niedziela, 18 sierpnia 2013

Towarzyski wyjazd pod namiot nad Odell Lake

Już niemal wszyscy znajomi wrócili z zamorskich wakacyjnych wyjazdów do domu - udało nam się skrzyknąć i wybrać razem pod namiot. Ustalić datę oraz miejsce w pięć rodzin to gratka nie lada - nie było łatwo, ale daliśmy radę. Pojechaliśmy nad jezioro Odell Lake. To samo, nad którym swego czasu byliśmy zimą, o czym pisałam tutaj.

Odell Lake, Oregon, USA

Jezioro czyste i piękne. Matka Natura wprawdzie trochę nas straszyła burzami w ciągu dnia, ale na straszeniu się skończyło, burze przeszły bokiem, i to odległym, a noce skrzyły od gwiazd i żaru ogniska.

Burzowe chmury nad Odell Lake

Tylko trochę chłodne te noce były. 5 stopni - w skali Celsjusza!
W dzień na szczęście było nieco cieplej.

Tym razem nie było żadnych pieszych czy samochodowych wycieczek (poza przejażdżkami do pompy po wodę). Tym razem życie obozowe skupiło się wokół ogniska i stołu.

Dzieciaki, poza najmłodszą trójką, ganiały od rana do wieczora, a to po lesie, a to nad wodę, albo bawiły się w dodatkowym namiocie nazwanym"klubem".

Hultajstwo

Biegając po lesie, któreś dziecko rozdeptało gniazdo os. Większość uniknęła bliskiego kontaktu z żądłami, poza nieszczęsną dwójką - w tym, niestety, i Krzysiem, który został użądlony, na szczęście tylko raz, w nogę. Noga spuchła mu straszliwie, co zauważyłam dopiero wieczorem, ponieważ w trakcie zabawy, Krzyś nie odczuwał bólu, a że biegał w długich spodniach, niczego nie było widać. Wieczorem, przed wejściem do śpiwora, kazałam mu zmienić brudne gacie na czystą piżamę, i wówczas opuchlizna rzuciła mi się w oczy. Nie dało się nie zauważyć - wyglądało to strasznie. Opuchlizna zeszła dopiero po kilku dniach okładów, ale że nie było żadnych innych symptomów, nie panikowałam i do lekarza, ani na pogotowie, nie pognałam.

Ponieważ zabraliśmy ze sobą kanu, mąż zabrał kolejno wszystkie dzieciaki na przejażdżki.

W kanu na Odell Lake

Niestety wiał dość mocny wiatr, i fale groziły wywróceniem kanu, więc wycieczki były krótkie i chyba nie zaspokoiły apetytów, ani dzieciaków, ani Kapitana. Wieczorami, oczywiście, wiatr ustawał, wychodziło słońce i można było cieszyć oczy przepięknymi zachodami słońca, tylko że było to czas pichcenia kolacji, zaganiania dzieci do mycia (symbolicznego), a potem do spania.

Zachód słońca nad Odell Lake

4 komentarze:

LEPTIR pisze...

świetna wyprawa ale ja bym się bała wypłynąć czymś takim:((

Alisa pisze...

pieknie tam macie :)

Jula pisze...

Te jezioro jest olbrzymie, tak jak , Śniadry czy Mamry na Mazurach w Polsce ;)

Fantastyczne to zdjęcie młodego, wygląda jak Indianin w Westernach :D

Jednym zdanie, fajne te Wasze wyprawy , ale i niebezpieczne, choćby ta przygoda "Hultajstwa" z osami !

Pa! :D

Motylek pisze...

Leptir - o ile się nie tańcuje z przytupami to raczej bezpieczne pływanie. Ale niektórzy nie przepadają za przemieszczanie się po wodzie.

Alisa - a prawda, prawda...

Jula - życie tak ogólnie rzecz biorąc jest niebezpieczne, a różne bzykacze latają nam też po ogródku. Zawsze i wszędzie coś się może stać. Grunt, że dobrze się skończyło. A młody sam zażyczył sobie fotkę w takiej pozie - fantazję chłopak ma ułańską!

Motylek