piątek, 25 lipca 2014

Z życia lali

Relacje Emilii z lalką zwaną Lalą stanowią odbicie relacji moich z Emilią. Emilia kładzie Lalę spać, karmi i poi Lalę (niestety, dość często prawdziwym jedzeniem i piciem, a wtedy ja mam moc dodatkowego sprzątania. Lala ma regularnie zmienianą pieluchę, choć dość często robi siusiu do ubikacji.


Emilia wozi Lalę w wózku, choć zdarza się, że najpierw ona sama wpakuje się do zabawkowego wózeczka, a Lala ląduje na jej kolanach.


Lala jeździ z nami na zajęcia karate i dżudo, do biblioteki, na zakupy...
Emilia myje Lalę, dba także o jej zęby, mimo, że tych nie widać.


I tylko ubrania odmawia Lali - co założę Lali ubranko, Emilia natychmiast je ściągnie.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Zignic 2014

W sobotę wybraliśmy się na doroczny piknik organizowany przez mojego pracodawcę, zwany, od jego imienia Zignikiem. Zignic ma długą tradycję, odbywa się co roku od ponad trzydziestu lat, a ja pierwsze zaproszenie otrzymałam 8 lat temu, w pierwszym tygodniu pracy. W 2007 roku poświęciłam już tej imprezie wpis - można sobie poczytać tutaj.

Krzysiek, sam, nie pytany, obwieścił co najbardziej lubi na tym pikniku - napoje w puszkach (po angielsku: soda).

Bo raz do roku może ich pić ile chce. Normalnie nie kupuję a na innych imprezach ma limitowane. Ale raz na rok niech się dziecko opije i cieszy - wylatał się po lesie, to trochę tego cukru spalił.

Niestety, skoro brat żłopał sodę, to i Emilia musiała.


Większość zawartości puszki wylądowała na ubraniu, na szczęście przewidziałam tego typu awarię (choć myślałam, że to raczej tradycyjne jedzenie będzie powodem przebrania) i miałam rzeczy na przebranie.

Zdjęcie zrobiłam jedno, telefonem - aparatu nie brałam. Do noszenia mieliśmy krzesełka, więc ograniczyłam wszelkie inne rzeczy do dźwigania.

sobota, 19 lipca 2014

Niewiele się dzieje w ogródku



Z początkiem lipca nastało u nas upalne lato. W dzień temperatura dochodzi do +36 st C, w nocy spada do 15. Podlewam ogródek co wieczór, ale przy takim skwarze to jedynie zapewnia przetrwanie - rozwój wszelkiego zielonego życia zatrzymał się, kiedy zaczęły się upały. Coś tam kwitnie, ale nawet nie chce mi się biegać z aparatem i uwieczniać, stąd raptem dwa zdjęcia: niebieska hortensja powyżej i biało czerwona kompozycja (petunia + begonia) poniżej. 


Aparat miałam w ręku ponieważ chciałam zrobić zdjęcie Emilii obgryzającej niedojrzałe jabłka prosto z drzewa:


Twierdziła, że dobre...

czwartek, 17 lipca 2014

Super-Krzyś

Zdjęcie z Wakacyjnej szkółki Biblijnej. 
Więcej zdjęć z Wakacyjnej Szkółki Biblijnej  - tutaj.






wtorek, 15 lipca 2014

Buty

To idzi tu...

To idzi tu...

Buty mamy!

Niewygodne te obcasy!

yButy brata wygodniejsze!

niedziela, 13 lipca 2014

Czosnek

Kupiłam swego czasu dość sporą torebkę czosnku. Nie zdążyłam zużyć całego zanim zrobiła się dość późna wiosna (zeszłego roku) i czosnek zaczął wypuszczać zielone pędy. Szkoda mi go było wyrzucić, podzieliłam więc na ząbki i posadziłam w ogródku.

Czosnkowi na grządce spodobało się, wypuścił śliczne zielone pędy, i nawet przezimował na grządce - za mały był jeszcze na wykopywanie.

W połowie czerwca (tego roku) zielone nad ziemią zaczęło schnąć, więc wykopałam, najpierw jedną główkę, a kiedy okazało się, że część podziemna dość dorodna, wykopałam wszystko.

A potem umyśliłam sobie, że zaplotę sobie ten czosnek tak, jak to na jakiejś fotografii widziałam.

Z tym zaplataniem było trochę problemów, bo ciągle mi się wszystko rozpadało, aż w końcu, metodą prób i błędów, nie zrażona kolejnymi niepowodzeniami, doszłam do tego, jak to wszystko pozawijać i pozaplatać, żeby było jak trzeba.

I jak na pierwszy raz, chyba wyszło całkiem nieźle.

Trzyma się w jednym kawałku - i o to chodziło.

Kilka dni suszył się już zapleciony czosnek, potem obcięłam mu "wąsy", czyli resztki korzeni a na koniec zawisł w kuchni na ścianie.

I jeszcze nie spadł!

piątek, 11 lipca 2014

Zycie obozowe

Dzisiaj kilka ujęć życia obozowego. 
Na początek - testowanie sprzętu. Latarka-czołówka musi działać!


W oczekiwaniu na przyjazd kolegów, Krzyś dopija resztki cywilizacji - bardzo niezdrowy brązowy napój bąbelkowy. A Emilia nadal testuje sprzęt obozowy - tym razem scyzoryk szwajcarski brata. Nie pocięła się, bo nie potrafi go jeszcze otworzyć.


Czekanie na kolegów nieco się przedłużało, Krzyś pobiegł więc nad wodę sprawdzić co trzeba - wiadomo, czy woda mokra, ciepła, itp.


Na kempingu jadamy iście po amerykańsku, czyli obżeramy się straszliwie. Ale nie tylko kiełbaską smażoną na ognisku. Mieliśmy też czereśnie. Emilii bardzo smakowały - jadła je razem z pestkami. A sok ściekał po brodzie.


Każde miejsce kempingowe wyposażone jest w obręcz, w której można palić ogień oraz stół i ławki. Ale niektórzy wolą jadać posiłki na przenośnych lodówkach.


Samochód stał bezczynnie tak długo, że trzeba było sprawdzić czy wszystko z nim w porządku. Emilia rwała się do tej roboty, że hej!


A po długim dniu w upale i znoju, nadszedł czas na zmycie z buzi resztek jedzenia a z reszty ciała - całego obozowego brudu.


Po relaksującej kąpieli, zmęczone dziecko zasnęło w mgnieniu oka .
W tym roku ze spaniem było dużo lepiej niż w poprzednim roku - Emilia mniej się budziła i nie wykopywała ze śpiwora, więc nie zmarzła. Choć noce nie były aż tak zimne.


środa, 9 lipca 2014

Sunnyside Campground - Cougar Reservoir Area

Długi weekend z okazji Dnia Niepodległości spędziliśmy nad zbiornikiem retencyjnym Cougar Reservoir, na kempingu Sunnyside.

Wyjazd udał się niezmiernie. Dopisała pogoda - słoneczna ciepła, wręcz upalna. Dopisało też towarzystwo. Jedzenie było pyszne, a dzieci - cóż, dokazywały, jak to dzieci, ale tak w normie.

Tym razem nie użądliła nikogo żadna pszczoła ani osa, nikt sobie nie nabił guza, choć Emilia raz spadła z ławki.

Miejsce kempingowe okazało się niezmiernie urokliwe, w lasku, ale na skraju pagórka, a w dole rzeka zasilająca zbiornik. Od strony dróżki dojazdowej wyglądało to tak:

Sunnyside Campground, Cougar Reservoir Area

Spoglądając w górę, z pomiędzy gałęzi kilku różnych gatunków drzew (głównie cedrów) przebijało bezchmurne niebo - w ciągu dnia temperatura dochodziła do 30 stopni C!


Kiedy przeszło się kilka metrów za namiot, roztaczał się taki oto widok:


Rzut oka w lewo, i mamy widok na most z drogą dojazdową do kempingu:


Udało nam się trochę popływać w kanu. Pierwszego dnia krótko, żeby nie przestraszyć Emilii, drugiego dnia wyszła nam niezła wyprawa. 

Dopłynęliśmy na wyspę, a potem zwiedziliśmy zatoczkę, do której wpada jeden ze strumieni zasilających jezioro. Po dwóch godzinach wróciliśmy, bo zrobiło się strasznie gorąco, nawet na wodzie było nie do zniesienia.

Fali nie było, nikt się nie bał, ryby nie brały, ale za to Krzysiek miał zabawę rozbryzgując wodę a na koniec Emilia wrzuciła kapelusik do wody i musieliśmy się wrócić i wyłowić. Zdjęć z poziomu wody nie ma - aparatu nie brałam, ponieważ pilnowanie Emilii i aparatu to trochę za dużo. Choć przyznam, że Emilia była w kanu bardzo grzeczna.

A wieczorem - ogniska żar.


poniedziałek, 7 lipca 2014

Półkolonie i Wakacyjna Szkółka Bibilijna

Jeszcze w czerwcu woziłam Krzysia na półkolonie przy kościele luterańskim.
Trochę daleko od nas, ale za to zajęcia odbywały się w godzinach umożliwiających mi spokojne pójście do pracy, czyli od 9 rano do 3 po południu.

Okazało się, że moje dziecko spotkało tam kolegę z karate, dzieci naszych polskich znajomych, a jednym z wolontariuszy był ministrant z naszego, jak najbardziej katolickiego, kościoła.

Dzieci chodziły do pobliskiego parku, uczyły się piosenek, grały w różne gry, wykonywały projekty plastyczne, oglądały przedstawienia kukiełkowe, słuchały opowieści biblijnych, same przyrządzały sobie przekąski, a w środę pojechały na najprawdziwszą wycieczkę z chodzeniem po lesie i kąpielą w basenie. Całe 6 godzin miały dzieci wypełnione ciekawymi zajęciami, więc nie tylko Krzyśkowi bardzo się podobało. Jedyna krytyczna uwaga odnosiła się do długości półkolonii, które trwały zaledwie 5 dni, ku rozpaczy dzieci, a przypuszczam, że i rodzice chętnie widzieli by wydłużenie zajęć o kolejny tydzień. Zwłaszcza, że cena była bardzo przystępna ($35).

W niedzielę, dzień przed rozpoczęciem półkolonii, odbył się piknik, na który wybraliśmy się, żeby poznać osoby, które miały się zajmować dziećmi. Gorąco było straszliwie, więc nie brałam aparatu, ale kilka zdjęć telefonem zrobiłam.

Na stronie kościoła luterańskiego są zdjęcia z półkolonii minionych lat, ale tegorocznych jeszcze nie ma. Podaję jednak linka, bo może niebawem strona zostanie uaktualniona. LINK


 

 

W tym tygodniu moje dziecko bierze udział w zajęciach Wakacyjnej Szkółki Biblijnej (Vacation Bible School), organizowanej przez naszą parafię. Już w zeszłym roku zapisałam Krzyśka na VBS, a że bardzo mu się podobało, zapisałam go i w tym roku. Szkoda tylko, że zajęcia trwają tylko 3 godziny dziennie, też tylko przez jeden tydzień.

Po pierwszym dniu dziecko bardzo zadowolone - kiedy go odbierałam, rozrabiał z kolegą, z którym razem przygotowywali się do pierwszej komunii. (Zdjęcia z zajęć szkółki do obejrzenia tutaj.)

piątek, 4 lipca 2014

Fioletowe bolerko

Z okazji urodzin, Emilka dostała od cioci Ani kilka ślicznych i bardzo mięciutkich kłębuszków. Nie mogło być inaczej, bo ciocia Ania regularnie zaopatruje mnie w materiały do dziergania śliczności dla mojej córeczki.

Pierwszy motek, w kolorze fioletowym, już przerobiłam - na letnie bolerko.


Projekt z głowy, ale robione od góry i całkowicie bezszwowo.
Zapinane na jeden guziczek - pętelka wyszła mi nieco za duża, ale i baz guziczka trzyma się na Emilii jak trzeba.

nitka ma kolorową osnowę, która stanowi ozdobę dzianiny, nie przesadzałam ze splotami - jedynie raglan ozdobiłam warkoczami.


Kolor najlepiej oddaje pierwsze zdjęcie - musiałam je nieco podrasować na komputerze bo aparat uparcie odmawiał zarejestrowania rzeczywistego odcienia.

Druty 3.25 i 2.75 mm. Włóczka: Sidar Snuggly Tiny Tots (90% akryl, 10% poliester), 137 m / 50 gr - zużyłam cały motek bez może 2-3 metrów.

Pod spodem zamieszczam opis wykonania - proszę o wskazanie niedociągnięć i niejasności - przyznam, że przygotowanie sensownego opisu okazało się dla mnie trudniejsze niż wydzierganie bolerka.


Opis wykonania:

Druty w mniejszym rozmiarze - nabrać 65 oczek i przerobić 3 rzędy ryżem.
W ostatnim rzędzie dodać 4 oczka - razem 69 oczek.
Zmienić druty na większy rozmiar.
Od kolejnego (4) rzędu przerabiać dżersejem (pierwsze 3 oczka z brzegu [bez .o brzegowego] - ryżem). Od tego samego (4) rzędu - dodawanie oczek 12 x 1 oczko po obu stronach każdego warkocza:

  • 1/2 przodu - 10 oczek
  • warkocz - 4 oczka
  • rękaw - 8 oczek
  • warkocz - 4 oczka
  • tył - 17 oczek
  • warkocz - 4 oczka
  • rękaw - 8 oczek
  • warkocz - 4 oczka
  • 1/2 przodu - 10 oczek

Warkocz przeplatany co 4 rzędy począwszy od od rzędu szóstego.

Rz 28:

  • przerobić 24 oczka (22 oczka + 2 z warkocza), 
  • odłożyć na nitkę/agrafkę/itp 36 oczek (32 o pomiędzy warkoczami, 2 oczka warkocza przed i 2 oczka warkocza po), 
  • przerobić  45 oczek (41  o pomiędzy warkoczami, 2 oczka warkocza przed i 2 oczka warkocza po),  
  • odłożyć na nitkę/agrafkę/itp 36 oczek (32 o pomiędzy warkoczami, 2 oczka warkocza przed i 2 oczka warkocza po), 
  • przerobić 24 oczka (22 oczka + 2 z warkocza).

Na drucie powinno być 99 oczek (24+ 45 + 24).

Przerobić 7 rzędów.
Zmienić druty na mniejszy rozmiar, przerobić 3 rzędy ryżem, zamknąć wszystkie oczka.

Rękaw. Nabrać na druty odłożone wcześniej 36 oczek - przerobić 7 rzędów. Zmienić druty na mniejszy rozmiar, przerobić 3 rzędy ryżem - w pierwszym rzędzie ująć równomiernie 5 oczek. Zamknąć wszystkie oczka. Tak samo z drugim rękawem.

Przyszyć guzik. Wykonać pętelkę na szydełku.

środa, 2 lipca 2014

Pierożki drożdżowe z porzeczkami

Pierożki drożdżowe z porzeczkami
(przepis pochodzi z publikacji WYPIEKI DOMOWE wydanej nakładem Komitetu Gospodarstwa Domowego, Zarządu Głównego Ligi Kobiet Polskich, Warszawa 1988)


Składniki:
2 szklanki mąki
4 dag drożdży
2 jaja
2 łyżki cukru
szczypta soli
około 3/4 szklanki mleka
13 dag margaryny
kilka łyżek porzeczek świeżych lub mrożonych, odcedzonych z soku
łyżka tartej bułki
cukier do porzeczek
białko do smarowania
tłuszcz do blachy

Wszystkie składniki włożyć do miski razem z pokruszonymi drożdżami i stopionym ciepłym tłuszczem, dokładnie ciasto wyrobić. Przykryć czystą ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Ciasto wyłożyć na stolnicę i rozwałkować prostokąt grubości ok. 0.5 cm, podzielić na kwadraty o boku ok 9-10 cm.

Na środku każdego kwadratu kłaść porzeczki wymieszane z cukrem i bułką tartą. Zlepić na wierzchołkach rogi kwadratu i układać dość luźno na wysmarowanej tłuszczem blasze. Pozostawić do wyrośnięcia. Posmarować rozbitym białkiem i posypać cukrem. Piec w średnio gorącym piekarniku ok. 30 minut.


Moje modyfikacje:

Drożdże suche, masło zamiast margaryny i czerwone porzeczki zamiast czarnych. Wszystko wrzuciłam do maszyny do pieczenia chleba i nastawiłam na program wyrabiania ciasta na pizzę. Zamiast kwadratów cięłam jak mi wyszło - byle dało się na środku usypać kopkę porzeczek. Wyszły mi bardziej prostokąty, ale dla podniebienia nie miało to żadnego znaczenia - ocukrzone porzeczki w cieście drożdżowym okazały się bardzo smaczne.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Lekcje pływania na odkrytym basenie

Trochę odpuściłam sobie pływanie Krzysia w minionych miesiącach. Wakacje się zaczęły, więc postanowiłam znowu go zapisać na basen.

Ponieważ Krzyś jest w najbardziej zaawansowanej grupie w swoim przedziale wiekowym, możliwości wyboru co do dnia i pory są mocno ograniczone. Jak się jeszcze weźmie pod uwagę zajęcia z karate i dżudo, z których dziecko za  nic nie chce zrezygnować, poukładanie wszystkiego wymagało ode mnie wytężonego wysiłku umysłowego.

Udało się, ale na basen jeździmy na drugi koniec miasta. Jest to basen odkryty, czynny tylko latem. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, utrzymany jest doskonale, a czystości mogłaby pozazdrościć niejedna kryta pływalnia.

Okazało się, że na pierwszych zajęciach było dzieci troje (z pięciu), ale na drugich Krzyś był jeden - ćwiczył sam pod okiem dwóch instruktorek. Kiedy robiłam mu zdjęcia, akurat ćwiczył skoki na główkę - a ma co ćwiczyć, bo na razie wychodzą mu "na dechę".


Basen, to w zasadzie kompleks basenów obejmujący ten największy, na którym Krzyś ma zajęcia, mniejszy (tam uczą się pływać maluchy), jacuzzi oraz płytki basen do którego się wpada ze zjeżdżalni, połączony z brodzikiem. Dodatkową atrakcję najpłytszego basenu stanowią fontanny, natryski, parasolki i inne cuda-wianki. Jest też obok piaskownica - o powierzchni naszego domu.

Kiedy Krzyś pływa, Emilia pluska się w tym najpłytszym basenie. A jak jej się znudzi woda, biegnie do piasku. Pomiędzy brodzikiem a piaskownicą jest fontanna, i tam opłukuję dziecko z piasku podczas kursu powrotnego do brodziku.


Mimo, że na ten basen mamy dość daleko, to jednak nie żałuję, że właśnie tam teraz jeździmy - obie pociechy mają wszak frajdę!

sobota, 28 czerwca 2014

Zakończenie roku szkolnego

13 czerwca był ostatnim dniem zajęć szkolnych.
Lekcji tego dnia nie było - przez pół dnia dzieci bawiły się w różne gry i zabawy, a w południe opuściły mury szkolne.

Wprawdzie żadnej akademii na zakończenie roku szkolnego nie było, ale posłałam dziecko z małym prezencikiem dla pani wychowawczyni oraz dla praktykantki, która od kilku miesięcy prowadziła sporo zajęć w klasie: notesik, długopis, karteczka z podziękowaniem od dziecka i kwiatek. Drobiazg.


Okazało się, że poza moim dzieckiem (albo raczej mną), nikt inny nie pomyślał, aby podziękować nauczycielkom za ich trud. A muszę przyznać, że pani starała się, co nie jest łatwe w klasie 30 ośmiolatków - najbardziej ujęła mnie tym, że w miarę możliwości podchodziła bardzo indywidualnie do dzieci, choć zdaję sobie sprawę, że przekładało się to na sporo dodatkowej dla niej pracy.

Krzyś skończył drugą klasę. Kilka dni po zakończeniu roku szkolnego przyszedł pocztą raport z wynikami testów wewnątrz szkolnych dziecka. Druga klasa to za wcześnie na testy stanowe, pozaszkolne. Świadectwa, jakie my, Polacy, znamy - tutaj nie ma. 

czwartek, 26 czerwca 2014

Bilans dwulatka i imprezka urodzinowa

W minioną sobotę świętowaliśmy urodzinki Emilii - jak zawsze, w gronie bliskich znajomych.

Tort - w tym roku mama upiekła sama.

Emilia nie spała w ciągu dni, była dość zmęczona, choć każdy zjedzony kawałek tortu lub sernika dodawał jej na jakiś czas sił. Przy dmuchaniu świeczek odmówiła współpracy, nawet odwróciła głowę nie chcąc patrzeć na tort, choć zdmuchiwanie płomyków to jedna jej z ulubionych zabaw. Ale nie jak akurat chcieli jej przy tym zrobić zdjęcie. Okazało się, że z drugich urodzinek, nie ma żadnego ładnego zdjęcia Solenizantki.

Emilia - podczas przyjęcia urodzinowego

Impreza się udała, gwoździem programu była kąpiel w basenie, choć moim zdaniem woda była za zimna - dzieciom to jednak nie przeszkadzało.

Emilia - podczas przyjęcia urodzinowego.

A wczoraj zabrałam Emilię na bilans dwulatka.

Moja córeczka to nadal kruszynka, spójrzcie na wyniki pomiarów:

  • waga: 11.7 kg (38 percentyli)
  • wzrost: 81.3 cm (13 percentyli)
  • obwód głowy: 48 cm (53 percentyle)

Natomiast jeśli chodzi o rozwój - pod każdym względem spełnia, a często przekracza "wymagania" dla dwulatka.

Z ciekawości sprawdziłam wpis na temat bilansu dwulatka Krzysia (tutaj) - też nie był szczególnie dużym dwulatkiem, ale jednak ważył więcej i był nieco wyższy:
  • (Krzyś 2 lata) waga: 12.76 kg (50 percentyli)
  • (Krzyś 2 lata) wzrost: 84.5 cm (25 percentyli)

wtorek, 24 czerwca 2014

Crazy Hair Day

W ramach motywowania dzieci do lepszego zachowania i nauki, pani wychowawczyni trzymała na biurku słoik, do którego wrzucała szklane kulki, kiedy dzieci spełniły wcześniej określone wymagania. Kiedy słoik był pełen, cała klasa głosowała, jaką nagrodę wybrać. Tym razem padło na Dzień Szalonych Fryzur.

Dzień przed zakończeniem roku szkolnego, rano, przed wyjście do szkoły, zostałam zatrudniona jako fryzjerka. W ruch poszedł grzebień i lakier do włosów. Zgodnie z życzeniem dziecka, na głowie pojawił się irokez (czyli mahawk), a raczej trzy.


Na szczęście dziecko nie zażądało zmiany koloru - a pod szkołą widziałam, że wiele dzieci zapragnęło mocno kolorowych włosów.

niedziela, 22 czerwca 2014

Piknik w przedszkolu

W przedszkolu Emilii odbył się niedawno piknik dla dzieci, rodziców, babć, dziadków - wszelkich krewnych i znajomych.

Wybrałam się tylko z Emilią, bo Krzyś najpierw chciał, ale potem zmienił zdanie.

Gwoździem programu było farbowanie koszulek. Emilia dorwała się do butelek z farbami i lała te barwniki na materiał bez opamiętania. Straszliwie jej się ta zabawa podobała. Starałam się ją nieco powstrzymać, bo nie chciałam, żeby wszystkie te barwniki zbytnio się zmieszały dając jeden, bury i nijaki kolor. Oto efekt naszych połączonych acz raczej rozbieżnych poczynań:


Wyszło nawet nieźle - ku mojemu zaskoczeniu.

Teraz oboje, i Emilia i Krzyś, mają własnoręcznie farbowane koszulki - taka u nas moda.