czwartek, 27 marca 2014

Dień, w którym zabrano mi zieloną kartę.

Wstałam dzisiaj o 4.30, szybciutko zebrałam się, wsiadłam w samochód i ruszyłam w kolejną podróż do Portland. Trzecią w tej sprawie, i ostatnią.

Wszystkie trzy wyjazdy wiązały się z zamianą zielonej karty na obywatelstwo.

Pierwszą podróż odbyłam w październiku. Odciski palców, zdjęcie.

Drugi wyjazd - w lutym, na egzamin.
Kazano mi przeczytać jedno zdanie, napisać jedno zdanie i zadano trzy pytania ze stu, które wraz z odpowiedziami dostałam wcześniej zebrane w odpowiedniej publikacji.

Zazwyczaj po egzaminie natychmiast ma miejsce ceremonia zaprzysiężenia, ale ja dowiedziałam się, że zagubiono mój odpis aktu małżeństwa i w związku z tym nie mogłam wziąć udziału w tej ceremonii do czasu dostarczenia nowej kopii.

Jakim cudem urząd zagubił podstawowy dokument w mojej sprawie - tajemnica.

Słowa "przepraszam" nie usłyszałam.

Myślałam, że krew mnie zaleje, ale nie od dziś wiadomo, że z biurokratyczną machiną się nie wygra, więc wróciłam do domu i kopię żądanego dokumentu wysłałam jeszcze tego samego dnia. A po miesiącu czekania wysłałam kolejną kopię z uwagą, że poprzednia chyba zaginęła na poczcie, choć tutaj to się raczej nie zdarza. Tym razem odpowiedź dostałam w ciągu dwóch dni (nomen omen w dniu urodzin) - zaproszenie na ceremonię odbywającą się właśnie dzisiaj. Na 8.30 rano do dwu milionowego miasta oddalonego o prawie 200 km od domu.

Co było robić.
Mąż załatwił sobie po raz kolejny urlop i został z dziećmi, a ja pojechałam.

Całą drogę, w obie strony lało, więc samochód prowadziło mi się beznadziejnie.

Budynek sądu, w którym ceremonia miała miejsce, odnalazłam bez problemu, potem tylko parking i na 15 piętro. Byłam na miejscu sporo za wcześnie, ale chciałam zdążyć przed porannym korkiem - udało się.

Wszystkie piętra budynku sądu mają przeszklone ściany zewnętrzne, a z piętnastego piętra roztacza się w pogodny dzień piękna panorama miasta. W pochmurny i deszczowy dzień jak dzisiaj widoki nie były oszałamiające, ale i tak porobiłam kilka zdjęć telefonem.





Składających przysięgę było 52, w tym tylko ja z Polski - reszta, to przegląd wszystkich szerokości geograficznych z dominacją Meksyku. Pierwszy, i mam nadzieję ostatni raz, dane mi było obejrzeć salę amerykańskiego sądu osobiście - cóż, wyglądała tak jak na filmach...

Potem było sporo okolicznościowego ględzenia, gratulacji, formalności. Dostaliśmy okolicznościowe broszurki, tekst konstytucji, małe amerykańskie flagi, formularze do zarejestrowania się jako wyborcy. Za to zabrano nam zielone karty - szkoda, jakby nie było ten plastik przypominający kartę kredytową miałam w swoim posiadaniu przez ponad 7 lat.
No dobrze, bez przesady - zielona karta głównie spoczywała w segregatorze z innymi dokumentami i na palcach ręki można policzyć okazje, kiedy ten segregator opuszczała. Ale szkoda, że mi jej nie zostawili na pamiątkę.

W końcu przyszedł sędzia - i tutaj miłe wizualnie zaskoczenie bo sędzia wypisz wymaluj brat bliźniak Richarda Gere, i tak samo ujmująco się uśmiechał.

Przysięga, kolejne przemówienie - to Richard Gere, to znaczy sędzia, przemówił do ludu. Wręczenie certyfikatów głoszących, że staliśmy się pełnoprawnymi obywatelami, uścisk dłoni Sędziego Gere i wypuścili nas z zatłoczonej i dusznej sali. Obiecanych ciasteczek nie było, a szkoda bo umierałam z głodu. Dobrze, że przezornie zabrałam z domu banana, to się posiliłam w drodze na parking.

O godzinie 10 rano, zakończyłam  pewien etap w życiu imigranta.
Czułam ulgę, że te wszystkie formalności mam już za sobą. Zapewne cieszyłabym się bardziej, gdyby nie ta sprawa z zagubionym dokumentem i koniecznością kolejnego męczącego a niepotrzebnego wyjazdu do Portland.
No ale to już za mną.

W drodze powrotnej złapało mnie oberwanie chmury. Na autostradzie, na środkowym pasie. Widoczność zerowa, wszyscy jechali na wyczucie, nie było mowy o próbie zmiany pasa w celu zatrzymania się na poboczu.
Na szczęście wszyscy kierowcy zwolnili i utrzymywali bezpieczny dystans, ale przyznam, że bałam się i to bardzo.

No i w zasadzie to by było na tyle.
Tylko bardzo nielicznych zainteresuje to, że jutro wybieram się wyrobić sobie i dzieciom paszporty - plany na lato zaczynają nabierać realnych kształtów.

6 komentarzy:

bk110 pisze...

:-) Gratulacje

hrabina pisze...

gratuluję!

my nic jeszcze w tej sprawie nawet nie ruszylismy, choć w zasadzie pewnie moglibyśmy. Tyle, że tutaj to wiąże się także z ogromnymi opłatami - tysiaka od osoby:) na razie sobie odpuszczamy.


Anka

Grazyna 1 pisze...

Gratuluje, to wazny dzien w zyciu emigranta:) . przesylam pozdrowienia

Krycha pisze...

Tylko gratulować dzielna KOBIETO!

Alisa pisze...

Super ;) Gratuluje :)

splocik pisze...

Gratulacje :)
Super, że masz to w końcu za sobą i możesz normalne plany snuć.
Pozdrawiam ciepło.