piątek, 17 listopada 2017

12 lat

Dzisiaj Hultajstwo kończy 12 lat.


Jeszcze mocno zaspany ustawił się przy futrynie drzwi kuchennych by tradycji corocznego mierzenia stało się za dość.


W wieku dwunastu lat Krzyś mierzy 150 cm czyli jeszcze 15 cm i dorówna wzrostem mamie.

Do szkoły mój dwunastolatek poszedł w koszulce obwieszczającej ile lat dziecię sobie liczy.


Na więcej rano czasu nie było, świętować będziemy po szkole.

niedziela, 12 listopada 2017

Dialogi samochodowe

Jadę z dziećmi do znajomych.

Emilia : Mom, how many days till Christmas? (Mamo, ile dni do Bożego Narodzenia?)
Mama: Trzydzieści osiem.
Emilia: Jak jest cidzieści osiem po pangielsku?
Mama:  Thirty-eight.
Emilia: One, two, three, four, five, six, seven, eight, nine, ten, eleven, twelve, thirteen, fourteen, fifteen, sixteen, seventeen, eighteen, nineteen, twenty, twenty-one, twenty-two, twenty-three, twenty-four, twenty-five, twenty-six, twenty-seven, twenty-eight, twenty-nine, thirty, thirty-one, thirty-two, thirty-three, thirty-four, thirty-five, thirty-six, thirty-seven, thirty-eight, thirty-nine, forty, forty-one, forty-two, forty-three, forty-four, forty-five, forty-six, forty-seven, forty-eight, forty-nine, fifty, fifty-one, fifty-two,fifty-three,  fifty-four, fifty-five, fifty-six, fifty-seven, fifty-eight, fifty-nine, sixty, sixty-one, sixty-two, sixty-three, sixty-four, sixty-five, sixty-six, sixty-seven, sixty-eight, sixty-nine, seventy, seventy-one, seventy-two, seventy-three, seventy-four, seventy-five, seventy-six, seventy-seven, seventy-eight . . . Wait a minute! Mom, how many? (Chwileczkę, ile?)
Mama: Trzydzieści osiem.
Mama i Krzyś: Śmiech.
Mama: Myślałam, że liczysz ile dni do wiosny...

*          *          *

Trzy godziny później wracam z dziećmi od znajomych.

Emilia : Mom, how many days till Christmas? (Mamo, ile dni do Bożego Narodzenia?)
Mama: Trzydzieści osiem.
Emilia: Jak jest cidzieści osiem po pangielsku?
Mama:  Thirty-eight.
Emilia: One, two, three, four, five, six, seven, eight, nine, ten, eleven, twelve, thirteen, fourteen, fifteen, sixteen, seventeen, eighteen, nineteen, twenty, twenty-one, twenty-two, twenty-three, twenty-four, twenty-five, twenty-six, twenty-seven, twenty-eight, twenty-nine, thirty, thirty-one, thirty-two, thirty-three, thirty-four, thirty-five, thirty-six, thirty-seven . . .
Mama: Ciekawe do ilu tym razem dojdzie...
Mama i Krzyś: Śmiech.
Emilia:  Thirty-eight!
Wszyscy: Śmiech.

K U R T Y N A

czwartek, 9 listopada 2017

Niewdzięczna

Wygląda na to, że mamy nową lalkę, która sama układa się do snu w w wózku dla lalek:


bądź w łóżeczku dla lalek:


A tak na serio, to Kicia trzyma sztamę z Krzysiem - no przecież nie ma lepszych kumpli!


Szkoda tylko, że z taką obojętnością wzgardziła prezentem, na jaki szarpnął się dla niej mój syn.

Pewnego dnia Krzyś postanowił umilić Kici kocie życie i kupić jej specjalną wieżę, z półkami do spania, domkiem do chowania się a nawet z przyczepioną sztuczną myszką i liną do zabawy.
I kolumienkami do drapania.

Uparł się, że kupi to za swoje własne kieszonkowe, które nie jest wcale powalające. Zbierał kilka miesięcy kilka godzin wybierał model w Internecie i w końcu dokonaliśmy razem zakupu.

Przyznam, że od początku byłam nastawiona dość sceptycznie, ale syn się uparł, więc co było robić.

Zgodnie z moimi przewidywaniami Kicia większym zainteresowaniem obdarzyła karton, w którym przysłano samą zabawkę i w zasadzie tak pozostało do dziś, choć już minęło parę tygodni.


Nie pomogła nawet zmiana lokalizacji - miałam nadzieję, że może w pobliżu kominka i okna mebelek okaże się bardziej atrakcyjny w kocich oczach, więc przenieśliśmy ustrojstwo z pokoju Krzysia do salonu. Niestety, nie pomogło.


Udało nam się kilka razy umieścić Kicię na pólkach a ta, chyba z czystej uprzejmości, pozwoliła sobie zrobić zdjęcia - i na tym się skończyło.
Myszką pobawiła się raz, drapaka nie użyła ani razu.

Chcieliśmy ją wziąć podstępem, i układaliśmy na półkach kartki i kartony, bo Kicia uwielbia układać się na gazetach, wydrukach, książkach i każdego rodzaju papierze - nie dała się nabrać. Ot, niezależna niewdzięcznica!


poniedziałek, 6 listopada 2017

Ostatni mecz

Sezon piłkarski zakończony!

Na szczęście, bo zrobiło się zimno i często - niezbyt przyjemnie.
Kilka ostatnich meczy przyszło chłopcom rozgrywać w lodowatym deszczu, mgle a nawet podczas gradowej burzy. Chyba nikomu nie było żal, że z piłką nożną żegnamy się do wiosny.

Ostatni mecz, o trzecie miejsce w turnieju, rozgrywany był we mgle.


Na szczęście było widać koniec boiska co o tej porze roku u nas wcale nie jest regułą!

Poziom był bardzo wyrównany i mecz zakończył się remisem 4:4. Na dogrywkę czasu nie było, bo za chwilę, na tym samym boisku, miał się rozpocząć kolejny mecz, o zwycięstwie zadecydowały więc rzuty karne. Niestety, przegrane dla drużyny Krzysia 2:3.

Chłopcy z trudem powstrzymywali łzy, rodzice też mieli skwaszone miny. Trudno, i tak bywa.

Pod sam koniec meczu wyjrzało jednak słonko i osuszyło mgłę - i łzy.

W czasie meczu Emilia jeździła na rowerku a ja chodziłam wokół boiska - przynajmniej nie zmarzłyśmy. A kiedy już Emilii znudziło się pedałowanie, wyłożyła się na bieżni i bawiła.


Po przerwie na piłkę nożną, Krzyś wrócił do karate i dżudo. Okazało się, że wyrósł ze starego gi i trzeba było kupić nowe. To spory wydatek, ale powinno posłużyć przez kilka lat - poprzednie kupiłam na początku przygody z karate,
4 i pół roku temu.

Krzyś wyraził także życzenie by spróbować koszykówki.
Pomyślałam, "Czemu nie?" - i zapisałam go, tym bardziej, że udało mi się dostać ze szkoły wałczer i nie musiałam nic płacić.
(Normalnie kosztuje to $125.)
Zapewne pojawi się tutaj relacja - za jakiś czas.

piątek, 3 listopada 2017

Kiecka czarownicy

Coś mnie naszło i postanowiłam przygotować sobie przebranie na Halloween. Chyba spodobało mi się jak w zeszłym roku w pracy sporo osób poprzebierało się i zapanowała na jeden dzień taka beztroska atmosfera dziecięcej zabawy.

Kapelusz czarownicy mam od lat, miotłę pożyczyłam sobie od Emilii - brakowało mi jedynie jakiejś spódnicy.

Poszperałam wśród najróżniejszych skarbów zgromadzonych w pudłach i pudełkach i wymyśliłam.

Spódnica powstała z reszty starej zasłony, jeszcze po poprzednich właścicielach domu. Jest krótka, bo tylko na taką wystarczyło materiału. Dołem ma falbanki, przy czym ta biała jest lekko fosforyzująca, więc jak znalazł na nocne przechadzki.


Specjalnie użyłam jasnego materiału, żeby ładnie było widać ponaszywane pajączki, sieci pajęcze i tematyczne guziki. (Z takich samych guzików zrobiłam też naszyjnik do kompletu.)


Pół niedzieli zeszło mi na szyciu i naszywaniu, ale pogoda akurat była nieciekawa i nigdzie się nie wybieraliśmy. Emilia "pomagała" mi, więc się nie nudziła. (Szpileczki zawsze okazują się najciekawszą zabawką!) Kiedy już spódnica była gotowa, córeczka chciała ją przechwycić dla siebie, ale nic z tego - ona ma swoją sukienkę czarownicy!

31 października poleciałam do pracy ubrana stosownie do okazji:


Oczywiście okazało się, że w tym roku, tylko ja się przebrałam - a reszcie było szkoda.

Wieczorem, jak co roku, przeszliśmy się z dziećmi po najbliższej okolicy by cukierkowej tradycji stało się za dość. Spódnica powędrowała do szafy - przyda się za rok.

wtorek, 31 października 2017

Pierwszy przymrozek


O ile nie pada deszcz, jeździmy z Emilią do szkoły na rowerach. Pogoda była do tej pory dosyć łaskawa, i tylko kilka razy lało tak bardzo, że musiałyśmy jechać samochodem.


Droga do szkoły na nogach dłuży się Emilii straszliwie (choć to tylko 10 minut!) podczas gdy na rowerku śmiga jak torpeda.


Poranki bywają mgliste - czasem nie widać nawet wylotu ulicy!

mglisty poranek

Za to po szkole jest tak słonecznie i ciepło, że sweterki, kurtki, czapki i rękawiczki lądują w plecaku.

słoneczne popołudnie

Pewnego dnia zabrałam ze sobą aparat by uwiecznić kolory, jakimi jesień wymalowała drzewa na naszej ulicy.


Zdjęcia robiłam jadąc na rowerze, ale udało mi się nie spaść, co nie zawsze udaje się Emilii - potrafi stracić równowagę na prostej drodze i spaść z roweru. Zwłaszcza, kiedy wydaje się jej, że jazdę na rowerze opanowała w stopniu mistrzowskim.


Cieszę się, że nie zrażają jej te upadki ani nie zmniejszają jej entuzjazmu - Emilia uwielbia jeździć na rowerze! A ja uwielbiam jesień!


A dzisiejszy poranek przywitał nas pierwszym, w tym sezonie, przymrozkiem. Ale i tak pojechałyśmy do szkoły na rowerach!

sobota, 28 października 2017

Boo Barn 2017

W piątek przed Halloween nasz lokalny oddział ośrodka kultury organizuje co roku imprezę okolicznościową. Ponieważ ośrodek mieści się w starej stodole rodziny Petersen (Petersen Barn), impreza nazywa się Boo Barn - nawiedzona stodoła.

Pierwszy raz wybrałam się z dziećmi w zeszłym roku (KLIK), a ponieważ bardzo nam się podobało, w tym roku wybraliśmy się także. W stosownych strojach:


Kolejka do stodoły była długa, najpierw zaliczyliśmy więc wszystkie zabawy na zewnątrz, a było tego sporo. Tak jak i przybyłych - ktoś musiał wspomnieć o imprezie w mediach, bo ludzi przybyło chyba z pięć razy tyle co w zeszłym roku.


Pogoda dopisała - było tak ciepło, że nie potrzebne były kurtki i można było podziwiać wszystkie przebrania. Wśród tłumu uczestników dzieci spotkały parę koleżanek i kolegów.


Spotkaliśmy także jednego z organizatorów imprezy rowerowej, na której byliśmy 2 tygodnie wcześniej. (KLIK) Przebrany na Nemo zabawiał uczestników zagadkami związanymi tematycznie z imprezą. (Co ciekawe, to pan nas pierwszy poznał. Widać, przebranie aż tak bardzo nas nie zmieniło.)

Ponieważ kolejka do stodoły wcale nie malała,a  wręcz przeciwnie, rosła i rosła, ustawiłam się na końcu ogonka, a dzieci same pozaliczały jeszcze trochę atrakcji.

Nareszcie i my dostaliśmy się do środka. Raptem kilkanaście stopni pozwoliło nam opuścić przyjazną Ziemię i przenieść się w przestrzeń kosmiczną pełną straszliwych Obcych.


Jeden z kosmitów zaniemógł i trzeba go było operować. Ochotnicy wyszukiwali odpowiednie pojemniki z organami koniecznymi do uratowania przybysza z obcych światów.


Nie wiem czy będą kolejne wpisy  na tym blogu, ponieważ w stodole zagnieździli się Obcy...


Możliwe, że czary Emilii wystarczą, możliwe, że będzie musiała przybyć nam na ratunek Ripley. A jak nie zdąży?


Nie obyło się bez bardziej przyziemnych staroświeckich strachów.




Było fajnie i bawiliśmy się wyśmienicie. O wiele bardziej odpowiada mi taka zabawa niż chodzenie po domach i żebranie o cukierki.

środa, 25 października 2017

12 sekund


październikowe nagietki

Tego samego dnia, kiedy wybraliśmy się na Hravest Celebration (poprzedni wpis), tylko wcześniej, w południe, wybraliśmy się na imprezę rowerową zorganizowaną przy gimnazjum, do którego chodzi Krzyś - Bike Rodeo.  
(Impreza została zorganizowana pod patronatem lokalnego domu kultury, organizacji Safe Routes to School [Bezpieczna Droga do Szkoły] oraz władz obwodu szkolnego.) Ponieważ impreza była rowerowa a do szkoły nie jest daleko, całą trójką pojechaliśmy - każdy na swoich dwóch kółkach.

Dotarliśmy na miejsce po piętnastu minutach.

Poza organizatorami, nie było na miejscu nikogo! Żal mi się zrobiło tych zapalonych cyklistów oczekujących na chętnych do zabawy na rowerach. Pogoda była wprost wymarzona - słonecznie, ale nie gorąco, i naprawdę nie rozumiem jak to się stało, że zainteresowanie było tak niewielkie.

Ponieważ byliśmy jedynymi uczestnikami, każde z moich dzieci dostało prywatnego rowerowego anioła stróża, który najpierw objechał z dzieckiem tor przeszkód oraz trasę wyścigu. Wielokrotnie. Emilia nauczyła się przy okazji kilku sztuczek. Krzyś też był zadowolony, bo w końcu nie musiał dostosowywać tempa jazdy do młodszej siostry i mógł popędzić na ile mięśnie nóg pozwoliły.

W tym czasie, mój rower przeszedł przegląd a kilka rzeczy zostało podregulowanych. (W ramach imprezy oferowany był także darmowy przegląd stanu technicznego rowerów. Ponieważ mój ma już ponad 13 lat, czas był ku temu, żeby ktoś kto się zna na rowerach posprawdzał co trzeba.)

Aż nadszedł czas kiedy mama zmierzyła się z synem na torze wyścigowych - i mimo, że bardzo się starała, przegrała,  o 12 sekund...

Dzieci dostały rowerowe upominki - światełka odblaskowe na rowery i naklejki, a ja wypełniłam kupony bo na koniec miało się odbyć losowanie nagród.

Kiedy już mieliśmy się zbierać, pojawiło się jeszcze kilka osób. Ale chyba w sumie nie było zbyt wielu chętnych, bo następnego dnia okazało się, że oboje, i Emilia i Krzyś, zostali wylosowani i otrzymali nagrody.

Krzyś dostał hulajnogę a Emilia kupon pokrywający jeden z kursów w lokalnym domu kultury. Ponieważ nigdy nie mamy szczęścia w tego typu losowaniach, podejrzewam, że tak niewiele dzieci wzięło udział, że nagród wystarczyło dla wszystkich i każde coś dostało. Nagrody zostały dostarczone dzieciom do szkół zaraz w poniedziałek, u Krzyśka dodatkowo sekretarka ogłosiła na całą szkołę, imiona uczniów, którzy wylosowali nagrody.

Hulajnoga została już przetestowana przez wszystkich członków rodziny, a z kursem Emilii musimy poczekać, bo do końca roku nie ma wolnych miejsc na żadnym w przedziale wiekowym Emilii. Kupon nie przedawnia się, więc zapewne po Nowym Roku zapiszę Emilię na jakieś balety, bo to jej się najbardziej spodobało po przeanalizowaniu oferty.

A ponieważ nie zabrałam ze sobą aparatu, zdjęć z mprezy nie ma.
Wpis postanowiłam ozdobić zdjęciamy październikowych kwiatów z przydomowego ogródka.

październikowa róża

niedziela, 22 października 2017

Harvest Celebration

W poprzednią niedzielę, korzystając z pięknej pogody, zabrałam dzieci na małą lokalną imprezę dożynkową, Harvest Celebration, zorganizowaną przy jednej ze szkół.

Spodziewałam się tłumów, ale okazało się, że frekwencja była niewielka.
W związku z tym dzieci nie musiały się przepychać przy stole, przy którym wykonały karmiki dla ptaków, korzystając z szyszek, masełka fistaszkowego i nasion słonecznika.


Po powrocie do domu szyszki zostały zawieszone, jedna przed domem, druga za domem, tak, by nie mogły się do nich dostać wiewiórki. Na razie nie zauważyłam by jakieś ptaki się zlatywały do nich, ale póki co mają w bród innego pożywienia.

Przy kolejnym stanowisku można było sprawdzić swoją wiedzę na temat dżdżownic. Kręcąc kołem, losowało się pytanie, a w nagrodę dostawało się żelkową dżdżownicę - niezależnie od poprawności odpowiedzi. 


Za udzielenie poprawnej odpowiedzi były inne nagrody, ale okazuje się, że na dżdżownicach za bardzo się nie znamy.

W końcu dotarliśmy do największej atrakcji imprezy i zasadniczego powodu, dla którego się na nią wybraliśmy - prasy do wyciskania soku z jabłek.


Dzieci pomagały wrzucać jabłka do szatkownicy, ale prasy obsługiwać nie mogły - pozostało im tylko obserwowanie jak wyciskany sok zaczyna ściekać do podstawionego wiaderka.


A potem nastąpiła degustacja! Sok - PYSZNY!!!

Załapaliśmy się jeszcze na spacer po warzywniku, gdzie Krzyś objadł się pomidorami i papryką prosto z krzaków - ostrą paprykę zagryzał soczystymi pomidorami.

czwartek, 19 października 2017

PUR: myjka dwustronna i podkładka

Tak mi się spodobało dzierganie dwustronne (robiłam tą techniką ten kocyk: KLIK), że postanowiłam zrobić dwustronne myjki. Głównie dlatego, że te robione tradycyjnie, po kilku praniach robią się cienkawe, a dwie warstwy dzianiny powinny sprawić, że myjka na dłużej pozostanie nieco grubsza.

Na myjce eksperymentalnej zagościł dinozaur i prehistoryczne palmy.


Zamierzałam zrobić więcej takich myjek, wykorzystując dość spore zapasy bawełny, ale dzieci wróciły z wakacji w Polsce a tym samym czas, który mogłabym poświęcić na robienie na drutach skurczył się tak, że jakby go właściwie w ogóle nie było. A wraz ze zniknięciem czasu, wyparował także entuzjazm i skończyło się na jednej sztuce.


Do pomysłu mam zamiar powrócić - kiedyś...

Kiedy już bawełniane resztki ujrzały światło dzienne, okazało się, że w zasadzie potrzebna mi jest jeszcze jedna podkładka pod gorące naczynia, a te niewielkie kłębuszki świetnie nadają się do noszenia w plecaczku, kiedy gdzieś wybieram się z dziećmi.


I tak 10 minut tu, 15 minut tam - i podkładka została ukończona w dość przyzwoitym czasie dziesięciu dni. Kiedy ją zaczynałam, też miałam optymistyczny zamiar zrobienia kilku podkładek - ponownie na zamiarach się skończyło.

Te dwa skromne projekciki obrazują moje aktualne moce przerobowe jeśli chodzi o robótki ręczne. Niewiele się dzieje...

poniedziałek, 16 października 2017

Modrowronka kalifornijska i sowa

Emilia, bawiąc się w ogródku, wypatrzyła sowę. Sowa siedziała sobie kilka posesji dalej, i nie wiem jakim cudem udało się mojemu dziecku dostrzec ją pomiędzy gałęziami drzew. Sowa doskonale zdawała sobie sprawę z naszej obecności, oraz z faktu, że stanowi przedmiot naszego zainteresowania.


Była uprzejma zaczekać aż przybiegłam z aparatem i zrobiłam zdjęcia, dopiero kiedy miałam ich już kilka, odleciała.


Pooglądałam w internecie zdjęcia sów występujących w północno-zachodniej Ameryce i wydaje mi się, że mógł to być puszczyk plamisty, ale nie jestem pewna.

Jesienią sporo różnych ptaszków odwiedza nasze trawniki w poszukiwaniu pożywienia. Dzieciom podobają się niesamowicie modrowronki kalifornijskie.


Modrowronki żywią się między innymi żołędziami a w naszym ogrodzie rośnie wszak dość potężny dąb, który obfitością żołędzi przyciąga, jak widać, nie tylko wiewiórki.

piątek, 13 października 2017

Liście

Lecą liście z drzew, dzieci je grabią, zbierają w jedną stertę, otaczają deskami - twierdzą, że to ich jesienny basen.


Mają zajęcie a przy okazji robią coś pożytecznego - to połączenie nie występujące w naturze zbyt często. Ale żeby nie było zbyt pięknie, to jak już zgrabili wszystkie liście to do tego basenu wrzucili Kicię - i dziwili się, że jej się zabawa nie spodobała.

Październik to także czas, kiedy wyciągamy pudło z dekoracjami na Halloween i powoli dekorujemy dom. Krzyśkowi już nie zależy, ale teraz Emilia wkroczyła w wiek, kiedy sezonowe dekoracje jawią się jako jedna z rzeczy najważniejszych w życiu. Na razie przyozdobiliśmy dom na zewnątrz.


Na zdjęcie nie załapała się ogromna dynia przywieziona z farmy już po zrobieniu zdjęcia.


Wewnątrz na razie zawisł jedynie wieniec z nietoperzami, i gdzieniegdzie pojawiły się tematyczne naklejki, za to dzisiaj kupiliśmy słodycze dla tych, którzy zdecydują się zastukać do naszych drzwi 31 października

*               *               *

W ogródku kwitnie jeszcze trochę kwiatów, ale już niewiele. Natomiast nadal jemy pomidory, które w tym roku obrodziły wyjątkowo obficie. Pierwsze pomidorki dojrzały pod koniec lipca, ostatnie jeszcze zrywamy. Nie pamiętam tak długiego sezonu na pomidory, a na dodatek przez cały czas zbiory były mniej więcej równomierne - nie wystąpił wysyp pomidorów w krótkim czasie, tylko przez te wszystkie tygodnie niemal przez cały czas dojrzewało ich tyle samo. Zdecydowanie był to u nas rok pomidorowy. W kwestii innych warzyw i owoców szału nie było. Tylko porzeczki nie zawiodły, więc udało mi się zrobić sporo drzemów i zamrozić trochę czarnej porzeczki. Innych owoców było ledwo na pojedzenie.