sobota, 18 maja 2019

Wyzwanie czytelnicze

Na przełomie marca i kwietnia uczniowie gimnazjum, do którego chodzi mój syn uczestniczyli w wyzwaniu czytelniczym. W czasie trzech tygodni mieli przeczytać jak najwięcej minut a samo wyzwanie połączane było z kwestą na rzecz szkoły. Na tych, którzy przeczytali najwięcej w poszczególnych kategoriach (klasowych), bądź uzyskali najwięcej sponsorów, czekały różne nagrody.

Jeden z tych trzech tygodni wyzwania wypadł podczas ferii wiosennych, więc byłam pewna, że sporo gimnazjalistów wykorzysta ten czas, żeby nabić sobie licznik minut. Z Krzyśkiem umowę miałam taką, że tyle ile minut przeczyta, tyle czasu może grać na moim komputerze. Układ ten okazał się bardzo motywujący dla mojego syna, który wyzwanie zaliczył z wynikiem 1965 minut. Było sporo dni, kiedy nie czytał w ogóle, nic, ani jednej strony, ale były też i takie dni, kiedy jak zaczął czytać to ja już dawno zasnęłam, a on dalej czytał. Ponieważ nie trzeba było wstawać do szkoły, to sobie dziecko mogło zarwać kilka nocy. W końcu wiem jak trudno oderwać się od ciekawej lektury - sama zarwałam niejedną noc czytając, choć ostatnio staram się już tego nie robić bo z wiekiem coraz trudniej mi się pozbierać następnego dnia.

Średnio wyszło Krzyśkowi jakieś 93 minuty dziennie. Niby sporo, ale z perspektywy wyzwania, to jednak niezbyt imponujący wynik. Jakież więc było zaskoczenie i moje i Krzyśka, kiedy okazało się, że przeczytał najwięcej z pośród wszystkich uczniów w szkole. W nagrodę dostał książkę oraz kartę do księgarni o wartości $25.

czwartek, 16 maja 2019

Białe powojniki



Przeglądając zdjęcia do dzisiejszego wpisu, doszłam do wniosku, że poświęcę go całkowicie białym  powojnikom.


Wiosna piękna, w ogródku kwiaty cudne wszystkie, ale to właśnie zdjęcia powojników zachwyciły mnie najbardziej - nawet nie wiedziałam, że tak ładnie wyszły.


Jeden z powojników rośnie sobie w donicy z drabinką wspierającą się o płot. Płot stoi na słowo honoru ale mam nadzieję, że kiedy pojawią się nowi sąsiedzi (dom wystawiony jest na sprzedaż) to podzielimy się kosztami postawienia nowego płotu. Póki co, ten, który jeszcze stoi, stanowi ładne tło dla delikatnych powojników.


Drugi powojnik też pod płotem, ale z innej strony, oddzielającym od innych sąsiadów. Ten płot jest druciany, z przeplecionymi plastikowymi listewkami, zamieniający siatkę w niby parkan.


Zaraz obok rośnie bez. Trochę się musiałam powyginać i nagimnastykować, ale w końcu udało się zrobić zdjęcie powojnika na tle bzu.


Trzeci biały powojnik oplata pień ostrokrzewu rosnącego tuż przy tarasie. Pieniek to raczej, niewiele szerszy od zwykłego palika, bo drzewko-samosiejka niewiele sobie liczy lat.

wtorek, 14 maja 2019

Artystka na basenie

Emilia lubi malować, a jeszcze bardziej bawić się farbami. Po każdej sesji pół pokoju wyłączone jest z użytku ponieważ na podłodze suszą się efekty działalności plastycznej dziecka:



Zazwyczaj są to właśnie taki bohomazy jak powyżej, ale czasem wyjdzie spod jej ręki coś tak niesamowitego, że aż dech zapiera. No bo jak uwierzyć, że coś takiego wymalowało moje sześcioletnie dziecko?


Bardzo jestem ciekawa czy z czasem Emilia zarzuci malowanie, czy pociąg do sztuki okaże się na tyle silny, by rozwijać ewentualny talent w formie jakichś lekcji lub choćby kursu rysunku. Czas pokaże.

Póki co, Emilia, do zeszłego piątku żyła jog-a-thonem, który jak co roku, miał miejsce w jej szkole. W tym roku nie mogłam osobiście obserwować jej poczynań, ale wiem, że przebiegła 19 okrążeń - tyle samo co rok wcześniej.

Jog-a-thon pozostał wspomnienieniem, ale teraz na tapecie jest basen z treningami dwa razy w tygodniu. Nie są to lekcje, bo pływać dziecko już się nauczyło. Teraz dzieci ćwiczą wytrzymałość zaliczając kolejne długości basenu. Pół godziny takiego treningu wywołuje wilczy apetyt nie tylko wieczorem, ale jeszcze następnego dnia rano!


piątek, 10 maja 2019

Sweet Creek Falls

W środę, 8 maja, dostaliśmy od lokalnego związku nauczycieli dzień wolny od zajęć szkolnych. Na ten właśnie dzień nauczyciele zaplanowali protesty i pikiety z żądaniami dofinansowania szkolnictwa. Ponieważ planami tymi podzielili się z resztą lokalnej społecznyości trzy tygodnie wcześniej, rodzice mogli sobie jakoś ten dzień zagospodarować. Ci, co musieli tego dnia pojawić się w pracy, mieli sporo czasu by załatwić opiekę do dzieci, a ci, którzy mogli sobie wziąć wolne, mogli sobie zaplanować w jaki sposób ten dodatkowy wolny dzień spędzić.

Sweet Creek, OR

Ponieważ pogodę mamy ostatnio przecudną, wybraliśmy się na wycieczkę do dospadów Sweet Creek Falls.

Sweet Creek Trail

W górę potoku prowaszi szlak, niezbyt długi ani wymagający, za to z pięknymi widokami na wodospady.

Sweet Creek Falls

Podobno jest ich 11, choć mi się wydaje, że więcej. Są różne - szerokie i wąziutkie, wysokie i niskie, wielokaskadowe i jednokaskadowe.

Sweet Creek Falls

Ponieważ słońce mocno operowało i zdjęcia robione aparatem nie wychodziły zbyt dobrze, nakręciłam komórką kilka filmików.







Wodospady to nie jedyna radość dla oczu. Soczysta majowa roślinność wzdłuż ścieżki aż prosi się o uwiecznienie.




  

To nasza druga wizyta w tym miejscu. Pierwszy raz wybraliśmy się do Sweet Creek Falls pod koniec maja ubiegłego roku. Roślinność była wówczas bardziej wybujała, ale jakby mniej wody w potoku. Część zdjęć pochodzi właśnie sprzed roku.

Sweet Creek Trail

Zatrzymaliśmy się w dokładnie tym samym miejscu co rok temu by dzieci mogły nieco popluskać się w wodzie. To chyba najbardziej dogodne do tego celu miejsce, w którym woda rozlewa się szeroko i płynie leniwie a do tego jest dość płytka.

Sweet Cree

Ponieważ całej naszej trójce miejsce to podoba się, zapewne wybierzemy się tam jeszcze nie raz.

poniedziałek, 6 maja 2019

Lorelei 2

Pod koniec ubiegłego roku testowałam wzór pięknego swetra Lorelei dla Amanity, a efekt moich działań pokazałam i opisałam w styczniu (tutaj: KLIK) Wzór tak bardzo mi się podoba, że wiedziałam, że na jednym swetrze się nie skończy. Tak się wspaniale złożyło, że projektantka zorganizowała KAL, w którym wzięłam udział. Mimo, że początek roku nie sprzyjał robótkom ręcznym, udało mi się skończyć Lorelei II w wyznaczonym terminie, czyli do końca marca.


Specjalnie założyłam sweter na wyjazd nad ocean podczas ferii wiosennych, żeby zrobić zdjęcia w ładnej scenerii.


Zdjęcia zrobił mi syn - całkiem udane! Oglądałam je po wielokroć ale zapomniałam się nimi, i samym swetrem, pochwalić. Dzisiaj nadrabiam to niedopatrzenie.


Lorelei II powstała z Sonaty, włóczki wygranej w konkursie u Splocika cztery lata temu. (Udało mi się nawet zlokalizować wpis, w którym chwaliłam się wygraną w konkursie KLIK.) Włóczka czekała na pomysł, i choć miałam kilka koncepcji wykorzystania jej, do żadnej nie byłam w stu procentach przekonana, aż pojawiła się Lorelei.


Ponieważ Sonata jest nieco grubsza od zalecanej włóczki, musiałam nieco pokombinować, żeby rozmiar wyszedł odpowiedni oraz  żeby włóczki wystarczyło, bo miałam tylko 3 motki.


Z małym potknięciem, ale udało się. Za pierwszym podejściem zrobiłam nieco za wąski karczek i prułam cały tygodniowy udzierg. Dodałam jedno powtórzenie wzoru i  w tej wersji karczek jest już jak należy.


Rękawy są dość mocno dopasowane a długość taka, jak w opisie. Choć nie przepadam za długością 3/4 tym razem nie miałam wyjścia - włóczkę wykorzystałam do ostatniego kawałeczka. Po zamknięciu oczek zostało 12 cm oraz maleńka próbka, którą trzymałam na wypadek jakby się okazało, że źle sobie rozdzieliłam włóczkę na rękawy i jeden rękaw ma krótszy ściągacz. Obawy moje okazały się na wyrost a próbkę dostała Emilia na kocyk dla jednego z małych pluszaczków.


Zdjęcia robił Hultajstwo, najpierw pod sklepem z pamiątkami, potem na plaży.

Wcześniej, z samego rana, jeszcze przed wyjściem do kościoła na niedzielną mszę, Emilia zrobiła mi kilka zdjęć w ogródku, ale było zbyt dużo cienia i zdjęcia nie wyszły zbyt dobrze.



Jedno z nich zamieszczam, bo widać na nim, że Lorelei dobrze wygląda nie tylko w sportowym zestawieniu ze spodniami, ale też i z elegancką spódnicą.


Garść informacji:
  • włóczka Sonata (Anilux), 70% bawełna, 30% wiskoza, 294 m/100 gr, zużycie 287 gr
  • druty 2.5 i 3 mm
  • wzór Lorelei by Agata "Amanita" Mackiewicz

piątek, 3 maja 2019

Zawody lekkoatletyczne

Zaraz po feriach wiosennych, na początku kwietnia, zaczęły się u Krzyśka w szkole treningi z lekkiej atletyki, a wczoraj odbyły się pierwsze zawody.
Trochę się na nie spóźniłam, ale załapałam się na skok w dal i sztafetę.


Przegapiłam bieg na 800 metrów, który Krzysiek ukończył na czwartym miejscu, nad czym strasznie ubolewał. Skok w dal zaliczył na 12 stóp czyli jakieś 3 metry i 66 cm.

Najlepiej poszło chłopcom w sztafecie. Skład niemal taki sam jak w poprzednich latach, tylko jeden chłopak inny, bo ten, co z nimi do tej pory biegał teraz gra w bejsbol. Reprezentanci pozostałych szkół nie mieli szans. Udało mi się nakręcić filmik telefonem (Krzysiek biegnie jako trzeci):



Krzysiek najchętniej wziąłby udział we wszystkich możliwych konkurencjach ale jeszcze tego samego dnia miał mecz piłki nożnej, więc nie mógł zostać do końca. Za dwa tygodnie kolejne zawody i też mecz piłki nożnej tego samego dnia.

wtorek, 30 kwietnia 2019

baletnica - pływaczka - biegaczka

Po miesięcznej przerwie, na początku kwietnia, rozpoczęła się kolejna sesja zajęć z baletu i stepowania, na które chodzi Emilia. Zmieniła się instruktorka, ale nowa pani natychmiast podbiła sześcioletnie serduszko mojej córki.

Na zajęcia Emilia uczęszcza chętnie, choć sukienka już jej się znudziła i ćwiczy w zwykłych ubraniach i w baletkach, które potem zmienia na buty do stepowania. Dobrze, że na tych zajęciach strój baletnicy nie jest wymagany jak w innych studiach. Na pamiątkę zostały nam zdjęcia małej baletnicy zrobione podczas marcowej sesji.

Baletnica to raczej z Emilii nie będzie.
Coś mi się widzi, że po zakończeniu tej sesji nastąpi przerwa w zajęciach tańca - ot i niestałość uczuć sześciolatki.

Teraz dziecko życzy sobie wrócić na pływalnię, a warunki są sprzyjające, bo i w miarę ciepło, i ja mam trochę luźniejsze popołudnia gdyż na czas sezonu piłkarskiego i zajęć lekkoatletycznych Pierworodnego zawiesiłam karate i dżudo. Pływanie wydaje mi się dużo zdrowszym zajęciem niż balet, więc ucieszyłam się, że dziecko znowu chce pływać, i korzystając z zapału córki, szybciutko zapisałam ją basen - pierwsze zajęcia już za tydzień.



W naszym mieście co roku organizowany jest Eugene Marathon, impreza dość znana w świecie biegaczy, ciesząca się sporą popularnością. Zachęcona w szkole przez pana od gimnastyki, Emilia postanowiła wziąć udział w wyścigu dla dzieci od 4 do12 lat - tzw. Kids Duck Dash. Maluchy miały do przebiegnięcia około kilometra i Emilia podobno nie miała problemu z ukończeniem. Choć muszę przyznać, że niewiele się od niej dowiedziałam bo od samego wyścigu ważniejsze okazało się karmienie kaczek w pobliskim parku już po zakończeniu imprezy. Niemal w tym samym czasie Krzysiek miał mecz, na który ja go zawiozłam. Niestety, nie da się być równocześnie w dwóch różnych miejscach. W każdym razie Emilia przyniosła do domu medal (nie wiem czy za uczestnictwo czy za ukończenia) i butelkę na wodę w kolorze i z logo Eugene Marathon.
No i jej uczestnictwo zostało oficjalnie odnotowane w archiwum imprezy.


czwartek, 25 kwietnia 2019

Czwartki z kosiarką

W miarę możliwości czasowych kontynuuję sprzątanie ogródka po zimie, a równocześnie wysypuję wiórami te miejsca, w których stara kora i zeszłoroczne wióry zdekompostowały się lub ich w ogóle nie było.


Trawa rośnie jak szalona i wymaga cotygodniowego koszenia. Tak wyszło, że koszenie wypada mi co czwartek.

Regularnie koszony trawnik, podlany deszczem, ogrzany słoneczkiem, pięknie się prezentuje.

Przed domem trawnik sięgał aż do samej ulicy. Od kilku lat nosiłam się z zamiarem wprowadzenia zmian, ale ogrom wymaganej pracy przerażał mnie, czas uciekał. Aż doszłam do wniosku, że będę wprowadzać zmiany stopniowo, rozciągając je na przestrzeni kilku lat, w miarę sił i możliwości.

Zaczęłam roku temu, likwidując wąski pasek trawy wzdłuż krawężnika, taki na szerokość szpadla. Miejsce po darni wysypałam wiórami. Jesienią usunęłam kolejny pas, uzupełniłam wióry, i posadziłam na całej długości cebulki krokusów.

Zimą przyszedł czas na kolejny pas usuniętej trawy, znowu na szerokość szpadla. Mniej więcej w tym samym czasie natknęłam się w sklepie na mocno przecenione cebulki tulipanów i choć zima miała się już ku końcowi, posadziłam tulipany wiedząc, że nic im nie będzie. Kilka lat temu sąsiad posadził tulipany jeszcze później, kiedy inne już kwitły, i nie zaszkodziło im to - kwitną pięknie co wiosnę.

Tulipany wzeszły i zakwitły, co widać na zdjęciu. (Z prawej strony widać też krokusy, których czas kwitnienia przypadł wcześniej.) W tym roku sezon na tulipany trwał długo, pogoda im wyjątkowo sprzyjała. (Ta pomarańczowa plamka w  prawym górnym rogu zdjęcia to tulipany sąsiada, o których pisałam powyżej.) Mam nadzieję, że z czasem cebulki rozmnożą się, a pojedyncze kwiaty zastąpią całe ich kępy. Na zdjęciu widać też moje dotychczasowe postępy w likwidowaniu trawnika. Nie chcę go całkowicie zlikwidować a jedynie zredukować, zastępując pasem z kwiatami wiosennymi, które nie wymagają latem podlewania. Mam na kartce rozpisane, które kwiaty pojawią się w następnej kolejności. Na razie są krokusy (pierwsze od krawężnika) i tulipany.

Za domem też mam tulipany.


Na rabatce przysiadły Emilkowe plastikowe flamingi.


Okropnie mi się nie podobają, ale Emilia jest nimi zachwycona i mowy nie ma o eksmisji. No to się różowią ...


Za nami już czas kwitnienia śliw i czereśni. Już prawie wszystkie kwiaty opadły ale mam nadzieję, że zostały zapylone i owoce będą.


Kwitną też porzeczki, jagody i truskawki, wzeszedł i ładnie rośnie zielony groszek a szczypior taki wybujały, że aż trudno uwierzyć, że niczym nie podsypany.


Za dwa tygodnie mam dostać sadzonki pomidorów - koleżanka planuje mi je dać przed swoim urlopem a ja już się na nie bardzo cieszę.


c.d.n.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Piłka nożna

Pod koniec marca ruszyły rozgrywki piłkarskie.

Krzysiek zmienił organizację, w ramach której gra w piłkę. Dowiedziałam się, że dotychczasowy trener zrezygnował z pełnienia funkcji a jego syn przeniósł się do innej organizacji.

Tak się złożyło, że znam nowego trenera i jego żonę, Krzysiek chodzi z ich synem do szkoły, a w zeszłym roku grał z nim jednej drużynie w koszykówkę.
Decyzję, czy syn chce grać w ramach dotychczasowej organizacji czy innej, zostawiłam samemu zainteresowanemu, ale wynik był łatwy do przewidzenia.

W nowej drużynie większość zawodników chodzi do tej samej szkoły co Krzysiek, więc się chłopcy i dziewczyny znają.
Tak, chłopcy i dziewczyny, ponieważ drużyna jest koedukacyjna.

Wszyscy zawodnicy mają nie tylko takie same koszulki (czerwone lub niebieskie) ale też takie same spodenki i skarpety - musiałam kupić cały komplet, ale wybrałam rozmiar nieco większy, tak na zapas. (A skoro już pojawił się w domu taki piękny nowiutki strój, zabraliśmy go ze sobą do fotografa na naszą wiosenną sesję w marcu.)


Na pierwszym treningu okazało się, że poprzedni trener może już i nie prowadzi żadnej drużyny, ale chętnie pomoże trenerowi w obecnej drużynie syna i jest obecny na każdym treningu i meczu. Krzysiek z łatwością zaadaptował się w nowej drużynie bo okazało się, że z wieloma chłopakami grał już wcześniej albo w piłkę nożną, albo w koszykówkę, a kilka osób zna ze szkoły.


Na pierwszym treningu okazało się też, że ponieważ wielu zawodników ma młodsze rodzeństwo, które też kopie piłkę tylko w młodszej drużynie, obie drużyny trenują razem. Trenerem młodszej drużyny jest ojciec dwóch dziewczyn z drużyny Krzyśka (a ich brat jest właśnie w tej młodszej.)


Sporo tu powiązań rodzinnych ale też i innych znajomości około szkolnych. Chyba z tego wynika tak ogromna dawka serdeczności, którą wyczuwam wśród dorosłych - to dość znaczna zmiana w stosunku do poprzednich sezonów. (Zdarzało się, że po wielu treningach i meczach, dla niektórych rodziców nadal byłam niezauważalna, całkowicie ignorowana, więc większość meczy spędzałam z Emilią na jakimś placu zabaw.)


Pierwszy mecz tego sezonu, mimo że podczas oberwania chmury, przypominał radosny piknik, tym bardziej, że wygraliśmy 5:1.

Podczas tego meczu Krzysiek strzelił pierwszego gola. Pierwszego w tym meczu, pierwszego w tym sezonie, pierwszego jako zawodnik jakiejkolwiek drużyny.


Kolejne mecze były przegrane (0:3, 0:2) ale za to Krzysiek zaliczył nową funkcję - bramkarza. I nie przepuścił żadnej piłki.

piątek, 19 kwietnia 2019

35 lat bez taty

35 lat temu, w Wielki Czwartek, 19 kwietnia 1984 roku, zmarł mój tato.

(16.01.1946 - 19.04.1984)

Miał 38 lat.

Niewiele mam zdjęć taty, a tych, na których jesteśmy oboje, 
można policzyć na palcach jednej ręki.

Poniżej, zdjęcie z mamą, tatą i bratem.