Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania alsea falls, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania alsea falls, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

środa, 30 marca 2022

Ferie Wiosenne: Wycieczka do wodospadów Alsea Falls & Green Peak Falls

Za nami tydzień ferii wiosennych. Zleciał szybciutko. Zapewne dlatego, że miło spędzony. Trochę pospotykaliśmy się ze znajomymi i przy stole, i na spacerze, Krzysio został Kierowcą, a w jeden dzień wybraliśmy się na wycieczkę do wodospadów.

Wodospad Alsea Falls widzieliśmy już wiele razy, ale tym razem celem naszego wyjazdu był inny wodospad, Green Peak Falls, do którego idzie się szlakiem zaczynającym się tuż obok Alsea Falls — wystarczy przejść na drugą stronę potoku. 

Alsea River

Green Peak Falls

Green Peak Falls

Green Peak Falls

Trasa urokliwa, cały czas prowadzi przez las, najpierw przy rzece Alsea River, potem wzdłuż potoku Green Peak Creek. Las już bardzo wiosenny, a rozświetlony promieniami słońca, pogodny, więc nastroje były bardzo radosne podczas tego niezbyt długiego ani wymagającego spaceru.


Po powrocie poszliśmy jeszcze rzucić okiem na Alsea Falls.

Alsea Falls

A potem pojechaliśmy dalej, o czym 
c.d.n. 

wtorek, 14 czerwca 2016

Memorial Weekend 2016: Alsea Falls

W poniedziałek, czyli dokładnie w Memorial Day, wybraliśmy się nad ocean, ale nie pojechaliśmy tą najpopularniejszą i najkrótszą drogą, ale inną, zatrzymując się po drodze w kilku malowniczych miejscach.

Pierwszy postój: Alsea Falls. Miejsce szczególnie przez nas lubiane i często odwiedzane. (Archiwalne wpisy tutaj: KLIK, KLIK)

Po ciężkich doświadczeniach z chorobą lokomocyjną, Krzyś rozkoszował się świeżym powietrzem i nabierał kolorów na twarzy. Ja z resztą też.

Alsea Falls Recreational Area, OR

Sam wodospad niezmiennie zachwyca a szum wody uspakaja.

Alsea Falls, OR

Tym razem nawet nagrałam krótki filmik.


Przed wodospadem, w poprzek strumienia oraz wzdłuż brzegu kuszą kłody zwalonych drzew, obiecując frajdę skakania z kłody na kłodę bądź spacerowanie po niej. Czasem wystarczy tylko posiedzieć, lub poudawać zamiar skrócenia siostry o głowę.

Alsea Creek

Zawsze się boję, że mi dzieci powpadają do wody. Lodowatej wody. Ubrania na przebranie zawsze dla nich mam w samochodzie, ale wolę jak za bardzo nie szaleją. Łatwo, zbyt łatwo poślizgnąć się i zakosztować kąpieli, jak to się przydarzyło dorosłemu, który ubrań na zmianę nie miał i musiał kontynuować wycieczkę mokry od pasa w dół.

Jeszcze krótki spacer alejką wzdłuż potoku i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Alsea Falls Recreational Area, OR

niedziela, 29 marca 2026

Alsea Falls, Green Peak Falls & Seal Rock Recreational Area


Cztery lata minęły od mojej ostatniej wycieczki do wodospadów Alsea Falls i Green Peak Falls. Cztery lata temu, także w czasie ferii wiosennych, wybraliśmy się tam z Emilią i Krzyśkiem, w tym roku pojechałyśmy tylko we dwie, bo Krzysio na studiach po drugiej stronie kontynentu, ferie wiosenne miał tydzień wcześniej i spędził je na miejscu.

Pogoda wyjątkowo dopisała, niebo bez jednej chmurki, w nasłonecznionych miejscach wręcz za gorąco, zwłaszcza w wełnianym swetrze, który założyłam z nadzieją na sesję w plenerze. (Zdjęcia swetra będą za jakiś czas, jak już przebrnę przez niemal setkę zdjęć, które zrobiła mi Emilia. Dzisiaj jedynie wykasowałam te, które zdecydowanie mi się nie podobają.)

Wracając do naszej wycieczki - pierwszy wodospad, Alsea Falls, jest kilka kroków od parkingu.





Wiosną sporo wody w rzeczce to i wodospad ładnie się prezentuje.

Ruszyłyśmy w krótką drogę do kolejnego wodospadu. Po drodze zauważyłyśmy kilka zmian - nowe tablice informacyjne, strzałki, schodki na stromym zboczu, barierki. 



Zatrzymywałyśmy się w tych samych miejscach co w przeszłości - tyle wspomnień!

Emilia wypatrzyła linę z deseczką zawieszoną na gałęzi nad potokiem. Kiedyś to była huśtawka ale mocowanie odpadło z jednej strony siedziska. Emilia nie odpuściła, ściągnęła buty, skarpetki, podwinęła spodnie i okrężną drogą, omijając głębsze miejsca poszła sprawdzić czy uda jej się pobujać na linie.



Udało się! Trzeba będzie wrócić tutaj latem.

Stąd już niedaleko do wodospadu Green Peak Falls. Zdjęć mam mnóstwo, ale niemal na wszystkich mój nowy sweter, którego dzisiaj nie pokażę. Na szczęście zrobiłam jedno zdjęcie samego wodospadu.



Potem pojechałyśmy jeszcze nad ocean oddalony o godzinę jazdy samochodem od Alsea Falls.

Zazwyczaj dojeżdżamy do miejscowości nad oceanem i skręcamy w lewo, tym razem pojechałyśmy w prawo czyli na północ. Nie za daleko, kilka mil, do miejsca o nazwie Seal Rock Recreational Area.



Na zdjęciach pogoda przepiękna, ale na zdjęciach nie widać porywistego, przeraźliwie zimnego wiatru, który nas przegonił z plaży bardzo szybko. 

A szkoda, bo akurat był odpływ, który odsłonił obrośnięte małżami i pąklami skały a także małe baseny pływowe a w nich ukwiały, wodorosty, małe rybki, i rozgwiazdy przyczepione do skał.







Seal Rock słynie nie tylko z basenów pływowych lecz także z ogromnego masywu skalnego o nazwie Elephant Rock (elephant = słoń). Skała jest tak wielka, że na zdjęciu poniżej , na plaży nie widać ludzi, tacy maleńcy.



To Emilia zarządziła odwrót, mnie chroniła trochę kurtka, kurtka Emilii została w samochodzie.

Droga powrotna do domu prowadziła wzdłuż oceanu przez wiele mil ale nie udało nam się znaleźć miejsca osłoniętego od wiatru. W kilku miejscach zatrzymywałam się, wychodziłam z samochodu by szybciutko schować się ponownie do przytulnej i ciepłej kabiny samochodu. 



sobota, 30 maja 2026

Memorial Weekend 2026: Alsea Falls, Green Peak Falls & Yachats

Długi weekend z okazji Memorial Day (Dzień Pamięci) wypadł w tym roku nieco wcześniej niż zazwyczaj - Memorial Day jest obchodzony w ostatni poniedziałek maja. Ten długi weekend stanowi także początek sezonu letniego. Kilka razy zdażyło nam się pojechać pod namiot ale jednak w maju pogoda niepewna więc wolę nocować w suchym i ciepłym miejscu. W tym roku znalazłam AirB&B w przystępnej cenie w niedużej miejscowości Yachats nad oceanem. 

Kiedy rezerwowałam pokój, pół roku temu, nie wiedziałam, że syn znajdzie sobie staż na kampusie i przyleci do domu dopiero w sierpniu. Mogłyśmy pojechać z Emilią same, ale zaproponowałam, że jak chce, to może z nami pojechać jej przyjaciółka, Karina. Mama Kariny pracowała w ten weekend więc bez problemu zgodziła się na wyjazd córki z nami. 

W drodze do Yachats zatrzymałyśmy się nad potokiem Alsea i powtórzyłyśmy trasę z końca marca: najpierw wodospad Alsea Falls a potem spacer do wodospadu Green Peak Falls z dłuższą przerwą na bujanie się na huśtawce zawieszonej nad rzeczką.


Alsea Falls


Alsea Creek


Nie obeszło się bez małej przygody. Zaraz na początku, poniżej pierwszego wodospadu, Karina poślizgnęła się i wpadła do wody, tak do pasa. Woda wprawdzie nie była bardzo zimna, ale w kieszeni spodenek miała telefon a do szlufki przyczepione słuchawki. Na szczęście z wody wygrzebała się szybciutko, sprzęt nie zamókł i nic się nie zepsuło. Tylko humor jej się zepsuł, i rozlał się nieco na resztę towarzystwa. Niewypowiedziana propozycja powrotu do domu została przeze mnie zignorowana. Karina przebrała się w samochodzie i poszłyśmy do drugiego wodospadu ale nie miała ochoty wchodzić do wody żeby dojść do huśtawki. Nie nalegałyśmy z Emilią. 




Niemal przy samym wodospadzie Green Peak Emilia upadła i obdarła sobie kolano.


Green Peak Falls


W drodze z Alsea nad ocean dziewczyny spały. Zajechałam do Seal Rock bo w marcu bardzo nam się podobały baseny pływowe pełne anemonów, rozgwiazd, małży i innych skorupiaków ale akurat trafiłyśmy na początek przypływu i te wszystkie skarby schowane były już pod wodą. Dziewczyny, jeszcze nie do końca wybudzone nie bardzo miały ochotę na spacer na plaży więc pojechałyśmy na kwaterę.

Z pokoju miałyśmy częściowo widok na ocean, w miejscu gdzie rzeka Yachats wpada do Pacyfiku,  niewielką zatoczkę i plażę, na którą wybrałyśmy się po przyniesieniu rzeczy z samochodu. Budynek usytuowany jest tuż przy szosie US-101 i trochę się bałam czy nie będzie za głośno, ale po zmroku ruch samochodowy w zasadzie zamarł i przez uchylone okno słyszałyśmy tylko szum fal. Poza tym od ulicy oddzielał nas sprytnie zaprojektowany pas zieleni - iglaki i rabatka kwiatowa.





Jeszcze zdążyłyśmy zaliczyć krótki spacer na plaży ale w końcu przegnały nas przypływ i głód. Yachats nie jest dużą miejscowością więc wybór odnośnie obiadokolacji był dość ograniczony. W sobotę dziewczyny wybrały pizzę. Okazała się dość smaczna. I ogromna. 

W pokoju był wprawdzie dość spory telewizor ale trzeba było logować się na swoje własne konto na każdym niemal portalu a żadna z nas nie pamiętała hasła więc telewizor pozostał wyłączony.  Ale Wi Fi plus telefony komórkowe wystarczyły aż nadto. Pozy tym i tak już było późno więc zarządziłam ciszę nocną bo miałam plany na następny dzień i nie przewidywałam spania do południa. I tak nam minął dzień pierwszy.


widok z plaży przez rzekę na Yachats i na naszą kwaterę

 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Alsea Falls

W miniony weekend ponownie wybraliśmy się pod namiot, tym razem nad rzekę Alsea River (klik), nie opodal wodospadu Alsea Falls - to bardzo blisko Eugene, około godziny jazdy samochodem.

Alsea Falls, Oregon

Wyjazd pod namiot poprzedził rekonesans dwa tygodnie wcześniej. Zatrzymaliśmy się wówczas przy wodospadzie i przeszliśmy na nogach do oddalonego o pół mili pola namiotowego. Po obu stronach leniwie płynącej rzeki biegnie ścieżka, przez którą przerzucono mostki, zarówno nieco powyżej wodospadu, jak i w pobliżu pola namiotowego.


Brzegi rzeki łączą także pnie zwalonych drzew - chętnych do przeprawy przez rzekę w ten sposób nigdy nie brak.

Podczas spaceru do pola namiotowego cieszyliśmy uszy ciszą, a oczy zielenią. Uwagę moją zwróciły piękne osty - nie oparłam się pokusie i zrobiłam im kilka zdjęć. Po obejrzeniu na monitorze komputera, okazało się, że niektóre fotki kryją niespodziankę.


Tego, że uwieczniam bączka, byłam świadoma, ale odlatującej muchy i obecności jeszcze jednego stworzenia (chyba pająka) - nie.

W koronie drzew wypatrzyłam też gniazdo os, lub jak stwierdziła koleżanka z pracy, szerszeni.


Zdjęcie robiłam z dużej odległości (nie miałam ochoty podchodzić bliżej, choć można było), więc jest trochę niewyraźne. Ważniejsze jest to, że nie niepokojeni mieszkańcy gniazda nie wykazali nami żadnego zainteresowania.

Pole namiotowe (klik), opustoszałe w niedzielne popołudnie, spodobało nam się na tyle, że postanowiliśmy wyciągnąć w to miejsce naszych znajomych. Kilka miejsc sąsiaduje bezpośrednio z rzeką, która na tym odcinku jest płytka i pozbawiona skał czy większych kamieni, a tym samym jakby stworzona do zabawy dla dzieci.





Emilia marudziła, twierdziła, ze jest zmęczona i udało jej się wrobić rodzica w niesienie na barana. W drodze powrotnej zaintrygowały ją znaki zostawione przez tych członków rodziny, którzy zniknęli już za zakrętem, a będąc w dobrym nastroju, wymyślili sobie zabawę inspirowaną grą w podchody.


Na ścieżce znajdowałyśmy zatem strzałki z patyków bądź liści paproci, rysowane na ziemi znaki, kije położone w poprzek, a na mostku - to co widać na zdjęciu powyżej. Emilii tak się zabawa spodobała, że zapomniała chwilowo jak bardzo jest zmęczona, i jak bardzo bolą ją nóżki i biegła od znaku do znaku, aż dobiegła do samochodu.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Spotkanie po latach - wycieczka w kierunku zachodnim

Na początku sierpnia odwiedziła nas moja koleżanka Kasia z mężem i córką.

Z Kasią znamy się jeszcze z Polski. Po moim wyjeździe kontaktowałyśmy się przez internet a odkąd Kasia przeprowadziła się do Chicago, dość często rozmawiamy przez telefon. Niemniej jednak minęło już 10 lat odkąd spotkałyśmy się twarzą w twarz.

Ilekroć posyłałam Kasi zdjęcia z naszych oregońskich wycieczek zachwycała się "Ależ u Was pięknie!" Na co ja niezmiennie zachęcałam ją do przyjazdu do Oregonu "No to przyjedźcie do nas na wakacje!" I tak to trwało parę lat, aż kilka miesięcy temu usłyszałam "Wybieramy się do Was!"

Czas wizyty został dokładnie zaplanowany - pomiędzy zakończeniem przedszkola przez Emilię oraz wyjazdem dzieci do Polski. To u nas.
U Kasi był to czas kiedy półkolonie jej córki się kończą a szkoła jeszcze nie zaczyna (u nich rok szkolny zaczyna się i kończy w innym terminie niż u nas).

Najważniejsze podczas ich pobytu był czas spędzony razem, rozmowy, rozmowy, rozmowy, ale nie mogło się obyć bez obejrzenia kilku przepięknych zakątków w Oregonie. Akurat nawiedziła nas fala rekordowych upałów, więc skończyło się na dwóch wycieczkach. Podczas pierwszej z nich udaliśmy się na zachód, w stronę oceanu, ale najpierw zahaczyliśmy o wodospad Alsea Falls. (Tutaj linki do archiwalnych wpisów na temat Alse Falls KLIK i KLIK.)

Alsea falls, Oregon, USA

Potem pognaliśmy nad ocean i zatrzymaliśmy się na pierwszym parkingu z dostępem do plaży.

Pacyfik, Oregon, USA

Tam trochę zabawiliśmy bo dzieci miały frajdę niesamowitą a przy tym było bardzo ciepło - tego dnia padł rekord jeśli chodzi o temperaturę powietrza na oregońskim wybrzeżu a my skwapliwie z tego skorzystaliśmy.

W końcu zaczęło nam burczeć w żołądkach a kanapki zabrane na drogę już dawno zniknęły, więc udaliśmy się na obiad, po drodze wjeżdżając na przylądek Perpetua. U góry buchnął na nas żar tak potworny, że nie byliśmy w stanie zabawić dłużej mimo zapierających dech widoków. (Tutaj link do archiwalnych wpisów KLIK, KLIK.)

Widok z Cape Perpetua w kierunku południowym, Orego, USA

Po obiedzie, spałaszowanym z wielkim apetytem, udaliśmy się na kolejną plażę, Devil's Elbow, w pobliżu latarni Heceta Head Lighthouse. Dzieci znowu szalały - głównie w wodzie wpadającego do oceanu strumienia, w którym woda była o niebo cieplejsza niż w Pacyfiku. A ja załapałam się na fotkę zrobioną telefonem Kasi.


A na koniec - spacer do latarni Heceta Head Lighthouse. (KLIK)


Do domu wróciliśmy późno ale za to pełni wrażeń.

niedziela, 31 stycznia 2021

By the Seaside

W połowie stycznia, i dzieci i ja, mieliśmy wolny poniedziałek, który wykorzystaliśmy na nieco dalszą wycieczkę. Wybraliśmy się nad ocean, ale inną niż zazwyczaj drogą, najpierw odwiedzając wodospad Alsea Falls.


Zima to u nas pora deszczowa, w rzece sporo wody, więc i wodospad wydaje się większy niż zazwyczaj. Większy i groźniejszy. Kamienie śliskie, Krzysiek dwa razy omal nie wylądował na siedzeniu (albo w wodzie), więc szybko odegnałam dziatwę na bezpieczną odległość. 

Głównym celem odwiedzin tego miejsca było sprawdzenie, które miejsce na pobliskim kempingu najbardziej odpowiadałoby nam na letni wypad. Pole namiotowe oddalone jest o półtora kilometra od wodospadu, więc przespacerowaliśmy się, choć Emilia straszliwie była niezadowolona. Na każdym pokonywanym po drodze mostku była przyczepiona kartka z ostrzeżeniem, że nawierzchnia jest śliska kiedy mokra - ostrzeżenia te nie ustrzegły Emilii od klasycznego upadku po spektakularnym ślizgu na całą długość mostku - upadku, na szczęście na ścieżkę a nie do strumyka. Jeden poślizg niewiele nauczył Emilię i wkrótce zaliczyła kolejny. Dobrze że w samochodzie miałam  komplet ubrań na przebranie, poza kurtką. 

Szlak był miejscami mocno błotnisty, więc i bez upadków spodnie były do przebrania, o butach nie wspominając. Z butami akurat nie ma problemu bo standardowo do samochodu mamy jedne, a w bagażniku, w kartonie, buty do wędrowania.

Znaleźliśmy miejsce, które bardzo nam się podoba, numer miejsca zapisałam, ale nie udało mi się go jak na razie zarezerwować. Rezerwacji można dokonywać na pół roku przed wybraną datą, więc wstałam w sobotę wcześnie by o 7 zarezerwować upatrzone miejsce, i kiedy tylko zegar zmienił się z 6.59 na 7.00 kliknęłam "rezerwuj" - i co? I okazało się, że ktoś kliknął u ułamek sekundy wcześniej. 

Z miejscami w tych ładniejszych i bardziej popularnych miejscach są niezłe szopki - już pod koniec grudnia rezerwowałam miejsce nad naszym ulubionym jeziorem, a kiedy sprawdzałam ostatnio, w lipcu nie było już ani jednego wolnego miejsca, chyba że jakieś pojedyncze dni w środku tygodnia. W miejscu tak prymitywnym, że nawet wodę do picia trzeba przywieźć ze sobą!

Z Alsea Falls pojechaliśmy prosto nad ocean.


Dzień był piękny choć wietrzny i zimny, wręcz jak nad polskim morzem zimą! Fale ogromne, z furią rozbijające się o skały - zbyt niebezpiecznie by zejść na dość wąską w tym miejscu plażę. Bezpieczni na deptaku, z góry podziwialiśmy żywioł, zakutani w kurtki, czapki, szaliki, rękawiczki - i maseczki, które świetnie chronię dolną część twarzy przed zimnym wiatrem!


Zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku ciekawych miejscach, między innymi przy Cook's Chasm, miejscu, gdzie woda, niesiona falami, najpierw dostaje się do podwodnej jaskini, a potem zostaje gejzerem wyrzucona w górę przez skalny komin. 


Efekt dźwiękowy też jest dość ciekawy, takie dość głośne fuknięcie.

Oregońskie wybrzeże jest dość himeryczne, często zachmurzone i deszczowe. Tak piękny, słoneczny dzień nie zdarza się często - i do tego w wolny od pracy i szkoły dzień! Zabawiliśmy dość długo, do zachodu słońca, napawając się grą kolorów i pięknem natury.


Zdjęć zrobiłam sporo, postanowiłam więc zebrać je w filmik,  do muzyki w wykonaniu Emilii:

By the Seaside 

(from Twelve Very Easy and Melodious Studies by Jean Louis Streabbog) 

Op. 63, No. 7.