niedziela, 20 września 2026

Dzieciowato

Nowy rok szkolny ruszył z kopyta i to jeszcze zanim zaczął się oficjalnie. Emilia, od tego roku już licealistka, zapisała się na biegi przełajowe a treningi zaczęły się już w połowie sierpnia. Bieganie bardzo jej odpowiada, trener jest sympatyczny i podoba mi się jak podchodzi do trenowania drużyny licealnej - bieganie jest dla przyjemności i zdrowia a nie bicia rekordów i kolekcjonowania medali. Natomiast edukuje młodzież w kwestii odpowiedniego odżywiania się, bo raczej nie da się przebiec codziennie 5 km niedojadając.

Emilia dość szybko odnalazła się w grupie biegaczy, nawiązała kilka bliższy znajomości, w tym z koleżanką o dwie klasy wyżej, więc wkroczyła w nowy rok szkolny z tą odrobiną pewności, którą daje przynależność do grupy. 

Pierwsze zawody miały miejsce jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale że my mieliśmy już zaplanowany wyjazd nad ocean (ten, o którym pisałam ostatnio) to Emilia nie pojechała. 

Tydzień temu zawody były w miejscowości oddalonej o ponad dwie godziny jazdy samochodem. Na szczęście jechali autobusem szkolnym, więc tylko odstawiłam dziecko na 6 rano na zbiórkę pod szkołą. Biegi przełajowe mają zawody w soboty więc musiałyśmy wstać o 5 rano w dzień, kiedy zazwyczaj odsypiamy cały tydzień. Nie byłam zachwycona, ale czego się nie robi dla dziecka! Jak już wstałam tak wcześnie, to wykorzystałam poranek na krótki spacer na pobliską góreczkę i udało mi się zrobić kilka ładnych zdjęć.


w drodze na szczyt

na szczycie Spencer Butte bardzo wcześnie rano

Spencer Butte - szczyt


Wczorajsze zawody były na terenie lokalnej uczelni policealnej, wprawdzie po drugiej stronie miasta, ale za to wystarczyło jak dziecię dotarło na miejsce na godzinę przed swoim biegiem. Mimo, że Emilia chciała być nieco wcześniej aby dopingować koleżeństwo to udało nam się trochę pospać rano, budzik okazał się niepotrzebny.

Odstawiłam dziecko na miejsce i pojechałam na pobliską górkę, nieco wyższą niż tydzień temu, akurat w pobliżu. Wybrałam sobie nieco dłuższą trasę bo czasu miałam sporo. Wróciłam na teren zawodów na kilka minut przed rozpoczęciem biegu Emilii (5 km) więc udało mi się obejrzeć dziecko w akcji. Trasa była poprowadzona tak, że z oddali zobaczyłam start, potem dziecko przebiegło koło mnie, a na koniec przeszłam kilkadziesiąt metrów żeby obejrzeć finisz.



Rano dziecko było nastawione, że zostanie na zawodach do końca, ale okazało się, że niezbyt dobrze się czuła i zarządziła powrót do domu. Dzisiaj rano wstała z bólem gardła więc pewnie jakaś infekcja już wczoraj miała wpływ na jej samopoczucie.




Trening są codziennie od poniedziałku do piątku, zawody w sobotę. Do tego raz w tygodniu lekcja gitary, więc grafik dziecko ma napięty. Ja też, bo nadal pełnię funkcję szofera.

Wielu nauczycieli, którzy uczyli Krzyśka, teraz mają zajęcia z Emilią. Ja poznałam nazwiska natychmiast, sami nauczyciele nie omieszkali zapytać Emilię czy Chris to jej brat.

Emilia zapisała się na kilka kółek zainteresowań - spotykają się podczas przerwy obiadowej. Poza tym zaczęła organizować sobie wolontariat - ileś tam godzin wymagane jest aby ukończyć liceum. Najpierw znalazła sobie pisanie kartek dla chorych dzieci w szpitalach (z budującymi wiadomościami dla pacjentów pediatrycznych, zwłaszcza tych z chorobami przewlekłymi, zagrażającymi życiu lub terminalnymi). Poza tym chce znaleźć lokalną organizację w ramach której będzie mogła pomóc sprzątać lokalne lasy, parki, plaże itp. Ta ostatni inicjatywa wiąże się ze zmianą kierunku studiów wybranych przez córkę. Kilka lat temu tak jej się spodobał kampus lokalnego uniwersytetu, że oświadczyła, że to na nim będzie studiować. Potem zmieniła zdanie i stwierdziła, że jednak wybierze się na uczelnię w San Diego aby zostać biologiem morskim. W tym tygodniu nastąpiła kolejna zmiana: studia środowiskowe w Yale. 

Tymczasem Krzysio na studenckim półmetku.

Drugi rok skończył na początku maja ale zaraz następnego dnia poleciał do Europy, na Islandię, na zakończenie całorocznego seminarium Life Worth Living.  Zajęcia Life Worth Living zostały opracowane przez Centrum Wiary i Kultury uniwersytetu Yale (Center for Faith & Culture) ale dość szybko inicjatywa rozszerzyła się poza Yale. Celem programu jest pomoc studentom w zrozumieniu, co to znaczy prowadzić dobre, znaczące życie. Program angażuje studentów o różnorodnych tradycjach filozoficznych i religijnych (judaizm, chrześcijaństwo, islam, hinduizm, buddyzm, konfucjanizm, mądrości rdzennej ludności) aby zgłębiać podstawowe kwestie dotyczące szczęścia, celu, sprawiedliwości i cierpienia. Na uczelni syna co roku na zajęcia w ramach tego seminarium przyjmowane jest 15 osób drugiego roku a po zakończeniu roku akademickiego cała grupa wraz z wykładowcą leci na tygodniową wycieczkę zagraniczną. Co roku gdzie indziej, w tym roku do Islandii. Wycieczka jest całkowicie ufundowana przez uniwersytet.

Kilka zdjęć z tego wyjazdu:







Po powrocie z Islandii dziecię nie przyleciało na kanikuły do domu bo tydzień później zaczynało 10-cio tygodniowy staż na uczelni w katedrze Neuronauki. Musiał opuścić pokój w akademiku w którym mieszkał na drugim roku i przenieść się do innego budynku. Tydzień nic-nie-robienia i praca. Najpierw bardzo dużo czytania i nauki, petem badania, pisanie programu komputerowego, opracowywanie wyników badań zespołu. Syn bardzo zadowolony z tego doświadczenia.

Do domu przyleciał dopiero 1 sierpnia i tylko na niecały miesiąc - nowy rok akademicki zaczął się 27 sierpnia. Czas ten strzelił jak z bicza trzasnął, ani się obejrzałam, już dziecka nie było w domu.

W sierpniu w Oregonie jest bardzo wysokie zagrożenie pożarami, przeważnie jest kilka aktywnych pożarów lasów, więc ogólnie nie jest to najlepszy czas na wyjazdy pod namiot, gdzieś jednak chciałam wybrać się na rodzinny wyjazd. Pojechaliśmy na kilka dni do miejscowości turystycznej Government Camp u podnóża najwyższego szczytu w Oregonie, Mount Hood. Trochę pochodziliśmy po okolicznych szlakach ale też wybraliśmy się do Parku Rozrywki. (W planach relacja z tego wyjazdu.)

Syn już na trzecim roku, zajęcia w toku, już przygotowuje się do pierwszych testów i egzaminów. Pokój ma jednoosobowy, z czego jest bardzo zadowolony. Pracuje jako ratownik na basenie oraz jako korepetytor w ramach laboratorium komputerowego. Na kampusie cały czas coś się dzieje - w tym tygodniu przyjechał z wizytą (odczyt? wykład?) były prezydent Obama. 

Do domu dziecko przyleci na święta Bożego Narodzenia.

Brak komentarzy: