niedziela, 19 kwietnia 2026

ONP: Hoh Rain Forest

Hoh Rain Forest to jeden z największych lasów deszczowych strefy umiarkowanej w Stanach Zjednoczonych, położony na Półwyspie Olympic w zachodniej części stanu Waszyngton. Wybraliśmy się do niego w Dniu Niepodległości, czyli 4 lipca 2024.



Pierwotnie chciałam zarezerwować miejsce na polu namiotowym, ale mimo kilku prób, nie udało mi się. Rezerwacje są udostępniane w trzech transzach: na 6 miesięcy przed wybraną datą, na 2 tygodnie przed, i na 4 dni przed. Miejsc jest sporo ale rozchodzą się w ciągu pierwszej sekundy czyli o 7 rano. Zapisałam się na listę powiadomień na wypadek gdyby ktoś zrezygnował, ale za każdym razem, kiedy takie powiadomienie dostawałam, zanim dotarłam do komputera, miejsce już było ponownie zarezerwowane.

Początkowe plany musiały zostać zmodyfikowane i aby obejrzeć sobie las deszczowy pojechaliśmy do niego z naszej bazy w Sol Duc. Na mapie wydaje się blisko, ale samochodem jedzie się godzinę i 40 minut (w jedną stronę) bo trzeba objechać łańcuchy górskie.




Na mapie powyżej zaznaczyłam żółtymi gwiazdkami naszą "bazę" (pole namiotowe Sol Duc) oraz cel naszej wycieczki Hoh Rain Forest. 

Las położony jest około 50 km od miejscowości Forks, to właśnie to miasteczko, w którym rozgrywa się akcja książki i filmu "Zmierzch". Żadne z nas nie było świadome wówczas, że do Forks ściągają fani serii wampirzej i dopiero niemal rok później, kiedy uświadomiła mnie w tej kwestii koleżanka, pojęłam niechęć, a może wręcz i wrogość obsługi stacji benzynowej w Forks, na której zatrzymaliśmy się, żeby zatankować. 




Wstaliśmy tego dnia o 6 rano z nadzieją, że uda nam się dotrzeć na miejsce przed największym tłumem. Nadzieje okazały się płonne, ale przynajmniej do Forks dotarliśmy przed rozpoczęciem parady z okazji Dnia Niepodległości czyli przed zamknięciem głównej drogi przez tę miejscowość. 




Kolejka samochodów zaczęła się na długo przed wjazdem do tej części parku ponieważ kiedy wszystkie miejsca parkingowe na ogromnym parkingu zostały zajęte, obsługa parku wpuszczała kolejne samochody dopiero kiedy jakieś miejsce się zwolniło, więc posuwaliśmy się do przodu w tempie ślimaczym. I tak udało nam się bo droga do tej części parku została zamknięta w grudniu 2024 roku z powodu powodzi, czyli kilka miesięcy po naszej wizycie (w maju 2025 roku została w pełni naprawiona i ponownie udostępniona dla ruchu.) Czas oczekiwania spędziliśmy podziwiając przydrożny lasek, grając w gry i spacerując sobie przy drodze.





Na parking dotarliśmy po dwóch godzinach - plus ponad półtorej godziny podróży, cierpliwość Emilii skończyła się, humor miała paskudny co niestety zepsuło nam wycieczkę. 

Tego dnia było dość ciepło a byliśmy w najbardziej wilgotnym lesie w części kontynentalnej Stanów Zjednoczonych (średnio od 3300–3600 mm opadów rocznie) i wygląda na to, że takie warunki szalenie odpowiadają komarom, których było mnóstwo. Dość szybko doszłam do wniosku, że w sumie dobrze się złożyło, że nie udało mi się zarezerwować miejsca na tamtejszym polu namiotowym bo komary zjadły by nas żywcem. Psikaliśmy się środkiem przeciw komarom, z niewielkim skutkiem. Nastój Emilii jeszcze się pogorszył, choć wydawało mi się, że już bardziej nie mógł, ale okazało się, że jeszcze miała w sobie niezłą rezerwę pokładów wściekłości.

 


Z parkingu wychodzi kilka szlaków, krótszych i dłuższych. Wkurzone dziecko chciało zostać w samochodzie a nie łazić w upale i w towarzystwie komarów no i do tego ta wilgotność powietrza. Ale nie po to tyle jechaliśmy a potem czekaliśmy, żeby zawrócić. Przeszliśmy się kilkoma szlakami, na ile wystarczyło nam czasu i sił (Hall of Mosses, Spruce Natural Trail, Hoh River Trail do wodospadu Mineral Falls). 




W lesie Hoh rosną potężne, wiekowe drzewa, które osiągają wysokość ponad 90 metrów. Doświadczenie niesamowite, angażujące wszystkie zmysły, zapach lasu, śpiew ptaków, dotyk kory prastarych drzew, widok lasu, mchów, paproci, strumieni, krystalicznie czysta woda. 

Trochę przeszkadzały mi tłumy, ale to było do przewidzenia bo Hoh Rain Forest, jeden z największych nietkniętych lasów pierwotnych w Stanach Zjednoczonych to wszak jedno z najbardziej popularnych miejsc w Parku Narodowym Olympic, odwiedzanym co roku przez ok. pół miliona turystów.

Po kilku godzinach zły nastój Emilii przeszedł, nieco, na tyle, by już nie ziać jadem (na serio było aż tak źle!) a z czasem złe wspomnienia z tego dnia wyblakły, zatarły się nieco.



Piękne i ciekawe miejsce, nie daliśmy się komarom i może jeszcze kiedyś się tam wybierzemy, choć wolałabym poza sezonem aktywności tych krwiopijców.

Brak komentarzy: