Na polu namiotowym Sol Duc w Olympic National Park spędziliśmy trzy noce. Ostatniego poranka trzeba było spakować się i opuścić miejsce przed określoną godziną - chyba 11-tą, ale dokładnie już nie pamiętam. Wiem jednak, że mieliśmy godzinny poślizg bo ciężko nam było zebrać się tak wcześniej po długiej wycieczce do Hoh Rain Forest poprzedniego dnia. Na szczęście nasi następcy nie przybyli tak wcześnie.
Zaparkowaliśmy samochód w pobliżu ośrodka wypoczynkowego gdzie wychodzi szlak do jeziorka Mink Lake. Ciągle żywe w pamięci miałam humory Emilii z dnia poprzedniego i na prawdę nie chciałam powtórki z rozrywki i rozmyślałam, jaką by tu jej "marchewkę" podrzucić by zniechęcić ją do zepsucia nam kolejnego dnia. Przyszło mi do głowy kilka pomysłów, którymi podzieliłam się z Krzyśkiem i Emilią.
Jedną z marchewek stanowiłam propozycja, że jeśli zmieścimy się z wycieczką w określonym czasie, to zjemy obiad w restauracji. Liczyłam na entuzjastyczne przyjęcie propozycji, bo obiadokolacja w restauracji zamiast kanapek na polu namiotowym to zawsze gratka nie lada. Okazało się, że dzieci wolały żebyśmy jeszcze raz skorzystali z kompleksu z gorącymi źródłami. Żeby pomoczyć się w basenach z gorącą wodą i dojechać na czas na następny nocleg musieliśmy się zmieścić w określonym czasie. Dobrze, nie ma sprawy, ja też chętnie wymoczę się po górskiej wycieczce!
Już nie pamiętam jak do tego wszystkiego dodany został jeszcze jeden haczyk, taki, że ja miałabym wskoczyć do czwartego basenu, tego z zimną wodą, jeśli podczas całej wycieczki Emilia nie będzie narzekała, marudziła, ani była niemiła. Ponieważ nawet jeden raz miał mnie uwolnić od zanurzenia się w lodowatej (moim zdaniem) wodzie, zgodziłam się chętnie, święcie przekonana, że Emilia nie wytrzyma i warunków umowy nie dotrzyma.
Wyruszyliśmy.
Trasa z tych mało uczęszczanych, w obie strony spotkaliśmy kilka osób, może 6. Na dole idzie się przez taki las.
Po drodze przekroczyliśmy jeden strumyk ale za to dwukrotnie.
Szło się przyjemnie, mimo że pod górę, ale za to w ciszy i spokoju, bez innych turystów. Po drodze minęliśmy rodzinę z małymi dziećmi. Jeden bobasek spał w nosidełku, drugi maluch, może trzyletni, dzielnie dreptał pod górę. Tata niósł ogromny plecak z wyposażeniem bo rodzina miała spędzić kilka dni pod namiotem nad jeziorem a tam nie ma żadnej infrastruktury i trzeba wszystko przynieść samemu.
I tak w przemiłej atmosferze dotarliśmy do jeziora, a raczej jeziorka.
Nie zabawiliśmy długo ponieważ nie bardzo było gdzie usiąść, przy samej wodzie dość grząsko, a nieco dalej, zbyt gęsty las.
Kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną, dotarło do mnie, że szanse, że Emilia zacznie teraz narzekać lub dokuczać spadły niemal do zera - w dół idzie się łatwo, niemal bez wysiłku, więc nie było powodu do złego humoru. Z każdym krokiem dzieci były za to weselsze, ciesząc się niezmiernie . . . no właśnie, najbardziej cieszył je fakt, że będę musiała wskoczyć do zimnej wody. Niecnoty!
8.6 km pokonaliśmy w trzy godziny, zdążyliśmy nieco ochłonąć przed rozpoczęciem kolejnej sesji na kompleksie basenowym i nadeszła ta chwila, kiedy musiałam wskoczyć do basenu z zimną wodą. Wprawdzie 22°C to nie jest lodowata woda, ale w tych gorących basenach woda miała 38-40°C.
Wskoczyłam! Nawet dwa razy! Raz dla Emilii, raz dla Krzyśka. Nawet nie było tak źle. Emilia zauważyła, że tego dnia woda i tak była cieplejsza o dwa stopnie niż w poprzednich dniach.
A potem nie pozostało nam już nic innego jak opuścić Sol Duc. Przyznam, że jest to jedno z tych miejsc, do których bardzo chętnie bym wróciła. Może kiedyś...
(Do restauracji, jedynej w okolicy, i tak poszliśmy, a do tego jeszcze na lody...)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz