sobota, 1 czerwca 2013

Nie wyręczaj dziecka

Kilka dni temu pisałam, że mam problemy z zachowaniem Krzysia - wygląda na to, że tamtego dnia nastąpiło przesilenie, a po nim - odczuwalna poprawa. Ale rad wyczytanych w mądrej książce nie odstawiłam do lamusa, wręcz przeciwnie, staram się jak mogę wcielać je w życie, choć niektóre zmiany wymagają wiele ode mnie - nie tak łatwo wszak zmienić się czy przełamać pewne nawyki czy cechy charakteru.

Obiecałam napisać, więc zaczynam, ale żeby dodać sobie odwagi zacznę od sprawy łatwiejszej - przynajmniej dla mnie. Autorka książki Positive discipline, Jane Nelsen, wielokrotnie powołuje się na dokonania Rudolfa Dreikursa oraz Alfreda Adlera.  Rudolf  Dreikurs podobno twierdził, że nie należy wyręczać dziecka, robić za niego tego, co potrafi zrobić samo. Nie wiem jak jego słowa są dokładnie tłumaczone przez fachowców zajmujących się społecznymi modelami dyscypliny, na angielski tłumaczone są one następująco:


NEVER DO FOR A CHILD WHAT HE CAN DO FOR HIMSELF

Zatrzymałam się na chwilę przy tych słowach, podumałam, i doszłam do wniosku, że wprawdzie nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. A potem zaczęłam dumać nad tym, co moje dziecko potrafiłoby samo zrobić gdybym tylko dała mu okazję się wykazać. I coś się znalazło. 

A potem, powolutku, stopniowo, zaczęłam przyuczać dziecko do samodzielności. 

Na pierwszy rzut poszło śniadanie. Krzyś przechodzi fazę płatków z mlekiem, a przyrządzenie takiego śniadania to żadna filozofia - nawet dla siedmiolatka. Zaczekałam aż maż pojedzie na delegację i wyjaśniłam Krzysiowi, że już czas, żeby sam sobie robił śniadanie. Oczywiście dziecko zaprotestowało, no bo niby dlaczego on ma sobie robić sam śniadanie, ale wyjaśniłam, że jest już na tyle duży, że z pewnością da sobie radę. Ponieważ widziałam, że argument nie trafił do przekonania, szybko dodałam, że jakby mi się coś stało, zachorowałabym na przykład, to on sobie sam zrobi śniadanie i nie będzie głodny. Ten argument dotarł do dziecka. 
Pierwszego dnia ja wszystko robiłam, Krzyś przyglądał się i słuchał objaśnień. Drugiego dnia Krzyś wszystko sam robił pod moje dyktando. Od trzeciego dnia syn przejął pałeczkę i tak już jest do dziś. Tak jak wyczytałam w książce, nadszedł czas testowania. Dwa razy dałam się nabrać na to, jak to moje Słoneczko jest zmęczone i za każdym razem mocno tego żałowałam, bo Krzyś odebrał moją chęć bycia miłą jako oznakę słabości i postanowił zaraz wleźć mi na głowę. Po drugim razie postanowiłam, że o ile dziecko nie będzie chore, nieważne jak bardzo jest zmęczone - śniadanie ma sobie robić sam. Kolejny test zdałam, zdaliśmy oboje, pozytywnie. Ja odmówiłam zrobienia śniadania dziecku a dziecko zajarzyło, że mama nie da sobie w kaszę dmuchać i zaniechało prób manipulowania rodzicielką. Na chwilę. 

Kolejną rzeczą, którą od niedawna Krzyś robi sam, to pakowane drugiego śniadania. Ja przygotowuję kanapkę i wkładam do woreczka, a Krzyś robi resztę: wkłada kanapkę do torebki na drugie śniadanie, dodaje soczek, jagody, które najpierw sam wsypuje do małego pojemniczka i oczywiście coś słodkiego, najczęściej miodek - rurka wypełniona miodem, zgrzana na końcach. Nic większego ze słodyczy i tak nie wolno im do szkoły przynosić.
Nie sprawdzam czy spakował drugie śniadanie do plecaka. Przestałam też pakować zadanie domowe - tak, w tym też do niedawna wyręczałam dziecko. I nagle okazało się, że Krzyś wcale nie jest taki roztrzepany ani zapominalski na jakiego wygląda. Od ponad miesiąca nie zapomniał ani zadania domowego ani drugiego śniadania. Ani raz!

Skoro pierwsze próby okazały się pomyślne, wprowadziłam kolejną zmianę w celu zwiększenia samodzielności Krzysia. Do tej pory przygotowywałam mu ubrania na następny dzień. Teraz sam ma sobie wybrać co chce założyć. Tylko przy zmianie pogody mówię mu, że ma teraz nosićkrótkie  lub długie spodnie. Sam mnie pyta czy danego dnia ma karate czy basen, bo inni chłopcy na karate noszą bokserki więc w te dni Krzyś też zakłada bokserki, a w pozostałe - "normalne" majtki.

Staram się też pamiętać, że kiedy Krzyś oświadcza, że chce mu się pić, wcale nie muszę lecieć i podawać mu wodę. Przecież sam może sobie wyciągnąć szklankę/kubek i nalać wodę. Jest już na tyle wysoki, że da radę, a jak nie, to mamy w kuchni specjalny stopień, wystarczy tylko sobie przysunąć. Na początku reagował świętym oburzeniem, z czasem protesty malały na sile, teraz już ich jest niewiele. Ponadto kupiłam plastikowy dzbanek na przefiltrowaną wodę, który stoi na stole i kiedy tylko dziecku chce się pić, wystarczy nalać do szklanki.

Przestałam też pomagać dziecku przy myciu. Okazuje się, że Krzyś nie ma najmniejszych problemów z ustawieniem odpowiedniej temperatury wody a wcześniej zawsze była albo za ciepła, albo za zimna. A jak się nie domyje to ponoć centymetr brudu sam odpada. Jedynie włosy mu myję - jeszcze. 

Przypuszczam, że takich nadopiekuńczych mam jak ja jest sporo, ale staram się bardzo, aby grono owo uszczuplić. Trzymajcie za mnie kciuki, żeby nie zwyciężyło przekonanie, że "zrobię lepiej, szybciej i nie będzie tyle sprzątania", abym otworzyła dziecku drzwi do samodzielności, żeby nie wyrósł na samoluba przekonanego, że to świat cały ma się wokół niego kręcić, żeby wiedział, że samemu trzeba się zakręcić wokół własnych spraw. Aby, chcąc dobrze, nie zrobić dziecku krzywdy.

4 komentarze:

Urszula97 pisze...

super, brawo,bardzo dobrze robisz,podziwiam Cię że bardzo spokojnie do tego pochodzisz,

hrabina pisze...

I bardzo dobrze!!! trzymam kciuki i popieram Cie całym sercem. U mnie jest podobnie i bardzo się ciesze, że Tobie idzie tak dobrze.

pozdrawiam


Anka

Motylek pisze...

Urszula - No nie do końca tak spokojnie, sporo emocji się we mnie kłębi i nawet poczynienie tego wpisu sporo mnie kosztowało, ale cóż zrobić, zależy mi na dziecku więc staram się jak mogę.

Hrabina - idzie raz lepiej, raz gorzej, ale widzę postęy (u siebie) i pozytywne skutki (Krzyś). Dzięki za wsparcie!

Motylek

Agata Adelajda pisze...

Ech, żeby mój mały Księciunio raczył sam jeść obiad...:)
Pozdrawiam:)