro Crescent Lake położone jest dość wysoko w górach Kaskadowych, na wysokości 1475 m. Drzewa wokół marniutkie - widać, że na tych piaskach, suchych latem niczym pieprz, a zimą wychłostane wiatrami, mają ciężkie warunki.

Samo jezioro okazało się świetnym miejscem dla dzieci. Brzeg łagodny, piaszczysty z odrobiną żwirowych kamyków, piasek ciemny, wulkaniczny, żwirek - żółty. Budowle piaskowo-żwirowe były zatem dwukolorowe.


Znajomi rozbili namioty niemal nad samą wodą, a z plaży roztaczał się widok na szczyt Diamond Peak.


Ponieważ w ciągu dnia ten zakątek plaży cieszył się sporym zaiteresowaniem innych wypoczywających, przespacerowaliśmy się kilka minut wzdłuż brzegu i za cypelkiem znaleźliśmy jeszcze ładniejszą plażę, pustą, którą natychmiast zaanektowaliśmy dla siebie.


Dodatkową zaletą był zalew utworzony między właściwym brzegiem a łachą piasku, w którym woda była cieplutka i płyciutka - maluchy mogły się pluskać bezpiecznie.

Tuż obok wybijało źródełko, wody którego, w postaci strumienia, zasilają jezioro. Woda źródlana była tak pierońsko zimna, że nie dało się w niej wystać dłużej niż chwilkę. Rekord pobiła córka znajomych, mocząc w tej lodowatej wodzie nogi aż 3 minuty! Do chłodzenia napojów, natomiast, temperatura wody była bardzo odpowiednia.

Nieopodal dzieci odkryły kolonię żabek, i biedne gadziątka nie miały spokoju - dzieciaki łapały je, a potem urządzały im terraria, albo po prostu nosiły jak maskotki - żaby okazały się ogromną atrakcją!


Emilia, bardzo szybko doszła do wniosku, że w ubraniu nie będzie jej tak wygodnie jak na glaska (wymowa oryginalna), rozebrała się w oka mgnieniu, i nie skrępowana ubiorem brykała w wodzie. Kilkuletnia córka znajomych pozazdrościła Emilii, zrzuciła swój strój kąpielowy i obie dziewczynki hasały w stroju Ewy.

Krzysiek nie zabrał kąpielówek, bo stwierdził, że on kąpać się nie będzie. Ale pogoda była tak piękna, a woda ciepła, że i tak się kąpał, tyle, że w spodenkach, które potem szybko wyschły.

Sielanka na tej złotej plaży trwała kilka godzin, aż zgłodnieliśmy. Pozbieraliśmy manatki i wróciliśmy do obozowiska znajomych. I już tam zostaliśmy do wieczora. Inni ludziska wrócili do swoich namiotów więc ten kawałek plaży mieliśmy do własnej dyspozycji.

Krzysiek, zmęczony zabawą, zaszył się w samochodzie z przemyconym tabletem - i tak oto odpoczywał.


A jak siły wróciły, znowu hasał po plaży.

Emilii ani w głowie były jakiekolwiek drzemki - wytrzymała bez spania do końca. A zebraliśmy się do domu, kiedy pierwsze gwiazdy pojawiły się na niebie, a wraz z nimi - komary. Jeszcze nie wyjechaliśmy z terenu pola namiotowego a Emilia już słodko spała. Jakiś czas potem dołączył do niej starszy brat.