środa, 7 września 2011

Pierwszy dzień szkoły

Rozpoczęcie roku szkolnego zawsze będzie mi się kojarzyć z pierwszym września, choć w USA dzieci zaczynają szkołę w innym terminie. I to nie w jednym - różnie w różnych stanach. U nas, rok szkolny zaczyna się pierwszego dnia po Labor Day, w tym roku wypadło we wtorek 6 września.

Inaczej niż w Polsce, pierwszego dnia nie ma żadnej gali, apelu, dzieci odświętnie ubranych na biało-granatowo. Choć zamieszanie charakterystyczne dla pierwszego dnia szkoły - takie samo!

Udało nam się z mężem razem odprowadzić Smyka do szkoły tego dnia.
Mam nadzieję, że na zwsze zapamięta jak szedł tego ranka, trzymając za ręce i mamę i tatę.

Pod szkołą zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie:




Ilość aparatów w rękach rodziców mogłaby sugerować, że ze szkoły za chwilę wyjdzie sam prezydent, albo Julia Roberts...

Po małym zamieszaniu w środku, zerówkowicze powędrowali do swojej klasy. Razem z nimi rodzice, których w sumie było więcej niż dzieci. Po drodze Smyk dostał zaproszenie na urodziny - jeden z chłopców obchodzi je w tym tygodnie i rodzice doszli do wniosku, że wspólna zabawa na przyjęciu urodzinowym to doskonały pomysł żeby dzieci lepiej się poznały. Zgadzam się z nimi, tym bardziej, że zajęcia w zerówce trwają 2.5 godziny, więc na zabawę i poznanie się nie  ma zbyt wiele czasu.

Klasę poznaliśmy już wcześniej, w zeszłym tygodniu.




Smyk szybko znalazł karteczkę ze swoim imieniem, swój wieszak, wybrał sobie miejce przy stoliku i zabrał się za kolorowanie. 

Rodzice wytrwale uwieczniali pierwszy dzień edukacji swoich pociech. Mamusie starały się nieco osłodzić mające za chwilę nastąpić rozstanie, tatusiowie ustawili się pod ścianą skąd w skupieniu obserwowali całe zamieszanie.




Nadeszła chwila, kiedy należało już zostawić dzieci z panią nauczycielką. Smyk, mimo że niezbyt zadowolony, zachował się bardzo dzielnie - obyło się bez łez, mimo, że sporo innych dzieci nie wykazało się aż taką odwagą.

Po skończonych zajęciach, Smyka odebrał tata, który poza czwartkiem, pełni w tym tygodniu odpowiedzialną funkcję odbieracza Potomka ze szkoły.

Dziecko przyniosło w tornistrze stosik papierów: formularzy do wypełnienia, lektury dla rodziców do poczytania, zadanie domowe (rozpiska na cały miesiąc) oraz informację, że w najbliższy piątek mamy dziecka do szkoły nie posyłać (w czwartek i piątek mają testować dzieci i każdego dnia przychodzi do szkoły tylko połowa grupy - Smyk ma więc wolne w piątek).

Zadanie domowe nie jest trudne - ale o tym następnym razem.

5 komentarzy:

hrabina pisze...

Ależ ze śmyka juz poważny chłopiec!

Z rozpoczęciem szkoły jest podobnie jak u nas, bo też nie ma uroczystych strojów, tylko... lekcje. i podobne zamieszanie z aparatami, rodzicami, którym cięzko się rozstać.

Aneladgam pisze...

Mam swego rodzaju nadzieję, że pójście mojego synka do szkoły będę bardziej przeżywać, niż pójście do przedszkola, które, szczerze mówiąc, po wszystkich kłopotach, skwitowałam: "No wreszcie".
A Smykowi Twojemu tylko czerwonego dywanu pod stopami brakuje ;)

Asia MK pisze...

Kurcze dorasta nam Smyk ;) Fajnie tak sobie poczytac, jak to jest gdzie indziej ;)

Motylek pisze...

Hrabina - no właśnie, chyba rodzice bardziej to przeżywają niż dzieci...

Aneladgam - Po takich przejściach jakie miałaś to nic dziwnego, że już zabrakło entuzjazmu w pierwszym dniu przedszkola. Zamiast czerwonego dywaniu Smyk miał czerwony sweterek...

Asia - oj dorasta! Niebawem Nadusia pójdzie w jego ślady!

Motylek

Dośka pisze...

ależ poważne chłopisko ze Smyka.Zapamięta ten dzień zwłaszcza że i Ty i Tata towarzyszyli mu