wtorek, 16 stycznia 2018

Przesilenie zimowe

Przesilenie zimowe było w grudniu, 21-go, i tego właśnie dnia skończyłam sweterek dla Emilii - stąd nazwa.


Włóczkę, szalenie mięciutką i milutką w dotyku, dostałam od koleżanki już jakiś czas temu, nie pamiętam czy z okazji urodzin Emilii, czy jakiejś innej okazji. Wówczas Emilia była mała, więc chciałam poczekać aż podrośnie, by włóczkę wykorzystać w całości. A było jej 2 x 150 gram - w kolorach białym i lila.

Odkąd zrobiło się chłodniej, wybierając rano ubranka, Emilia zaczęła sięgać po sweterki zrobione na drutach przez mamę. Kilka okazało się już za małych, pozostałych nie było na tyle by starczyło na każdy dzień tygodnia. A najlepiej mi się dzierga kiedy wiem, że przyszła właścicielka już przebiera nóżkami w niecierpliwości oczekiwania na swój nowy sweterek.

Wzór wymyśliłam już dawno - paseczki, ale nie tej samej szerokości a właśnie tak, jak na zdjęciu. Dzierganie (od góry i całkowicie bezszwowo) poszło piorunem - cztery dni i sweterek był gotowy! Emilia nie pozwoliła mi go nawet uprać i natychmiast założyła, a do zdjęć pozowała na tle choinki - do Bożego Narodzenia brakowało raptem czterech dni.

Włóczkę (300 gram) wykorzystałam całkowicie. Zostało mi białej jakieś 2 metry i bałam się, że to za mało na wykończenie dekoltu nawet szydełkiem, więc został nie wykończony. I już chyba tak zostanie, bo raczej nie zdecyduję się na dokupienie włóczki, choć może wtedy mogłabym nieco wydłużyć rękawy i korpus. Emilii sweterek odpowiada taki jaki jest, chodzi w nim na okrągło, zakładając go zaraz po wypraniu, a mi jest szalenie miło.

Garść informacji:
  • włóczka: Plymouth Yarn Oh My! 100% nylon; 64 m/50 gram
  • zużycie: 300 gram (3 motki białej, 3 motki liliowej) czyli 382 metry
  • druty: 4 mm
  • wzór: z głowy

sobota, 13 stycznia 2018

Niezawodna sarcococca

Kolejny piękny słoneczny weekend.
Ponieważ jutro Krzysiek ma mecz, to dzisiaj na chwilę wyszłam do ogródka.
Nareszcie ściągnęłam światełka bożonarodzeniowe zdobiące dom a przy okazji zgrabiłam nieco liści. Potem zagoniłam do tej pracy syna.

sarcococca

Pracowałam nie tylko opromieniona radosnym styczniowym słonkiem, ale także otoczona słodkim zapachem sarkokoki, która niezawodnie, jak co roku o tej porze, kwitnie na całego a zapach jej maleńkich kwiatuszków jest tak intensywny, że wydaje mi się, że żadna znana mi roślina nie pachnie mocniej.

sarcococca

sarcococca

Sprawdziłam przy okazji czy już coś pnie się w górę spod ziemi, ale póki co niewiele tego: ciemierniki, jeden hiacynt i szafirki.

ciemiernik biały

ciemiernik bordowy

hiacynt

szafirki

Na czereśni, natomiast, już od jakiegoś czasu pęcznieje zapowiedź wiosny:

czereśnia

środa, 10 stycznia 2018

Koszykówka

W listopadzie zaczął się sezon koszykówki dla gimnazjalistów.
Chłopcy mieli kilka treningów, które odbywają się w szkołach, więc było sporo przerw na święta i ferie. Po nowym roku, treningi ruszyły od nowa, a w niedzielę - pierwszy mecz.


Pierwsze trzy treningi wszyscy chłopcy z naszego rejonu mieli razem a trenerzy bacznie ich obserwowali by potem rozdzielić na trzy drużyny.

Potem drużyny te brały udział w rozgrywkach kwalifikujących ich do jednej z trzech lig.


Krzyś nigdy wcześniej nie grał w kosza, więc jego umiejętności na tym polu nie są imponujące, natomiast trener niezmiernie go chwali za szybkość i wytrzymałość. Krzyś męczy się, ale nie aż tak bardzo jak inni chłopcy i pod koniec treningu wprawdzie jest zmęczony, ale nie słania się i nie charczy z wysiłku jak pozostali chłopcy. We wszystkich ćwiczeniach, w których się biega, bije na głowę najszybszych pozostałych. Myślę, że w tym momencie odcina kupony od tego co osiągnął przez lata regularnych i sumiennych treningów w dodżo. A pod okiem trenera, stosując się do jego zaleceń, i w koszykówce zrobi postępy. Najważniejsze, że bardzo mu się te zajęcia podobają, chodzi na nie chętnie i stara się dać z siebie wszystko.

niedziela, 7 stycznia 2018

Styczniowe niebo

Wczorajszy wieczór nagrodził sobotnie trudy i znoje malowniczym spektaklem wyświetlonym przez zachodzące słońce na niebie.


Przedstawienie nie trwało długo, ale we właściwej chwili podeszłam do okna, zauważyłam i zdążyłam pobiec po aparat.


Przez cały dzień pogoda była iście wiosenna - słońce tak radośnie świeciło, że wyszłam do ogródka by dokończyć jesienno-wiosenne porządki. Dzieci dorwały pistolety na wodę (najwyraźniej nie dość dobrze schowane) i urządziły sobie dyngusową mokrą wojnę nabierając z wiaderek deszczówki. Przemoczeni byli do suchej nitki, ale że cały czas biegali, więc zimno im nie było. A po bitwie zagnałam ich do łazienki, w nadziei, że gorąca kąpiel zapobiegnie przeziębieniu.


W czasie gdy dzieci harcowały, ja przycinałam, wykopywałam, rozsadzałam i przesadzałam. Trochę się przy tym zmachałam, ale zrobiłam sporo.
Nie starczyło już jednak czasu na ściągnięcie światełek bożonarodzeniowych z domu. Trudno - jeszcze trochę powiszą. Wczoraj też rozebrałyśmy z Emilią choinkę a przedwczoraj wszystkie ozdoby świąteczne powędrowały do kartonu i wyniesione do garażu. I po świętach!


(A dzisiaj już nie ma tak pięknej pogody - pochmurno i ponuro...)

czwartek, 4 stycznia 2018

Baby Helena

Pierwszy w nowym roku wpis dziewiarski, ale jego tematem jest robótka jeszcze zeszłoroczna.

Kilka dni temu prezentowałam pierwszy sweterek zrobiony dla córeczki koleżanki, dzisiaj kolej na drugi - Helena w wersji lila.


Włóczkę miałam - latem przez pomyłkę kupiłam motek w nie tym odcieniu co trzeba na dziergany wówczas kocyk, ale już mi się nie chciało jechać do sklepu i oddawać. Założyłam, że prędzej czy później i tak znajdzie jakieś zastosowanie i nie pomyliłam się. Wkrótce dowiedziałam się, że koleżanka jest w ciąży a kiedy, kilka tygodni później, poznaliśmy płeć dziecka, ucieszyłam się, że jednak motka nie zwróciłam.

Wzór (Helena) uwielbiam. Swego czasu Emilia miała biały taki sweterek ale już dawno z niego wyrosła. Kilka dni temu zaczęłam dla niej zieloną Helenę - powinna dobrze komponować się z tymi wszystkimi różowymi sukienkami.


Tę maleńką Helenkę zrobiłam dość szybko, na fali dziewiarskiego entuzjazmu, i jakoś tak dobrze wszystko się układało - nawet odpowiednie guziki miałam w domu!

Garść informacji:
  • włóczka fioletowa: Baby Soft Solid (Lion Brand), 40% nylon, 60% akryl; 420 m/140 gram; zużycie: 86 gram (260 metrów);
  • druty: 2 mm, 2,5 mm i 2,75  mm;
  • wzór: Helena by Alison Green

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Przerwa świąteczna

Przerwa świąteczna (w szkole) minęła szybko i nadzwyczaj miło.
Miałam obawy jak to będzie - dwójka dzieci, wiadomo, że zero śniegu, i ja, usiłująca trochę pracować bo urlopu już nie miałam na tyle, żeby wziąć całe dwa tygodnie wolnego.

Pozdrowienia spod choinki!

Ale niepotrzebnie martwiłam się na zapas.

Pogoda wprawdzie była taka sobie, ale zdarzyło się kilka słonecznych dni, kiedy to dzieci mogły wyszaleć się na zewnątrz. Krzyś trochę pograł z kolegą w koszykówkę, Emilia jeździła wokół grających na rowerze. W Boże Narodzenie, kiedy to pogodę mieliśmy iście wielkanocną, Emilia testowała wymarzoną deskorolkę, którą dostała pod choinkę. Krzyś towarzyszył jej na rolkach.

Testowanie deskorolki w Boże Narodzenie.

Innego dnia zaprzęgłam pociechy do prac porządkowych w ogródku. Nie jest to wprawdzie spełnienie marzeń małoletnich, ale na grabienie liści zawsze udaje mi się ich namówić. Krzyś nawet nanosił trochę drewna z drewutni, żebyśmy mogli zapalić w kominku.

Podczas tych dwóch tygodni Krzyś nadrobił zaległości towarzyskie, spotykając się z najlepszymi kolegami, z którymi nie chodzi aktualnie do tej samej szkoły. W większości przypadków koledzy Ci mają młodsze siostry, więc i Emilia załapała się na koleżankę do zabawy. Dwa razy dzieci zostały w domu znajomych, więc ja mogłam spokojnie iść do pracy. (W sumie udało mi się pójść do pracy dwa razy w każdym z tych dwóch wolnych tygodni i w efekcie jeszcze mi trochę urlopu zostało - do wykorzystania w nowym roku.)

Spotkanie wigilijne w naszym polskim gronie oraz sylwester, co w obu przypadkach oznaczało wielogodzinną zabawę z kolegami, były z radością oczekiwane przez oboje. Wprawdzie następnego dnia byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni i mocno niewyspani, ale za to pozostały nam wdzięczne wspomnienia.

W pierwszym tygodniu ferii Krzyś zaliczył cztery 45-minutowe treningi dżudo i cztery godzinne treningi karate. W drugim tygodniu dodżo  było zamknięte 25 i 26 grudnia, więc treningi zostały zredukowane do dwóch w przypadku dżudo i trzech z karate. Za każdym razem jest tak, że Krzyś kręci nieco nosem, wolałby zostać przed komputerem, ale wychodząc z dodżo uśmiecha się szeroko, i choć jest zmęczony, jest bardzo zadowolony, że mama nie odpuściła i zawiozła go na trening.

W obu tygodniach Emilia miała też lekcje gry na pianie. Jej zapał do gry nie maleje. Zawzięła się, by jak najszybciej skończyć pierwszy podręcznik, który liczy 71 strony, a Emilia dotarła już do strony 47. Podczas ostatniej lekcji co pani zapytała czy już kończymy, Emilia odpowiadała, że chce zagrać jeszcze jeden utwór. Nie miałam zegarka, ale po powrocie do domu, kiedy sprawdziłam godzinę, okazało się, że lekcja trwała grubo ponad ustalone 30 minut. Zauważyłam, że i pani była zadowolona, że ma uczennicę tak pełną entuzjazmu.

A mi udało się wykroić trochę czasu dla siebie i na czytanie, i na robienie na drutach i obejrzałam nawet jeden film na DVD! Kilka razy udało mi się też pospać nieco dłużej a sen ten był mi bardzo potrzebny.

W wigilijny poranek niemiłą niespodziankę sprawiła nam mikrofalówka - po latach wiernej służby zepsuła się. Nie było to całkowicie nieoczekiwane jako że mikrofalówka liczyła sobie już ze 20 lat. Na szczęście jak się ma w domu internet to nie trzeba jeździć po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniego sprzętu. Wiedziałam jakiej firmy chcę nową mikrofalówkę, górny pułap finansowy też miałam określony, więc zakup został dokonany szybko a kilka dni później w kuchni pojawił się nowy sprzęt.

Nowego roku nie zaczynam z żadnymi postanowieniami, planami czy nawet nadziejami. To tylko kolejny dzień w życiu moim i moich dzieci. Wpływ na to co przyniesie, mam tak naprawdę niewielki, więc po co mam się frustrować niewykonanymi planami, niespełnionymi nadziejami, złamanymi postanowieniami. Wiele osób na blogach czyni postanowienia odnośnie planowanych robótek czy książek do przeczytania. Jak się nad tym zastanowiłam to planowanie sobie odpuściłam - będę dziergać to, na co mi akurat przyjdzie ochota bez trzymania się jakiegokolwiek planu, bo to czynność, która sprawia mi przyjemność a nie obowiązek, z którego mam się wywiązać. Podobnie z czytaniem - kto wie, gdzie zawiodą mnie czytelnicze drogi?

Jutro dzieci wracają do szkoły a ja do pracy. Następna dłuższa przerwa w zajęciach szkolnych dopiero pod koniec marca.

piątek, 29 grudnia 2017

Koliberek

Dostałam kiedyś od koleżanki poidełko-karmik dla kolibrów.
Dostałam, zawiesiłam pod okapem domu, kiedy zawartość pojemnika na nektar znikała, dolewałam. Ale do niedawna nie zauważyłam wzmożonego ruchu przy poidełku. Zapewne ptaszki musiały ucztować pod moją nieobecność, bo przecież nektar nie wyparował.

Aż tu nagle grudniowego poranka oko moje zarejestrowało jakiś ruch pod okapem. Akurat jadłam z dziećmi śniadanie. Odsunęłam firankę, ale koliber natychmiast schronił się na dereniu, oddalonym od okna o 3 metry.

Kto wypatrzy kolibra ukrytego wśród gałązek?

Czekaliśmy cierpliwie i nie trwało długo, a ptaszek wrócił do swojego posiłku. Jeszcze kilka razy odlatywał na drzewo, ale za każdym razem powracał.


Potem widzieliśmy go jeszcze raz tego samego dnia i kolejnego.


A pewnego dnia odważył się przylecieć kiedy dzieci bawiły się przed domem. Malizna musiała wiedzieć, że z ich strony nic jej nie grozi. Emilia przybiegła zaaferowana, że koliber... ćwierka!

Rzeczywiście, siedział sobie na dereniu i świergotał - do tej pory jeszcze nie słyszałam kolibra, tak jak i moje dzieci.


Z przyjemnością obserwujemy "naszego" kolibra - karmik wisi przy oknie kuchennym i siedząc przy stole mamy doskonały punkt obserwacyjny.
Często się zdarza, że posiłki jadamy więc razem.

wtorek, 26 grudnia 2017

Sweterek dla niemowlaka

Przez całą jesień nie miałam ochoty robić na drutach - żadnych pomysłów, jak nie ja, oglądając wiadomości dzierżyłam w rękach jedynie kubek z kawą lub herbatą.

Ale po tym, jak na spotkaniu z okazji Święta Dziękczynienia koleżanka poprosiła, bym coś zrobiła dla jej córeczki  (która ma się urodzić w marcu), radosna ochota do machania drutami powróciła natychmiast. Szybko skończyłam skarpetki, które męczyłam już drugi miesiąc a różowa i biała włóczka już czekała - zostało mi trochę po poprzednich projektach.


Różowej włóczki było niewiele, stąd dolne paseczki takie a nie jak na reszcie sweterka. Rozwiązanie problemu niedostatecznej ilości włóczki dało dość ciekawy efekt. Nawet pasujące guziki miałam w domu - akurat cztery!


Sweterek powędruje do przyszłej mamy w komplecie wraz z kocykiem i butkami, które zrobiłam na szydełku jakiś czas temu (KLIK, KLIK.)


Sweterek waży 66 gram, robiłam go od góry, całkowicie bezszwowo, na drutach 2 i 2.5 mm.


Usiłowałam zrobić zdjęcie na jakiejś lalce lub misiu, ale zabawki nie zastąpią prawdziwego niemowlaka, więc zdecydowałam się nie publikować tamtych zdjęć.


Tak mi się spodobało, że natychmiast po ukończeniu tego sweterka zaczęłam robić kolejny. Już ukończony, ale trzeba jeszcze uprać i zrobić zdjęcia.
Co, mam nadzieję, niebawem nastąpi.

Notatki robione przy dzierganiu tego sweterka znalazły się na pierwszej stronie notesu, który sprezentowała mi Splocik:


Powyżej okładka zeszytu i bardzo miła wierszowana dedykacja.

sobota, 23 grudnia 2017

Recital

Ledwo Emilia zaczęła uczęszczać na lekcje gry na pianinie, jej pani zaproponowała udział w koncercie, w którym mieli wziąć udział wszyscy jej uczniowie. Skoro pani oceniła umiejętności mojego dziecka na wystarczające by je zaprezentować publiczności, nie widziałam powodu, by pomysłowi się sprzeciwiać.


Pierwotnie Emilia miała wykonać jeden utwór, Merrily We Roll Along Nancy Faber (melodia z podręcznika, z którego korzysta Emilia, brzmieniem bardzo przypominająca piosenkę dla dzieci Mary Had a Little Lamb), ale uproszczona wersja (dla początkujących, z tego samego podręcznika) Ody do Radości (Ludwig van Beethoven) tak jej się spodobała, że postanowiła zagrać oba utwory. (Choć określenie "utwór" jest tutaj użyte mocno na wyrost.)

Trochę się obawiałam jak to z tym występem publicznym będzie, bo jeszcze w przedszkolu, nawet na zakończenie, podczas występu na scenie Emilia była niemal sparaliżowana ze strachu, ale pod tym względem moja córka zrobiła ogromne postępy i nie okazała ani cienia tremy.

Drugi powód moich obaw, to samo wykonanie.
O ile Merrily We Roll Along wychodziło Emilii całkiem nieźle, to ćwicząc w domu ciągle myliła się grając Odę do Radości. W przypadku obu utworów za nic miała zachowanie jakiegokolwiek tempa, zdawała się nie zwracać uwagi na długość nut i robiła nieznośnie długie przerwy przy przejściu z jednej ręki do drugiej
(w obu przypadkach połowa grana jest jedną ręką, a druga połowa - drugą ręką), o takich subtelnościach jak piano, forte czy mezzoforte nawet nie wspominając. Czyli grała tak, jak się tego można spodziewać po pięciolatce mającej za sobą trzy półgodzinne lekcje.


Koncert odbył się w domu spokojnej starości - ojciec jednego z uczniów jest kierownikiem tej placówki. Poza rodzinami młodych muzyków, koncertu wysłuchali pensjonariusze - w dość skromnym gronie.



Emilia występowała jako czwarta.
Zasiadła przy fortepianie, ułożyła paluszki obu dłoni i zagrała - przepięknie!
Z zachowaniem właściwego tempa, natężenia głośności, a co najważniejsze - bezbłędnie! (Jako jedyna, bo wszyscy inni zaliczyli maleńkie wpadki.)


Po koncercie był czas na grupowe zdjęcie pani z wszystkimi uczniami oraz na słodkie przekąski przygotowane własnoręcznie przez panią Megumi i jej dzieci dzień wcześniej. A że przy fortepianie stała udekorowana choinka, obojgu dzieciom zrobiłam świąteczne zdjęcie.


środa, 20 grudnia 2017

Grudniowe mgliste poranki i światełka choinkowe

Grudzień przyniósł nam zimne noce oraz mgliste, przejmujące chłodem poranki.


Niestety, śniegu nie ma i raczej nie będzie.

Ale kiedy już mgła ustępuje, pięknie świeci słońce - mimo, że nadal jest zimno.

W taką słoneczną, choć mroźną, niedzielę, Emilia stwierdziła, że mamy brzydki dom. Szybko doprecyzowała, że inne domy udekorowane są świecącymi wieczorami światełkami a nasz nie, i dlatego jest brzydki.

Wadzie tej udało się zaradzić dość szybko - w garażu, w kartonie, w miejscu dość widocznym, spoczywały sobie światełka choinkowe. Wcale nie trzeba było ich szukać. Wystarczyło przynieść zza domu drabinę (to zadanie wziął na swoje barki Krzyś) i zawiesić światełka. Pstryk - i dom wypiękniał w mgnieniu oka!

Zawieszać chcieli oboje, i Emilia, i Krzyś. Zdążyli się nawet o to pokłócić i poobrażać. W końcu wieszałam ja bo się bałam, że mi z tej drabiny pospadają, ale oboje pomagali mi rozplątywać i pilnowali, żebym się w nie ponownie nie zaplątała stojąc na drabinie.

światełko i księżyc (w rogu)

Wieczorem usiłowałam zrobić zdjęcie, ale żadne nie oddaje stanu rzeczywistego a prawda jest taka, że te kolorowe światełka wyglądają bardzo radośnie i rozweselają wcześnie zapadający zmrok.

Staram się więc pamiętać, by przed wyjściem po południu z domu, włączyć je - wówczas witają nas kiedy wracamy.

A jak już światełka zawisły to padło nieuchronne pytanie o choinkę.

Tydzień później stanęła i została udekorowana przy stratach iście minimalnych - tylko jedna rozbita bombka!

Kicia natychmiast ulokowała się pod choinką i od tej pory to jej ulubione miejsce drzemania. Zrezygnowała nawet z wskakiwania na stół!

Jak już choinka prezentowała się w całej swej świetlistej krasie, wypłynął temat prezentów. A mianowicie, czy można by już jakiś dać pod choinkę.

W zasadzie - czemu nie?

Ale pod warunkiem, nie nie zostanie odpakowany do Bożego Narodzenia. (Wigilię zawsze spędzamy z naszymi polskimi znajomymi i wracamy do domu późno a w Boże Narodzenie na jedyną mszę po angielsku w naszej parafii musimy wstać na 8.30 rano, więc postanowiłam, że prezenty odpakujemy po powrocie z kościoła - spokojnie, już nigdzie się nie spiesząc.)

O dziwo, dzieci mój warunek zaakceptowały i ani razu nie usiłowały go złamać. Najbardziej zdziwiłam się, że pięcioletnia Emilia nie stara się przechytrzyć mnie i choćby zerknąć czy wymacać co tam może czekać pod tą choinką.
By za bardzo ich nie kusić, prezenty są zapakowane, ale nie opisane, więc nikt, poza darczyńcą, nie wie, który prezent dla kogo jest przeznaczony. Kiedy tata usiłował skusić Emilię na otworzenie jednego z prezentów, dostał od córki niezłą burę!


Najpierw mieliśmy dodawać codziennie po jednym prezencie, ale szybko to codziennie zamieniło się w co godzinę, i skończyło się na tym, że zamknęłam się w sypialni i zapakowałam wszystko co miało i tak docelowo wylądować pod choinką.

Potem swoje prezenty doniosły dzieci - jak co roku, w obu szkołach, w ramach The Spirit of Giving, zaopatrzyli się w upominki dla najbliższych.

I tak od 10 grudnia nie tylko choinka cieszy nasze oczy ale i pięknie zapakowane i udekorowane kokardami prezenty pod nią.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Spotkanie z prowadzącymi poranny program radiowy

W samochodzie, jadąc do pracy, słucham sobie lokalnej stacji radiowej.
W dni powszednie program prowadzi duet Liz & Reilly - dwie kobiety z niesamowitym poczuciem humoru.
Choćby nie wiem jak mi dzieci dały popalić przed wyjściem z domu, choćbym nie wiem jak bardzo była niewyspana - słuchając audycji zawsze wraca mi dobry humor i dojeżdżając do pracy uśmiecham się radośnie.

Program obfituje w różnego rodzaju konkursy a także akcje reklamowe, w których można wygrać - choćby 3 duże pizze dla swojego miejsca pracy.
Trzeba jedynie słuchać audycji o 8.40 rano lub o 3.30 po południu - o tych porach, od poniedziałku do czwartku, podawane jest słowo, które następnie trzeba podać rejestrując się na stronie stacji. W piątki, natomiast, odbywa się losowanie. Szczęśliwiec otrzymuje certyfikat do lokalnej pizzerii - na 3 duże pizze.

8 grudnia rano odebrałam połączenie - dobrze znany mi głos Liz oznajmił mi, że to moje miejsce pracy dostanie niebawem na lunch pizzę! Rozmowa została nagrana i mogłam jej wysłuchać 10 minut później kiedy puszczono ją na antenie.

A w poniedziałek obie panie osobiście dostarczyły kupon do pracy:


Do tego czasu już wszyscy w pracy wiedzieli - no przecież tak smakowitej wiadomości nie mogłam trzymać w tajemnicy!

Chwilę porozmawiałyśmy sobie, dołączył do nas mój szef, który uprzejmie zrobił nam zdjęcie.

Po wyjściu pań jeszcze chwilę debatowaliśmy odnośnie daty lunchu i stanęło na pierwszym tygodniu stycznia, kiedy to ze zwolnienia lekarskiego po operacji kolana wróci jedna koleżanka, dojdzie nieco do siebie po śmierci ojca druga koleżanka, powracają z urlopów grudniowych wszyscy, którzy takowe sobie zaplanowali, ale jeszcze przed rozpoczęciem trzeciej edycji (jakże koniecznej po świątecznym obżarstwie!) Biggest Loser (8 stycznia). Kupon zostawiłam szefowej biura a wychodząc z jej pokoju słyszałam jeszcze dyspozycje, jakie zostawiał jej szef - jak będzie zamawiać te pizze to ma jeszcze do tego dokupić sałatki i coś tam jeszcze, tak, żeby wszystkim w pracy wystarczyło na porządny lunch.

Wyżerka wyżerką a mi i tak największą przyjemność sprawiło osobiste spotkanie z prowadzącymi mój ulubiony program radiowy. (Zaskoczył mnie niewielki wzrost pań i drobne figury - bardzo boleśnie odczułam ogrom swych zbędnych kilogramów.)


piątek, 15 grudnia 2017

Wywiadówki u dzieci

Pierwszego grudnia zakończył się pierwszy trymestr w szkołach moich dzieci a w ubiegłym tygodniu udałam się do obu szkół by spotkać się z nauczycielami.

Najpierw rozmawiałam z panią Emilii.

Emilia w szkole zachowuje się przykładnie grzecznie i jest dzieckiem lubianym przez inne dzieci. Na początku roku szkolnego Emilia nie za bardzo chciała bawić się z dziećmi, wolała przerwy spędzać z panią w klasie, ale z upływem czasu rozkręciła się towarzysko, zaczęła bawić się z koleżankami i kolegami a z kilkoma nawet nawiązała bardziej przyjacielskie relacje.

Emilia bardzo ładnie czyta i pisze - w obu kategoriach plasując się na poziomie pierwszej klasy a nie zerówki.

Z matematyką też sobie radzi świetnie, bijąc na głowę inne dzieci. Ponieważ to co przerabia w szkole jest za łatwe, sama wymyśla sobie zadania, rozwiązuje je a potem przychodzi się pochwalić:

- Mama! 5 and 5 and 5 and 5 is 20! (Mamo! 5 i 5 i 5 i 5 jest 20!)

Czasami coś jej się pomyli, więc muszę uważać na to, co dokładnie mówi, żeby odruchowo nie potwierdzić jakiejś bzdury.

Bardzo miło było mi usłyszeć, że w grupie 60 zerówkowiczów Emilia jest najbardziej zaawansowana w nauce. Na takie wywiadówki chętnie będę chodzić do szkoły!

Następnego dnia udałam się do szkoły Krzysia. Że i to spotkanie będzie miłe, zapowiadało się już wcześniej. Na kilka dni przed Krzyś przyniósł do domu garść dyplomów:

Dyplom od pani dyrektor za średnią ocen.

Pierwszy dyplom, od pani dyrektor, za średnią ocen - maksymalne GPA wynosi 4.0 i taką właśnie średnią Krzyś uzyskał w pierwszym trymestrze.

Dyplom za 100% obecność w szkole

Kolejny dyplom - za stu procentową frekwencję - moje dzieci nie opuściły w tym roku jeszcze ani jednego dnia nauki i mam nadzieję, że taki wynik uda nam się zachować do końca roku szkolnego.

Za wyniki z Social Studies czyli geografii i historii

Język angielski, historia i geografia to dla mojego syna bułka z masłem - bez najmniejszego wysiłku wszystkie prace i testy zalicza na 100%. (Ja w szóstej klasie aż takimi wspaniałymi wynikami nie mogłam się pochwalić!)

Dyplom za wybitne osiągnięcia z muzyki

Największą niespodziankę sprawił mi jednak Krzyś oceną z muzyki.
Nigdy nie sądziłam, że w tym kierunku ma jakiekolwiek zdolności, a okazuje się, że całkiem nieźle sobie radzi jeśli chodzi o naukę gry na flecie. Pilnuję go by codziennie chwilę pograł (co w praktyce przekłada się na 4 razy w tygodniu po 10 minut) i to wystarcza by był najlepszy w sekcji fletów. No i nie zdarzyło mu się jeszcze zapomnieć zabrać instrumentu na zajęcia.

W gimnazjum każdego przedmiotu uczy inny nauczyciel i miałam sobie wybrać dwóch, z którymi chciałabym porozmawiać. Postanowiłam spotkać się z panią z Science (fizyka i chemia) oraz z matematykiem.

Z Science dlatego, że Krzyś ma najgorsze wyniki z tego przedmiotu - nadal ma jednak A, czyli najwyższą możliwą ocenę.
Pani bardzo chwaliła Krzysia, stwierdziła, że jest chłopcem bystrym i zdolnym, i doradziła by korzystał z możliwości poprawy testów zaliczonych na ocenę niższą niż maksymalną - uczeń ma na to 2 tygodnie a Krzyś jakoś wzbrania się przed zgłoszeniem pani, że chciałby jeszcze raz napisać test. Pani stwierdziła, że nie widzi żadnego powodu by nie miał procentowo lepszych wyników z przedmiotu niż obecnie.

Z matematykiem chciałam się spotkać ponieważ Krzyś chodzi na zajęcia z klasą wyżej, siódmą, i chciałam dopytać jak sobie radzi w grupie ze starszymi uczniami - Krzyś zawsze był dość nieśmiały i nawiązywanie nowych znajomości przychodzi mu niezmiernie trudno. Pan stwierdził, że Krzyś zaczyna się odnajdywać w tej grupie i coraz częściej się odzywa oraz zgłasza się na ochotnika. Jeśli chodzi o wyniki w nauce - żadnych problemów.

Jak łatwo się domyślić, wyszłam ze szkoły zachwycona - chyba unosiłam się w tej euforii kilka centymetrów nad ziemią, ale przecież miałam powody!
Tak wspaniałe wyniki w nauce obojga uczciliśmy zakupami na szkolnym kiermaszu książki (w obu szkołach!) oraz wyjściem do ulubionej restauracji dzieci (nie do McDonalda).

Odbierając cenzurkę Krzysia z wynikami za pierwszy trymestr  dostałam także wyniki testów stanowych, które dzieci zdawały w maju i czerwcu, jeszcze w piątej klasie. Tutaj też niespodzianki nie było - wyniki bardzo dobre, i z języka angielskiego, i z matematyki. Tym razem same najwyższe oceny czyli czwóreczki.


No po prostu pękam z dumy jak sobie pomyślę jak te moje pociechy dobrze sobie radzą w szkole!

wtorek, 12 grudnia 2017

Jak krew z nosa...

Skarpetki Nr 18 ukończone!
Fakt ten muszę nagłośnić jako ogromny sukces, bo zdawało się, że ich nigdy nie skończę. Mimo, że tym razem robiłam skarpetki krótkie, takie tuż za kostkę.
Trafił mi się okres niemocy robótkowej, braku jakiegokolwiek zapału do dziergania i ogólnego zmęczenia. I tym sposobem te niewielkie skarpetki "robiłam" od 8 października do 27 listopada.


Udało się nie tylko skończyć, ale i opublikować (!) przed końcem roku - a to ważne, bo skarpetki robiłam w ramach wyzwania Całoroczny KAL Skarpetkowy polskiej grupy na Ravelry, czyli do końca roku MUSIAŁAM się zmieścić.


Skarpetki robiłam od palców, bez żadnego wzoru, na drutach 2 mm.
Zużyłam na nie resztki włóczek pozostałych po innych podobnych projektach, w sumie 42 gramy.

Notatki związane z tymi skarpetkami znalazły się na ostatniej stronie mojego robótkowego zeszytu - znajdują się w nim zapiski i notatki z wszystkich moich włóczkowych robótek od  kwietnia 2008 roku do listopada 2017 roku.


Nowy zeszyt czeka już od jakiegoś czasu, nawet już go tu pokazywałam, ale jeszcze przypomnę przy okazji notatek na pierwszej stronie.
To już niebawem, bo ochota do dziergania powróciła.