poniedziałek, 9 stycznia 2012

Ryba

Niektórzy czytelnicy może pamiętają że mamy w domu akwarium. To hobby mojego męża, który co jakiś czas dopieszcza swoje pupilki żywym pokarmem - drobnymi rybkami.

Tydzień temu przywiózł ze sklepu porcję złotych rybek i wpuścił do wiaderka, ponieważ pora karmienia ma miejsce dopiero późnym wieczorem.

Kiedy przyszedł czas wieczornej kąpieli Smyka, a w zasadzie mycia zębów po kąpieli (prysznicu), nie mogłam się doszukać kubeczka, którego Hultajstwo używa do płukania zębów.

- Gdzie zielony kubeczek?
- Nie wiem...

Ach ta mina na twarzy Hultajstwa! Od razu wiadomo, że coś jest na rzeczy! Podejrzewałam, że znowu namieszał w kubku jakąś miksturę (wszelkie dostępne mydła w płynie, szampony, odżywki, toniki, itp.). Tylko gdzie on tę wybuchową mieszankę schował?


- Dopóki kubeczek się nie znajdzie, nie ma oglądania Sponge Boba!, zarządziłam.

Chwileńkę później, zalany łzami Smyk wręczył mi kubeczek. Zajrzałam do środka a tam... pływały sobie dwie złote rybki... Okazało się, że złowił  je sobie w wiaderku bo On też chce mieć swoje akfalium w swoim pokoju, i dlaczego nie może go mieć? Buuu...

Tłumaczę, że rybki w tak małym kubeczku męczyłyby się, że rybki potrzebują więcej miejsca, dostępu powietrza (Smyk schował kubek pod stertą rzeczy i jeszcze przykrył kocem - żeby nie było widać), jedzenie. Okazało się, że moje zaradne dziecko nawet nakarmiło rybki - podebrał tacie karmę dla sumów i sypnął hojnie (pewnie dlatego woda była taka mętna).

A łzy lały się cały czas...

I przypomniało mi się  jak bardzo ja chciałam mieć rybki kiedy byłam mała. I w końcu miałam je, choć w tamtych czasach profesjonalny sprzęt nie był tak łatwo dostępny jak teraz, więc moje gupiki pływały w ogromnym słoju, a źle dopasowana grzałka co jakiś czas robiła z zawartości tego słoja zupę... rybną...


Skończyło się na tym, że następnego dnia rano mąż odszukał na stryszku stare dziesięciogalonowe akwarium i żwirek, dokupił roślinki, filtr i odpowiednią grzałkę. Smyk powrzucał wszystkie swoje kolorowe kamyki i porcelanowego wieloryba, a kiedy dozbierał 20 uśmiechniętych buziek (o buźkach pisałam tutaj), pojechaliśmy do sklepu zoologicznego i kupiliśmy rybę. Pana rybę - bojownika.




Panią zamówiliśmy. Ma być we wtorek.
Dziecko wniebowzięte.

7 komentarzy:

hrabina pisze...

Śliczna rybka. Znam ten ból "nie-posiadania-najwspanialszej-rzeczy-pod-słońcem" ale... swoim dziewczynom powiedziałam, że nie ma mowy o psie, kocie, ba, nawet o złotej rybce. Spadłoby to na mnie, niestety. Jak już będą starsze, to może.



Anka

LEPTIR pisze...

oj bardzo mądrze, dziecko powinno mieć jakieś "zwierzatko " do opiekowania, chociażby bojownika, w ten sposób uczy sie odpowiedzialności....
buziaki dla Smyka

Victor Kredzinski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Victor Kredzinski pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Ataner pisze...

Bojownik to bardzo ruchliwa ryba wiec zabawy bedzie bez liku.
Ja tez lubie rozpieszczac dzieci szczegolnie gdy daja tyle ku temu powodow:)))

Motylek pisze...

Hrabina - O psie czy kocie też nie ma mowy - wiadomo na czyjej głowie byłyby obowiązki. Ryba jest OK bo i tak zajmuję się rybami męża pod jego nieobecność.

Leptir - sześciolatek jest jeszcze za mały na tego typu odpowiedzialność. Opiekuje się rybką kiedy/jeśli mu o tym przypomnę. Sam z siebie - nie.

Ataner - nasz bojownik jakiś nietypowy - mocno nieruchliwy... (może nabierze nieco życia jak mu Panią wpuścimy do akwenu?) Ale za to jaki ładny...

Motylek

Rainbow Dash pisze...

piekna rybka ;)