Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania crescent lake, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania crescent lake, posortowane według daty. Sortuj według trafności Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lipca 2026

Crescent Mountain

Z biwaku nad jeziorem Clear Lake można obejść jezioro, pójść do wodospadów na rzece McKenzie River, a nawet wybrać się do jeziora Blue Pool. Wszystkie te miejsca odwiedziliśmy w przeszłości nie raz, i mimo że piękne i warte kolejnych odwiedzin, czasem dobrze wybrać się w nowe miejsce. W tym wypadku padło na oddaloną o 15 minut jazdy samochodem trasę Crescent Mountain Trail.


Szlak Crescent Mountain Trail to trasa wzdłuż grzbietu Old Cascade Crest - pasma wygasłych wulkanów i przepływów lawy, które są starsze o 40 milionów miliony lat od ikonicznych szczytów High Cascades (Mount Hood czy Mount Jefferson). Szczyty Old Cascade Crest są niższe (najwyższe sięgają ok. 1770 metrów), a erozja nadała im łagodne, zalesione formy.

Wędrówka na szczyt Crescent Mountain to bardzo ładna, mniej znana, i niezbyt rozreklamowana trasa oferująca unikalne widoki na pasmo Cascade Mountains. Trasa ta uchodzi za trudną i w pełni zgadzam się z tą opinią - jest długa a kiedy zaczyna się podejście, nachylenie jest spore. Szlak jest bardzo dobrze utrzymany – nie ma na nim kamienistych odcinków, eksponowanych miejsc ani fragmentów o niekorzystnym nachyleniu terenu. 

Pierwsze 2 km wędrówki prowadzą niemal całkowicie płaskim terenem, a ścieżka meandruje przez piękny, gęsty las. Emilia narzuciła jednak takie tempo że ciężko mi było dotrzymać jej kroku. Udało się, ale nieźle się zasapałam.



Po przekroczeniu potoku Maude Creek kończy się łatwy odcinek trasy i szlak zaczyna piąć się w górę. Szlak wije się przez las, pokonując sześć długich zakrętów i wznosząc się łącznie o 420 metrów. Po drodze minęłyśmy wiele gatunków paproci, polnych kwiatów i ogromne mrowisko.



Po przebyciu łącznie 5.5 km szlak opuszcza las, a dalsza wędrówka prowadzi przez alpejskie łąki o południowej ekspozycji. 







W lipcu – choć nie w każdym roku – można tu zobaczyć kwitnącą kserofilną trawę Xerophyllum tenax, która kwitnie nieregularnie, w zależności od wilgotności i temperatury, więc bywa, że ​​kwiatów w ogóle nie ma. Poszczęściło się nam i trafiłyśmy na rok, kiedy Bear Grass zakwitła.




Otwarte łąki odsłaniają pierwsze widoki na szczyty Mount Washington i Three Sisters. (Na zdjęciach, poza szczytami górskimi i kwiatami widać też nachylenie zbocza.)



Mt Washington (po lewej) & Three Sisters (po prawej)


W końcu szlak rozwidla się. Ścieżka w lewo stanowi kontynuację szlaku Crescent Mountain Trail – można nią przejść kolejne 6 km aż do północnego punktu startowego. My skręciłyśmy w prawo, docierając po chwili na szczyt Crescent Mountain.


widok ze szczytu Crescent Mountain: Mt Jefferson po lewej & Three Sisters po prawej

Na szczycie można dostrzec pozostałości dawnej wieży obserwacyjnej, która niegdyś się tam znajdowała, a także zrozumieć, skąd wzięła się nazwa Crescent Mountain. Wyraźnie widać tu kształt półksiężyca oraz dwa wierzchołki – ten, na którym stałyśmy, jest wyższy. 




Ze szczytu roztacza się widok sięgający od gór Three Sisters aż po położoną na północy górę Mt. Hood! Tutaj link do filmiku z panoramą.


Mt Jefferson (w środku) & Mt Hood (po prawej)

Pokonanie trasy, z odpoczynkami, tymi na złapanie oddechu i tymi na podziwianie widoków, zajęło nam 5 godzin ale obie byłyśmy wykończone. Pokonałyśmy 721 metrów, wspinając się na wysokość 2,047 mnpm i 16 kilometrów jeśli chodzi o dystans.

Na szlaku spotkałyśmy tylko kilka osób, w większości na rowerach górskich - jestem dla nich pełna podziwu, bo ja ledwie weszłam na szczyt na nogach i nie wyobrażam sobie wjeżdżania na dwóch kołkach.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Świąteczny weekend nad jeziorem Clear Lake

Dzień Niepodległości wypadł w tym roku w sobotę więc wolne z tej okazji mieliśmy w piątek - tutaj tak jest, że jeśli święto federalne wypada w sobotę lub niedzielę, to wolny dzień jest dzień wcześniej lub później. W czwartek wzięłam urlop i pojechałyśmy z Emilią na cztery dni pod namiot na pole biwakowe nad jeziorem Clear Lake. 



Nad jeziorem tym bywaliśmy po wielokroć, obeszliśmy je kilka razy, ale jeszcze tam nie biwakowaliśmy. Zdobyć miejsce w tym pięknym więc szalenie popularnym miejscu graniczy z cudem. Kiedy dokonywałam rezerwacji pół roku temu, w wybranym przez mnie terminie były trzy dostępne miejsca. Kiedy tylko cyferki na zegarze zmieniły się z 6:59 na 7:00 rano "wrzuciłam" do koszyka miejsce numer 23 i stał się cud - nikt inny nie uprzedził mnie o nanosekundę, wygrałam, zdobyłam rezerwację na świąteczny lipcowy długi weekend.




Pojechałyśmy same, mama z córką, zabrałyśmy ze sobą kajaki a że pogoda dopisała, sporo czasu spędziłyśmy na wodzie. 



Emilia wskoczyła do lodowatej wody kilkanaście razy, także w miejscu bijących źródeł, gdzie woda jest najzimniejsza. Ja tylko zanurzyłam stopy i zdecydowanie mi wystarczyło.

Cieszyłyśmy oczy widokami, obserwowałyśmy ptaki a od czasu do czasu wyskakujące ponad taflę wody ryby.






Najwięcej radości sprawiły nam roje motyli, które upodobały sobie kolorowy ręcznik Emilii, uszczęśliwiając właścicielkę.



Jezioro także obeszłyśmy na nogach. Emilia ciekawa była czy pobijemy czas sprzed trzech lat. Nie było z tym najmniejszego problemu, nawet nie spiesząc się zbytnio.





A wieczorem zajadałyśmy się kiełbasą pieczoną nad ogniem, siedziałyśmy przy ognisku aż gwiazdy zajaśniały na niebie.




Pomiędzy tym wszystkim udało nam się poleżeć w hamaku, ja rano, czytając i popijając kawę, Emilia w ciągu dnia. Ja zasypiałam wcześnie, Emilia długo czytała w namiocie przy latarce. 

W piątek zdobyłyśmy Crescent Mountain, ale o tej wyprawie będzie innym razem.

I tak minęły nam cztery dni, w pięknym miejscu, przy fantastycznej pogodzie, żal było wyjeżdżać, ciężko było wrócić do codzienności.


jedyne źródło wody pitnej na biwaku

powrót


sobota, 24 maja 2025

Memorial Weekend 2024: Tumalo Falls

Kiedy gościliśmy w okolicy Bend kilka lat wcześniej (klik), zabrakło nam już czasu na wycieczkę do malowniczego wodospadu Tumalo Falls (wysokość około 30 metrów)  na potoku Tumalo Creek.  Jest to popularne miejsce wśród turystów z racji spektakularnych widoków - najbardziej imponujących wiosną i wczesnym latem, kiedy to topniejący w górach śnieg zasila potok.  

Tumalo Falls

Główną atrakcją jest sam wodospad Tumalo Falls, ale wzdłuż Tumalo Creek znajduje się kilka innych malowniczych kaskad, takich jak Middle Tumalo Falls (ok 20 m) i Double Falls (niemal 30 m). 

Double Falls


Szlak Tumalo Falls Trail prowadzi z obszaru piknikowego do platformy widokowej nad wodospadem, a następnie kontynuuje w górę potoku, oferując dostęp do kolejnych wodospadów i pięknych widoków. 

Udało nam się znaleźć miejsce parkingowe i doczłapać do platformy widokowej. Pomimo dość wczesnej pory upał panował niemiłosierny. Niemal musiałam ciągnąć Emilię, która stwierdziła, że jest za ciepło i nigdzie nie idzie. Nie pamiętam już czym skusiłam ją, żeby jednak ruszyć w górę, ale udało się. 

Im wyżej, tym robiło się chłodniej więc mimo, że pod górę, szło się lepiej. 
W miarę marszu napotykaliśmy też coraz mniej turystów. Po pewnym czasie zaczęły pojawiać się zaspy śniegu, coraz większe i grubsze, najpierw przy a później na samej ścieżce. 


Kiedy po raz kolejny zapadliśmy się po kolana w śniegu, postanowiliśmy zawrócić. Trasa zrobiła się zbyt niebezpieczna.


Zawróciliśmy po pokonaniu 2/3 trasy. (Czerwone kropki na mapie poniżej oznaczają miejsca, gdzie robiłam zdjęcia.)



Idąc w dół temperatura wzrastała szybko i bardzo zauważalnie. Kiedy dotarliśmy do samochodu panował niesamowity skwar. 



Z Tumalo Falls wracaliśmy już do domu, ale po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w pizzerii a potem jeszcze na chwilę nad jeziorem Crescent Lake.

Crescent Lake


To jedno z naszych ulubionych miejsc w Oregonie a wiedzieliśmy, że tego lata, nie uda nam się wybrać tam pod namiot to chociaż spędziliśmy kilka popołudniowych godzin brodząc w krystalicznie czystej wodzie.

środa, 28 czerwca 2023

Crescent Lake 2023

Crescent Lake

Ostatni weekend czerwca spędziliśmy nad naszym ulubionym jeziorem, Crescent Lake. Miejsce zarezerwowałam jeszcze w styczniu, zanim wyklarowały się jakiekolwiek inne plany. 

Trudno planować na pół roku do przodu i łatwo o konflikt interesów. 
Już w marcu okazało się, że termin chyba nie najlepszy, bo pokrywa się z międzynarodową konferencją HOSA w Teksasie, na którą zakwalifikował się Krzysiek z reprezentacją szkoły. (Wspominałam o tym tutaj.) Rezerwacji nie odwołałam. Stwierdziłam, że najwyżej zabierzemy ze sobą koleżankę Emilii. Wyjazd do Teksasu okazał się zbyt drogi, szkoła zrezygnowała z uczestnictwa w konferencji więc wróciliśmy do pierwotnego planu wyjazdu rodzinnego pod namiot nad Crescent Lake. 

W maju szkoła Krzyśka obwieściła, że organizuje po raz pierwszy w swej historii letnią wycieczkę objazdową po oregońskich uniwersytetach – w terminie zahaczającym o nasz wyjazd nad jezioro. 

Pojechali we wtorek, wrócili w piątek wieczorem. Zwiedzili siedem kampusów, zaliczyli kilka lokalnych atrakcji (między innymi Painted Hills i wspinaczkę na ściance w jednym z kampusów), przejechali ponad 1600 km w ciągu czterech dni, spali w akademiku, liceum, budynku Gwardii Narodowej. Wrócili potwornie zmęczeni, ale zachwyceni. Krzysiek wypakował rzeczy ze szkolnego busa, przeniósł je do naszego samochodu, pożegnał się ze wszystkimi i pojechaliśmy pod namiot. Prosto ze szkolnego parkingu. 

Na miejsce dotarliśmy o 7:45 wieczorem, ale na szczęście pod koniec czerwca mamy najdłuższe dni w roku więc bez problemu zdążyliśmy się urządzić, zanim zapadł zmrok. Tym razem odpuściliśmy sobie piesze wycieczki i postawiliśmy na leniuchowanie, spanie, bujanie się w hamaku i beztroski relaks. 



W sobotę dojechała do nas koleżanka z psem. 



Od lat jeździmy w to miejsce, ale i tym razem natura nas zaskoczyła. Sobotni poranek przywitał nas piękną słoneczną pogodą, ale dość szybko zaczęło się chmurzyć, chmury zaczęły zmieniać barwę z białej na szarą, aż w końcu zaczęło kropić, błyskać i grzmieć. 

przed burzą

Szybko pochowaliśmy wszystko co mogłoby zmoknąć lub zostać zwiane przez mocny wiatr, a kiedy rozpętała się burza, schowaliśmy się w namiocie. 
Okazało się, że jest wystarczająco duży, by pomieścić cztery osoby i psa. Okazało się też, że jest dobrej jakości i nie przepuściła ani odrobiny wody do środka. Szkoda tylko, że nie ma okien i nie mogliśmy obserwować burzy. 

Rozegraliśmy partyjkę Rummikub pogryzając herbatniki. Skończyliśmy nieco po tym, jak przestało padać. 

tuż po burzy

Ochłodziło się po tej burzy mocno, ale mieliśmy ciepłe kurtki. Skoro się przejaśniło, rozpaliliśmy ognisko i zrobiliśmy sobie biwakowy obiad, czyli kiełbaski pieczone nad ogniem. Po obiedzie koleżanka pożegnała się i pojechała do domu, a niedługo po tym przewaliła się nad nami druga burza. Tym razem Emilia czytała, Krzysiek spał, a ja drzemałam. Obie burze nie trwały długo i nie wyrządziły żadnych szkód, tyle że się po nich ochłodziło. Na noc zabraliśmy do śpiworów termofory, które przezornie spakowałam. Ponieważ drewno zabezpieczyłam przed deszczem, nie było też problemu z ogniskiem.

wieczór po burzy

zachód słońca po burzy

Niedzielny poranek wstał słoneczny i ciepły jak gdyby nigdy nic. Po spakowaniu się poszliśmy jeszcze na spacer, a że było tak cudnie, mocno ociągaliśmy się z wyjazdem. Chyba za rok znowu wybierzemy się w to samo miejsce...






poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Diamond Creek Falls

Rok temu, w drodze powrotnej znad Crescent Lake zatrzymaliśmy się, by rzucić okiem na wodospad Salt Creek Falls. Miejsce to odwiedzaliśmy już po wielokroć i latem i zimą (KLIK), ale dopiero w zeszłym roku obejrzeliśmy sobie część piknikową i mostek, za którym zaczyna się kilka szlaków. Postanowiłam, że przy kolejnej okazji, chciałabym przejść się nimi. 

Okazja nadarzyła się dopiero rok później – w drodze na tegoroczny wyjazd nad jezioro. 

Wprawdzie Emilia dzień wcześniej spadła z hulajnogi elektrycznej i mocno się poobdzierała, ale trasa nie była ani zbyt długa, ani zbyt męcząca i dziecko poradziło sobie świetnie mimo plastrów na łokciu, pośladku, i kolanie – plastry były największe, jakie są dostępne w sklepie, bo obtarcia choć powierzchowne, były jednak rozległe.

Po zaparkowaniu samochodu rzuciliśmy okiem na dobrze nam znany wodospad Salt Creek Falls, przeszliśmy przez część piknikową, gdzie rok temu jedliśmy kanapki, i przez mostek nad potokiem Salt Creek – tak daleko dotarliśmy rok temu. 

Salt Creek, OR

W tym roku tutaj zaczynała się nasza przygoda na szlaku Diamond Creek Falls Trail. Trasa prowadzi przez las, w którym w pierwszej połowie lipca pięknie kwitły naturalnie tutaj występujące rododendrony. 


Dość szybko doszliśmy do malowniczo położonego jeziorka o ciekawej nazwie Too Much Bear, gdzie nie obyło się bez krótkiej sesji zdjęciowej. 

Too Much Bear Lake, OR

Szlak co jakiś czas dochodził do kolejnych urwisk. Na kilka metrów od przepaści do drzew przybito ostrzeżenia, ale żadnych płotów oczywiście nie było – to dość typowe dla Oregonu. 

Diamond Creek Falls Trail, OR

Sam wodospad Diamond Creek Falls można podziwiać z dwóch miejsc. Najpierw zeszliśmy w dół i ochłodziliśmy się u stóp wodospadu. Kaskady wody spadając, rozpylają wodę, przyjemnie orzeźwiając w dość ciepły dzień.


Potem zerknęliśmy na wodospad z góry, ale to z dołu widok jest lepszy. Zdecydowanie. 

Diamond Creek Falls, OR

A potem udało nam się zgubić! Nie tylko nam. Natknęliśmy się na rodzinę, która debatowała, w którą stronę iść, bo coś im się nie zgadzało. Obejrzeliśmy mapę w mojej aplikacji i zawróciliśmy. Pożegnaliśmy się z nimi, kiedy oczywiste było, że jesteśmy z powrotem na właściwym szlaku.

Jak już pisałam wcześniej, trasa nie była ani trudna ani długa – po dwóch godzinach byliśmy z powrotem przy samochodzie. 



Z tego samego miejsca wychodzi jeszcze jeden, o wiele dłuższy szlak, i mam na niego ochotę, ale to może jak Emilkowe nóżki jeszcze nieco się wydłużą.