piątek, 15 lipca 2011

Rejs statkiem wycieczkowym po zatoce Elliott Bay

Czy ktoś jeszcze pamięta, że byliśmy w Seattle pod koniec maja?
Jeśli ktoś miał nadzieję, że temat został zamknięty, to się pomylił.
Dwudniowy pobyt w Seattle zakończyliśmy wycieczką statkiem po zatoce Elliott Bay.
Po kupieniu biletów mieliśmy jeszcze trochę czasu, więc poszwendaliśmy się nieco po przystani. Na dłużej zatrzymaliśmy się przy łodziach straży pożarnej:




Wzbudziły one spore zainteresowanie u Smyka. Niestety  nie można ich było zwiedzać.
Kiedy nadszedł czas, ustawiliśmy się w ogonku aby wejść na pokład Spirit of Seattle:




Wydawało mi się, że taka wycieczka to będzie spora frajda dla Hultajstwa, ale okazało się, że nie dokońca. Smyk był rozczarowany, że zamiast swobodnie biegać po pokładach i zaglądać we wszelkie możliwe miesca, musi grzecznie siedzieć na krzesełku i słuchać przewodnika. Na szczęście wycieczka trwała tylko godzinę i wykorzystałam ten czas na nakarmienia dziecka - przezornie zabrałam kanapki i soczki, więc czas bezczynnego siedzenia aż tak się dziecku nie dłużył. Zwłaszcza, że po ładnie zjedzonej kanapce dostał coś słodkiego.

Kiedy już wszyscy chętni usadowili się na krzesełkach, ruszyliśmy w rejs.  
Najpierw za burtą przesuwały się budynki centrum Seattle.




Mijaliśmy znane nam już miejsca, jak chośby Seattle Aquarium czy bar, w którym dzień wcześniej jedliśmy rybę  z frytkami. Potem przepłynęliśmy obok miejsca, z którego odpływają liniowce na wycieczki na przykład na Alaskę. Pasażerowie akurat okrętowali się na takie cudo:




Widzicie ile tam pięter? Nigdy nie widziałam takiego olbrzyma z tak bliska - oj robi wrażenie!

W końcu oddaliliśmy się od nabrzeża i mogliśmy zacząć podziwiać panoramę mista od strony zatoki:




Przewodnik opowiadał - dość ciekawie, wplatając żarty i anegdoty, a ponieważ Smyk oddał się konsumpcji (nie ma to jak zaklajstrować dziecku buzię kanapką z masełkiem fistaszkowym!), więc nie nudził i dane mi było wysłuchać tego, co miał do przekazania turystom przewodnik.

W końcu zbliżyliśmy się do takiej oto kuli:




Ciekawość wszystkich została zaspokojona. Otóż jest to radar. Bardzo dokładny radar, którego głównym zadaniem jest wykrywanie pocisków i głowic balistycznych. Tutaj link dla zainteresowach z informacjami po polsku. A żeby było ciekawiej, to ten radar został przycholowany do Seattle na jedynie trzy miesiące, do przeglądu. I tak przez przypadek załapaliśmy się na taką ciekawostkę.

Ostatni fragment rejsu to port i lokalne stadiony sportowe.




Przy radarze oraz żurawiach portowych Smyk się nareszcie ożywił i zaczął zasypywać mnie pytaniami, nieco zagłuszając przewodnika. Mogłam przez chwilę doświadczyć tłumaczenia symultanicznego z opcją upraszczania przekazu, żeby pięciolatek był w stanie pojąć o co chodzi.

Przyznam, że szczegóły odnośnie stadionów sportowych niezbyt mnie interesowały, ale zapamiętałam, że jeden z nich ma murawę, która wymaga stałej temperatury, więc jest podgrzewana, co dość sporo kosztuje. 
Było też coś tam na temat mocy entuzjazmu fanów lokalnej drużyny - przy okazji jednego z meczów, na pobliskim uniwersytecie zarejestrowano wstrząsy odpowiadające dwójce na skali Richtera, ale nie było żadnego trzęsienia ziemi, to tylko fani cieszyli się ze zwycięstwa swojej drużyny.
I pewnie nie zapamiętałabym tej anegdoty gdyby nie to, że opuszczając Seattle tego smamego dnia utknęliśmy w korku spowodowanym przez rozentuzjazmowanych fanów opuszczających stadion... 
Na szczęście zmęczyony Smyk spał, więc pozostało mi jedynie wysłuchiwanie utyskiwań męża.

1 komentarz:

Asia MK pisze...

fantastyczne widoczki naprawde ;D My tez taki malutki rejsik po porcie w Gdyni zaliczylismy ;)