czwartek, 12 grudnia 2013

Piraci

Za oknem śnieg i mróz, a moi mali Piraci wybrali się w rejs.


Statek wybudował własnoręcznie Kapitan Krzyś, solidność konstrukcji przetestował Majtek Emilia.


Statek miał pełne wyposażenie - było koło sterowe...


była też kotwica na łańcuchu...


I tak sobie pływali, bo bezkresach ciepłych wód w okolicach kominka...

wtorek, 10 grudnia 2013

niedziela, 8 grudnia 2013

Czerwona Ka'ana z bambusa

W poniedziałek kolejna koleżanka dołączy do stale poszerzającego się grona czterdziestolatków. Z tej okazji świętowałyśmy wczoraj w wąskim, wyłącznie babskim gronie, a dzieci poszły do kina z jednym z tatusiów. Tylko Emilia się załapała  na imprezę - głównie w roli maskotki.

Były oczywiście prezenty, a że z koleżanką obie dzielimy miłość do kłębuszków, ode mnie prezent był częściowo dziergany.


Szal Ka'ana dziergałam już wcześniej, i to dwukrotnie, ale tym razem nieco zmodyfikowałam schemat. Zaczęłam w połowie, zrobiłam ozdobną część a potem dobrałam oczka wzdłuż początku i dziergałam w drugą stronę ujmując oczka na zasadzie rzędów skróconych. Zrobiłam tak, ponieważ nie podobały mi się zbytnio brzegi w poprzednich szalach robionych dokładnie według opisu. Z tej wersji jestem o wiele bardziej zadowolona.


Szal robiłam na drutach 4 mm, z włóczki z bambusa Madil Yarns Eden Solid (50 gr/100m) - zużyłam 220 gram czyli 440 metrów. Wyrób z włóczki z bambusa jest miło lejący się, lekko połyskujący, ale niestety, przy praniu okazało się, że puszcza kolor i to dość mocno.


Koleżanka została ostrzeżona - będzie musiała przeżyć pranie ręczne, którego nie lubi. Ale sam szal podoba jej się.

piątek, 6 grudnia 2013

Prezent od Mikołaja

Święty Mikołaj sprawił nam dzisiaj wspaniały prezent. Wprawdzie znaleźliśmy go nie pod poduszką, ale za oknem, ale mniejsza o lokalizację!

ŚNIEG!

Puszysty, drobniutki - bielił się za oknem, sypał z nieba.

Jeszcze przed siódmą rano Krzyś szalał w ogródku w pełnym zimowym rynsztunku. Wkrótce dołączyła do niego Emilia oraz ja - z konieczności, bo wolałabym zaczekać aż się całkiem rozwidni.


Dla Emilii był to pierwszy kontakt ze śniegiem. Myślałam, że bardziej się będzie dziwić, ale nie, białe zimne coś przyjęła radośnie ale ze spokojem.


Rano zażywaliśmy białego szaleństwa przez godzinę. Drugi raz, jeszcze przed południem, Emilii już się nie podobało tak bardzo. Siadała na ziemi i marudziła. Krzyś - wprost przeciwnie. Po półtorej godzinie niemal na siłę musiałam go ściągnąć do domu na obiad. Teraz znowu pobiegł, tym razem bawić się z dziećmi sąsiadów.


Nie obyło się bez bałwana, choć śnieg jest suchy i nie chce się lepić. Krzyś usypał kopczyk i z braku toczonych kul ma bałwana na miarę możliwości.


A ja tylko wymieniam dziecku rękawiczki, bo od ciągłego ściągania i zakładania śnieg się topi i rękawiczki są zaraz mokre. Już zabrakło mu własnych rękawic, moich i taty, teraz biega w swoich starych - za małych. Czapki też ciągle wymieniam, bo cały czas pada i po jakimś czasie każda czapka jest mokra.
No i ciągle ścieram z podłogi mokre plamy po stopionym śniegu.


Wygląda na to, że śniegiem będziemy mogli się nacieszyć przez kilka najbliższych dni - z północy nadciągnął zimny front i już od kilku dni jest mroźno, nawet do -10 stopni Celsjusza! W nocy, w dzień trochę cieplej, ale nie na tyle, żeby śnieg stopniał.

Tą mniej przyjemną stroną jest odśnieżanie przed domem. Odwaliłam z całego podjazdu i chodnika 15 cm śniegu ok. 11 rano. Teraz, 2,5 godziny później sypiący śnieg zniweczył moje wysiłki. Mięśnie, nie nawykłe do tego rodzaju wysiłku, obolałe, a tu szykuje się druga runda. A odśnieżyć trzeba bo wprawdzie dzisiaj nigdzie dalej się nie wybieramy, ale jutro rano Krzyś ma karate a ja mam w tym czasie odebrać tort urodzinowy dla koleżanki. Dobrze, że o opony zimowe mąż zadbał jakieś dwa tygodnie temu. A m'[ oczywiście w delegacji - jak zawsze kiedy nawiedzą nas ekstremalne warunki pogodowe.

W mieście ogólna panika, wszystkie szkoły i przedszkola pozamykane. W naszym okręgu ten dzień i tak był już wcześniej zaplanowany jako dzień wolny, więc zajęć nie trzeba było odwoływać.

wtorek, 3 grudnia 2013

Idą święta

   Idą święta! Pewnie z powodu braku śniegu za oknem i nieczęstych wizyt w sklepach nie dotarłaby jeszcze do mnie ta myśl, gdyby nie dziecko.

To starsze dziecko.

Od przynajmniej dwóch tygodni żyje już Bożym Narodzeniem. Napisał list do świętego Mikołaja i wygląda na to, że wyparł z pamięci fakt, że Mikołaja tak naprawdę nie ma - rok temu dziecko zostało uświadomione w tej kwestii przez kolegów w szkole. Ale widać ośmiolatek ma potrzebę wierzenia w Mikołaje i inne wróżki a 12 miesięcy to szmat czasu i teraz Pierworodny kombinuje jaką by tu pułapkę skonstruować, żeby złapać w nią Świętego. Nie nadążam z dostarczaniem kartonów - co znajdę jakiś większy, to przechwyci go Emilia zanim Krzyś zrobi pułapkę, a w jej małych rączkach wszystko się "pali" - kartony wędrują do recyklingu. O planach złapania w potrzask Mikołaja Hultajstwo informuje mnie szeptem, w największej tajemnicy, żeby zainteresowany lub jego znajomi nie usłyszeli i nie zniweczyli planów dziecka.

Póki co, mamy nowy łańcuch choinkowy. Rok temu kupiłam na wyprzedaży pakiety przyciętych pasków w świątecznych kolorach - do tworzenia dekoracji świątecznych właśnie. Bardzo się przydały, bo nie musiałam ciąć równo papieru kolorowego tylko mogłam się zająć innymi czynnościami domowymi, a Krzyś sam lepił i lepił. Nawet zadbał o to, żeby mu się wzorki powtarzały w dokładnie tej samej kolejności!


W porze kolacji oświadczył, że głodny nie jest, a w ogóle to on tego dnia nie idzie spać tylko całą noc będzie lepił łańcuch. Stanęło na tym, że wzmocnił siły do dalszego lepienia posiłkiem regeneracyjnym, a kiedy w brzuszku się miło wypełniło, sprawdziliśmy jaki długi jest ten łańcuch.
 Okazało się, że zawieszony na karniszu dochodzi do lampy a potem do drugiego końca karnisza. A jak imponująco wygląda! Tak fantastycznie, że szkoda go było ściągać i już tam pozostał, do teraz zdobiąc pokój Krzysia.

Przynajmniej wiadomo, że z pewnością nie dorwie go Emilia i nie przerobi na makulaturę. Do czasu, kiedy zawiśnie na choince, a potem los jego bardzo niepewny...

Zabraliśmy też dzieci do sklepu, w którym co roku każda choinka przybrana w innym stylu. Rodzajów i kolorów żaróweczek do ozdobienia domu od zewnątrz jest 40 - tych klasycznych żaróweczek, bo tych w kształcie baniek, dzwonków i innych nawet nie liczyłam. Dzieci dostały oczopląsu. Emilia musiała dotknąć każdego światełka, protestowała, kiedy nie mogła oderwać łańcucha od ściany bądź regału, a Krzyś sprawdzał jak działa każda zabawka jaka wpadła mu w ręce, zwłaszcza wszystkie mechaniczne metalowe pociągi, roboty, samoloty i karuzele. Godzina minęła nam jak z bicza strzelił!

Mi też w oko wpadło kilka ozdób choinkowych - zobaczę czy będą jeszcze i po ile po świętach, bo w chwili obecnej ceny są zabójcze.


niedziela, 1 grudnia 2013

Emilia

Już za dwa tygodnie Emilia skończy półtora roku! Duża dziewczynka a swoją samodzielność i niezależność prezentuje na każdym kroku.

W przedszkolu przestała już płakać, ale nadal nie bardzo chce jeść. Mimo to wydaje mi się, że lubi przedszkole, dzieci, zabawki, panie. W czwartki przychodzi do przedszkola pani z  biblioteki i czyta dzieciom książki a równocześnie urządza małe przedstawienie z pacynkami w roli głównej. Ostatnio, zamiast pacynek, przyniosła ukulele i wszystkie dzieci miały okazję pobrzdąkać sobie. Emilia też.



Ponieważ dziecko podrosło już trochę, pożegnaliśmy się z pierwszym fotelikiem samochodowym i przesadziliśmy dziecko do większego. Najpierw była próba generalna w domu, żeby sprawdzić czy dziecku nowy fotelik przypadnie do gustu. Mimo chłopackich kolorów (fotelik jest po starszym bracie) zwłaszcza nowe zapinanie spodobało się Emilii straszliwie - sobotnie popołudnie spędziliśmy zapinając i odpinając pasy, do znudzenia.


Wczoraj zauważyłam też, że Małej przebiły się przez dziąsło dwie prawe trójki - i górna i dolna. Ciekawa jestem czy na wychodzące zęby można zwalić to, że przez miniony tydzień dziecko budziło mnie w nocy co pół godziny, doprowadzając na skraj wyczerpania. Wczoraj padłam popołudniu razem z Małą, i nawet kawa już nie pomagała. Dzisiaj w nocy było w końcu lepiej, więc załapałam parę godzin nieprzerwanego snu, to i ochota na wizytę w świecie wirtualnym się pojawiła.

Na koniec, słów kilka o usiłowaniach Kruszynki w kierunku porozumiewania się werbalnego. Coraz ładniej wychodzi jej imię brata. Nazywa Krzysia "Syś" lub "Dyś", na co Krzyś odpowiada jej żartobliwie, że nie jest dish (po angielsku: danie, naczynie, potrawa). Mała usiłuje też śpiewać piosenkę-alfabet ABC (wychodzi jej to jak "ej ej ej"), zacierając przy tym rączki. Wzięło się to z przedszkola, w którym dzieci myją ręce śpiewając tę właśnie piosenkę - długość piosenki przekłada się na długość mycia rąk.

Emilia lubi skakać, a skacząc woła "dap dap" lub "dam dam", co ma być angielskim jump (skakać), tyle że ta druga wersja brzmi ja dumb czyli "głupi". Za to wyraz nice (ang. miły, ładny) wychodzi jej perfekcyjnie. Miś to "maś" albo "myś", a przykładając telefon do ucha Emilka woła "gilo".

I jeszcze zauważyłam, że nie potrafi powiedzieć swojego imienia w choćby najbardziej zniekształconej formie. Wskazując na siebie mówi po prostu "mama". Tak więc identyfikując członków rodziny brzmi to tak: mama, tata, Syś, mama. 

czwartek, 28 listopada 2013

Zakładki

Dzisiaj jeszcze jeden projekt zaczerpnięty z książki z serii Ready Freddy - zakładka.


Krzyś zrobił dwie, jedną dla siebie, drugą dla kolegi. Emilię strasznie intrygują czerwone włochate okulary - ciągle je odrywa.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Bałwan

Dotarła do nasz północy arktyczna mroźna fala powietrza. W nocy temperatura powietrza spada do -8 stopni Celsjusza, w dzień, przy pięknym błękitnym niebie bez jednej chmurki ociepla się znacznie. Słońce cieszy zimową porą, brak chmur nie daje jednak nadziei na śnieg w najbliższym czasie. A akurat dzieci mają u nas tydzień wolnego od szkoły, możny by pojechać na sanki, ale śniegu brak. Szkoda.

W związku z niemożnością ulepienia bałwana śniegowego, pocieszamy się bałwankami cukrowymi.


Krzyś lubi książki z serii Ready Freddy. Na końcu każdej z książeczek jest propozycja jakiegoś projektu plastycznego. Na zdjęciu powyżej bałwan, pochodzący z Ready, set, snow!, wykonany, z pewnymi modyfikacjami, ze słodyczy, które akurat mieliśmy w domu: pianki nadziane na wykałaczkę, żeby korpus bałwana trzymał się w całości, paluszki, miętówka w czekoladzie (i sreberku), kawałek żelkowego ludzika, cukrowe kropeczki do dekoracji wypieków.

Bałwan długo nie zagrzał miejsca - zapozował i zniknął w przewodzie pokarmowym starszego dziecka. Gorycz z powodu braku białego puchu - osłodzona!

środa, 20 listopada 2013

PUR: Kryształki

Emilka ma kilka ładniutkich świątecznych (bożonarodzeniowych) sukienek, ale brakowało mi do nich odpowiedniego sweterka. Zimy u nas łagodne wprawdzie, ale na bieganie z krótkim rękawem jednak za chłodne. Część sukienek ma długi rękaw, ale i tak sweterek zdałoby się mieć.



Przejrzałam zawartość schowków z włóczkami i znalazłam czerwoną, 100% akryl, Lion Brand Vanna's Choice Solids, Heathers & Twists (155 m/100 gr), która została mi kilka lat temu po zrobieniu tego sweterka dla Krzysia. Na drutach 5 mm, na sweterek w rozmiarze na 18 miesięcy, zużyłam 160 gram włóczki (248 m).

  Z założenia sweterek miał być prosty, ale postanowiłam dodać mu nieco świątecznego charakteru w postaci koralików. Wymyśliłam sobie czerwone, ale w odcieniu nieco ciemniejszym niż sama włóczka. Niestety, nie udało mi się takich znaleźć, więc kupiłam to co było - koraliki wyglądające jak kryształki lodu. Na zimowy sweterek - jak znalazł!
I choć raz nie miałam kłopotów z dobraniem guzików - przezroczyste świetnie się komponują z koralikami-kryształkami.

Sweterek robiłam od góry i celowo nie jest zbyt długi, aby nie zasłaniał sukienek. W połowie dodałam trochę oczek, aby rozszerzał się ku dołowi - na dodanych oczkach znajdują się koraliki nieco maskując narzuty, które na takiej grubej włóczce nie prezentują się za ładnie.

Rękawy robiłam na okrągło, więc niczego nie musiałam zszywać.

Choć raz udało mi się trafić odpowiednio z rozmiarem - sweterek wyszedł taki w sam raz. Rękawy są odrobinkę za długie, więc chyba nie muszę się obawiać, że w ciągu miesiąca okażą się za krótkie.


Emilia jeszcze publicznie nie prezentowała najnowszej kreacji, a do zdjęć zapozowała w sukience nie-bożonarodzeniowej, z kolorem różowym. Wprawdzie kolorystycznie nie pasuje, ale nie miałam serca maltretować dziecka przebieraniem tylko po to, żeby zrobić zdjęcie sweterka. 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Ośmiolatek

Krzyś skończył wczoraj osiem lat. Wprawdzie imprezy urodzinowej miało nie być, bo z zachowaniem bywa różnie, ale postanowiłam dziecku zrobić niespodziankę i w tajemnicy zaprosiłam jego dwóch najlepszych kolegów. I pewnie niespodzianka by się udała, ale w piątek, w szkole, pani z całą klasą składała Krzysiowi życzenia i śpiewali mu Happy Birthday, czym mu uświadomili, że urodziny jego są w tę najbliższą niedzielę.

W sobotę natomiast przyszły pocztą dwa prezenty, przyniesione przez dwóch listonoszy. Pierwszy prezent został dostarczony przez kuriera. Ledwie zdążyliśmy go rozpakować, jeszcze rozbrzmiewały okrzyki radości wywołane widokiem klocków Lego, kiedy ponownie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Po otworzeniu ujrzeliśmy naszego listonosza z kolejną paczką w ręce - Krzyś rzucił się na paczkę, a kiedy w środku znalazł kalendarz Minecraft, to ze szczęścia oszalał.

Ponieważ ja nadal nic o urodzinach nie mówiłam, w sobotę wieczorem sam zapytał, czy będziemy obchodzić jego urodziny. Kiedy usłyszał, że nie, wpadł w taką rozpacz, że nie mogłam patrzeć na jego łzy ani słuchać szlochań i powiedziałam mu o niespodziance.


W urodzinowy poranek dziecko dostało na śniadanie urodzinową babeczkę oraz prezent od rodziców i siostry i drugą część prezentu, który przyszedł w sobotę pocztą (jeszcze jedne klocki Lego). Czas do przybycia gości mieliśmy z głowy - Krzyś bawił się klockami Lego.

Po południu zjawili się goście, prezenty zostały odpakowane natychmiast a nie zwyczajem amerykańskim, pod koniec imprezy, po dmuchaniu świeczek. I dobrze, bo była tam gra, w którą dzieci zaczęły natychmiast grać.


Potem była pizza, a potem tort.


Angry bird na torcie nie wyszedł mniej koślawy niż za pierwszym podejściem, ale i tak podobał się Solenizantowi i gościom.

Dzieci ładnie się bawiły i cały dzień był bardzo udany.


czwartek, 14 listopada 2013

Karate kid - żółty pas

Wczoraj Krzysiek, wraz z dziesięciorgiem innych dzieci, zdawał egzamin na żółty pas karate.

Egzamin był odpowiednio celebrowany. Dzieci miały zapowiedziane, że mają przybyć czyste (umyte włosy, buzie, ręce, nogi), z obciętymi paznokciami i w czystych strojach gi. Rodzice dostali także tę informację na piśmie. Trochę to smutne, że o tak oczywistych rzeczach trzeba powiadamiać rodziców, ale cóż, takie czasy. W sumie to cieszę się, że w akademii nie ma przyzwolenia na bylejakość.

Z tej okazji moje starsze dziecko samo umyło sobie włosy i to cztery razy.
I pierwszy raz nie protestowało kiedy mu obcinałam paznokcie. Wystarczyło, że zapytałam co będzie, jak nie zostanie dopuszczony do egzaminu z powodu nie umytych włosów czy nie obciętych paznokci.

Przez godzinę dzieci wykonywały kopnięcia, blokady, wymachy i inne różne figury wyuczone w trakcie zajęć. Punktem kulminacyjnym była prezentacja wyuczonej sekwencji kata. Aż miło było patrzeć w jakim skupieniu mali karatecy równocześnie wykonywali polecenia Sensei, który bacznie obserwował swoich uczniów i odnotowywał kolejne zaliczone części egzaminu.


Po egzaminie, kiedy już z dzieciaków pot spływał strumieniami, nastąpiło ogłoszenie wyników (wszyscy zdali!) a potem celebracja zmiany koloru pasów.

Sensei zaprosił egzaminowanych do swojego gabinetu, gdzie każde dziecko dostało swój upragniony żółty pas, zawiązany własnoręcznie przez nauczyciela z wygłoszonymi równocześnie gratulacjami. Potem sobie trochę pożartowali i powygłupiali się, a potem wyłonili się zza drzwi, z dumą prezentując oczekującym rodzicom i rodzeństwu właśnie zdobyty obiekt westchnień.

A potem nastąpiła nie taka znowu krótka sesja zdjęciowa. Były fotki grupowe - każdy kto miał jakiekolwiek urządzenie robiące zdjęcia nacykał ich do woli.


Po zbiorówce Sensei pozował z każdym ze swoich uczniów z osobna.


Po niemal dwóch godzinach opuściliśmy budynek akademii.

I od wczoraj dziecko wierci mi dziurę w brzuchu KIEDY ma następną lekcję karate. Niestety dopiero w sobotę, ku wielkiemu żalowi posiadacza żółtego pasa, który najchętniej chyba by zamieszkał w dojo.


środa, 13 listopada 2013

Koszmar

Przyszło mi doświadczyć koszmaru, jaki codziennie przytrafia się wielu osobom - zginęła mi torebka. Zginęła w miejscu publicznym, została bez mojej opieki i jej zawartość mogła zmienić właściciela.

Wczoraj, na basenie, zostawiłam ją na wieszaku w łazience. Ale dopiero dwie godziny później zauważyłam jej brak. Kiedy już położyłam dzieci spać i chciałam włożyć do torebki dokumenty potrzebne na dzisiejsze spotkanie.

A torebki nie ma. Wcięło.

Dość szybko dotarło do mnie, że zawieruszyła się poza domem. W torebce był też telefon komórkowy. Stacjonarnego nie mamy a mąż na wyjeździe, czyli poza internetem zostałam odcięta od świata a tu trzeba szybko działać, żeby ograniczyć ewentualne straty finansowe.

Co robić? Pędem do sąsiadów - na szczęście mam uczynnych i zawsze chętnych do pomocy. Sąsiadka pożyczyła mi swoją komórkę do rana, więc mogłam od siebie dzwonić i po kolei blokować karty kredytowe i debetowe oraz powiadamiać banki. Przy okazji dowiedziałam się, że poza tymi dokonanymi przeze mnie, nie pojawiły się na moich kontach żadne nowe transakcje - dodało mi to trochę otuchy, bo złodzieje zapewne działaliby szybko.

Najpierw jednak zadzwoniłam pod swój własny numer w nadziei, że dzieci postanowiły zrobić mi kawał i schować torebkę. Niestety nie.

Zadzwoniłam też do sklepu, w którym robiłam zakupy tego popołudnia, ale mimo, że ochroniarz poszedł sprawdzić wózki na zakupy, niczego nie znalazł.

Basen był już zamknięty.

Po godzinie wszystkie możliwości wyciągnięcia pieniędzy poprzez karty zostały zablokowane a mąż powiadomiony - jeśliby się nie znalazł telefon, trzeba by zawiadomić też firmę telekomunikacyjną, a to konto jest na męża.

Przed oczyma zaczęły mi się snuć wizje koszmaru przechodzenia przez wyrabianie nowego prawa jazdy i innych formalności, które od następnego dnia będę musiała załatwiać. Dobrze, że zakupy miałam zrobione a benzynę zatankowałam dzień wcześniej, czyli że nawet bez pieniędzy te kilka dni bym przetrwała.

Nie mogłam zasnąć, a potem źle spałam. Emilia chyba wyczuwała moje zdenerwowanie bo też ciągle przebudzała się, akurat wtedy, kiedy udawało mi się nieco przysnąć. W końcu wstałam o 4 rano i doczekałam do 5.30, kiedy to otwierają basen. Zadzwoniłam, przedstawiłam się i powód mojego telefonu, i zapytałam czy torebki mojej nie znaleziono.

- Jakiego koloru ta torebka?
- Brązowa.
- A tak, mamy ją tutaj. Proszę odebrać kiedy pani będzie pasowało.

Łuuuup! Kamień spadł mi z serca i obawiam się, że mocno naruszył fundamenty. To przynajmniej dokumentów nowych nie muszę wyrabiać!

Niecierpliwie czekałam aż dzieci się obudzą, żeby odebrać zgubę. W domu sprawdziłam zawartość torebki ze szczególnym uwzględnieniem portmonetki - nie zginęło nic, nawet jeden dolar!


niedziela, 10 listopada 2013

Przygotowania do zimy

Mąż kupił tuby na śnieg. Napompował, także tę, która się ostała z lat poprzednich. Dzieci przetestowały wytrzymałość w warunkach domowych a kiedy największe szaleństwo ustąpiło, starsze dziecię wymościło sobie na tubach kącik do czytania.


Teraz czekamy na śnieg, którego na razie w górach nie ma. Jak spadnie, wybieramy się poszaleć na białym puchu.

piątek, 8 listopada 2013

Make up

Mała zaczęła mi podbierać kosmetyki. Na razie tylko tusz do rzęs.


Nauczyła się wchodzić na toaletę i ściąga wszystko czego stamtąd dosięgnie.
Na szczęście szybko przyłapałam ją na malowaniu się i obeszło się bez większych strat.

środa, 6 listopada 2013

Duszki

W całym tym zamieszaniu z zachowaniem Hultajstwa i przy całym tym wyczerpaniu emocjonalnym, nie miałam głowy do pokazywania duszków halloweenowych, które moje dziecko zrobiło w szkole. A warto o nich wspomnieć, bo wykonać je można szybko i łatwo a do tego jest to wspaniała zabawa dla dzieci.


Duszka robi się z chusteczki higienicznej i włochatego drucika tutaj zwanego pipe cleaner. Potem mazakiem lub długopisem rysujemy oczka i buźkę i zawieszamy na sznurku. W szkole dzieci robiły po cztery duszki a potem wiązały je w naszyjnik.
U nas zawisły na lampie, bo szkoda mi ich było wywieszać na zewnątrz na deszcz. I tak sobie wiszą nadal, i powiszą aż do święta dziękczynienia, po którym zacznę zmieniać wystrój na bożonarodzeniowy.


A skoro o Pierworodnym mowa to warto wspomnieć, że zachowanie trochę się poprawiło. Bywają dni, kiedy jest tak miły i grzeczny, że oczy przecieram ze zdumienia. Niestety bywają też dni, kiedy muszę mu przypominać, że ma się ładnie odzywać. Halloweenowy czwartek był ciężkim dniem ze względu na karę - nie poszliśmy w przebraniu zbierać po domach cukierki! Natomiast pojechaliśmy na lekcję pływania - moje dziecko było jedynym dzieckiem na basenie. Ale trzeba było tak postąpić, bo do twardej główki mojego upartego syna dotarło, że rodzice nie puszczają słów na wiatr, a niebawem ósme urodziny, i chciałoby się zaprosić kilku kolegów...

niedziela, 3 listopada 2013

Lacey Sweater Zoe Mellor dla Emilii

Lacey Sweater Zoe Mellor z miejsca podbił moje serce kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy kilka lat temu. Chyba nie ma bardziej dziewczęcego sweterka niż właśnie ten, najpiękniejszy w kolorze różowym oczywiście. Przez lata nie miałam za bardzo dla kogo go wydziergać, wraz z narodzinami Emilii wiedziałam, że córeczka moja, prędzej czy później, Lacy Sweater będzie miała w swojej garderobie.
I już ma.


Z włóczki Madrid Solid Lane Cervinia (50% akryl, 50% wiskoza, 50gr/104m) którą dostałam na baby shower, kiedy wiadomo było, że będę miała córeczkę. Na drutach 3 mm i 3.25 mm wg opisu z książki Adorable Knits for Tots.


Wprowadziłam kilka modyfikacji:

  • poza dolną koronką, sweterek robiłam bezszwowo, na okrągło, zmniejszyłam więc ilość oczek o 4;
  • zmniejszyłam także otwór na głowę - po przeczytaniu komentarzy dziewiarek na Ravelry;
  • rękawy również robiłam na okrągło - dobrałam oczka wzdłuż wycięcia korpusu i zanim zamknęłam oczka w okrążeniach, przez dwa powtórzenia schematu zastosowałam stopniowe dobieranie oczek, aby nieco ukształtować główkę rękawa, potem zmieniłam ujmowanie oczek dostosowując je tak by lepiej posłużyło mojemu wyrobowi.


Sweterek robiłam według opisu najmniejszego rozmiaru (12 miesięcy), ale z racji grubszej włóczki, wyszedł nieco za duży na moją 16-miesięczną córeczkę - wydaje mi się, że wyszedł mi rozmiar na 2-3 lata. Zużyłam na niego 190 gram (396 m) włóczki.


Jeśli będę jeszcze raz dziergać ten sweterek według opisu dla tego samego rozmiaru, wcześniej zacznę wrabiać motyw kwiatka, aby nie kończył się bezpośrednio pod dekoltem. Wycięcia na rękawy też mogłyby być mniejsze.

Opis jest dość dobrze zrobiony o ile ktoś jest przyzwyczajony do amerykańskiej szkoły opisów wykonania - moim zdaniem Amerykanie mają tendencję do niepotrzebnego komplikowania opisów. W każdym razie ja poradziłam sobie. Dziergając dolną część, koronkową, musiałam cały czas śledzić opis wykonania. Wydawało mi się, że autorka proponuje zbyt dużą liczbę powtórzeń, zrobiłam po swojemu, a w rezultacie prułam i robiłam tak jak było w opisie, ponieważ po dobraniu oczek na zasadniczą część korpusu, ta część plastycznie wydłuża się opadając w dół i zbyt krótka koronka zachowuje się jak ściągacz - nie wskazane!

Sweterek zaliczył już nie tylko sesję zdjęciową, ale też i pierwsze wyjście - przyciąga uwagę i podoba się wielu osobom, ze mną na czele.

Zaliczył już też pierwsze pranie, ale tutaj zaskoczeń nie było, bo Emilia ma już jeden sweterek z tej włóczki - można go obejrzeć tutaj.

Mam ogromną ochotę zrobić jeszcze jeden taki sweterek, w innym kolorze...



wtorek, 29 października 2013

Kłopoty z zachowaniem

Okresy lepszego i gorszego zachowania Krzysia przeplatają się przypominając sinusoidę. Z tym, że dolne odchyły coraz głębsze - jak Młody wpada w ciąg złego zachowania, to jest coraz gorzej, i coraz więcej wysiłku i nerwów kosztuje mnie przywołanie go do porządku, czyli do w miarę akceptowalnego zachowania.

Właśnie zaliczyliśmy kolejne dołowanie - mam nadzieję, że czas przeszły jest tu odpowiednio zastosowany, i że najgorsze już za nami i wychodzimy na prostą. Nie chodzi mi o zwykłe bycie niegrzecznym i cudów nie oczekuję po swoim dziecku, ale na chamstwo, bezczelność i brak szacunku wobec rodziców nie pozwolę. A właśnie w tych dziedzinach postanowił ostatnio wykazać się Krzyś.

I wykazał się - popisał się, że ho ho! Włosy dęba stanęły rodzicom na głowie, i nawet tata, który zazwyczaj przyjmuje postawę ślepego i głuchego (nie zauważa problemu, więc problemu nie ma) doszedł do wniosku, że syn przegiął pałę.

Teorii przyczyn takiego zachowania pojawiło się kilka, ale moim zdaniem żadna z nich nie ma tutaj zastosowania. Tak czy siak, nie można było pozwolić na dalsze takie zachowanie. Standardowo przeszliśmy przez tłumaczenia, wyjaśnienia itp., które Młody puścił mimo uszu i jeszcze wykpił rodziców, więc sięgnęliśmy po większy kaliber. Mimo ostrzeżeń, że w przypadku dalszego takiego zachowania będzie musiał ponieść określone konsekwencje, Krzyś nadal nie wierzył, że rodzice nie żartują i jeszcze bardziej zaczął przeginać. No i doigrał się.

Tata nie zabrał go na basen w czwartek. - Spłynęło jak po kaczce.
Nie poszedł na bal przebierańców w piątek. - Zły był bardzo i postanowił "pokazać nam" za to.
Nie zawieźliśmy go na karate w sobotę. - Coś zaczęło docierać do dziecka.
Za karę nie będzie obchodził Halloween. - Zachowanie zaczęło się nieco poprawiać.

Ale zaledwie nieco. Ponieważ uparciuch nie odpuszcza, rozważam możliwość zawieszenia zajęć z karate na pewien czas - skoro łagodniejsze środki perswazji nie docierają, trzeba sięgnąć po coś bardziej dotkliwego. Ale wolałabym tego nie robić, bo jestem zadowolona z tych zajęć. Póki co, porozmawiałam z Sensei i wyjaśniłam o co chodzi. Mimo zdumienia, że Krzyś może się tak nieładnie zachowywać, wykazał on pełne zrozumienie co do moich planów - moje dziecko nie jest pierwsze w historii akademii, z którym rodzice mają podobne problemy. Z pewnością nie jest też dzieckiem ostatnim. W takich wypadkach współpracują z rodzicami, żeby dziecko wyszło na prostą.

Krzyś poczuł się bardzo dotknięty tym posunięciem. Mam nadzieję, że w końcu zrozumie, że musi skończyć z chamskimi i lekceważącymi odzywkami oraz złośliwościami - nie każę mu się domyślać o co mi chodzi tylko powtarzam i powtarzam. I po polsku i po angielsku, żeby nie było wątpliwości. Ale strasznie uparty ten mój syn.

Cała ta sytuacja szalenie wyczerpuje mnie emocjonalnie. Mam nadzieję, że jednak wkrótce się polepszy - trzymajcie za nas kciuki!

niedziela, 27 października 2013

Piękna jesień

Po deszczowym i zimnym wrześniu, październik przyniósł nam przepiękną, słoneczną, ciepłą jesień. Poranki wprawdzie bywają mgliste i niemiłe, ale popołudnia do przedwczoraj wyzłacały promienie słońca, a drzewa oszałamiały barwami liści.


Nasz dąb zaczął już zrzucać liście, a my chwyciliśmy za grabie. Każda sterta liści to wspaniała zabawa dla obojga dzieci. Roznoszą zgrabione pracowicie liście, ale niech się bawią - cieszy mnie, że potrafią znaleźć radość w takich zwyczajnych rzeczach.


Porządki w ogródku już zrobione, w tym roku jesteśmy na bieżąco. Dopiero jak przyjdą przymrozki trzeba będzie znowu powyrzucać to, co padnie, głównie nasturcje, które, póki co, nadal pięknie kwitną. A pierwsze przymrozki już nadchodzą - zapowiedziane w prognozie pogody.

piątek, 25 października 2013

"No fer"

Emilia podchwyciła ostatnio jakże często wypowiadane przez starszego brata słowa "No fair!" Tyle, że w jej wykonaniu brzmi to "No fer", a ostatnie "r" to ledwie słychać. Chodzi sobie po domu i powtarza "No fer". A ja uważam, że to naprawdę nie fair, że moja mała Sroczka tak szybko opanowała wchodzenie na krzesła, a z krzesła kuchennego to już małe miki, żeby wleźć na stół.


Już dziecko nie chce siedzieć w swoim wysokim krzesełku do karmienia, teraz bryka na normalnych krzesłach. Właśnie bryka, bo o spokojnym siedzeniu, lub choćby staniu, nie ma owy. Oczywiście udało się jej już spaść, mimo, że pilnowana była przez dwie osoby.

Ponadto podrosła na tyle, żeby po wspięciu się na paluszki zdołać złapać za klamkę i otworzyć sobie drzwi. Zamknięte, więc niedostępne, do tej pory części domu, stanęły nagle przed dziecięciem otworem! Emilia nie posiada się z radości, ja zastanawiam się dlaczego nie założyliśmy więcej klamek z zamykaniem na klucz - da się je otworzyć z obu stron tylko trzeba wiedzieć jak albo mieć akrylowe paznokcie. Zamków brak, po przejściu przez pomieszczenie żywiołu w postaci Emilii, sprzątania na resztę dnia. Albo i dłużej.

Emilia niestrudzenie przeprowadza selekcję w zastawie kuchennej. Plastikowej miseczki wprawdzie nie da się tak łatwo potłuc, ale wylać całą zupę sobie na głowę, obryzgując przy tym ścianę, swoje krzesło, sąsiadujące krzesło, stół i podłogę - żaden problem! Oblewanie się czy też wylewanie na siebie cieczy wszelakich to jedno z ulubionych zajęć Emilii.

Przedwczoraj asystowała tacie w myciu elewacji domu. Aby nie wkładała rączek w wiaderku ze środkiem czyszczącym z chlorem, tata nalał jej do małego wiaderka wody i wrócił do pracy. Po chwili Mała była już cała mokra - na szczęście było tego dnia dość ciepło, ale i tak po zrobieniu kilku zdjęć położyłam kres tej jakże ciekawej zabawie i przebrałam Emilię w suche rzeczy. Moja interwencja spotkała się ze zdecydowanym i bardzo głośnym sprzeciwem córeczki, ale na jej protesty już się uodporniłam.


Emilia ciągle jeszcze ma katar po przeziębieniu, które właśnie kończy się nam wszystkim - poza Krzysiem, którego jakimś cudem tym razem ominęło. Reszta rodziny zaliczyła potworny katar, i był to w zasadzie jedyny symptom. Złego humoru, jako czynnika wtórnego, nie zaliczam do objawów chorobowych, choć zmierzła Emilia nieźle dała mi popalić. Na dodatek zaczyna jej się przestawiać pora spania w ciągu dnia, kolidując mi z odbieraniem starszego dziecka ze szkoły. A jak Emilia wstanie o 5 po południu, to do 10 wieczorem nie śpi. A ja nie mam czasu już na nic, bo kiedy śpi po południu, odrabiam z Krzysiem zadanie domowe - nie trzeba mu w niczym pomagać, tylko zaganiać a potem pilnować, żeby usiedział przy stole aż skończy. Ale o Krzysiu będzie innym razem, bo ostatnio też daje popalić rodzicom.

Ale dzisiaj Emilia zasnęła o normalnej porze, starsze dziecko w szkole, więc dorwałam się do komputera!

niedziela, 20 października 2013

Kick-a-thon

Wczoraj, w akademii karate, do której uczęszcza Krzyś, miał miejsce doroczny kick-a-thon.
Polega on na tym, że przez godzinę uczniowie, nauczyciele, ochotnicy wykonują różne kopnięcia, a sponsorzy wpłacają na rzecz akademii zdeklarowaną za każde kopnięcie kwotę. Z zebranych pieniędzy są potem fundowane stypendia dla tych dzieci, których rodzice nie są w stanie uiścić co miesięcznej opłaty.

Od kilku tygodni część każdego treningu poświęcano ćwiczeniom do kick-a-thonu, bo takie kopanie przez godzinę to wszak spory wysiłek i bez uprzedniego treningu osiągnięcia byłyby marne.
k
W końcu nadszedł wielki dzień. Krzyś wprawdzie nie miał swojego własnego sponsora, ale za to dostał dorosłego do liczenia wykopów, i wcale to nie był tata, który wybrał się z synem na imprezę (ja zostałam z przeziębioną Emilią w domu). I muszę przyznać, że kiedy chłopaki wrócili do domu i pokazali mi zapisany na kartce wynik Hultajstwa, byłam mocno zaskoczona.

2456

Właśnie 2456 kopnięć wykonał Krzyś w ciągu godziny. Podobno pot lał się z niego strumykami, a jeszcze godzinę po powrocie do domu był czerwoniutki na twarzy. Dzisiaj, natomiast, obudził się z pierwszymi w swoim życiu zakwasami. I stwierdził, że mu się to podoba!

(Tutaj podaję linka do Best Martial Arts Institute na Facebooku. Jeśli ktoś ma ochotę pooglądać zdjęcia. Niebawem z pewnością pojawią się fotki z kick-a-thomu.)

środa, 16 października 2013

Rękawiczki dla Emilii, szalik dla Krzysia

Zimne poranki, prawie przymrozki, a my nadal jeździmy co rano do szkoły na rowerach. Aby nam nie marzły głowy, ręce i szyje opatulamy się mniej (Krzyś i Emilia ) lub bardziej (ja) chętnie. Szybki przegląd szuflady z czapkami, szalikami i rękawiczkami wykazał, że trzeba uzupełnić pewne akcesoria.

Po pierwsze, szalik dla Krzysia. Nie dlatego, że nie ma, ale te co ma nagle okazały się w oczach syna zbyt dziecinne, odpowiednie bardziej dla Emilii niż dla poważnego drugoklasisty.

Na szczęście miałam motek włóczki Lion Brand Microspun (100% akryl, 154 m/70 gr), tej samej, z której dwa lata temu zrobiłam Krzysiowi tę czapkę. Czapka nadal cieszy się względami syna, więc teraz dorobiłam do kompletu szalik. Przy okazji pasuje do drugiej czerwonej czapki Angry Birds.

Szalik zrobiłam (na drutach 3.25 mm) bardzo prostym, ale ładnie prezentującym się ściegiem dwustronnym. Liczba oczek podzielna przez 3: P, P, L - i powtarzamy zarówno w rzędach parzystych jak i nieparzystych. Wzór ten tak bardzo mi się spodobał, że rozmyślam jak by go jeszcze zastosować, pewnie w jakimś swetrze, tylko dla kogo - dla córki, dla syna, czy dla siebie?


Nie wiem ile centymetrów długości ma szalik, ale na zdjęciu widać, że wyszedł akurat taki jak trzeba, ani za długi, ani za krótki. Zużyłam na niego cały motek czyli 70 gram włóczki.

Po zrobieniu ostatnich skarpetek (tych), zostało mi trochę melanżowej włóczki i tak mnie wzięło na zrobienie z niej rękawiczek dla Emilii. Projekt z tych całkowicie zbędnych i bezsensownych bo Emilia rękawiczek nosić nie chce, nawet jak jej grabieją z zimna paluszki. Nawet założyć jej rękawiczki na rączki to wyczyn nie lada! Ale naszła mnie ochota na maluśkie rękawiczki i są.


Na łapkach córeczki zdjęcia nie udało mi się zrobić.

Rękawiczki robiłam od czubka, rzędami skróconymi, na drutach 2 mm. Potem kombinowałam z palcem i wyszło całkiem nieźle. Nawet dobrze pasują na ręce Emilii - z tego co udało mi się zauważyć w ciągu tych pięciu sekund, zanim zdążyła je ściągnąć. Zużyłam 16 gram (67 m) włóczki Regia Flusi Das Socken Monster (75% wełna, 25% nylon).

Miałabym ochotę zrobić jeszcze więcej takich maleńkich rękawiczek bo słodko wyglądają, ale chyba dam sobie spokój. Poczekam, może Emilii się odwidzi i zacznie je jednak nosić to wtedy szybko coś wydziergam.

poniedziałek, 14 października 2013

Rwanie zęba

Trzy lata temu dentysta założył Krzysiowi koronkę na dolną czwórkę - pisałam o tym tutaj. Dzisiaj rano pożegnaliśmy się i z zębem i z koronką.

W zeszłym tygodniu Krzyś poszedł na czyszczenie zębów i okazało się, że z zębem zaczyna się coś dziać. Jeszcze nie było ropy, ale zaczynało się zapalenie, więc nie czekałam, aż zacznie boleć tylko umówiłam się na pierwszy wolny termin, czyli dzisiaj rano. Trochę szkoda, że nie było nic wolnego po szkole - dopiero za 6 tygodni!

Krzyś był dzielny, mężnie zniósł ukłucie znieczulenia miejscowego a przyrządów dentystycznych nie bał się nigdy. Emilia też współpracowała, choć nie obeszło się bez obchodu całego gabinetu, dość sporego z resztą.

Zęba (wraz z koronką) dostaliśmy na wynos - w specjalnym pudełeczku w kształcie... zęba. Wygląda na to, że w nocy odwiedzi nas wróżka Zębuszka.

Znieczulenie miejscowe przestało działać jak wychodziliśmy od dentysty i do Krzysia dotarło, że to jednak boli. Popłakało się dziecko, więc obiecałam mu, że jednak do szkoły dziś nie pójdzie. Od razu zrobiło mu się lepiej! A jak dostał w domu środek przeciw bólowy, to ból przeszedł zanim środek ten doleciał do żołądka!

Ale jak sobie synuś zaplanował, że będzie oglądał telewizję albo grał na komputerze to się przeliczył. Trochę czytał (po polsku i po angielsku), trochę porozwiązywał zadań z matematyki, a teraz rysuje. W pewnym momencie zaczął trochę rozrabiać, ale polecenie "Wkładaj buty i idziemy do szkoły!" natychmiast wpłynęło zbawiennie na jego zachowanie.

sobota, 12 października 2013

Na farmie

Wczorajszy piątek był dniem wolnym od zajęć szkolnych (z powodu łatania dziury w budżecie), więc jak co roku o tej porze, wybraliśmy się na jedną z pobliskich farm. Głównym celem był zakup dyni - Halloween nadchodzi, dom trzeba stosownie przyozdobić na zewnątrz i w środku.

Poza dyniami kupiłam jeszcze jabłka, gruszki, ziemniaki, cebulę i suszone śliwki - smaczne a w tym roku dodatkowo tańsze niż w sklepe.

Zakupy zapakowałam do samochodu i oddaliśmy się części rekreacyjnej.


Atrakcja pierwsza - zwierzęta. Osioł, kucyk, kury, koguty, indyki, króliki, a przede wszystkim kozy, do których kojca można było wejść w tym roku, i które można było do woli karmić i głaskać. A że na farmie byliśmy dość wcześnie, nie musieliśmy się rozpychać łokciami i cały inwentarz mieliśmy niemal na własność.


Atrakcja druga - labirynty, jeden ułożony z kostek słomy, drugi na polu kukurydzy. Ponieważ byliśmy ze znajomymi, dzieci było w sumie ośmioro, i poza Emilią, wszystkie poszalały zwłaszcza w słomie. W tem labirynt wkomponowano zjeżdżalnie z rur kanalizacyjnych i ten prymitywny plac zabaw co roku kasuje wszystkie wyszukane zjeżdżalnie i drabinki dostępne w mieście. A im więcej słomy we włosach i na ubraniu, tym lepiej!


Na polu kukurydzy było błotniście. Dzieci momentalnie zniknęły nam, dorosłym, z oczu, poza Emilią, która za to po kilku krokach potknęła się i efektownie upadła w błotko. Na to, że wrócimy wypaprani od stóp do głów byłam przygotowana i dlatego ubrani byliśmy w niezbyt eleganckie, mocno podniszczone rzeczy, których nie szkoda utytłać w błocie. Dzieci miały też gumowce, z których Krzyś zrobił użytek skacząc po kałużach ile sił mu w nogach starczyło ku wyraźnie widocznej zazdrości tych dzieci, które gumowców nie miały, i którym rodzice taplać się w błotnistych kałużach nie pozwolili.


Atrakcja trzecia - spacer na pole z dyniami. Spacer ze specjalnym wózkiem, na którym przywozi się wybrane na polu dynie. W tamtą stronę starsze dzieciaki na zmianę ciągnęły wózek, na którym siedziała reszta ferajny - nawet Emilia załapała się na przejażdżkę w objęciach brata!


Pogoda dopisała na miarę pory roku - nie padało, czasem nawet na chwilę wyjrzało słońce i było cieplej niż się spodziewałam. Cztery godziny hasania na świeżym powietrzu mocno nas zmęczyły, ale pozostawiły wspaniałe wspomnienia.