niedziela, 19 lutego 2017

Hultajstwo w tarapatach

Na początku lutego zadzwoniła do mnie pani dyrektor ze szkoły, żeby mnie powiadomić, że Krzysiek narozrabiał. W tarapaty wpadli razem z kolegą.

Po pierwsze, w czasie zajęć rysowali sobie Statuę Wolności  i nie o sam fakt przekładania wartości artystycznych nad zajęcia dydaktyczne chodziło, ale o to, że Statuę przedstawili w wersji męskiej ze szczegółami anatomicznymi. Wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.

Po drugie, chłopcy licytowali się, kto wymyśli najbardziej "śmiertelny" kawał jaki można komuś wywinąć. Krzysiek wymyślił dolanie do butelki z wodą odkażacza do rąk. Kolega uznał pomysł za doskonały i jeszcze tego samego dnia go zrealizował. A następnego dnia obaj chłopcy wylądowali na dywaniku u pani dyrektor.

Pani dyrektor poinformowała chłopców, że takie obsceniczne rysunki są obraźliwe i dlatego nie należy ich rysować a wychowawczynię poinstruowała, że ma pilnować by obaj zawsze mieli dodatkowe zadania do wykonania kiedy już uporają się z tymi zaplanowanymi, by nie mieli czasu na zabawy w artystów specjalizujących się w aktach.

Natomiast sprawa odkażacza do rąk dodanego do butelki z wodą została potraktowana bardziej poważnie. Najpierw pielęgniarka szkolna przeszkoliła obu w kwestii potencjalnych zagrożeń wynikających z tego typu kawałów, a pani dyrektor przeprowadziła z nimi rozmowę mającą na celu uświadomienie im różnicy pomiędzy światem realnym a fikcją z zaznaczeniem, że to co jest zabawne i dopuszczalne w filmach, książkach i na uTube, w realnym życiu, rządzącym się innymi zasadami, nie jest już takie zabawne i nie powinno mieć miejsca.

Potem chłopcy mieli do wykonania szereg projektów związanych tematycznie z zatruciami, kawałami, które mogą stanowić zagrożenie zdrowia lub nawet życia, stosowności takowych.

Ciągnęło się to przez kilka dni, a czwartego (ostatniego) dnia chłopcy dostali do rozwiązania quiz, i chyba przekonali panią dyrektor, że pojęli, że fikcyjny świat ma się nijak do rzeczywistego, w którym oni funkcjonuję, a także, że dotarło do nich, że żarty mają dość wyraźnie zarysowane granice, których przekraczać nie wolno bo w końcu im odpuściła.

Przez te wszystkie dni Krzysiek w domu zażarcie odmawiał okazania jakiejkolwiek skruchy o uznaniu winy nawet nie wspominając, aż w końcu tego ostatniego dnia przyznał, że źle zrobili i że nie warto było.

Mam nadzieję, że wyciągnie słuszne wnioski z całej tej afery i już więcej nie będę otrzymywała tego typu telefonów ze szkoły. Zdecydowanie wolę, kiedy chwalą moje dziecko.

W domu nie obyło się bez kary: miesiąc bez tabletu a do tego odwołane nocowanie u kolegi.
A do tego kilka wykładów, że nie warto, i nie należy pleść na głos wszystkiego co ślina na język przyniesie.

Ubawiłam się nieźle, kiedy rozgoryczony Krzysiek stwierdził, że jak w szkole mówi "dobre" rzeczy to go nikt nie słucha, a jak podał pomysł z odkażaczem, to zaraz wszyscy zwrócili uwagę. Powiedziałam mu, że ja też tak mam - ani on ani Emilia nigdy nie słuchają, kiedy mówię im te "dobre" rzeczy a wystarczy, że raz mi się wymsknie coś niedorzecznego bądź khm... coś czego nie da się pochwalić, a wypominają mi to bez przerwy (i bez litości). Dziecię spojrzało na mnie z osłupieniem a po chwili dojrzałam oznaki zrozumienia.
Właśnie tak to działa synku, ZAWSZE!

czwartek, 16 lutego 2017

PUR: Getry

Emilia zażyczyła sobie getry - mama zrobiła getry.


Dziecko wybrało sobie włóczki z pudełka z resztkami a mama wydziergała szybciutko, bo w dwa dni.

Włóczki nie są tej samej grubości, ale się tym szczególnie nie przejmowałam, bo coś mi mówiło, że getry zbyt długo użytkowane nie będą.

I miałam rację.

Fascynacja nową zabawką trwała mniej więcej tyle ile czasu zajęło mi dzierganie a potem getry zaległy w szufladzie.

poniedziałek, 13 lutego 2017

piątek, 10 lutego 2017

wtorek, 7 lutego 2017

Samodzielność kontrolowana

W ramach usamodzielniania syna, zostawiłam go samego w domu w poniedziałek, kiedy zajęć szkolnych nie było, a reszta rodziny normalnie pracowała (bądź została odwieziona do przedszkola).

Dzień wcześniej przećwiczyliśmy komunikowanie się za pomocą mailową.

Mama ma w pracy komputer, dziecku do ręki przyrósł stary smartfon, z którego zadzwonić wprawdzie nie może, ale korzystać ze skrzynki pocztowej - jak najbardziej. Adres dziecka, póki co, zna tylko mama.

Próba, powtarzana z upajającą radością prze Hultajstwo wielokrotnie, wypadła pomyślnie, więc następnego dnia wyruszyłam do pracy w nastroju w miarę optymistycznym. Dziecko miało nakazane dawać mi znać o tym co robi często, żebym się nie denerwowała, że mu się coś stało. (Oraz żeby wymusić na nim oderwanie się choć na chwilę od gier.)

Zaraz po włączeniu komputera w pracy dostałam pierwszą wiadomość - że dziecko się ubrało. (Przed 9 rano! SUKCES!)

Za chwilę nadeszła kolejna wiadomość - śniadanie dziecię też zjadło.

Kolejna wiadomość miała sprawić, że uwierzę, że Krzysiek zabrał się za czytanie. Powiedzmy, że dość sceptycznie odniosłam się do wiarygodności tego komunikatu.

Na wszystkie otrzymane od dziecka wiadomości odpowiadałam natychmiast, więc zdziwiłam się, kiedy w pewnym momencie dostałam kolejną, takiej treści:

Mama, jak to widish to napesh natyhmiast! 
(Pisownia oryginalna.)

Odpisałam.
Raz.
Drugi.
TRZECI.

Ponieważ nie dostałam żadnej odpowiedzi, pełna najgorszych przeczuć i katastroficznych wizji wsiadłam w samochód i pognałam do domu. Na szczęście to tylko 6 km, ale niestety załapałam się na czerwone światło na wszystkich możliwych skrzyżowaniach. Kiedy byłam tak z kilometr od domu, wykluczyłam pożar - w zasięgu wzroku nie widać było żadnej łuny czy też słupa dymu.

Wpadłam do domu jak burza.

- Krzyś, wszystko w porządku???!!!

Okazało się, że Krzyś szukał wiadomości ode mnie nie w tym folderze co trzeba...

A kiedy już się dowiedział, w którym folderze znajdują się przychodzące od mamy wiadomości, żadnych więcej zakłóceń z komunikacją na linii mama-syn nie było.


piątek, 3 lutego 2017

Szaraczki, czyli skarpety Nr 15

Od bardzo, bardzo dawna nie zrobiłam żadnych skarpetek, a dla siebie - od jeszcze bardziej dawna. Ponad trzy lata minęły jak z drutów zeszła ostatnia para, która do dziś grzeje mi stopy. Od dawna też nosiłam się z zamiarem zrobienia sobie kolejnych skarpetek, ale ciągle coś innego wyskakiwało i zawsze z jakiegoś powodu było to pilniejsze, aż w końcu nadszedł ten właściwy czas na Szaraczki.

 


Włóczkę kupiłam na letniej wyprzedaży w 2008 roku - leżakowała tak długo, że już jej nie produkują. Podobały mi się kolory oraz cena - zmniejszona z 16 do 4 dolarów za motek 100 gramowy. Niestety gdzieś mi się zapodziały druty 2 mm i robiłam na drutach 2.75 mm. Nie wiem jak się sprawdzą w noszeniu i praniu robione takim luźniejszym splotem, ale o tym przekonam się już niebawem.


Ledwie zaczęłam dziergać, na blogu Truskaveczki (KLIK) przeczytałam o Całorocznym KALu Skarpetkowym na polskiej grupie na Ravelry. Zazwyczaj nie biorę udziału w takich zabawach, bo np. 12 swetrów czy chust w 12 miesięcy to stanowczo ponad moje możliwości (to już raczej 12 takowych w 12 lat...).
Boję się zdeklarować wydzierganie jednego swetra w czasie od początku roku do końca kwietnia bo małe szanse na to, że mi się uda. Ale w tym przypadku wystarczy jedna para skarpetek na cały 2017 rok, a że skarpetki akurat zaczęłam, więc się zgłosiłam.


Tym razem robiłam od góry, choć nie przepadam za robieniem skarpet tym sposobem, ale chciałam wypróbować elastyczne nabieranie oczek, które wynalazła i linkiem podzieliła się na swoim blogu Kamila (KLIK).
Ledwie przerobiłam kilka rzędów jak przyszło mi do głowy, że z pewnością są także tutoriale z elastycznym zakańczaniem robótki, ale już mi się nie chciało pruć. Pierwsze swoje skarpety robiłam od góry to i piętnaste mogę też.


Garść informacji:

niedziela, 29 stycznia 2017

Spotkanie z wychowawczynią

W końcu doszło do spotkania z wychowawczynią Krzyśka.
Pierwotnie spotkanie było zaplanowane na początek grudnia, ale z powodu oblodzonych ulic zajęcia dydaktyczne, pozalekcyjne i spotkania z rodzicami zostały odwołane.
Drugi termin był na początku stycznia, ale wtedy spadł śnieg i znowu do spotkania z panią nauczycielką nie doszło.
Koniec stycznia okazał się łaskawszy jeśli chodzi o pogodę, spotkania odbyły się a ja miałam okazję wysłuchać wielu miłych słów na temat zachowania i postępów w nauce mojego syna.

Najbardziej spodobało mi się, kiedy pani powiedziała, że Krzysiek nie daje łatwo za wygraną, nie poddaje się i kiedy nie może rozwiązać jakiegoś problemu w jeden sposób, stara się spojrzeć na sytuację/zagadnienie z innej strony i dalej szuka - aż znajdzie. To bardzo przydatna w życiu cecha i cieszę się, że mój jedenastolatek już tak potrafi przynajmniej w szkole.

Poza tym, jego biurko w szkole jest zawsze utrzymane w należytym porządku (w przeciwieństwie do pokoju w domu) a w stosunku do kolegów jest życzliwy, nie wyśmiewa braku wiedzy u innych, a kiedy podczas pracy w grupach jakieś dziecko sobie nie radzi, ładnie mu pomaga tłumacząc jak i dlaczego ma być tak a nie inaczej.

Ponieważ z nauką Krzysiek nie ma żadnych problemów, test z czytania zaliczył na 264 słowa na minutę, a oceny na koniec pierwszego trymestru wykazują, że już grudniu w stopniu dobrym opanował materiał wymagany na koniec piątej klasy, pani skupiła się raczej na jego zachowaniu właśnie. I tak sobie myślę, że chyba muszę dać mu więcej swobody w domu, żeby i poza szkołą miał okazję się wykazać głównie samodzielnością i odpowiedzialnością, bo w chwili obecnej, z mamą przy boku, po powrocie ze szkoły te dwie cechy odwiesza na kołek.
Po co samemu o czymś pamiętać skoro wiadomo, że mama na 100% o tym pamięta i przypomni. Przynajmniej 5 razy. Jak nie więcej. Tak więc muszę się przełamać i uwierzyć, że jak nie przypomnę, to dziecko samo zrobi co trzeba a jak nie to świat się nie zawali.

No to zaraz następnego dnia pojechałam do pracy i nie zadzwoniłam do domu, żeby sprawdzić, czy moi panowie podołali trudowi porannego wstawania i wysłania syna do szkoły. Teoretycznie Krzysiek ma nastawiony budzik.
W praktyce okazało się, że ojciec ściągnął go z łóżka o 7.55 i dziecko pobiegło do szkoły bez śniadania. Ale nic się nie stało, bo w szkole śniadanie jest dla wszystkich uczniów za darmo - Krzysiek zjadł na szkolnej stołówce i też było dobrze.

A w temacie szkolnym będąc, wiadomo już w jakie dni szkoła będzie odrabiać dni odwołane z powodu lodu i śniegu. Wygospodarowano dwa takie dni jeszcze w trakcie roku szkolnego, jeden to President's Day (Dzień Prezydenta) - święto, z okazji którego szkoły i instytucje federalne oraz banki nie pracują.
Tego dnia dzieci w naszym okręgu szkolnym pójdą jednak do szkoły a także w jeden z piątków, w który też miało nie być zajęć, ale nie wiem z jakiego powodu, bo żadne święto tego dnia nie wypada. Resztę dni dołożono na koniec roku, więc wakacje zaczną się nieco później, ale nadal w czerwcu o ile znowu nie zasypie nas śnieg i ponownie nie zostaną odwołane zajęcia szkolne.  

sobota, 28 stycznia 2017

Angielskie wakacje: Sherborne Castle

Emilia przespała smacznie całą drogę z Shaftesbury do Sherborne Castle - kolejnego miejsca, w które zabrała nas Ciocia Myszka.

Sherborne Castle & Brown's Lake

Zazwyczaj po zaparkowaniu samochodu Emilia budzi się dość szybko, tym razem jednak widać była bardzo zmęczona bo nie przejawiała żadnych oznak zakończenia drzemki.

Sherborne Castle & Brown's Lake

Ciocia Myszka zaproponowała, że zostanie z Emilią na parkingu a ja z Krzysiem poszliśmy zwiedzać szesnastowieczny zamek, który od 400 lat pozostaje w rękach tej samej rodziny.


Sherborne Castle

Ponieważ podczas tej wycieczki zdjęcia robiła swoim smartfonem koleżanka, został on z właścicielką w samochodzie i z samego zamku żadnych zdjęć nie mamy.

W sklepiku z pamiątkami Krzyś wybrał sobie replikę łuku - z drewna i sznurka. (Łuk był fajowy, ale nie zmieścił się do walizki a obawiałam się, że jako bagaż podręczny może sprawić nam trochę kłopotów na lotnisku, więc nie przywieźliśmy go ze sobą do domu.)

Kiedy w końcu Emilia obudziła się, po krótkim posiłku na trawie przy samochodzie (parking na łące) wybraliśmy się na spacer wokół jeziorka Brown Lake.

Najpierw nakarmiliśmy kaczki.


Koleżanka zaopatrzyła nas w chleb a do tego spory woreczek z nasionami specjalnie przeznaczonymi dla kaczek więc i ptactwo i my mieliśmy sporą radochę.


A potem poszliśmy alejką wzdłuż jeziora.


W końcu doszliśmy do ruin starego zamku Sherborne z XII wieku.

Old Sherborne Castle

Niestety okazało się, że od strony posiadłości nie można dostać się na teren z ruinami, trzeba by dojechać od drugiej strony. Ruiny nie stanowią części posiadłości rodziny Wingfield Digby i pozostają pod opieką English Heritage, organizacji pozarządowej opiekującej się zabytkami budownictwa w Anglii należącymi do zbioru dziedzictwa narodowego.

Krzysiowi to się nie spodobało i wpadł w bardzo zły nastój. Usiłował nawet zastrzelić mnie z łuku jakby to była moja wina, że nie mógł poszaleć z duchami w ruinach starego zamku!


Obejrzeliśmy ruiny z daleka, a po krótkim spacerze dotarliśmy do udawanych ruin, wybudowanych przy trasie wokół jeziora celowo, by dodać miejscu nastroju.


W końcu dziecku humor się poprawił kiedy znalazł nowy obiekt do wspinania - pusty pień ogromnego drzewa.


Miejsce stworzone do relaksu, z pięknym widokiem na zamek po drugiej stronie jeziora i cudnie przystrzyżonym trawnikiem, więc zabawiliśmy nieco dłużej, ciesząc się pięknem otoczenia i dając odpocząć znużonym nogom, zwłaszcza tym najmniejszym stópkom.

wtorek, 24 stycznia 2017

Angielskie wakacje: Shaftesbury

Czas chorowania nam nastał.
Jak zaczęło się tuż po Bożym Narodzeniu, tak do teraz ciągle ktoś u nas niedomaga, a idzie po kolei od najstarszego. Aktualnie Krzyś przechodzi krup. Pogoda też nieciekawa, albo zimno, albo leje i w zasadzie nic ciekawego się nie dzieje, więc czas uciec we wspomnienia. Już dawno nie pisałam o naszych angielskich wakacjach, a jeszcze kapkę zostało do ocalenia od zapomnienia.

8 sierpnia 2014 roku, środa.
Koleżanka, znana jako Ciocia Myszka, zabrała nas na kolejną wycieczkę.

Najpierw pojechaliśmy do Shaftesbury.
Niewielkie, bardzo stare (jak to w Anglii) miasteczko w Dorset, a w nim  słynna Gold Hill - stroma wybrukowana uliczka ze szczytu której roztacza się widok określany jako "najbardziej romantyczny widok w Anglii."

Gold Hill, Shaftesbury, Dorset, UK

Widoczek ten często wykorzystywany jest w kalendarzach, puzzlach, reklamach a nawet znalazł się na okładce książki J.K. Rowling The Casual Vacancy (KLIK) - choć akurat polskie wydanie ("Trafny wybór") ma inną okładkę.

Uliczka malownicza to i nie dziwi, że wykorzystywano ją w filmach (m.in. w "Z dala od zgiełku" z 1967 roku) oraz reklamach (reklama chleba Hovis w reżyserii Ridley'a Scotta z Dziewiątą Symfonią Dvoraka, uznana za ulubioną reklamę Brytyjczyków wszechczasów - KLIK). Zdjęcie z bochenkiem chleba Hovis też mamy:


U szczytu uliczki znajduje się niewielkie muzeum Gold Hill Museum (KLIK), w którym zebrano eksponaty związane z historią Shaftesbury i okolic.
Emilii w oko wpadła stara maszyna do pisania, a że można było z niej skorzystać, białe kartki leżące obok wkrótce zapełniły się literkami.


Tuż przy wejściu zebrano także kilka dzwonów kościelnych. Dzwony te nie były zbyt duże, można było sprawdzić jaki wydawały dźwięk używając specjalnych młotków leżących obok. Moim dzieciom to sprawdzanie szalenie się spodobało ale kiedy w końcu zaczęłam je odganiać bo się bałam, że ktoś z obsługi zwróci mi uwagę, że nieco przeginamy, dostaliśmy od pracownika muzeum pozwolenie na zabawę tak długo jak nam się podoba. Dzieci były zachwycone!

W Shaftesbury jest jeszcze drugie muzeum Shaftesbury Abbey Museum (KLIK) mieszczące się na terenie opactwa i tegoż opactwa historii poświęcone.


Tuż obok budynku muzeum można obejrzeć ruiny opactwa a także pospacerować po ogrodzie ziołowym. Niestety nie dane nam było już tych miejsc zobaczyć na własne oczy bo nadeszła pora drzemki Emilii i choć byliśmy już po drzwiami muzeum, zdecydowaliśmy, że zwiedzanie ze zmęczonym marudnym dzieckiem nie ma sensu i wróciliśmy do samochodu.
Emilia przespała smacznie podróż w kolejne miejsce.


niedziela, 22 stycznia 2017

Wygrałam!

Od początku października do połowy stycznia bawiliśmy się w pracy w odchudzanie. Oczywiście tylko ci co chcieli wzięli udział w drugiej edycji "Biggest Loser", nikt nikogo nie zmuszał do podjęcia wysiłku zgubienia kilku niepotrzebnych kilogramów, a raczej funtów.

Wylosowano nowe pseudonimy i z nowym zapałem, pełni wiary, że chcieć to móc, zaczęliśmy nierówną walkę ze swoimi słabościami. Współzawodnictwo było tym razem bardziej wyrównane, bo udziału nie wzięła koleżanka, która ostatnio zwyciężyła - ma ona niesamowite samozaparcie i jak się zaweźmie to nikt przy niej nie ma szans.

Czas na odchudzanie był to trudny. W Ameryce od początku października wszyscy gromadzą słodkości by być zawczasu przygotowanym na małych gości w wieczór Halloween. Wiele osób (jak osoba pisząca te słowa) ulega pokusie i podjada te słodkości co skutkuje koniecznością uzupełnienia zapasów, bo przecież absolutnie nie może się zdarzyć, by 31 października zabrakło w domu cukierków!

1 listopada okazuje się, że wcale tak wiele dzieci nie zastukało do naszych drzwi i zostajemy z kilkoma kilogramami lizaków, czekoladek, wafelków, batoników i innych łakoci nieustannie przyzywających nas z najgłębszych zakamarków spiżarni. Nie można się oprzeć...

Potem są urodziny Krzysia - a tort wyszedł taaakiii dooobryyy... No i wsunęłam chyba połowę...

A pod koniec listopada zaczyna się Wielkie Obżarstwo zapoczątkowane Świętem Dziękczynienia, które trwa do połowy stycznia, kiedy zjedzone zostają ostatki po sylwestrowe. W pracy mamy takie jedno miejsce gdzie się wykłada ciasta, ciasteczka, orzeszki, karmelki, czekoladki i inne pyszności i pod koniec roku nie ma dnia, by czegoś pysznego tam nie było.

Oj ciężkie czasy nastały dla usiłujących się odchudzać! Chęci były ogromne, wola okazała się słabiutka... Ja złamałam się tak tydzień przed Bożym Narodzeniem i pofolgowałam sobie, oj pofolgowałam - ale ja tak bardzo lubię czekoladę!

Ale i tak dość długo prowadziłam, aż do czasu kiedy rozłożyło mnie jakieś grypsko i okazało się, że leki przeciwbólowe i na obniżenie gorączki przyjmowane w dużych ilościach sprawiają, że mój organizm zatrzymuje wodę. I mimo, że prawie nic nie jadłam bo apetyt straciłam całkowicie a poza tym za bardzo bolało mnie gardło, okazało się, że niemal z dnia na dzień przybyło mi na wadze prawie 4 kilogramy i spadłam w rankingu na prawie ostatnie miejsce.

Straciłam nadzieję na choćby trzecie miejsce a wtedy mój organizm znowu mnie zaskoczył - zaczęłam tracić na wadze i choć najniższą wagę osiągnęłam cztery dni po ostatnim ważeniu, wynik uzyskany w dniu zakończeniu zabawy zagwarantował mi pierwsze miejsce. I 120 dolarów wygranej.

A dopiero teraz zaczyna się największe wyzwanie: zachować tę wagę i nie przytyć.

A walentynkowe bombonierki już w sprzedaży...

środa, 18 stycznia 2017

Pamięci Karen (szaliki)

Karen była współautorką programów, które opracowuje firma, w której pracuję. Trochę minęłyśmy się w czasie bo przeszła na emeryturę by cieszyć się wnukami zanim ja zaczęłam tu pracować, ale spotykałyśmy się czasami na różnych imprezach. Mąż Karen, Gary, zawsze zajmował biuro nieopodal mojego pokoiku. Uwielbiam jego poczucie humoru i często ucinaliśmy sobie krótkie, pełne humoru pogawędki na tematy wszelakie. Nawet na temat robienia na drutach, bo Gary wiedział o co biega - Karen też robiła na drutach.

Pewnego dnia wykryto u Karen raka, i po dość długiej, zażartej walce, choroba zwyciężyła. Karen zmarła jesienią.

A kilka tygodni później otrzymałam wszystkie osierocone przez Nią motki, moteczki, druty i szydełka.


Bardzo poruszył mnie ten dar i nawet nie spróbuję porwać się na opisanie wszystkich myśli i uczuć jakie przewaliły mi się przez głowę i serce.

Nie mogłam oprzeć się pokusie, wybrałam kilka motków - i tak w dwa tygodnie powstało sześć szalików.


Nie będę wyszczególniać ile jakiej włóczki poszło na każdy z szalików. W sumie przerobiłam prawie 800 gram, a wśród włóczek były: Plymouth Italian Firenze, Trendsetter Yarns Aura, Katia Duende, Noro Hinageshi, Berroco Chinchilla i sporo resztek bez banderoli.



Ja raczej nie potrzebuję sześciu nowych szalików i choć podobały mi się wszystkie, nie mogąc zdecydować się na żaden, wszystkie rozdałam. Obdarowałam nimi koleżanki z pracy. Każda wybrała sobie ten, który najbardziej jej pasował i ładnie wszystkie się rozeszły do nowych właścicielek i są noszone. A że przyniosłam je do pracy tak trochę po Święcie Dziękczynienia, a przed Bożym Narodzeniem, to dodatkowo wpasowało się w świąteczny nastrój.







Oczywiście dziewczyny wiedzą skąd włóczka zawędrowała w moje ręce. Garemu też miło było kiedy mu powiedziałam o szalikach - nie omieszkał zażartować ze mnie niedawno pytając czy już przerobiłam całą włóczkę. Jeszcze mi zostało ponad kilogram, tak +/- 1200 gram i kilka pomysłów do zrealizowania.

niedziela, 15 stycznia 2017

Sokole pióra

Maskotką szkoły, do której chodzi Krzyś jest sokół, a nauczyciele stosują system motywujący nagradzając uczniów tzw. sokolimi piórami. Nie są to prawdziwe pióra, nikt nie zamęcza ptaków - są to karteczki z napisem "Sokole Pióro" z miejscem na imię ucznia oraz podpis nauczyciela.

Kiedy uczeń uzbiera nieco pierza, może wymienić je na różne drobiazgi dostępne raz na dwa tygodnie w sklepiku szkolnym. Natomiast w grudniu, tuż przed feriami, dzieci mogą wrzucić wszystkie uzbierane do tej pory pióra do specjalnych pojemników, z których losowane są nagrody. (Pojemników jest kilka i każdy jest opisany, jaka nagroda będzie z niego losowana, więc dzieci mogą sobie wybrać co chciałyby wylosować.)

W czwartej klasie Krzyś wylosował poduszkę w kształcie Sponge Boba - ponieważ kreskówkę tę uwielbia od zawsze, był przeszczęśliwy.

Obecna nauczycielka piątej klasy nie rozdaje sokolich piór na prawo i lewa za niemal nic (jak wielu innych nauczycieli) więc kiedy zbliżał się dzień losowania, wielu piątoklasistów doszło do wniosku, że mają tak mało piór, że ich szanse na wylosowanie czegokolwiek są malusieńkie.

Jeden z chłopaków wymyślił więc, by skopiować posiadane karteczki.
Pomysłem tym podzielił się z innymi dziećmi w klasie i pewnego dnia przyszedł do mnie Krzyś z pytaniem czy mogę zrobić kopię jego Sokolego Pióra. Obejrzałam, stwierdziłam, że mogę, ale w pracy, bo w domu nie mam możliwości zrobienia dwustronnej kopii. Dziecku mina nieco zrzedła, więc zapytałam po co mu ta kopia. No i o wszystkim się dowiedziałam.

Nastąpiła potem rozmowa na temat oszukiwania. Dziecko nie do końca było przekonane moimi argumentami, łzy niemal gotowe były do wypłynięcia wartkim strumieniem, a skończyło się na tym, że nie przyłożyłam ręki do oszustwa a dziecko, z wielkim żalem i poczuciem niesprawiedliwości poniechało pomysłu dorabiania fałszywych piór.

Ponieważ na kilka dni przed losowaniem miały odbyć się spotkania rodziców z nauczycielami, postanowiłam wówczas zwrócić uwagę pani dyrektor na inicjatywę niektórych uczniów i możliwość oszustwa. Ale pogoda pokrzyżowała plany, zajęcia szkolne i spotkania z rodzicami zostały odwołane raz, drugi raz i o całej sprawie w końcu zapomniałam.

Losowanie odbyło się dopiero po feriach. Z pojemnika opisanego "piłka do koszykówki" wylosowano pióro z imieniem mojego dziecka. Bez oszukiwania. Pióro Obrotnego Kolegi nie zostało wyciągnięte z żadnego pojemnika. (Krzyś nie wie czy kolega wprowadził swój pomysł w czyn czy nie.) Odetchnęłam z ulgą - jak dobrze, że i w realnym świecie uczciwość zostaje czasami nagrodzona!


czwartek, 12 stycznia 2017

Tajemnica świątecznej kartki

Trzy dni temu dotarła do mnie kartka z życzeniami na święta.

Na kopercie pięknym charakterem wypisane imię, nazwisko, adres.
W kopercie - urocza kartka i przemiłe życzenia od także emigrantki z rodziną.


Spojrzałam na naklejkę z imieniem nadawcy - nie znam.

Może po adresie zwrotnym coś wydedukuję? Ottawa, Kanada.

Lata temu moja uczennica wyemigrowała do Kanady, ale miała inaczej na imię.
Kiedyś zaglądała do mnie pewna Blogerka z Kanady, ale z Toronto a to do Ottawy 450 km.

No i chodzę tak od trzech dni i zastanawiam się kto był tak miły i sprawił mi taką tajemniczą niespodziankę. Może ktoś kto tutaj zagląda? Jeśli tak to poproszę o kontakt.

A za życzenia ślicznie dziękuję!

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Zima

Zasypało nas.

Zima? W styczniu? Kto to widział? Coś podobnego!

Tego typu reakcje w miejscu gdzie przez 284 dni z rzędu temperatura nie spadła ani razu poniżej zera stopni (w skali Celsjusza, nie Fahrenheita!) a śnieg nie padał od dwóch lat są całkowicie uzasadnione.

Wprawdzie rzadko, ale jednak zdarza się, że i do nas dotrze zima.

Kiedy we wtorek kładliśmy się spać pogoda była raczej jesienna.
Kiedy wstaliśmy w środę rano, za oknami szalała klasyczna zadymka.


Nastawiłam kawę i sprawdziłam najpierw stronę okręgu szkolnego - zajęcia odwołane, potem stronę przedszkola - otwarte. Wzięłam ze sobą do pracy aparat i czekając na czerwonym świetle odwarzyłam się zrobić zdjęcie (powyżej).

Kolejne zdjęcia zrobiłam w drodze z parkingu do pracy.



Szkoły pozostały zamknięte także w czwartek a w piątek otworzyły swoje podwoje z dwugodzinnym opóźnieniem  Dzieci bardzo ucieszyły się z odwołanych lekcji oraz z niespodziewanej wizyty zimy.

śnieżne orły na grządkach

W czwartek już nie padało, za to było zimno. Zdjęcia robiłam przez okno bo zmogła mnie infekcja i wolałam zostać w domu.


Od soboty miało się ocieplić, ale tym razem prognoza pogody się nie sprawdziła i sobotni poranek obudził mnie dzwonieniem gradu w okno dachowe. 
Kiedy już wszystko pokryła dość gruba warstwa gradu zaczął padać śnieg. 
Momentami padał bardzo mocno i zrobiła się u nas na chwilę piękna klasyczna zima. Dzieci -zachwycone. Poszalały na sankach, robiły orły w śniegu i ładnie bawiły się dość długo.


Dopiero wieczorem zaczął padać najpierw grad a potem ten zapowiadany marznący śnieg i zaczęła się powtórka z grudniowej rozrywki - oblodzone gałęzie grożące tym że zaraz zaczną się łamać. 


Całą niedzielę padał deszcz, ale było za zimno, żeby stopniał śnieg i lód. 
Efekt był taki, że warstwę lodu na ulicach przykryły rozlewiska wody. 
I wtedy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie.

Na te kilka dni życie w mieście niemal całkowicie zamarło. Pozamykane szkoły, wiele sklepów i instytucji, nawet śmieci nie wywieźli w trosce o bezpieczeństwo kierowców śmieciarek. Odwołano wszystkie zajęcia karate, dżudo, religię i wywiadówkę w szkole (już drugi raz) a nawet mszę niedzielną. Zamknięto lotnisko, nie kursowały taksówki. Kto nie musiał niczego załatwić, siedział w domu. U mnie w pracy zalecono nam zabrać pracę do domu jeśli możemy i nie narażać się niepotrzebnie. No to się nie narażałam, tym bardziej że powaliła mnie paskudna infekcja.

Dzisiaj szkoły nadal zamknięte (przedszkole za to otwarte) - lokalne ulice i uliczki to nadal bajora z warstwą lodu na dnie i dzieci musiały by brodzić po łydki w wodzie by dojść do szkoły. A szkolne parkingi ciągle wyglądają jak lodowiska.

W związku z tym, że zajęcia szkolne zostały odwołane już 6 razy, dni te będą musiały zostać dodane w czerwcu, więc koniec roku szkolnego przesunie się trochę. (Teoretycznie zakończenie roku szkolnego miało być 15 czerwca.)

piątek, 6 stycznia 2017

2016 - podsumowanie

Skoro stary rok się skończył, to można się skusić na małe podsumowanko. Powiedzmy trzy kategorie - to chyba wystarczy.

No to zacznijmy od robótek, bo tutaj dane statystyczne najprostsze do zaprezentowania. W 2016 roku przerobiłam na drutach i szydełku 5451 gram włóczki, w tym 4240 gr z zapasów a 1211 zakupionej w roku 2016.
Rok ten zdominowały w moim przypadku czapki - 21 sztuk.
Jedna dla syna, reszta dla potrzebujących.
Sporo też zrobiłam szalików (7), butków dla niemowlaków (5 par) i kocyków (3), ale udało mi się w końcu wydziergać coś dla siebie: sweter i chustę.
Swetrów zrobiłam w sumie 5: jeden dla siebie, jeden dla Krzysia i trzy dla Emilii.

5,4 kg przerobionej włóczki a pomiar wagi (mej skromnej osoby) dokonany 31 grudnia dał wynik niższy od tego sprzed roku o 12 funtów czyli o 5,4 kg - właśnie zauważyłam tę zbieżność. Pozostaje mi tylko życzyć sobie by rok 2017 zakończyć lżejszą o wagę przerobionej w tym roku włóczki.
Przyznam, że pozbycie się tych pięciu kilogramów słoniny kosztowało mnie sporo wysiłku i samozaparcia, ale bardzo mi pomogła zorganizowana w pracy zabawa Biggest Loser - właśnie jesteśmy na końcówce drugiej edycji, finisz chyba w połowie stycznia i mimo świąteczno-bożonarodzeniowego obżarstwa, mam spore szanse na podium.

I tak oto dotarłam do drugiej, obok dziergania, ulubionej kategorii, czyli czytania (i słuchania). Po tendencji spadkowej w minionych latach, znowu więcej czytam (35 książek w 2016 roku) i do tego jeszcze trochę słucham (13 książek). Kilka miesięcy temu sprawiłam sobie czytnik i nagle otworzyły mi się podwoje do literatury w języku polskim (a skończyły piękne paznokcie, bo czytanie idzie u mnie w parze z obgryzaniem paznokci - niestety.)
Z przeczytanych książek warte polecenia wydają mi się "Mężczyzna imieniem Ove" (Fredrik Backaman) oraz "Kain i Abel" (Jeffrey Archer) - obie przeczytałam po angielsku. (Pamiętam, że w czasach szkolnych oglądałam mini serial "Kain i Abel" w polskiej TV, ale szczerze mówiąc niewiele z niego pamiętam.)
W przyszłości z pewnością sięgnę też po książki Remigiusza Mroza bo "W cieniu prawa" dobrze mi się czytało.
Z wysłuchanych książek najbardziej podobała mi się "I góry odpowiedziały echem" Khaleda Hosseiniego.
(Pełna lista książek przeczytanych i wysłuchanych - w zakładce "Książki, lata 2012-2017"KLIK.)

wtorek, 3 stycznia 2017

Emilia tu była

We wrześniu zaczęłam uczyć Emilię czytać - po angielsku. [Korzystam z materiałów nad którymi obecnie pracuję w pracy: program dla zerówki. Oczywiście za pozwoleniem i z błogosławieństwem (także finansowym) mojego pracodawcy.]

Czytanie idzie Emilii coraz lepiej, potrafi też napisać sporo słów- nawet z pamięci. Dziecinka lubi popisywać się nowo nabytymi umiejętnościami:


Pewnego dnia po powrocie z pracy zastałam drzwi na taras popisane kredką świecową. Zapytałam Emilię kto to zrobił, a odpowiedź, którą usłyszałam to:

- Nie ja.

Z pewnością! Wszak autorka podpisała się...

Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Jak opowieść rodzinna głosi, w wieku 3 lat ozdobiłam przepięknie kredkami świecowymi ściany w dopiero co odmalowanym pokoju. Zapytana kto to zrobił, zapewniłam mamę, że to mój młodszy brat, który wówczas miał 6 miesięcy. Oto jak zdolny mój braciszek był już od maleńkości!!!

piątek, 30 grudnia 2016

Ostatnia robótka


To już ostatnia tegoroczna robótka.
Coś tam oczywiście mam na drutach, ale skończę dopiero w nowym roku. (I jeszcze mam jeden projekt skończony na początku grudnia, który czeka na opublikowanie.)

Włóczkę tę dostałam jak Emilia była maleńka, ale że było jej za dużo na wyrób dla bobasa, zaczekałam aż nieco podrośnie. Starałam się zrobić sweterek nieco na wyrost, ale i tak został mi jeden motek.


Z przodu sweterek zdobi przeplatanka podpatrzona w swetrze Sibil z książki Alice Starmore Aran Knitting (KLIK). Rszta wzoru aż tak mi się nie podobała, więc zrobiłam po swojemu.


Warkocze są, ale wzdłuż rękawów.


Przód, tył i rękawy robiłam osobno do momentu kiedy łączą się razem, przełożyłam na jeden drut i dalej już przerabiałam razem ujmując oczka raglanowo po obu stronach dwuoczkowego warkocza. Takie same warkocze z dwóch oczek tworzą ściągacze.


Bardzo podoba mi się wykończenie wokół szyi - na tyle szerokie, że głowa przechodzi bez problemu, ale bez zbyt obszernego dekoltu. Plisa ładnie osłania dół szyi (dzieci przecież nie zawsze pamiętają o szalikach!) ale nie jest to golf - Emilia nie znosi golfów.


W ogóle wyjątkowo jestem zadowolona z efektu końcowego. Dawno nie wyszło mi nic aż tak ładnie. Emilii też się sweterek bardzo podoba co mnie niezmiernie cieszy.


Garść informacji:
  • włóczka: Sirdar Snuggly Tiny Tots, 90% akryl, 10% poliester; 137 m/50 gram; zużycie: 200 gram (4 motki)
  • druty: 3 i 3.5 mm
  • wzór plecionki: "Sigil" z Aran Knitting Alice Starmore



wtorek, 27 grudnia 2016

Boże Narodzenie w plenerze

W Boże Narodzenie wybraliśmy się w góry na sanki - prawie zawsze jeździmy na tę samą górkę do Salt Creek Falls Snow Park. Śniegu padało ostatnio sporo (w górach, bo u nas padał deszcz), ale akurat na ten dzień prognoza pogody przewidywała bezchmurne niebo i lekki mrozik.


I rzeczywiście na miejscu przywitał nas błękit nieba i rozkosznie skrzypiący śnieg pod stopami.


No górce byliśmy pierwsi i przez pewien czas mieliśmy całe zbocze tylko dla siebie.

Najpierw cały stok pogrążony był w cieniu, ale w miarę upływu czasu słońce oświetlało coraz większą część zbocza. W promieniach słońca wydawało się nawet, że jest ciepło, ale kiedy tylko weszło się w cień, natychmiast dawało się odczuć jak naprawdę było zimno.


Krzysiek przez pierwsze półtorej godziny zjeżdżał z górki nieprzerwanie - miał niesamowitą frajdę!


Emilia, natomiast, niemal natychmiast zaczęła marudzić i narzekać.
Ściągnęła rękawiczki i wsadziła ręce w śnieg - zmarzły jej ręce,zaczęła płakać i chciała wracać do domu.


Na szczęście mieliśmy w termosie ciepłą herbatę. Dziecko ogrzało się nieco w samochodzie, napiło herbaty i ponownie wyruszyło na śnieg.
Nawet kilka razy zjechała z górki!


A Krzysiek cały czas zjeżdżał i nie przeszkadzało mu że nie ma towarzystwa.


Kiedy już nacieszył się tą zabawą, a na górce zaczęło się robić tłoczno, oboje przenieśli się na zaspę przy parkingu. Saperkę zawsze wozimy ze sobą ale jak do tej pory potrzebna zawsze była do kopania w piachu (na plaży) bądź w śniegu, ale nie by wykopać z niego samochód, ale żeby w zaspie wykopać jamę.

Praca trwała ponad godzinę a Krzysiek mógłby tak kopać pewnie i kolejną. Wykopana nora była tak obszerna, że cała nasza rodzina mogła się w niej zmieścić!


Kolejna przerwa na przekąskę i ciepłą herbatę i oboje wrócili na śnieg.


W końcu widać było, że oboje już są zmęczeni i nadszedł czas na powrót do domu. Bardzo udany wyjazd a pogoda - doskonała. Dawno nam się nie trafiła taka piękna na wyjazd na sanki.