piątek, 8 lipca 2011

Wakacje pod namiotem, część pierwsza

Ku nieopisanej radości Hultakstwa, w długi weekend z okazji Dnia Niepodległości wybraliśmy się na krótkie wakacje pod namiotem.
Znajomi pojechali już w piątek i znaleźli kemping z wolnymi miejscami, co wcale nie było takie proste w weekend, kiedy przynajmniej połowa mieszkańców USA wybiera się na wakacje. My dojechaliśmy w sobotę rano.


Smyk urządził mi pobudkę o 5:52 a ponieważ większość manatków spakowaliśmy poprzedniego dnia wieczorem, szybko uwinęliśmy się z resztą i wyruszyliśmy o 7:30 – to nasz absolutny rekord, jeszcze nigdy nie udało nam się wyjechać w jakąkolwiek podróż tak wcześnie! Nawet do pracy/przedszkola nie udaje nam się opuścić domu wcześniej.

Znajomych zastaliśmy przy śniadaniu.
Mąż zabrał się za rozbijanie namiotu i choć bez problemu zrobiłby to sam, nie odstępowało go czterech małych pomocników, którzy bardziej pałętali mu się pod nogami niż stanowili jakąkolwiek pomoc, ale za to radochy dzieciaki miały tyle, że nikt ich nie przeganiał.




Kiedy już namiot stanął dumnie na polance, dzieciaki trochę sobie pobiegały wokół niego testując czy aby linki są porządnie napięte – wytrzymały!

Potem ich uwagę przykuł ślimak, dla którego stworzyły terrarium na pniaku:




Niestety ślimak nie docenił swojego nowego mieszkania i z uporem maniaka uciekał – doliczyłam się przynajmnie czterech przymusowych powrotów do domku. Tym większe było zdumienie wszystkich kiedy po powrocie z plaży okazało się, że ślimak siedzi w swoim terrarium! Dał w końcu za wygraną czy co? Albo raczej przełożył plany ucieczki na nocną porę – następnego dnia śladu po nim nie było i przezornie nie pokazał się więcej na teranie naszego obozowiska.

W końcu zebraliśmy się, i wyruszyliśmy na plażę. Mimo, że z kempingu do plaży w linii protej było nie więcej niż 300 metrów, żeby dojść do plaży trzeba było pokonać około dwóch kilometrów ponieważ spora część wydm i plaży zostały zamknięte ze względu na ochronę tychże oraz różnych gatunków ptaków, które akurat teraz przechodzą okres lęgowy. Karawana nasza rozciągnęła się dość szybko – Smyk i Zuzia natychmiast wysforowali się na początek peletonu i niemal za nimi biegłam, tak im było pilno do piachu i słonej wody.



A na plaży – czyste szaleństwo! Niewielu osobom chciało się iść tak daleko, więc mieliśmy plażę do wyłącznej dyspozycji. Piach, woda, własne towarzystwo i piękna pogoda – tylko (albo aż) tyle wystarczy, żeby wyśmienicie się bawić przez kilka godzin. Nie tylko dzieci budowały zamki z piasku: 




Było też szaleństwo w wodzie, choć tutaj dorośli nie przejawiali entuzjazmu dzieciaków, którym najwyraźniej temperatura wody, ścinająca krew w żyłach, nie przeszkadzała.




Podczas gdy większa część Stanów Zjednoczonych skwierczała w potwornych upałach (32-37 stopni), nad oceanem było raptem 18 stopni. Ale za to niebo zdobił piękny błękit i musieliśmy się porządnie wysmarować kremem z filtrem bo tutejsze słonko potrafi nieźle opalić. Wieczorem, wstydliwie zaczerwieniły się raczkiem te miejsca, które niechlujnie opuściliśmy smarując się w zbytnim pośpiechu. Na szczęście tych czerwonych łatek było niewiele.

c.d.n

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Wspaniały weekend. Dzieciaki wspaniałe, widac ze zdjęć ,że wszyscy świetnie się bawili! ;)
Namiocik, cudo!...

Jula-grafomanka

Antonina pisze...

Wypoczynek wspaniały, a spanie w namiocie to zapewne duża gratka dla dzieci.

Ataner pisze...

Kepmingowanie to wielka frajda. I mysle, ze po tak milo spedzonym weekendzie zlapaliscie bakcyla na taka forme wypoczynku.
Dzieciaki bawily sie swietnie a to najwazniejsze, usmiech na buzi Smyka mowi wszystko:)))))

Asia MK pisze...

Super relacja ;)

ullak pisze...

Zdjęcia pokazują, że było super! Smyk miał towarzystwo do zabawy i dla niego to pewnie jeszcze dodawało atrakcyjności. A dla Ciebie, jak samo spanie pod namiotem i czy dobrze się sprawdził? Pytam, bo mój namiocik przyjechał w zeszłym tygodniu. Za dwa tygodnie mamy wyjechać gdzieś na dłużej, ale za tydzień chyba jednak przetestujemy nad jeziorem. Ostatnim razem spałam pod namiotem prawie 18 lat temu i nie jestem pewna jak taką atrakcję teraz będę odbierać.

Motylek pisze...

Jula - oj bawili się, bawili...

Antonina - tak, dzieciaki zachwycone były spaniem w namiocie.

Ataner - bakcył złapany, kolejne wypady planowane.

Asia - dzięki!

Ula -namiot się sprawdził, ważniejsze są jednak śpiwory - ciepłe, żeby nie zmarznąć. I wygodny materac... W przypadku Smyka wyżne było towarzystwo innych dzieci - Mały nie nudził się i mieliśmy go z głowy. No i sprzęt obozowy typu turystyczna kuchenka i butla - mam nadzieję, że macie bo rodzinę nakarmić trzeba. Jeśli chodzi o jedzenie to przed wyjazdem ugotowałam dwie dość gęste zupy i zapakowałam do słoików - odgrzać i gotowe.
Mąż stwierdził, że musi się jeszcze rozejrzeć za jakąś lampą, bo przydaje się wieczorem oraz za sprzętem do robienia kawy w warunkach polowych, bo przy pięciu godzinach snu dorośli byli mocno nieprzytomni o poranku...

Motylek