czwartek, 4 lutego 2016

Piracki

Na chłopięcy sweter piracki autorstwa Zoe Mellor natknęłam się pierwszy raz kilka lat temu. Z miejsca zapragnęłam go zrobić dla Krzysia. Nawet miałam już przygotowaną włóczkę! A potem coś stanęło na przeszkodzie, coś innego okazało się ważniejsze, czas biegł nieubłaganie, mały Krzyś zmienił się w Krzyśka i oryginalny projekt już do takiego dużego chłopaka nie pasował.

Ale pewnego dnia Krzyś napatoczył się kiedy przeglądałam książkę The Big Book of Kids' Knits i kiedy zobaczył piracki sweter, oczęta mu się do niego zaświeciły.

Dziecię pragnie - mama dzierga.


Tylko trzeba było wprowadzić pewne modyfikacje, żeby wyszedł odpowiedni sweter dla poważnego dziesięciolatka.


Wiedziałam, że dziergać będę z włóczki Lion Brand Wool-Ease, bo odpowiednia mieszanka akrylu i wełny dobrze znosi pranie w pralce i użytkowanie przez małoletniego właściciela.

Długo zastanawiałam się nad wyborem kolorów.
Pierwotnie sweter miał być grafitowy lub czarny (kolor główny) w połączeniu z kolorem białym lub szarym. W sklepie okazało się, że biały kolor ma srebrną nitkę, czarnego nie ma, szary lekko wpada w beżowy i nie za dobrze wygląda w połączeniu z grafitowym. Zdecydowałam się więc na granat i niebieski.
Krzyś kolory zaakceptował więc zostało tylko sweter wydziergać.


Zdecydowałam się na cieńsze druty niż wcześniej stosowane przy tej samej włóczce w celu uzyskania dzianiny grubszej, bardziej zwartej. Z efektu jestem zadowolona. Wydaje mi się, że sweter wyszedł ładnie, a do tego jest dość ciepły, a bardziej zwarta dzianina nie powinna się zbytnio wyciągać.


Dziecku sweter się podoba, a o to przecież chodziło.


Dane techniczne:
  • włóczka: Lion Brand Wool Ease Solids, 80% akryl, 20% akryl, 180 m/85 gram
  • zużycie: 242 gramy [512 metrów] granatowej oraz 66 gramów [140 metrów] niebieskiej = RAZEM: 308 gramów [652 metry]
  • druty: 3 mm i 3.5 mm
  • wzór : Pirate Sweater by Zoe Mellor (link: tutaj
  • rozmiar: 10 lat
 

poniedziałek, 1 lutego 2016

Go fish

Prosto z egzaminu na żółty pas pognaliśmy z Krzysiem do szkoły - tego samego dnia, o 19.00, uczniowie klas czwartych i piątych prezentowali przygotowywany od października program muzyczny pt. Go Fish - piosenki i skecze tematycznie związane z oceanem.

Wysadziłam dziecko pod drzwiami szkoły o godzinie 18.57. Krzyś wbiegł do środka - spotkał się ze swoją klasą przed samą salą gimnastyczną, w której odbywał się koncert. Ja musiałam znaleźć miejsce parkingowe - odpuściłam sobie krążenie po zapchanym przyszkolnym parkingu i udałam się pod pobliski kościół i tam zaparkowałam. Kiedy dotarłam na salę, pani dyrektor zapowiadała artystów.

Projektując szkołę, uwzględniono występy uczniów, i wyposażono salę gimnastyczną w scenę z prawdziwego zdarzenia (na miarę i potrzeby szkoły podstawowej):


Usadowiłam się na przeciw Krzysia - miał minę niewyraźną, bo bardzo nie lubi się spóźniać i fakt, że do szkoły dotarł w ostatniej chwili, mocno go zdenerwował. Zaczęłam robić do niego głupie miny, żeby się nie rozpłakał, co mu się w sytuacjach stresowych zdarza, i w końcu zaczął się uśmiechać, ale tak jakoś krzywo i w efekcie nie udało mi się zrobić mu ani jednego ładnego zdjęcia. Wszystkie ujęcia podczas koncertu wyszły albo z głupim wyrazem twarzy, albo z zamkniętymi oczami, albo ktoś mu machnął przed twarzą ręką.

Za to po koncercie zapozował z pracą plastyczną powiązaną tematycznie z występami muzycznymi:


Buzia nie "w ciup", tylko "na rybkę" - jakby ktoś się sam nie domyślił.

Ci rodzice, którzy pojawili się w szkole o właściwej porze, obejrzeli prace wszystkich uczniów przed koncertem. Ja sobie obejrzałam je po.

piątek, 29 stycznia 2016

Judo - pierwszy test

Od niemal dwóch lat Krzyś chodzi na dżudo. W końcu nadszedł czas na pierwszy formalny test w tej dziedzinie i zmianę koloru pasa z białego na żółty.
Egzamin odbył się wczoraj a zdawała go czwórka dzieci.

Egzaminy w akademii Best Martial Arts Institute (KLIK) wcale nie są formalnością, dzieci muszą się wykazać umiejętnością wymaganego materiału, ale na szczęście instruktorzy nie dopuszczają do egzaminu osób, które ich zdaniem, nie są do niego przygotowane i mogłyby nie zdać.

Tak się dobrze złożyło, że na egzamin pojechałam z Krzysiem bez Emilii, więc mogłam spokojnie usadowić się na krzesełku z dobrym widokiem na matę, obstawiona aparatem i drutami (szalik dla Krzysia), i przyglądać się przez ponad godzinę  jak dzieciaki prezentują opanowanie wymaganych technik, głównie padów, chwytów i obezwładnień.



Najpierw solo, potem w parach, a na końcu mieli bronić się przed upadkiem - powalał ich na ziemię jeden z instruktorów. Rodzice mieli niezły ubaw patrząc jak ich pociechy lądują na macie w mgnieniu oka - najdłuższy czas, kiedy dziecku udało się ustać na nogach to 8 sekund.



W końcu egzaminatorzy udali się na naradę, która na szczęście nie trwała zbyt długo, po czym dzieci zostały powiadomione o tym, że egzamin zdały i otrzymały swoje żółte pasy.
 

A na koniec - sesja fotograficzna z Sensei Best (z lewej strony),  Sempai Mandra (w środku, w granatowym gi, prowadzi zajęcia w grupie Krzysia) oraz Sempai Karlik (z prawej strony), który prowadzi zajęcia z inną grupą - czasami Krzyś chodzi na te zajęcia ale nieczęsto, bo zaczynają się trochę za wcześnie (3.30). 
(Tutaj, na stronie Best Martial Arts Institute, można poczytać o niektórych z instruktorów - KLIK)

środa, 27 stycznia 2016

Piernik z marchwi


Składniki:
3 szklanki mąki
10 dag masła
2 szklanki cukru
3 jajka
50 dag oczyszczonej marchwi
mała paczka proszku do pieczenia
opakowanie przyprawy do piernika lub zmielone przyprawy
tłuszcz i bułka tarta do formy

Wykonanie:
Szklankę cukru zrumienić na patelni na karmel, rozprowadzić 2-3 łyżkami wody i zagotować. Obraną marchew zetrzeć na tarce z małymi oczkami. Tłuszcz utrzeć z żółtkami, cukrem i połową mąki. Dodać do ciasta karmel i przyprawę do piernika oraz resztę mąki i marchew. Ubić pianę i wymieszać z ciastem. Ciasto wyłożyć do formy wysmarowanej tłuszczem i wysypanej bułką tartą.
Piec w średnio nagrzanym piekarniku ok. godzinę.

(Jak widać na zdjęciach, z części ciasta upiekłam babeczki, 
z reszty "piernik z dziurką.")


Przepis pochodzi z publikacji:
 "WYPIEKI DOMOWE" (Ilona Fąferek, Kinga Osmycka)
 wyd. Komitet Gospodarstwa Domowego, Zarząd Główny Ligi Kobiet Polskich
Warszawa 1988

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Dialogi samochodowe: betonik.

Pewnego dnia, jadąc sobie we dwoje z Krzysiem przez miasto, zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle przy budowie nowego hotelu.
Krzyś spojrzał na żelbetonowe filary, i stwierdził rozżalony:

- A moja szkoła jest tylko drewniana! 
- Bo twoja szkoła ma tylko dwa poziomy. - Przy okazji wywiązała się rozmowa na temat tego co widzieliśmy przez okno, że te słupy są żelbetonowe i co to takiego ten żelbeton i dlaczego na tej budowie zastosowany a przy budowie ich szkoły (chyba) nie.

Światło zmieniło się na zielone, ruszyliśmy w dalszą drogę, ale dziecku coś nie dawało spokoju. Myśli, myśli, w końcu pyta:

- Betonik? - Tutaj zabił mi ćwieka. Szara komórka, zmęczona już wyraźnie wcześniejszą kilkugodzinną aktywnością, przysnęła na moment, więc powtarzam nieco zdezorientowana za dzieckiem:

- Betonik? 
- No wiesz, betonik... jak "granola bar"... (granola bar = batonik z mieszaniny płatków zbożowych, rodzynek, orzechów i suszonych owoców)
- Batonik! - Olśnienie. - Batonik, nie betonik.
- Aaa! Batonik!

piątek, 22 stycznia 2016

Przerwa w dostawie prądu

W sobotę przed południem przetoczyła się nad naszą okolicą burza.
Wprawdzie wcale aż bardzo tak nie błyskało i nie grzmiało, ale za to lało jak z cebra i wiało okrutnie. Właśnie ten wiatr spowodował zerwanie linii zasilającej naszą dzielnicę w energię elektryczną - stało się to raptem o kilka domów od nas.

Zanim naprawili, przez sześć godzin nie mieliśmy prądu.
(Tego typu awaria, a co za tym idzie przerwa w dostawie prądu, miała u nas miejsce drugi raz w ciągu dziesięciu lat jak mieszkamy pod tym adresem. Pierwszy raz, kiedy Krzyś był w podobnym wieku co Emilia teraz.)

Brak prądu okazał się nowym, i jakże ciekawym doświadczeniem dla Emilii, która jeszcze czegoś podobnego nie przeżyła w swoim krótkim, 3.5-rocznym życiu.

Bajek nie można oglądać - ani w telewizji, ani na DVD, ani na tablecie bo nie ma prądu. Nie można zagrzać mleka ani w mikrofalówce ani na kuchence bo nie ma prądu. Nie działają lampy ani bieżnia, w lodówce ciemno, mama nie może nastawić prania ani poodkurzać, drzwi garażowych nie można otworzyć pilotem bo nie ma prądu. Woda ciepła jeszcze była bo zanim ostygnie w bojlerze, to jednak trochę to trwa.

Najpierw dziecko było przekonane, że to mama, z jakiegoś powodu, zabrania oglądania bajek, i zastosowało stałą, skuteczną w przypadku jednego z rodziców oraz brata, broń - wrzask. Okazało się jednak, że prąd jest odporny na decybele i nie zechciał się pojawić ani w naszym, ani w sąsiednich domach.

Kiedy już do Emilii dotarło, że to siła wyższa i na nic nie zdadzą się płacze, prośby, jęki czy zapewnienia o miłości, pojawiło się zaciekawienie. Własnoręcznie sprawdziła każdy pstryczek w całym domu bo mogłoby się przecież zdarzyć, że któraś lampa zadziała i zaświeci. (Zapewne nie tylko moje dzieci żyją w przekonaniu, że mama nic nie wie i z pewnością nie chodziła do szkoły i nie miała okazji się dowiedzieć, więc nie można jej tak po prostu uwierzyć na słowo.) Potem, co chwila biegała do lodówki, żeby sprawdzić czy może już się w środku świeci. Jakby nie wystarczyło rzucić okiem na modem, który zazwyczaj przyciąga uwagę kolorowymi diodami, a który, pozbawiony dopływu energii elektrycznej, nie mrugał zalotnie do domowników.

A potem padło pytanie - to co my mamy teraz robić?

Jak to co - bawić się! Zabawkami!

Och to tabletowe pokolenie...

No i bawili się, oboje...

A potem zaczęło szarzeć na zewnątrz i zaczęliśmy przygotowywać oświetlenie na wieczór - latarki, świeczki, kempingowa lampa na gaz. A kiedy już Emilia wybawiła się świeczkami, pojawił się prąd, rozświetlając zapadające ciemności.


poniedziałek, 18 stycznia 2016

Nelumbo

Jakiś czas temu natrafiłam na blogu Spokój Drutem Wydziergany na przepiękny sweter o tajemniczej nazwie Nelumbo. Autorką opisu jest Asja Janeczek (tutaj jej blog: KLIK). Nie zastanawiałam się długo, zakupiłam opis wykonania - włóczka czekała już od dawna na coś specjalnego.


Dziergałam dłuuugo (na drutach 2mm), z przerwami - kilka miesięcy a z końcowego efektu byłam zadowolona o ile sweter trzymałam w dłoniach bądź podziwiałam rozłożony na płasko. Dużo gorzej to wyglądało na mnie. Przymierzałam kilka razy, o różnych porach dnia - niestety, wieloryby nie wyglądają dobrze w Nelumbo. Nie wyglądają nawet "OK" lub "ujdzie".
Sweter leży i czeka - ciężko mi się zabrać za prucie...

A że Nelumbo bardzo mi się podoba, postanowiłam wykorzystać część tych pięknych przeplatanek w swetrze dla Emilii. Tylko część, bo sweterek dla trzylatki mały, więc wszystko by się na nim nie zmieściło. Tym razem, z efektu końcowego jestem bardzo zadowolona, i to bez zastrzeżeń.

 







Dane techniczne:

  • włóczka: Sirdar Snuggly Tiny Tots, 90% akryl, 10% poliester, 137 m/50 gram
  • zużycie: 170 gram [467 metrów]
  • druty: 3 mm i 3.5 mm
  • wzór (zmodyfikowany): Nelumbo by Asja Janeczek (link: tutaj
  • rozmiar: 4 lata 


piątek, 15 stycznia 2016

Oregon Battle of the Books 2016

Niebawem, w szkole Krzysia, nastąpią wewnątrzszkolne eliminacje w ramach konkursu czytelniczego Oregon Battle of the Books. O konkursie pisałam już w ubiegłym roku - (KLIK).

W tym roku dość wcześnie, bo już dość na początku września, wydrukowałam listę książek do przeczytania przez uczestników i zaczęłam po kolei wypożyczać je, a Krzyś czytać.

Lista OBOB 2015-2016 dla klas 3-5:

  • Charlie Bumpers vs. the Teacher of the Year by Bill Harley
  • Diamond Willow by Helen Frost
  • Escape From Mr. Lemoncello’s Library by Chris Grabenstein
  • Flora and Ulysses by Kate DiCamillo
  • How to Train Your Dragon by Cressida Cowell (wyd. pol. Jak wytresować sobie smoka)
  • The Lightning Thief by Rick Riordan (wyd. pol. Złodziej pioruna)
  • A Long Walk to Water by Linda Sue Park
  • Mission Unstoppable by Dan Gutman
  • Mountain Dog by Margarita Engle
  • No Talking by Andrew Clements
  • Rooftoppers by Katherine Rundell
  • The Sasquatch Escape by Suzanne Selfors
  • The Shadows by Jacqueline West
  • Shiloh by Phyllis Reynolds Naylor
  • What Was Ellis Island? by Patricia Brennan Demuth
  • What Was the March on Washington? by Kathleen Krull

Wiadomo,  że życzę swojemu dziecku jak najlepiej i chętnie zobaczyłabym go w finale konkursu, ale nie to jest tu najważniejsze. Konkursowa lista lektur proponuje tytuły i autorów, do których nie dotarlibyśmy bez niej. Kilka z pozycji na liście rozpoczyna całe serie - Krzyś właśnie pochłania trzeci tom pięcioksięgu Ricka Riordana "Percy Jackosn i bogowie olimpijscy", zbliża się do końca serii Cressidy Cowel "Jak wytresować sobie smoka", a w kolejce czekają już kolejne części serii Jacqueline West "The Books of Elsewhere".

W tym roku znalazło się na liście kilka książek raczej edukacyjnych niż rozrywkowych: "What Was Ellis Island?"* oraz "What Was the March on Washington?"**

* Ellis Island to wyspa w porcie Nowy Jork, na której działało w latach 1892-1924 główne centrum przyjmowania imigrantów do Stanów Zjednoczonych (wschodnie wybrzeże) z Europy.

** Marsz na Waszyngton - demonstracja podczas której Martin Luther King wygłosił przemówienie "I Have a Dream."


Książką, która mocno poruszyła moje dziecko była ostatnia z przeczytanych (siódma na liście powyżej), "A Long Walk to Water" Lindy Sue Park. Opowiada ona prawdziwą historię Salva, jednego z ponad 3800 sudańskich "Lost Boys" wywiezionych samolotami do USA począwszy od połowy 1990 roku.

Przed opuszczeniem Afryki, życie Salva naznaczyły wstrząsające doświadczenia. Oddzielony w wieku 11 lat od rodziny przez wojny i zmuszony do podróży na piechotę przez setki mil na wrogim terytorium, przeżywa głód, ataki zwierząt i choroby, a ostatecznie prowadzi grupę około 150 chłopców do obozu dla uchodźców w Kenii. Siedem lat później, Salva wyje
żdża do północnej części stanu Nowy Jorkuczy się angielskiego idzie na studia. W końcu wraca do domu w południowym regionie Sudanu w celu utworzenia fundacji (Water for Sudan), która instaluje studnie głębinowe w odległych wioskach, tak bardzo potrzebujących czystej wody. Wzruszająca prawdziwa opowieść o życiu Salva przeplata się z historią fikcyjnej Nya, młodej dziewczyny, która mieszka dziś w jednej z tych wiosek.

wtorek, 12 stycznia 2016

Zeszyt na robótkowe notatki i zakładka

Od kilku lat zapisuję sobie robótkowe dane w specjalnym zeszycie. Zalet prowadzenia takich notatek jest wiele ale rozwodzenie się  nad nimi nie stanowi głównego tematu dzisiejszego wpisu.

Chodzi o to, że w USA w zasadzie nie można kupić zwykłego, zszywanego zeszytu w kratę, do tego jeszcze z ładną okładką. Takich w grubą linię, pamiętnikowych, jest do wyboru do koloru, ale w kratkę - nie!
A ja chciałabym właśnie taki.

Im mniej wolnych stronic w obecnym zeszycie, tym moje poszukiwania stawały się bardziej intensywne, aż w końcu odpuściłam sobie i poprosiłam koleżankę w Polsce o obejrzenie się za czymś z ładną okładką. Moje zamówienie zostało "zrealizowane" w tak ekspresowym tempie, że wiele firm powinno udać się do Splocika na szkolenie w tej kwestii!

Przesyłka przyszła jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Kiedy zobaczyłam notatnik, to najpierw byłam przekonana, że Splocik coś wydziergała sama, ale szybko okazało się, że to jednak nie ręczny udzierg.


Ponieważ nie wiedziałam, że Splocik ma maszynę dziewiarską, doszłam do wniosku, że w Polsce można już kupić zeszyty z takimi fajnymi okładkami - a w stanach nie! A to ci dopiero!


Dopiero po przeczytaniu wpisu na blogu u Splocika (KLIK) dowiedziałam się, że to rzecz unikatowa, nie kupiona w sklepie.

W środku - przemiła, wzruszająca dedykacja:



A do tego jeszcze zakładka - wygrana w konkursie (KLIK):


Odpowiadając na pytanie co przedstawia haftowany obrazek, nie sądziłam, że jest coś do wygrania, i nawet mi do głowy nie przyszło, że mogłabym być jedyną osobą, która poda prawidłową odpowiedź!

A dopiero redagując ten wpis zauważyłam, że chyba zrobiłam zdjęcie lewej strony zakładki... Nic to, przynajmniej widać jak starannie wykonana jest i po tej drugiej stronie.


Wszystko to razem, cały prezent, otrzymany tuż przed świętami, wzruszył mnie ogromnie i sprawił szaloną przyjemność. I choć Emilii króliczki na okładce bardzo się spodobały, tym razem mowy nie ma żeby mi podebrała ten zeszyt - sorki córeńko!

sobota, 9 stycznia 2016

Wodospad Salt Creek Falls zimą

W pierwszą sobotę nowego roku ponownie wybraliśmy się w góry aby zakosztować zabawy na śniegu.

Tym razem nie było już tak bajecznie - biały puch z drzew opadł, a ten na ziemi został udeptany stopami tych wszystkich fanów zimy, którzy postanowili poruszać się nieco podczas ferii zimowych a nie tylko siedzieć przed ekranem.

Zbocze górki, oblodzone, z licznymi dołkami i muldami, zbyt było niebezpieczne, by spokojnie cieszyć się zjeżdżaniem. Bardzo szybko przenieśliśmy się na niewielkie zaspy śnieżne utworzone w wyniku odgarniania śniegu z parkingu. Niewysokie, ale strome, zapewniały daleki zjazd.

W ruch poszły także wyciągnięte z bagażników samochodów saperki - świetnie nadały się do kopania jam i norek w zaspach śnieżnych, do pogłębiania tych już zastanych bądź do ulepszania naturalnych jam i niszy powstałych przy pniach drzew podczas zamieci. Śnieżne domki okazały się źródłem o wiele większej radości dla dzieciaków niż zjeżdżanie z górki.

A na koniec wybraliśmy się na spacer do wodospadu Salt Creek Falls. To drugi co do wysokości spadku wodospad w Oregonie (87 metrów).

Salt Creek Falls, Oregon

Spacer z parkingu zimowego zajmuje około 20-30 minut. Śnieg, mimo że zalegał dość grubą warstwą, był tak ubity, że i bez raków  można było spokojnie dojść na miejsce.

Zaraz po wyjściu z parkingu przechodzi się przez mostek nad potokiem Salt Creek. Czy można tak po prostu przejść sobie po moście nad wodą? Może jak się ma więcej niż 10 lat to tak, ale moje dzieci nie mogły odpuścić okazji do zabawy nawet tak niepozornej - trzeba było powrzucać trochę kulek śniegowych i kawałków lodu do wody. Widok z mostku na potok poniżej.

Salt Creek, Oregon
Emilia prawie całą trasę do wodospadu przedreptała na własnych nóżkach, tylko troszkę wsparłam ją noszeniem.

Na miejscu nie zabawiliśmy zbyt długo, bo warstwa śniegu przy barierkach była tak gruba, ze płotek odgradzający od przepaści sięgał poniżej kolan, nie chroniąc przed wypadkiem. Nie ryzykowaliśmy, że ktoś z nas spadnie - punkt widokowy usytuowany jest wyżej niż próg skalny z którego woda potoku spada w dół - przepaść w tym miejscu sięga stu metrów.

Na zdjęciu poniżej Krzyś siedzi obok poręczy, która biegnie przy schodkach na ścieżce w pobliżu barierki. Ten kawałek drewna wystający ze śniegu to górna część poręczy.


Dzieci zostały odegnane w bezpieczne miejsce, ja zabawiłam jeszcze chwilkę aby zrobić kilka zdjęć.



Drogę powrotną Emilia przebyła na pożyczonych sankach - jazda bardzo jej się podobała, ale zmarzła, ponieważ tego dnia było przeraźliwie zimno a do tego wiał wiatr. Wprawdzie byliśmy dobrze ubrani w kilka ciepłych warstw, ale jak się nie ruszało dłużej niż 5 minut, to zaczynały marznąć stopy i ręce.

Ale nasz pobyt i tak dobiegał już ku końcowi - w samochodzie wszyscy zagrzaliśmy się i posililiśmy a potem pojechaliśmy do domu. Mimo, że Emilia ponownie nie była zachwycona śniegiem, udało nam się dość znacznie wydłużyć pobyt w porównaniu z poprzednim wyjazdem.

Zebrałam zdjęcia z obu wyjazdów w formie filmiku  - do obejrzenia poniżej.

środa, 6 stycznia 2016

Była sobie Helena...

Była sobie Helena - biały sweterek dla Emilii, o ten (KLIK).

Służył dziecku dość długo, rozciągając się wraz z kolejnymi praniami, aż w końcu osiągnął swoje maksymalne rozmiary przedłużając tym samym okres użytkowania sweterka. Dziecko rosło, aż w końcu rękawy zaczęły być przykrótkie, ale i tak można by sweterka używać do letnich sukienek, gdyby nie paskudna szara plama po soczku, która pojawiła się z przodu. Plama, której nie udało się usunąć ani żadnym z dostępnych środków chemicznych, ani za pomocą licznych domowych sposobów.

Z żalem ogromnym sweterek sprułam - wyrzucić jednak było mi szkoda.
A żeby nie dokładać kłębuszków do i tak pokaźnego składziku puszystości, dobrałam kilka zalegających resztkowych kłębuszków bawełnianych i zrobiłam szydełkiem myjki do ciała. Takie najprostsze, w paseczki.


Każda myjka ma nieco inny układ pasków, a wszystkie bardzo podobają się Emilii, która ich używa.

 

niedziela, 3 stycznia 2016

Gdzie te chmury?

Jakiś czas temu natrafiłam na blogu Ignormatyka na emigracji (KLIK) na kategorię wpisów o Piotrusiu i Madzi (KLIK) -  takie zabawne teksty rzucane przez dzieciaczki. Swego czasu sama zamieszczałam podobne autorstwa Smyka vel Hultajstwa czyli Krzysia - jeszcze na poprzednim blogu. I sama nie wiem dlaczego kwiatki sadzone przez Kruszynkę do tej pory nie zakwitły w Okruchach. Zdecydowanie nie z braku weny u dziecka - Emilia swoimi hasłami bije starszego brata na głowę. Natomiast ja nawalam w kwestii robienia notatek. Ulotna chwila mija, śmiech przebrzmiewa, śmieszne teksty nie zostają utrwalone i przepadają.

Może niech moim postanowieniem noworocznym (choć od kilku lat już takowych nie czynię) będzie zapisywanie złotych myśli wychodzących z ust moich pociech?

Na dobry początek dwa dialogi, które nie uległy zapomnieniu mimo upływu kilku miesięcy.

Dialog Nr 1:
Lato, upał, żar leje się z nieba na którym ani jednej, nawet mikroskopijnej chmurki.

Emilia: Zaraz będzie padał deszcz.
Mama: Deszcz? A z czego? Widzisz jakąś chmurkę?
Emilia: Nieee... Niebo mi zasłania!

Dialog Nr 2:
Krzyś: Emilka jest cute! (cute=słodka, urocza)
Emilia: Nie jestem cute! Jestem Emilka!

*          *          *

A na koniec jeszcze zdjęcie Emilii myjącej zęby. 

"Myję zęby, bo wiem dobrze o tym, kto ich nie myje, ten ma kłopoty!"

czwartek, 31 grudnia 2015

Kostki lodu a kąpiel przy choince

W niedzielny wieczór oglądaliśmy sobie AFV (American Funnies Home Videos - zdecydowanie nasz ulubiony rodzinny program telewizyjny), w którym Emilia wypatrzyła coś co ją zainspirowało do natychmiastowego działania.

Z zamrażalnika wyciągnęła tackę z kostkami lodu i wysypała je na dywan w pokoju, ściągnęła rajstopki i zaczęła spacerować po kawałkach lodu.

Wiadomo, że jak Emilia sobie coś umyśli to nie ma co jej od tego odwodzić. Kostki lodu zostały wrzucone do wanienki i dziecię mogło kontynuować zabawę bez rujnowania niedawno zakupionego dywanu.

Samotne spacerowanie po lodzie okazało się zbyt nudne, więc do zabawy został wciągnięty starszy brat. Rodzice stanowczo odmówili.

Kolejny upgrade nastąpił, kiedy do wanienki Emilia wlała zimną wodę. Niewiele, tyle, by wraz z topniejącym lodem, zapewnić lepszy poślizg dla dwóch par stóp doświadczających tych jakże niecodziennych doznań. Aby sobie nie moczyć sukienki, Emilia pozbyła się jej.

Potem wody przybyło, i to znacznie, a jeszcze później, temperatura przynoszonej w kolejnych wiaderkach wody zaczęła znacznie się podnosić. Skończyło się na tym, że Emilia wyskoczyła z reszty ubranek i weszła do wanienki.


Kąpiel przy choince - to jest to co moje dzieci bardzo lubią - tutaj (KLIK) wpis ze zdjęciem Krzysia w podobnej sytuacji 8 lat temu. Tylko pod innym pretekstem ta kąpiel.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Boże Narodzenie w górach

W Boże Narodzenie wybraliśmy się w góry - na śnieg. Celowo nie piszę, że na sanki, bo tradycyjnych sanek nie posiadamy. Mamy za to tak zwane tuby. Podobno najbezpieczniejszy sprzęt do zjeżdzania z górki - mało wywrotny.

U nas śniegu nie ma i nie zapowiada się aby miał spaść - to dość typowe dla tej pory roku w dolinie Willamette. Pada, i owszem, a nawet leje - deszcz.

Półtorej godziny w samochodzie, kilkanaście stopni w dół na termometrze i z jesiennej pluchy przenieśliśmy się w najcudowniejszą zimę.

Salt Creek Falls Snow Park

Rzuciliśmy się na ten śnieg bez pamięci, bo z bliska nie widzieliśmy go od dwóch lat.


 

Śnieg był świeżutki, czyściutki i puszysty. Niestety z powodu tej swojej puszystości, lądował w sporych ilościach na twarzach kiedy tylko tuby zjechały z ledwie przetartej ścieżki w bok na nieubity śnieg. Okazało się,że Emilii to zasypywanie buzi śniegiem bardzo nie odpowiada. Zastrajkowała, zażądała zabrania jej do samochodu i domagała się natychmiastowego powrotu do domu.

Ponieważ Krzysiek bawił się na górce fantastycznie, odwlekałam spełnienie żądania Emilii jak tylko się dało. A dało namówić się Ją na pisanie wyrazów na śniegu, robienie orłów oraz chodzenie po śladach pozostawionych przez innych amatorów ruchu na świeżym powietrzu.

Ale i ta zabawa w końcu znudziła się dziecku i nie dało się bardziej odciągnąć powrotu do domu.

Choć krótko, ale i tak było świetnie.

W drodze na śnieg - za oknem samochodu

A dwa dni później Emilia stwierdziła, że jej się podobało i że chce znowu pojechać na śnieg.

Dobrze, bo podobny wyjazd został już zaplanowany i mam nadzieję, że nic nam go nie pokrzyżuje. (A właśnie dostałam z przedszkola wiadomość, że mają zgłoszone 3 zdiagnozowane przypadki choroby dłoni, stóp i jamy ustnej wśród przedszkolaków - uprasza się zatem Szanownych Czytelników o trzymanie kciuków aby Emilia się nie zaraziła.)

Występy sceniczne Kruszynki

Panie przedszkolanki przygotowały z dziećmi program świąteczny. Maluchy dzielnie ćwiczyły piosenki, a Emilii tak się to śpiewanie spodobało, ze ciągle o tym przedstawieniu mówiła i stanowczo zażądała uczestnictwa, mimo, że przedstawienie miało się odbyć w dniu, kiedy ona do przedszkola nie idzie.

W piątek, na tydzień przed Bożym Narodzeniem, wybraliśmy się całą rodziną do przedszkola, a raczej do kościoła Baptystów, przy którym jest przedszkole. Zabrałam ze sobą i kamerę i apart aby uwiecznić pierwszy występ na scenie młodszej latorośli. Emilia, wraz z innymi dziećmi, została pod opieką pań przedszkolanek, my zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie - sprzęt w gotowości.

17.45 - dzieci zostały wprowadzone na scenę i zajęły swoje miejsca.


Niech nie dziwi widok piżamek - przedstawienie pod tytułem "Christmas in Our Jamies" ("Boże Narodzenie w Piżamkach") wymagało właśnie takich kostiumów.

Nie minęło 20 sekund a zauważyłam, że Emilia ma mocno niewyraźną minę i przeciera rękawem "spocone" oczka.


Zrobiłam jeszcze jedno zdjęcia, po czym odłożyłam aparat i ściągnęłam ze sceny zaryczaną Emilię,- a pozostałe przedszkolaki nieprzerwanie radośnie śpiewały. (Panie przedszkolanki w informacji do rodziców uprzedzały, że takie sytuacje się zdarzają, i żeby pozwolić dziecku przyjść do rodziców a nie torturować kontynuacją pobytu na scenie.)


Pierwszy publiczny występ Emilii na scenie nie trwał zatem nawet minuty, ale samo przedstawienie, oglądane z perspektywy kolan mamusi, podobało się córeczce niezmiernie.

Kilka dni późniejEmilia stwierdziła, że rozpłakała się na scenie bo jej nóżki były zmęczone.



wtorek, 22 grudnia 2015

Kartki świąteczne

W tym roku, pierwszy raz w życiu, wykonałam własnoręcznie kartki świąteczne. Nie dużo, zaledwie sześć - powędrowały do domów i osób szczególnie mi bliskich.