środa, 19 listopada 2014

Jesienny spacer

Pewnego listopadowego dnia jesień uśmiechnęła się do nas swoim najbardziej promiennym uśmiechem, więc, mimo że było dość chłodno, poszłyśmy z Emilią na jesienny spacer.

 

Nie tylko dzieci lubią szurać butami przez suche liście - obu nam ta stara jak świat zabawa sprawiła taką samą radość.






Zrobiłam sporo zdjęć, bo każde drzewo wydawało mi się piękniejsze od tych mijanych wcześniej. Zdjęć zebrało się tyle, że zebrałam je w filmik:



Miałyśmy już wracać, ale Emilia wypatrzyła zjeżdżalnię pod szkołą, a zjeżdżalnia to jej ulubiony sprzęt na placu zabaw - nie mogłyśmy nie zaliczyć kilkunastu zjazdów, mimo, że Kruszynkja była już mocno zmęczona.




Przy okazji zrobiłam zdjęcie nowej szkoły - od przyszłego roku szkolnego zajęcia mają się już w niej odbywać - o ile nie będzie żadnych opóźnień. Po ukończeniu budowy, obecna szkoły zostanie wyburzona. Budynek, w którym uczą się teraz dzieci, został wybudowany ponad 70 lat temu i z założenia miał służyć 30 lat. Jak widać, czas najwyższy, by został zastąpiony nowym.


Krzysiek tylko przez dwa ostatnie lata nauki w podstawówce będzie się uczył w nowej szkole, ale Emilia - całe sześć.



poniedziałek, 17 listopada 2014

Wpis urodzinowy

Dzisiaj Hultajstwo kończy 9 lat.

Urodziny świętowaliśmy w sobotę. Krzysiek zaprosił do domu czterech kolegów, a ja postarałam się, żeby dzieci nie siedziały przed telewizorem czy nad tabletem/iPadem.

Wymyśliłam sobie, że zabawię chłopców (w wieku 8-12 lat) konkursami i wyzwaniami. Trochę się bałam, czy mój plan nie legnie w gruzach pod ciężarem pierwszego nieeee, to nudneeee, ale na szczęście chłopcy pomysł przyjęli z ogromnym entuzjazmem - a potem świetnie się bawili.

Na początek każdy z nich dostał papierową torebkę, którą musiał podpisać - do torebki dzieci zbierały słodkie nagrody za zaliczenie kolejnych wyzwań.

Ponadto zapowiedziałam im, że jak nie uszczkną nic z tych łakoci aż do końca zabawy to dostaną dodatkową nagrodę - jeszcze więcej słodkości.
Wszyscy dotrwali do końca!

A oto przed jakimi zadaniami stanęli chłopcy:

  • znaleźć wyjście z labiryntu (na kartce papieru - żadnego żywopłotu nie było pod ręką)
  • umieścić w wiaderku piłeczki różnej wielkości bez użycia rąk
  • ukryte obrazki czyli znaleźć przedmioty wkomponowane w obrazek
  • odczytać zaszyfrowaną wiadomość - w miejsce liter były flagi, ale klucz był podany
  • zaliczyć określoną ilość przeskoków na skakance
  • zagadki


Zagadki okazały się najtrudniejsze, ale każdemu udało się odgadnąć odpowiedź na przynajmniej jedną z nich.

Zaszyfrowana wiadomość "Time for pizza!" poprzedziła bezpośrednio konsumpcję - jak łatwo się domyślić była to właśnie pizza.

Chłopcy żywiołowo zareagowali na widok stołu - cała piątka ma fioła na punkcie gry Minecraft, więc natychmiast rozpoznali Creeper'a na soczkach i serwetniku. Na torcie też był Creeper.


Tort zrobiłam sama, i choć sam Creeper wyszedł mi strasznie koślawy, w oczach dzieci wzbudził zachwyt - wszyscy bardzo chcieli dostać kawałek tego zielonego - wystarczyło dla wszystkich.


Creepery nakleiłam też na zielone torebki, do których chłopcy zbierali łakocie, tak więc dość tanim kosztem wyszło przyjęcie tematyczne.

Wydaje mi się, że było to najbardziej udane przyjęcie urodzinowe - z pewnością pierwsze z tych odbywających się w domu, podczas którego żaden telewizor/komputer/tablet/iPad nie został włączony nawet na chwilę. Nikt nawet nie wspomniał o żadnym urządzeniu elektronicznym. Chłopcy bawili się - jak za dawnych czasów sprzed ery ruchomych obrazków na ekranie. Sukces!

sobota, 15 listopada 2014

Baby Kina

Emilia dostała na urodziny włóczkę - 1 motek ciemniejszej fioletowej (z której zrobiłam to bolerko) oraz 3 motki jasno-fioletowej Sirdar Snuggly Tiny Tots.

Na Ravelry wypatrzyłam sweterek Baby Kina, który szczególnie mi się spodobał - zapewne z racji prostoty, którą bardzo lubię. I Emilia ma kolejny sweterek.


Na razie jest na nią za duży, myślę, że dorośnie do niego przez rok i będzie na następny sezon.


  • Włóczka: Sirdar Snuggly Tiny Tots, o składzie: 90% akryl, 10% poliester, 137m/100 gram
  • Na sweterek w rozmiarze +/- 3 lata zużyłam 3 motki (150 gram = 411 metrów)
  • Druty: 3mm i 3.5mm


czwartek, 13 listopada 2014

Zjeść pająka

Pomysł na przekąski-pająki przyniósł latem ze szkółki biblijnej Krzysiek. Przekąski dzieci robiły same, a potem - spożywały. 


Pajączki robimy z okrągłych krakersów posmarowanych masełkiem fistaszkowym (nutellą lub smarowidłem migdałowym). Pomiędzy wkładamy słone paluszki jako nóżki. Oczy w oryginale były z rodzynek. Jeden z pajączków na zdjęciu ma oczy z rodzynek, dwa pozostałe, z suszonych żurawin. Oczy przyklejone tym samym smarowidłem, którym sklejamy krakersy. Ja użyłam masła migdałowego, które Emilia uwielbia.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Angielskie wakacje: Corfe Castle

Dzisiaj ponownie wracam wspomnieniami do Anglii.

Na wycieczkę do Corfe Castle na wyspie Purbeck (hrabstwo Dorset, Anglia) zabrała nas moja przyjaciółka - Ciocia Myszka. 

Zamek Corfe został wybudowany w XI wieku, wkrótce po podbiciu Anglii przez Normanów w 1066 roku. Później, różnie to z nim bywało, tutaj można sobie po angielsku poczytać o historii zamku, a do dzisiaj ostały się jedynie ruiny. 

Corfe Castle, Isle of Purbeck, England

Ruiny te szalenie spodobały się moim dzieciom - oboje potraktowali je jak najwspanialszy plac zabaw z torem przeszkód. O ile o Krzyśka nie bałam się że coś mu się stanie, bo zwinny jak kozica, o tyle Emilia o mało nie przyprawiła mnie o zawał i cały czas albo ja, albo koleżanka biegałyśmy za nią i usiłowałyśmy trzymać ją za rękę, żeby z tych ruin nie spadła.

Corfe Castle, Isle of Purbeck, England

Aura dopasowała się do klimatu miejsca: wicher i  szare posępne chmury dodawały grozy miejscu, ale co jakiś czas błękit nieba przebijał się spomiędzy chmur dodając zdjęciom kolorów.

Corfe Castle, Isle of Purbeck, England

Dzieci musiały wejść w każdą szczelinę i sprawdzić każdy kąt, a robiły to w swoim, ekspresowym tempie - biegaliśmy więc po ruinach w te i we wte jakbyśmy chcieli pobić jakiś rekord.

Corfe Castle, Isle of Purbeck, England

Zdjęć mamy z zamku dużo dzięki uprzejmości brata i bratowej, którzy pożyczyli nam swój aparat. Udało mi się nie zawieść ich zaufania i nie zepsuć go - pilnowałam jak źrenicy oka - niczym Emilii!

Zebrałam kilka zdjęć w formie filmiku - do obejrzenia poniżej.



Z zamku, położonego na wzgórzu, roztacza się piękny widok na okolicę, w tym na wieś Corfe Castle leżącą u podnóża zamku - tak, wieś ma dokładnie taką samą nazwę jak zamek.

Corfe Castle Village, Isle of Purbeck, England

Ponieważ Emilia była już bardzo zmęczona, a czas drzemki nadszedł, nie pospacerowaliśmy po uliczkach Corfe Castle - zobaczyliśmy tylko tyle co w drodze z samochodu na zamek i z powrotem.

Corfe Castle Village, Isle of Purbeck, England

Wstąpiliśmy jedynie do sklepiku, w którym ciocia kupiła dzieciom lizaki, a potem wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do Durdle Door - wpis poświęcony Durdle Door tutaj.

Corfe Castle Village, Isle of Purbeck, England

Ciocia Myszka zatrzymała jeszcze tylko na chwilkę samochód, żebym mogła zrobić zdjęcie tego domu:

Corfe Castle Village, Isle of Purbeck, England

Uroczy, prawda?

sobota, 8 listopada 2014

Jesienne zdjecia

Jesienne zdjęcia zrobione z samochodu w drodze  do Akwarium w Newport - ze specjalną dedykacją dla Cioci Talii.




środa, 5 listopada 2014

Biedronka w objeciach szkileletu

Wiadomo było, że trzeba będzie wykombinować jakiś strój dla Krzyśka na Halloween. Ze starych wyrósł - i jeśli chodzi o rozmiar, i tematykę. 

Strojów w sklepach było w bród - nic tylko wybierać i kupować! Ale ja nie chciałam wydawać za dużo, więc zabrałam dziecko do sklepu z używanymi rzeczami, gdzie latorośl wybrała sobie klasyczne przebranie na okazję - szkielet, w dodatku w bardzo przystępnej cenie kilku dolarów. Wprawdzie nie było maski-czaszki, ale maska-duszek też pasuje. Obie rzeczy przetrzymały pranie w pralce, a że są nieco za duże, posłużą i w przyszłym roku.

Emilia natomiast wystąpiła w stroju biedronki, tak jak w ubiegłym roku, tylko dorobiłam jej oczy, które przyczepiłam do czerwonej czapki. 


Ponieważ ostatni dzień (i wieczór) października były dość ciepłe, przed wyjściem z domu założyłam Emilii ciepły czerwony sweter zamiast kurtki - ładnie wyglądała ta moja Kruszynka!

Obeszliśmy tylko kilka domów na naszej ulicy i po pół godzinie byliśmy z powrotem w domu. Te pół godziny wystarczyło jednak, żeby zgubić oczy biedronki - nie były zbyt mocno przytwierdzone.

Muszę pochwalić Krzyśka, że nie zjadł wszystkich słodyczy natychmiast, wydaje mi się, że jeszcze mu ich trochę zostało, a wcale tak dużo tych łakoci nie było. 

Z Krzyśkiem ostatnio znowu mam kłopoty - nieładnie się zachowuje, lekceważąco odzywa, nie słucha. Ręce już mi opadają! Ostatnio jedyna rzecz, która na niego działa to całkowite ignorowanie - brak reakcji na próby jakiej kolwiek interakcji. Tylko takie traktowanie sprawia, że po jakimś czasie zaczyna normalnie (ładnie) się zachowywać. 

Dobrze, że chociaż Emilia jest przesłodka - to pewnie rekompensata od życia! Ostatnio uwielbia zapewniać mnie o swoich gorących uczuciach wobec mamy. Przychodzi, głaska mnie po ręce i mówi:

- Wieś? Ja ciebie lubie! 
- Ja ciebie też lubię córeczko.
- Kocham ciebie! - i obejmując moje ramię, ściska mnie jak najmocniej potrafi. A potem jeszcze musimy zaliczyć pocieranie noskiem o nosek:

- Nosek, nosek? - I cieszy się ta moja mała Sroczka tak bardzo!A ja bardzo lubię te chwile.

Czasem, kiedy do tych zapewnień dochodzi podczas posiłku, dołącza się i Krzysiek, zapewniając, że też mnie lubi, i że też mnie kocha - no i mamy na te krótkie chwile sielankę!

Emilia ostatnio sporo oglądała "Gdzie jest Nemo" i teraz fascynują ją rekiny. Rekiny nieobce dziecku były jako pojęcie już wcześniej - inni straszą dzieci Babą Jagą, a my mamy rekina jako straszaka. Pojechaliśmy w końcu do Akwarium, żeby jej te rekiny pokazać -  o tej wycieczce będzie innym razem. Zadziwia mnie, jak ta moja mała córeczka dobrze pamięta przebieg akcji - z przejęciem relacjonuje jak to pan złapał baby Nemo do siatki i zabrał do akfalium a tata Nemo go siuka, i spotkał lekiny, tsy! Miały ostle zęby! 



Emilia jest bardzo spostrzegawcza i ma dobrą pamięć - chwyta w lot frazy z bajek, wyłapuje też różne słowa i wyrażenia z codziennych rozmów w domu. Czasem nie do końca właściwie ich używa. Kiedyś Krzysiek zachował się nieładnie, więc pełnym wyrzutu tonem zapytałam go:

- Dlaczego to zrobiłeś?

Teraz Emilia, ilekroć jest ciekawa dlaczego ktoś coś zrobił, pyta:

- Dlaciego to zlobiłeś? - pytanie zadaje z dokładnie taką intonacją, jakiej użyłam w tamtej chwili ja, choć zupełnie nie pasuje do danej sytuacji.


Niestety, coraz większe są problemy z kładzeniem Emilii spać. Jeszcze w ciągu dnia udaje się ja zabajerować, że mama idzie odpocząć, a Emilia leży obok i tylko pilnuje, żeby mamy nie pożarł rekin (wcale nie musi spać!). 

Ale wieczorem jakoś to nie działa. 10 wieczorem, mama ciągnie resztką sił a dziecko tryska energią: skacze, śpiewa, bawi się butelką z wodą, ciągnie mamę za włosy, rzuca smoczkami... Bardzo to męczące. Rzadko udaje się ją przetrzymać bez drzemki do wieczora - wtedy dziecko zasypia łatwo, ale za to śpi bardzo niespokojnie. Widać, ciągle jeszcze potrzebuje drzemki w ciągu dnia. 


poniedziałek, 3 listopada 2014

Nowe życie starej ramy

Rama starej wersalki skrzypiała, padł więc na nią wyrok i tak dokonała swych dni jako część składowa mebla do spania. Na śmietnik jednak nie dotarła, ponieważ znalazła się na stacji przejściowej "za domem" gdzie jakiś czas leżała na trawie, a że przeszkadzała mi w grabieniu liści, oparłam ją o domek do zabawy. Emilia momentalnie wykorzystała ramę do zabawy - zaczęła się po niej wspinać czym podsunęła mi pomysł na recykling niedoszłego śmiecia.


Rama została rozdzielona na dwie niezależne części, a następnie przytwierdzona do boku konstrukcji domku i teraz służy jako drabinka.
Uciechę ma i to młodsze i to starsze dziecko.


Krzysiek dodatkowo zaplątał liny i teraz skacze po nich jak małpka, albo jak pirat na olinowaniu na okręcie. Huśtawka, chwilowo zaczepiona z boku konstrukcji, to gniazdko, w którym chroni się Krzysiek. Emilia, na szczęście, nie jest  w stanie się aż tak wysoko wgramolić.


Z tego przydomowego placu zabaw dzieci korzystały zanim nadciągnął pierwszy jesienny front, który przyniósł pierwsze tej jesieni, dość obfite deszcze i porywiste silne wiatry.

Kiedy jeszcze jesień było piękna, złota i słoneczna, szopka w ogródku została odmalowana. Na zdjęciach nie widać dokładnie, ale szopka ma teraz kolor niebieski - prawdopodobnie na taki kolor w przyszłości zostanie odmalowany dom.


piątek, 31 października 2014

PUR: szalik

Szalik dla Emilii, z resztek białej i fioletowej bawełnianej bukli, zrobiłam pod koniec wiosny, ale zanim zabrałam się za zdjęcia, przyszło lato i zrobiło się za ciepło na tego typu akcesoria.


Włóczkę dostałam od koleżanki, już w postaci resztek, bez banderoli, więc szczegółów podać nie mogę - nie znam ich. Na oko pasowały mi druty 3.75 mm i na takich szalik zrobiłam. Po zważeniu okazało się, że szalik waży 38 gram - widać nawet na zdjęciach, że jest krótki, tyle, by otulić szyję, ale nie można poszaleć z ozdobnym drapowaniem wokół szyi.


Jeden koniec jest biały, drugi fioletowy, ale że fioletowej włóczki okazało się być mniej, a mi nie chciało się pruć i zaczynać od nowa, to zostało tak jak widać na zdjęciach.
W związku z tym, biały koniec ma inne kwiatki na ozdobę, a fioletowy - inne, mniejsze, żeby się na pasku zmieściły.


Kwiatki na ozdobę zrobiłam na szydełku z muliny do wyszywania - udało mi się znaleźć w swoich zapasach fiolet bardzo zbliżony odcieniem do włóczki. Tym razem nie posiłkowałam się żadnym konkretnym opisem.


Szalik miał okazję zostać przetestowany, kiedy pojechaliśmy we wrześniu nad ocean - było tak potwornie zimno, że żałowałam, że nie wzięłam zimowej kurtki i rękawiczek. Dobrze, że miałam czapkę i szalik dla Emilii.

wtorek, 28 października 2014

Angielskie wakacje: New Forest - Burley

Sobotnią wycieczkę do New Forest (Hampshire, UK) zakończyliśmy w Burley - lodami. Tutaj muszę napisać, że podczas naszych wakacji w Anglii objadaliśmy się lodami do nieprzyzwoitości. Wydawało mi się wcześniej, że jadamy lody często i dużo - byłam w będzie. Nasz miesięczny pobyt w Dorset stał zdecydowanie pod znakiem lodów, zwłaszcza włoskich, tam zwanych Whippy  - mniam, pyszszszne...


Emilia lody przespała w wózku, więc ja mogłam się rozkoszować zimnymi delicjami w spokoju.



Burley to niewielka wieś, ale pełna uroku, o specyficznej atmosferze. Po lodach, przeszliśmy się uliczką do sklepu, który można zobaczyć na zdjęciu poniżej.


W sklepie, uwagę moich dzieci natychmiast przyciągnęły różne świecące, błyszczące bądź połyskujące przedmioty, które w mgnieniu oka znajdowały się w łapkach potomstwa w celu dokładnego obejrzenia. Ja wiem, że nawet Emilia nie niszczy rzeczy w sklepie, co dopiero Krzysiek, który jest na to stanowczo za duży, ale pan (zapewne właściciel) raczej nie był przekonany co do intencji moich dzieci. Widać było, że jest bliski zawału, przekonany, że zaraz coś zostanie zniszczone, potłuczone, itp., więc szybko ewakuowaliśmy się ze sklepu - żeby nie nieć niewinnego życia na sumieniu. Wujek kupił Emilii świecącą i wydającą dźwięki piłeczkę. Na szczęście opcja dźwiękowa szybko zepsuła się - ku nieutulonemu żalowi dzieci, ale cichemu zadowoleniu dorosłych...

niedziela, 26 października 2014

Angielskie wakacje: New Forest - rzeczka

Po piaszczystych atrakcjach i spacerze (oba poprzednie wpisy zalinkowane), na koniec zatrzymaliśmy się nad płytką i niezbyt szeroką rzeczką z tamą. 

Nie zarejestrowałam nazwy, ale woda to woda - dla dzieci nie ma znaczenia czy się jakoś nazywa czy nie, grunt, że można w niej brodzić, moczyć nogi, wrzucać kamyki i taplać się. Co też obie moje Pociechy z ogromną radością uczyniły.

Nie można ich było od tej wody odciągnąć nawet omamiając lodami. W końcu trzeba było Emilię wziąć po pachę i, mimo protestów, wpakować do samochodu. Krzyśka też ciężko było oderwać od wody.

Dużo później, już po powrocie do domu, pomyślałam, że trzeba było tę wycieczkę zacząć od rzeczki - Krzysiek miałby dobry humor i cały dzień z pewnością przebiegłby w milszej atmosferze. 

Ale czasu nie da się zwrócić - a szkoda...

Kiedy już kończyłam edycję tego wpisu, z ciekawości zerknęłam do internetu czy znajdę coś na temat tego miejsca - okazało się, że tak, jest informacja tutaj. Z tego co przeczytałam, strumień nie ma nazwy, ale dowiedziałam się jak nazywa się to miejsce: Moyles Court.



czwartek, 23 października 2014

Kick-a-thon 2014

Kick-a-thon 2014
18 października miała miejsce kolejna, dziewiąta już, edycja kick-a-thonu, w której to imprezie wziął udział Krzysiek. Kick-a-thon organizowany jest przez akademię, w której Krzysiek trenuje karate i dżudo, a jego celem jest zebranie pieniędzy na stypendia dla dzieci, które bez wsparcia finansowego musiałby zrezygnować z treningów.

Cała impreza trwa dość krótko - ochotnicy przez godzinę wykonują kopnięcia, licząc i zapisując je, a sponsorzy płacą później jakąś tam (z góry zdeklarowaną) sumę, przeważnie za każde kopnięcie.  To już drugi kick-a-thon, w którym brał udział Krzysiek.

O ubiegło rocznym pisałam tutaj. Zeszło roczny wynik mojego dziecka to 2456 kopnięć, wynik tegoroczny to 2700 kopnięć. Liczyłam osobiście, więc wiem, że na pewno tyle ich wykonał.

Kiedy dotarł do 2700, mimo, że jeszcze zostało 10 minut, przestał kopać - był już bardzo zmęczony, a poza tym stwierdził, że zbyt wysoki wynik będzie mu trudno pobić za rok.

Niestety nie zabrałam aparatu, więc zrobiłam tylko jedno zdjęcie aparatem - zamazane i niewyraźne, ale zawsze to jakaś pamiątka. Na koniec, wszyscy uczestnicy pozowali do zdjęcia grupowego - to zdjęcie też robione komórką, ale za to mogę je opublikować z czystym sumieniem - żadna z twarzy nie jest rozpoznawalna, nawet Krzyśka trudno wypatrzeć, chyba że się wie, gdzie stał.

Kick-a-thon 2014