niedziela, 28 grudnia 2025

Poświątecznie

Czas poświąteczny, zaczynamy podsumowanie odchodzącego roku. 

W poprzednim wpisie dwa kolaże prezentujący mój dorobek robótkowy roku 2025. Zanim podsumuję inne tegoroczne dokonania, kilka słów na temat świąt.




W sobotę 20 grudnia przyleciało do domu starsze dziecię. 

Ostatnia przedświąteczna sobota okazała się dniem szalenie obfitującym w wydarzenia różnorakie. Najpierw odstawiłam Emilię na basen na zawody, dobrze że w naszym mieście. Zabawiłam na basenie pół godzinki i pojechałam na ślub znajomych.

Znajomi, z którymi śpiewam w chórze pobrali się ponad dwadzieścia lat temu, ale wzięli wówczas ślub cywilny. On, katolik, ona protestantka, która postanowiła niedawno przejść na katolicyzm. Cały rok grzecznie chodziła na zajęcia, ale kiedy miała dostąpić zaszczytu przyjęcia w poczet kościoła powszechnego okazało się, że ten ślub cywilny sprzed lat stanowi przeszkodę. Korporacja zarządała zeznania świadków i tu problem, bo jego rodzice już nie żyją a jej rodzice cierpią na demencję. W końcu po kilkumiesięcznych załatwianiach i spełnianiem kolejnych wymogów, znajoma usłyszała, że łaskawie może zostać katoliczką. Termin pierwszej komunii i ślubu kościelnego został wyznaczony - na 20 grudnia właśnie. A 7 grudnia On dostał udaru mózgu. Na szczęście szybko został przetransportowany do szpitala, przeszedł zabieg i wywinął się chyba bez szwanku. Wypisali go ze szpitala po trzech dniach a po dziesięciu już grał na gitarze na próbie. 20 grudnia wzięli ślub tak jak było zaplanowany. Ceremonia odbyła się w kameralnym gronie, a zaraz po niej pojechałam na basen do Emilii. 

Basen, kościół, i lotnisko - każde w innej części miasta. W drodze na basen wstąpiłam jeszcze do sklepu po coś do jedzenia, bo kiedy zbierałyśmy się rano Emilia upierała się, że ma wszystko co jej jest potrzebne, z jedzenim włącznie a już w południe okazało się, że na czipsach i bananach nie da się przetrwać całego dnia zawodów.

Dostarczyłam dziecku jedzenie, popatrzyłam jak płynie, wysłuchałam narzekania jak to trener obsadził ją w kategoriach, których nie lubi, i przyszedł czas, żeby pojechać na lotnisko. 

Zawsze kiepsko śpię w czasie podróży syna do/z domu. Męczą mnie obawy czy wstanie na czas (4.30 rano), czy kolega, który obiecał zawieźć go na lotnisko nie wykręci się sianem w ostatniej chwili, czy drogi będą przejezdne, czy nie spóźni się na samolot, czy złapie kolejne połączenie. 

Syn wstał na czas, kolega podjechał o umówionej porze, na lotnisko dotarli bez przeszkód. Pierwszy lot opóźniony, sprint przez lotnisko w Denver na połączenie - na szczęście samolot zaczekał na pasażerów z tego opóźnionego lotu. Wiadomość, że dziecko złapało połączenie dotarła do mnie na kilka minut przed ceremonią zaślubin znajomych.

Odebrałam syna z lotniska, zwiozłam do domu, pojechałam na basen po Emilię. Okazało się, że muszę na nią sporo poczekać bo płynie w sztafecie - ostatniej konkurencji zawodów. Po zawodach, znowu z drugiego końca miasta, do domu. Syn już wziął prysznic, czekamy aż Emilia się ogarnie. Pojechaliśmy na obiadokolację do restauracji. Ufff!

Pełnię szczęścia, że mam dzieci w domu przy sobie, zepsuła Emilia w niespełna godzinę po przywitaniu się z bratem. Zmęczenie po zawodach i zazdrość o brata, dwa pierwsze dni po jego powrocie do domu zawsze są trudne. Później już wszystko wraca na utarte tory i we wtorek Krzysio zawiózł Emilię na lekcję gry na gitarze i na zakupy prezentowe.

W Wigilię pracowałam. Postanowiłam nie brać na ten dzień urlopu. Rok temu, tuż po rozpoczęciu pracy w nowym miejscu nawet nie marzyłam o wolnym w Wigilię, i okazało się, że dzieci dość dobrze ogarnęły sprawy w domu, doszłam więc do wniosku, że czas na nową tradycję - mama w pracy, dzieci odpowiedzialne za przygotowanie świąteczne.

Ale żebyśmy mieli co jeść w te święta to w poniedziałek ugotowałam barszcz a we wtorek upiekłam sernik. W środę dzieci posprzątały, nakryły do stołu, obrały ziemniaki. Z pracy puścili nas do domu o godzinę wcześniej, więc udało nam się zasiąść do wieczerzy wigilijnej z pierwszą gwiazdą na niebie a może nawet odrobinę wcześniej. 

Po powrocie do domu, panierując i smażąc rybę, dyrygowałam resztą przygotowań i wszystko poszło dość sprawnie. Pierwszy raz od lat zasiadałam do świątecznego stołu nie będąc wykończona fizycznie. (W zeszłym roku byłam jednak strasznie zestresowana nową pracą.) Prawda jest taka, że gdybym tego dnia została w domu to jednak na mnie spoczęła by większość przygotowań, a zwłaszcza sprzątanie. Bo tak jest zawsze.

Objedliśmy się straszliwie. Barszcz wyszedł wyśmienity, pewnie dlatego, że niezgodnie z tradycją, zrobiłam go na wywarze z kości wydobytej z ogromnej szyki, którą dostaliśmy na święta. Zawsze barszcz stanowi u nas bardziej przystawkę a wszyscy zostawiają sobie miejsce w żołądku na rybę, a w tym roku były dokładki barszczu tak, że ryby nie bardzo było już gdzie wcisnąć. Zniknęła następnego dnia rano więc się nie zmarnowała. 

Po wieczerzy, kiedy już wszystko zostało posprzątane a zmywarka przyjemnie szumiała w kuchni, odpakowaliśmy prezenty a potem cieszyliśmy się nimi i swoim towarzystwem. 

Większość Bożego Narodzenia Emilia przespała. Wstała rano do kościoła ale już podczas kazania ucięła sobie drzemkę a potem w domu zasnęła na kanapie zmożona przeziębieniem. Zostawiliśmy ją w domu i pojechaliśmy z Krzyśkiem na świąteczny spacer na pobliską górkę żeby zbilansować nieco świąteczne obżarstwo. Wbrew prognozie pogoda okazała się przepiękna. Zanim wdrapaliśmy się na górę na niebie nie było już ani jednej chmurki.





Po powrocie do domu nastawiłam kaczkę - to nasza świąteczna potrawa. 

Piątek już nie jest dniem świątecznym ale wzięłam sobie na ten dzień urlop. Na śniadanie zjadłam ostatni kawałek sernika po czym upiekłam makowiec, który zniknął do wieczora. 

Z Krzyśkiem wybrałam się na kolejny spacer, tym razem na inną górkę. Pogoda już nie była taka ładna jak dnia poprzedniego, ale satysfakcja ze spalonych kalorii była ogromna.




Wieczorem weszliśmy już w tryb poświąteczny. Dojedliśmy świąteczne pozostałości, Emilia wybrała się na trening na basen, Krzysiek wybył ze znajomymi.

Dzisiaj i wczoraj wybrałam się na spacer po okolicy ale już nie jechałam nigdzie samochodem na żadne pobliskie wzniesienia tylko maszerowałam po płaskim. Wybudzamy się z poświątecznej śpiączki wywołanej przejedzeniem. 

Trzy dni i żegnamy rok 2025, i chyba bez specjalnego żalu.

czwartek, 25 grudnia 2025

Czas utracony nigdy nie wróci

Plany były przebogate. Miało powstać moc śnieżynek szydełkowych jako element kartek świątecznych - także własnoręcznie wykonanych. Plany pozostały niezrealizowane, może uda się w przyszłym roku. 

Zrobiłam kilka gwiazdeczek ale wszystkie wydały mi się takie jakieś koślawe i nieładne. Zamiast obdarowania "wszystkich" kartkami z tymiż gwiazdkami, wypociłam jedynie dwie kartki i to na ostatnią chwilę. Nie jestem nimi zachwycona, ale przynajmniej są w ulubionych kolorach obdarowanych osób.





Obdarowane osoby były na tyle uprzejme, że wyraziły zachwyt.

Wypociny te zgłaszam do dwóch zabaw, u Splocika i u Renaty.

Grudniowe Coś prostego w temacie Bożonarodzeniowym.





I grudniowa zabawa Rękodzieło i przysłowia albo ... 3 u Splocika





  • Przysłowie: Czas utracony nigdy nie wróci.
  • Cytat: "Pewnego dnia coś zrobisz, coś zobaczysz albo wpadniesz na pomysł, który pozornie pojawi się znikąd. I poczujesz, że coś w tobie drgnęło, jakieś ciepło w piersi. Kiedy tak się stanie, nie wolno ci tego zignorować. Otwórz umysł i podążaj za tym pomysłem. Podtrzymuj płomień. A wtedy na pewno znajdziesz swój ogień". - Beth Hoffman

Chyba jednak przysłowie...


A na koniec kolaże zdjęć zgłoszonych w tym roku do obu zabaw.






niedziela, 14 grudnia 2025

ONP: Sol Duc Falls & Deer Lake

Wodospad Sol Duc Falls to jedno z tych miejsc w parku narodowym Olympic, które absolutnie należy zobaczyć. Tak się składa, że w pobliżu znajdują się gorące źródła a przy nich ośrodek z domkami kempingowymi a nieopodal pole namiotowe. Udało mi się dokonać rezerwacji na trzy noce i każdego dnia po powrocie z wycieczki po okolicy po dziesięciominutowym spacerze przez brzozowy lasek meldowaliśmy się przy kasie.



Prysznic przed wejściem na teren kąpieliska jest obowiązkowy ale nawet gdyby nie był i tak skrzętnie skorzystalibyśmy z okazji zmycia z siebie brudu i potu bo pole namiotowe nie było wyposażone w takie luksusy jak prysznic czy ciepła woda. W tym czasie nawet wody pitnej nie było bo akurat coś tam naprawiali więc wodę też przynosiliśmy z ośrodka.

Trzy baseny z wodą termalną o właściwościach mineralnych, o różnej wielkości i podobnej głębokości a w każdym w nich temperatura nieco inna. To były moje ulubione baseny. Czwarty basen wypełnia woda źródlana pochodząca z deszczu i topniejącego śniegu i jest zimna - jak dla mnie to nawet bardzo zimna choć dzieci twierdziły, że wcale nie. 90-minutowe sesje od rana do wieczora, my celowaliśmy w te wieczorne, żeby wymoczyć zmęczone całodziennym wędrowaniem ciało a przy okazji wymyć się porządnie.

Jak już wspomniałam, wodospad Sol Duc to wysoko oceniana atrakcja przyrodnicza. Prowadzi do niej malownicza trasa (niecałe dwa kilometry z parkingu) przez bujny, porośnięty mchem las deszczowy. Szlak prowadzi do wyjątkowego wodospadu, który można podziwiać z różnych punktów widokowych, zarówno powyżej, jak i poniżej jego kaskad – a także z mostu przecinającego rzekę, skąd woda spływa do wąskiego wąwozu, tworząc imponujący i malowniczy widok - szalenie trudny do ujęcia na zdjęciu, wobec tego prezentuję filmik:


Trasa z parkingu do wodospadu jest bardzo łatwa i krótka więc i mocno zatłoczona. Obejrzeliśmy wodospad i poszliśmy dalej, do jeziora Deer Lake. 

I tutaj było już trudniej bo stromo, ale za to na wąskiej ścieżce poza nami prawie nikogo nie było.


Deer Lake, Olympic National Park

Tam i z powrotem 13.5 km co zajęło nam 6 godzin z odpoczynkami, bo trochę zabawiliśmy nad jeziorem. Najpierw na zieloniutkiej łączce a potem na drewnianej kładce przerzuconej nad potokiem wypływającym z jeziora. Zdjęcie powyżej zrobione właśnie z tej kładki.




W ciągu dnia w dolinie Sol Duc było przyjemnie cieplutko ale noce były bardzo zimne. Tak zimne, że ubieraliśmy się na cebulkę i spaliśmy w czapkach. Dobrze, że na wieczór nagrzaliśmy się w basenach z gorącą wodą to nie chowaliśmy się w śpiworach wymarznięci.

Pole namiotowe niewielkie i w zasadzie pozbawione prywatności co nam za bardzo nie przeszkadzało bo całe dnie spędzaliśmy na wycieczkach i wracaliśmy tylko na wieczorny posiłek i spanie. Bardzo nam się tam podobało (ach te gorące źródła!), mimo, że wodę pitną musieliśmy nosić z ośrodka i nawet trochę potem żałowałam, że zarezerwowałam tam tylko trzy noce bo chętnie zostalibyśmy tam na dłużej.

niedziela, 7 grudnia 2025

Dwie pobliskie górki

Dzisiaj kilka zdjęć z dwóch wycieczek na pobliskie wzniesienia. 

Pierwsza górka, Spencer Butte, jeszcze w listopadzie, z Emilią. Na szczyt prowadzi kilka tras i w przeszłości zaliczyliśmy je wszystkie ale Emilia najbardziej lubi tę najkrótszą ale za to najbardziej wymagającą. Nachylenie spore, więc ja muszę przystawać co i rusz żeby złapać oddech. Emilia, jak górska kozica, pędzi w górę ale coraz lepiej wychodzi jej pamiętanie, że trzeba zaczekać na mamę.

Podczas jednego z takich odpoczynków zrobiłam to zdjęcie:


Na szczycie nie tylko podziwiałyśmy piękną panoramę ale też delektowałyśmy się toruńskimi piernikami, na które natknęłam się w sklepie i zrobiłam spory zapas bo to oferta typowo świąteczna.



Schodziłyśmy inną trasą, nieco dłuższą ale za to mniej stromą, więc szanse na to, że potknę się polecę bez kontroli w dół i zrobię sobie krzywdę, o wiele mniejsze.

Wczoraj zawiozłam Emilię na urodziny do ościennej miejscowości i zamiast wracać do domu a po kilku godzinach jechać znowu 30 kilometrów, żeby ją odebrać, postanowiłam przejść się na pobliską Mt. Pisgah, która była o połowę bliżej.

Trasa dłuższa, ale za to ślicznie wypełniająca czas pomiędzy odstawieniem córki na imprezę i godziną odbioru. 



To moja pierwsza wycieczka, na którą wybrałam się całkiem sama, bez żadnego z dzieci. (Z pominięciem spacerów po dzielnicy.) Mt. Pisgah to miejsce dość popularne i przy każdej pogodzie sporo osób wędruje po licznych szlakach a wczoraj pogoda dopisała nadspodziewanie. 




Wędrowało się bardzo przyjemnie słuchając audiobuka, po świeżo wysypanych żwirem ścieżkach. Przysiadłam też na kilku nowych ławkach. Bardzo udana wycieczka!