poniedziałek, 24 lutego 2014

Krokus - fioletowy

Jak już śnieg stopniał, to okazało się, że wszystkie żółte krokusy dość mocno ucierpiały.
Przetrwały, ale ich delikatne płatki zostały mocno poturbowane.
I nici z optymistycznych wiosennych zdjęć.

Ale ostatnio wypatrzyłam w ogródku pierwszego fioletowego krokusa, a ponieważ o tej porze roku nie tylko moje oczy głodne kwiecia w ogrodzie - prezentuję:


Przy okazji zrobiłam zdjęcie kwiatków, które w takim oto stanie trwają, mimo dwóch ataków zimy, niezmienione, nie naruszone ani zimnem, ani śniegiem. A zapewniam, że plastikowe nie są, a żywe - posadziłam je w czerwcu i miły kwitnąć latem, ale zaczęły dopiero w październiku - i tak, jak wyglądały w październiku, wyglądają teraz.


Choć w zasadzie teraz mają nieco więcej pąków.

A na koniec - przebiśniegi.


Mam ich zaledwie dwie kępki, w dwóch różnych zakątkach ogródka. I zawsze kwitną jedne po drugich, nigdy razem. Pod koniec stycznia pokazałam tę najpierw kwitnącą kępkę, po której pozostało jedynie wspomnienie.
Teraz za to, kwitnie ta druga.

sobota, 22 lutego 2014

Karmnik dla ptaków

Już kiedyś wspominałam, że Krzyś lubi książki z serii Ready Freddy. A także i o tym, że na końcu każdej z niej zamieszczono propozycję jakiegoś projektu do wykonania przez dziecko. Już nie pamiętam w której było to karmnik dla ptaków. Krzyś zażyczył sobie, aby mu pomóc takowy wykonać. Podał mi listę potrzebnych materiałów - okazało się, że wszystko mamy, więc zabraliśmy się do roboty. Raz dwa i karmnik był gotowy.

Bo to szalenie prosty karmnik.

Trudniej było utrwalić na zdjęciu jak korzystają z niego ptaki. Bo to i aparat dobrze schowany przed Emilią, a i ptaki, nieprzyzwyczajone do jedzenia na naszym tarasie, szybko umykały, jak tylko dojrzały ruch firanki.
Ale w końcu się udało.


Zdjęcie zrobione podczas ostatniej wizyty zimy, ale zwlekałam z zamieszczeniem, bo miałam nadzieję na lepsze. Lepszego jednak nie ma.

A teraz słów kilka jak taki karmnik wykonać.

Szyszkę, najlepiej dość sporą, faszerujemy masełkiem fistaszkowym, po czym panierujemy w karmie dla ptaków - ja taką mieszankę kupiłam w sklepie, w którym robię zakupy spożywcze.
Karmnik wieszamy za oknem. Szalenie proste, prawda? 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Druga tura

Jakieś 2-3 tygodnie mieliśmy spokój z chorowaniem.
W piątek Krzyś zaczął gorączkować, dzisiaj Emilia. Starszy brat ma się już lepiej i jutro idzie do szkoły. Mam nadzieję, że Emilia też szybko wyzdrowieje, bo znowu mam zarwane nocki co fatalnie odbija się na moim samopoczuciu.

czwartek, 13 lutego 2014

Zakupy

Jedziemy sobie z Emilią na zakupy i prowadzimy podczas jazdy dialog:

- Kep!
- Tak córeczko, jedziemy do sklepu. A co kupimy w sklepie?
- Mleko!
- Mleko. A co jeszcze?
- Fok!
- Sok. Co jeszcze?
- Apul!
- Jabłka. Co jeszcze?
- Pałe!
- Parówki. Co jeszcze?
- Jajo!
- Jajka. Co jeszcze?
- Sesek!
- Serek. Co jeszcze?
- Sianka!
- Owsiankę. Co jeszcze?
- Meso! 
- Mięsko. Co jeszcze?
- Zipa!
- Nie, zupy nie kupimy w sklepie. Zupę zjemy jak wrócimy do domu.

I tak dojechałyśmy do sklepu. A w drodze powrotnej rozmawiałyśmy sobie podobnie, z tym, że Emilia opowiadała o tym co już kupiłyśmy.


wtorek, 11 lutego 2014

Kartki walentynkowe

W tym roku, o dziwo, udaje mi się zaprezentować kartki na walentynki przed samym świętem. Zrobiłam tylko dwie, w tym jedna podoba mi się naprawdę, ta poleciała już do adresatki (kartka jest od Krzysia):


Druga kartka to wynik zabawy w recykling. Prawda jest taka, że nie miałam czasu wybrać się do sklepu po kartkę komercyjną, a że ma to być kartka od Krzysia dla pani w szkole, doszłam do wniosku, że taka może być:


Ze starej kartki powycinałam elementy i nakleiłam  na kartonik.
W rzeczywistości prezentuje się ładniej niż na zdjęciu, ponieważ wycięte i naklejone elementy bardziej zlewają się z tłem.

niedziela, 9 lutego 2014

Sople

W piątek wieczorem zaczął padać marznący deszcz. Całkiem spora warstwa lodu pokryła 20 cm śniegu. Rano, kiedy jeszcze niezupełnie się rozwidniło, lód na gałęziach pięknie wyglądał.


Potem znowu padał deszcz, krople zamarzały na gałęziach, pokrywając je coraz grubszą warstwą lodu i coraz bardziej przyginając je do ziemi. 

Wieczorem, niemal centymetrowa warstwa lodu pokrywała wszystkie gałęzie i gałązki. Gałęzie brzozy sąsiadów wygięły się się pod lodem niczym odwrócone U.


Zaczęłam się obawiać o kruche gałęzie naszego derenia - połamią się czy nie? 


Ściekająca  woda szybko zaczęła formować sople - nie tylko na rynnach, dachu i daszkach, ale także na donicach, sznurach do suszenia prania, krzewach, gałęziach, liniach przesyłowych.






Dzieciom deszcz nie przeszkadzał - musieliśmy zaliczyć godzinną taplaninę w deszczu, ale za to górna warstwa śniegu, pokryta warstwą lodu, dostarczyła, zwłaszcza Krzysiowi, niezapomnianych emocji.


Mi ten zmrożony śnieg też dostarczył niezapomnianych emocji - nadwyrężyłam sobie mięśnie (i złamałam miotłę) usuwając warstwę śniegu i lodu z dachu namiotu pełniącego funkcję drewutni. Gdybym tego nie zrobiła, najprawdopodobniej plastik podarłby się i topniejący śnieg zalałby nam całe drewno na opał. No i trzeba by kupić nowy namiot. Spociłam się przy tej robocie jak przy niezłym treningu na siłowni. Mokra byłam cała - pod ubraniem od potu, na zewnątrz od deszczu. 
Mąż, oczywiście, na delegacji. 

Wieczorem wyjrzałam na zewnątrz i oczom moim ukazał się widok magiczny, bajkowy - śliwa, oblodzona cała, skąpana w świetle zewnętrznej lampy sąsiadów skrzyła się niczym wystrojona w tysiące brylantów. Przypominała bardziej żyrandol niż drzewo. Złapałam aparat i usiłowałam to niecodzienne piękno uwiecznić, ale nie bardzo się udało.


To nawet nie namiastka tego, czym cieszyliśmy nasze oczy wczoraj wieczorem, całą trójką, z nosami przy szybie sypialni. 

Skoro już miałam aparat w dłoni, zrobiłam jeszcze zdjęcie sznurów na pranie - sznury sopli ciekawie wyglądały również w nocy.


Dopiero po dziesiątej rano, dzisiaj, temperatura podniosła się ponad zero i zaczęła się odwilż. Zewsząd dochodzą odgłosy ciurkania, kapania, z gałęzi odpadają kawałki lodu, i drzewa zaczynają unosić do góry gałęzie.

Sporo domów, i to w naszej dzielnicy, nie ma prądu - i nie będą mieli aż do poniedziałku. Nam się udało, żadna złamana gałąź nie zerwała trakcji doprowadzającej nam prąd, więc czekamy spokojnie końca tej niemiłej wizyty Pani Zimy w zaciszu domowym.

piątek, 7 lutego 2014

Nieproszony gość

Jeszcze przed wczoraj było tak:


A wczoraj było już tak:


A dzisiaj pozostała tylko biel.

Zima, nieproszona, i niezbyt mile widziana, rozpanoszyła się, przeganiając nieśmiałą wiosnę. Widać uznała, że nie może być nam lepiej niż reszcie mieszkańców kraju, i zaserwowała nam nieco podobnych doznań: mrozu i śniegu.

Najpierw spadła temperatura do -5 stopni Celsjusza, a wczoraj rano zaczęło prószyć. Ponieważ śnieg zaczął padać w czasie porannego szczytu, kiedy kto żyw, zdążał do pracy lub szkoły, zajęć szkolnych nie odwołano.

Z godziny na godzinę padało mocniej, warunki na drogach pogarszały się.


Wieczorem rozesłano wiadomości do rodziców i mediów, że dnia następnego szkoły pozostaną zamknięte. Krzysia mocno to rozczarowało - wybawił się na śniegu po szkole i tyle mu wystarczyło, miał ochotę spotkać się z kolegami.

Po obiedzie ubraliśmy się ciepło i poszaleliśmy na śniegu.


Emilia wykazała nieco więcej entuzjazmu niż w grudniu - usiłowała naśladować starszego brata, a wyglądała przy tym jak... Kubuś Puchatek.


Po godzinie postanowiła ściągnąć rękawiczki i pobawić się śniegiem, w wyniku czego bardzo szybko wróciłyśmy do domu. Wkrótce dołączył do nas Krzyś.

Dzisiaj przedszkole było otwarte, chociaż pani miała tylko dwójkę dzieci oraz własnego syna (6 lat), który nie poszedł do szkoły bo była zamknięta.

Pani zabrała dzieci na sanki - sanna bardzo im się spodobała.

Krzysia zabrałam ze sobą do pracy. Jechało się dobrze, mimo że ulice były bielusieńkie i jechaliśmy w niezłej zadymce. W domach zostało tak wiele osób, że ulice były puste, nie bałam się więc, że nie zdążę zahamować. Albo, że inny kierowca za mną nie zdąży.

W pracy mało nas było, a i tak większość zdecydowała się na transport miejski.

Krzyś wypisał walentynki dla całej klasy, poczytał, a kiedy mogłam zwolnić komputer, pograł i pooglądał bajki. Był bardzo zadowolony.

Teraz znowu bawi się w ogródku. Napadało dzisiaj tyle, że przykryło całkowicie to co wydeptaliśmy wczoraj.

Śnieg pada cały czas wbrew prognozie pogody. Ocieplić ma się w niedzielę. Nieznacznie, ale na tyle, że śnieg powinien stopnieć.


środa, 5 lutego 2014

Chleb nasz powszedni

Trochę ponad miesiąc temu kupiliśmy maszynę do robienia chleba.
Wsypuje się wszystkie składniki, wlewa wodę, nastawia program, a po czterech godzinach wyjmuje świeżutki, gorący, pięknie pachnący chleb.


Zdecydowałam się na tę inwestycję, bo mimo dziesięciu lat w Stanach, nie przyzwyczaiłam się do tutejszego słodkawego chleba.

Tak, można kupić chleb bez dodatku cukru (lub syropu skrobiowego), ale w naszym zaścianku trzeba się go naszukać, a w sklepie, w którym robię zakupy, takowego nie ma.

Przyznam, że mam już dość jeżdżenia do dziesięciu różnych sklepów, żeby kupić to co lubimy, bo w żadnym z nich nigdy nie ma wszystkich tych rzeczy, które jadamy. W jednym sklepie można dostać mąkę kartoflaną, w innym mąkę pszenną białą, a w jeszcze innym razową - tego samego producenta, więc nie wiem dlaczego w jednym sklepie nie mogę kupić obu rodzajów. A są mi potrzebne obie, bo do wypieku naszego chleba mieszam je. Część białej, część razowej i wychodzi pyszny chlebek.


Proporcje to wynik eksperymentowania - co jeden bochenek, to zmiana proporcji, od całkowicie pełnego przemiału po bialutki chlebek francuski.

Odkąd zaczęłam piec chleb w domu, Emilia zaczęła jeść chleb - jej też ten ze sklepu niezbyt smakował.
A ja troszkę sobie folguję, kiedy chlebek jest jeszcze trochę ciepły - mniam, taka pajda z masłem... Rany, jak ja to lubię!

niedziela, 2 lutego 2014

"Capucine Hat" razy dwa

W ramach Programu Utylizacji Resztek (PUR) zrobiłam dla Emilki czapkę Capucine Hat, według opisu Adeli Ilichmanowej. Już taką wcześniej robiłam, nawet dwa razy, ale jeśli jeszcze ktoś jest zainteresowany opisem to można go znaleźć tutaj.


Czapeczka podoba mi się, bo po dodaniu guzika, albo wiązania, ładnie opatula uszka, nie zsuwa się z główki, a nawet jak moja mała Rozrabiara sama ją zsunie na tył głowy, to czapka nie spada na ziemię (np. do kałuży albo błota).

Dane techniczne:
  • 50 gr włóczki Lane Cervinia Madrid Solid, 104 m/50 gr, 50% akryl, 50% wiskoza
  • druty addi 3.25 mm
  • modyfikacje: dodane 4 rzędy aby pogłębić czapkę
Wykończyłam tym samym motek, który został mi po zrobieniu tego sweterka, który rozmiarowo jest dobry na Emilię właśnie teraz.

Na drugą czapkę włóczkę kupiłam, bo żadna z zapasów własnych mi nie pasowała - założyłam sobie, że czapeczka ma być różowa, i okazało się, że nie posiadam w przepastnych zapasach włóczkowych odpowiedniej różowej. Choć trudno w to może uwierzyć.

Druga czapeczka to prezent urodzinowy dla kuzynki Emilii, Zosi, która niedawno skończyła roczek. Na zdjęciu poniżej czapeczkę prezentuje Emilia.


Dane techniczne:
  • 25 gr (63 m)  włóczki Lion Brand Jamie, 125 m/50 gr, 100% akryl
  • druty addi 3.25 mm
  • modyfikacje: dodane 4 rzędy aby pogłębić czapkę
Obie czapeczki zapinane są pod brodą na guzik.

czwartek, 30 stycznia 2014

Postanowienia noworoczne

Z postanowieniami noworocznymi dałam sobie spokój już dawno temu. 
Ale jako że jest to dobry temat do ćwiczenia pisania, w szkole Krzyś miał opisać swoje postanowienia noworoczne. Oto one:


Po pierwsze, dziecko moje chce czytać więcej niż tysiąc minut - tylko nie sprecyzował w jakim przedziale czasowym. Teraz czyta średnio 300-350 minut na tydzień.

Poza tym chce być lepszy w sztukach walki i pływaniu - nadal uwielbia chodzić na karate i na lekcje pływania!  Przy każdym postanowieniu - rysunek.

Mąż mój najwyraźniej uległ temu całemu zamieszaniu z postanowieniami noworocznymi, bo w miejsce wyniesionej choinki, przyniósł z garażu bieżnię. Kiedyś stała ona w dokładnie tym samym miejscu i była dość często używana. Potem mąż stwierdził, że duży pokój to nie miejsce na bieżnię, i wyniósł ją do garażu, gdzie przez trzy lata zbierała kurz i służyła jako półka na różne różności. Teraz wróciła do pokoju, i znowu jest używana zgodnie ze swoim przeznaczeniem.

Ale najpierw trzeba było ją wyregulować, tu dokręcić, tam sprawdzić. 
Tacie dzielnie pomagała Emilia.


A Krzyś czekał - ale to tylko na zdjęciu może wyglądać, że czekał cierpliwie. 


W rzeczywistości nie mógł się doczekać kiedy w końcu będzie mógł pobiegać. Doczekał się i wybiegał - przez pierwsze dni mogliśmy z mężem jedynie pomarzyć o wskoczeniu na bieżnię - dzieci niemal z niej nie schodziły.
Aż się w końcu znudziły, choć nadal Emilia używa bieżni jako ławeczki, i oboje z Krzysiem lubią się na niej pobawić zabawkami.

Kiedy jednak Emilia śpi (w ciągu dnia), ja chodzę. Najlepiej mi się przebiera nogami oglądając jakiś film na DVD - nie zwracam wówczas uwagi ani na przebyty dystans, ani na czas jaki został mi do 30 minut, bo tyle sobie wyznaczyłam na każdy spacer.

PS
A wiecie, że dzisiaj mija dokładnie 10 lat, jak przyleciałam do USA?

wtorek, 28 stycznia 2014

Koniec z mlekiem

Od 7 stycznie nie karmię już Emilii piersią.
Po kilku nocach, kiedy to córcia budziła mnie co pół godziny żądając mleka, doszłam do wniosku, że koniec tego dobrego. Półtora roku to aż nadto, wystarczy. Krzysia karmiłam tak samo długo.

Zamiar wprowadziłam w czyn przy drzemce południowej. O ile z Krzysiem nie było żadnych kłopotów (czyli głośnych protestów) przy odstawianiu, to w przypadku Emilii nie poszło tak łatwo (czytaj: cicho). Protestowała przeciw tej niesprawiedliwości głośno, ale w jej głosie słychać było raczej wściekłość niż rozpacz. Nie ugięłam się, aż w końcu dziecko zasnęło.

Wieczorem sprawa miała się podobnie, tyle że dziecko postanowiło nie odpuszczać przez całą noc - rano obie wstałyśmy mocno niewyspane.

Zamiast mleka proponowałam wodę, sok, mleko krowie, ale za tym ostatnim Emilia nie przepada. W końcu Mała objadła się chlebem i popiła wodą.

Drugiego dnia i kolejnej nocy było nieco lepiej, a od trzeciej nocy Emilia je w nocy sporadycznie (chleb) a pije jedynie wodę. Zasypia, zarówno podczas dnia jak i w nocy, dość szybko, a śpi lepiej niż przedtem - nie budzi się tak często. Tylko kiedy była chora to nie mogła spać, ale to przez katar.

Decyzję o zaprzestaniu karmienia piersią podjęłam ja, natomiast decyzję o rozpoczęciu nauki korzystania z toalety podjęła sama Emilia.

Pewnego dnia zażądała, żeby posadzić ją na toalecie, a ja pomyślałam, że co mi szkodzi, niech sobie dziecko posiedzi skoro chce. I tak ją sadzałam, kiedy tylko wykazała zainteresowanie. Dość długo kończyło się na siedzeniu. Czasem schodziła, przykucała obok i robiła siusiu na podłogę. Ale pewnego dnia usłyszałam dźwięk jednoznacznie świadczący o tym, że dziecko załatwiło potrzebę tam gdzie trzeba.


Sztuczkę tę udało nam się powtórzyć jeszcze kilka razy. Najlepiej "wychodzi" nam to przed wieczorną kąpielą. Niestety, Emilia jeszcze nie woła, że chce siusiu - najczęściej obwieszcza po fakcie, ale to i tak krok we wskazanym kierunku. Kupiłam jej pielucho majtki, żebyśmy się tak nie męczyły z tym całym wyplątywaniem z pieluchy i zakładaniem, ale ponieważ kupiłam takie, na których nie ma Elmo, Emilia nie chce ich nosić.

Kiedyś Emilii zachciało się siusiu podczas kąpieli, więc żeby nie zmarzła, okryłam ją ręcznikiem. Tak jej się to spodobało, że kiedy teraz zasiada na tronie, często życzy sobie okrycia ręcznikowym płaszczem.


Raz jedne dała występ popisowy budząc mnie w środku nocy z żądaniem zaniesienia do łazienki na siusiu. Ponieważ nie odpuszczała, dla świętego spokoju zrobiłam jak chciała. Szczena mi opadła, kiedy Emilia załatwiła się wtedy do toalety! Szkoda, że nie wykazuje zainteresowania powtórzeniem tego wyczynu. Ale i na pożegnanie z pieluchami przyjdzie czas. Póki co, Emilia nie uznaje innych niże te z Elmo.

niedziela, 26 stycznia 2014

Przebiśniegi

Przebiśniegi zakwitły w moim ogródku - a to oznacza, że wiosna tuż tuż.


I rzeczywiście, z ziemi wychodzą już żonkile i tulipany a koło pracy widziałam pierwsze pąki krokusów - moje jakoś się nie spieszą po zeszłorocznym przesadzaniu, choć i one już wychodzą z ziemi.

Natomiast sarcococca kwitnie skromniutko, i to tylko jeden krzaczek.


Dwa pozostałe wymroziło w grudniu. Poczekam, może odbiją od korzeni. Szkoda mi bardzo, bo były bardzo dorodne, ślicznie przycięte i stanowiły wspaniałą ozdobę wejścia do domu.

piątek, 24 stycznia 2014

Dodawanie od A do Z

Jakiś czas temu pisałam o ćwiczeniu z Krzysiem dodawania w zakresie do 20 jako wspierania nauki w szkole w ramach Rocket Math.

Z ogromną przyjemnością chwalę się dzisiaj osiągnięciem mojego dziecka, do którego wszak się przyczyniłam - we wtorek, jako pierwszy z klasy, zaliczył ostatni test z dodawania, test Z, docierając na swoje rakiecie na samą górę.


Cichym celem mojego dziecka, poza tym oficjalnym (36 działań na minutę) było zaliczenie każdego testu za drugim, no, w najgorszym przypadku za trzecim podejściem. Jak można zobaczyć na rakiecie powyżej, z testem Z miał 3 spotkania, ale jakoś nie spieszyło mu się do odejmowania - bał się, twierdził, że odejmowanie jest takie trudne. Rzeczywiście, na początku, nie bacząc na znak odejmowania, dziecko nadal dodawało. Aż mu poradziłam, żeby sobie na głos mówił "minus" - i pomogło. Zaliczył już testy A i B, a czy poradził sobie dzisiaj z C to się dowiem jak wróci ze szkoły.


Przyjrzałam się dacie na zaświadczeniu podpisanym przez nauczycielkę - wydaje mi się, że przygotowała je sobie zawczasu będąc przekonana, że Krzyś zaliczy test Z za pierwszym podejściem...

środa, 22 stycznia 2014

Kartki urodzinowe

Pierwszą prezentowaną dzisiaj kartkę "pomagała" mi robić Emilia i, niestety, wkład ten widać.


Na szczęście Solenizantka, Splocik, dla której kartka była przeznaczona, nie pogniewała się za te koślawości i inne niedociągnięcia.

Z drugą kartką nie ryzykowałam - poczekałam, aż Emilia zaśnie, i wtedy zabrałam się do roboty. Kartka, przeznaczona dla mojej bratanicy, która dzisiaj kończy roczek, jest kartką otwieraną. Zamknięta, wygląda tak:


Po otwarciu, ukazuje się obrazek, a na skrzydłach bocznych znalazły się życzenia, których celowo nie uwieczniałam na zdjęciu.


Obu styczniowym Solenizantkom jeszcze raz życzę wszystkiego najlepszego!

poniedziałek, 20 stycznia 2014

sobota, 18 stycznia 2014

Jak nie urok to...

Ja doszłam nieco do siebie po zapaleniu oskrzeli, to teraz rozchorowała się Emilia. Zaziębiła się, potem katar lał się z noska coraz bardziej, aż w końcu ciurkał jak z niedokręconego kranu. Do tego stan podgorączkowy a potem i kaszel. Trzeciego dnia, kiedy wstała po drzemce, wyglądała tak marnie, że zabrałam ją do lekarza, który stwierdził infekcję ucha. Przepisany antybiotyk zadziałał szybko - już po pierwszej nocy Emilia miała się lepiej i choć nadal ma katar i kaszle, to jednak nie ma porównania z tym co było - widać, że idzie ku lepszemu.

A dzisiaj rano Krzyś wstał z katarem, bólem gardła, a w południe dostał gorączki. Na razie kuruję go metodami domowymi, bo wygląda, póki co, na przeziębienie. Ale nie wykluczone, że w najbliższym czasie i jego będzie musiał obejrzeć i osłuchać lekarz.

Zastanawiam się z mężem, kto będzie następny, On czy ja?

środa, 15 stycznia 2014

Emilia

Dawno nie pisałam o Emilii, a to moje słodkie dzieciątko tak szybko się zmienia, uczy nowych rzeczy, rozwija, dając mi tyle radości - z pewnością tak wiele umyka i zaginie w otchłani niepamięci. Tak to już chyba jest w życiu.

Emilia jest na czasie z wszelką elektroniką, jaka wpadnie jej w łapki. Włączanie i wyłączanie telewizora opanowała dawno temu, teraz wspina się na paluszkach aby dosięgnąć do odtwarzacza DVD, a piloty nie mają przed nią żadnych tajemnic. Ale ja przecież piszę o starociach z dwudziestowiecznego lamusa!

Emilia łapie się za komputer. Zobaczyła raz i natychmiast zapamiętała jak uruchomić komputer zarówno mamy jak i taty, choć przyciski znajdują się w innych miejscach.


Moim iPodem potrafi lepiej się posługiwać niż ja - tak mi namieszała w opcjach, że już kilka razy musiałam przywracać ustawienia fabryczne, bo nie wiem jak przywrócić pewne ustawienia manualnie. A 1,5 rocznemu dziecku to się udało! W końcu iPoda schowałam przed Małą, choć nadal chodzi po domu i szuka powtarzając "apat?"

Ma moją starą komórkę do zabawy, ale wie, że to nie do końca prawdziwy telefon, bo ani mama ani tata go nie używają. Aż jej się oczy świecą do mojego telefonu - tak, kilka nowych kontaktów o dziwnie brzmiących imionach dodała mi do listy. Ale taty smartphone - to dopiero jest atrakcja! Do smartfona taty dziecię ma jednak konkurencję w osobie starszego brata, który bardzo lubi grać w gry, które tata ma na telefonie. Czasem dzieci się dogadują: Krzyś gra, Emilia patrzy.


Na szczęście staroświeckie wynalazki w postaci tradycyjnych, drukowanych na papierze książek, też bardzo podobają się Emilii. Ma swoje książeczki, które "czyta" też ząbkami, bądź docieka co kryje tak dziwnie gruba okładka, ale nie przepuści okazji, by nie przejrzeć którejś z książek brata lub mamy. Brak ilustracji w niczym nie przeszkadza. Rozkłada sobie książkę na kolanach (Książka przeważnie jest do góry nogami.) i coś tam gaworzy udając, że czyta na głos.


Zamiłowanie do słowa pisanego przekłada się też na postępy w mówieniu. Emilia stara się powtarzać wszystko co usłyszy, i coraz więcej z tego co mówi można rozpoznać. Już nie jestem w stanie rejestrować wszystkich nowych słów w jej słowniku, więc dzisiaj tylko kilka.

klek - kluski
lok - lody
noś - nóż
fok - sok
sesek - serek
bana - banan
plep - chleb
foń - słoń

Do tego dochodzi całkiem sporo wyrażeń po angielsku - widać wystarczy te kilka godzin w przedszkolu, żeby Mała załapała.

Na dzisiaj to tyle, bo drzemka Emilii dobiega powoli końca. Ciąg dalszy z pewnością nastąpi.

niedziela, 12 stycznia 2014

PUR: Ko ko

Emilia, jak większość dzieci, lubi zwierzątka. Zwłaszcza kotki, pieski i ptaszki, w tym kury. Ponieważ od czasu do czasu kury sąsiadów przychodzą do nas z sąsiedzką wizytą, często ma okazje oglądać je z bliska.

Fascynacja córeczki podsuwa jej obrazy ptactwa domowego nawet tam, gdzie ich nie ma, nie zdziwiłam się więc, kiedy pisklę na najnowszym swoim sweterku Emilia zidentyfikowała jako "ko ko", czyli kurę. I tak już zostało - sweter z kurą.


Tak naprawdę, jak już wspomniałam, miało to być pisklę - ptasie, dla ludzkiego pisklaka. Schemat pochodzi z opisu wykonania śpiworka dla niemowlaka (outdoor snuggle) z książki Zoe Mellor "The big book of kids' knits", którą to książkę kupiłam sobie nie tak dawno temu.
W oryginale pisklak jest żółty, a dziobek i nóżki ma pomarańczowe, ale doszłam do wniosku, że na białym tle lepiej będzie się prezentować taka wersja kolorystyczna jaką widać na zdjęciach.


Tym razem nie podaję ani nazwy włóczki ani ile jej zużyłam ponieważ nawet nie wiem co to za nici. Biała włóczka to coś sztucznego - pierwotnie była to kamizelka, którą sprułam tylko zapomniałam zachować metkę ze składem. Wstawki żółta, pomarańczowa, brązowa i bordowa to resztki włóczki jeszcze z polski. Nie pamiętam co to za włóczka. Jakiś czas temu część tych resztek wykorzystałam na ten sweter dla Krzysia, ale najwyraźniej końca resztkom nie widać.


Emilii sweterek bardzo odpowiada - z racji kury oczywiście.
Pytana "Emilko, gdzie jest kura?", wskazuje paluszkiem na kurę na swetrze i z poważną miną informuje "Tu."



Sweterek robiony na okrągło, bezszwowo. Biała włóczka, mimo, że sweter prany był już kilka razy, nadal nie rozprostowała się, i w rzeczywistości wygląda jak bukla. Mam nadzieję, że z czasem się to jednak zmieni a dzięki rozprostowaniu się włóczki, sam sweter nieco się wydłuży i posłuży Emilii dłużej.


piątek, 10 stycznia 2014

Nieciekawy początek roku

Nowy rok zaczął się dla mnie niezbyt ciekawie. W zasadzie to już końcówka starego zapowiadała kłopoty, zdrowotne, a zaczęło się dzień przed Wigilią. Najpierw wyglądało na zwykłe przeziębienie, potem zaczęły boleć zatoki, a pewnego dnia zaniemówiłam, odebrało mi głos na całego, i to nie na skutek jakiegoś totalnego zadziwienia czy innej miłej niespodzianki. Nie, całkiem po prostu struny głosowe odmówiły wykonywania swoich czynności i nawet szept udawało mi się wyartykułować z wielkim trudem.

Pierwsza wizyta u lekarza. Wirusowa infekcja zatok.

Następnego dnia zaczęłam kasłać. Z każdym dniem było gorzej, więc po kilku dniach postanowiłam znowu pozawracać głowę lekarzowi, bo niby głos mi wrócił, ale z chrypką godną alkoholika z kilkudziesięcioletnim stażem.

Kolejna wizyta u lekarza. Wirusowe zapalenie oskrzeli.

Podobno trwa 3 tygodnie więc zostało mi jeszcze tydzień i ciut. W zasadzie mogłabym nawet stwierdzić, że zaczyna mi już być lepiej ale wolę nie zapeszyć.

Zamiast buszować w wirtualnym świecie, sypiam w ciągu dnia razem z Emilią. Dzisiaj nie, bo musiałam już popłacić rachunki, więc skoro już siedzę przed komputerem to i narzekający wpis na dobry początek roku mogę popełnić.