wtorek, 31 stycznia 2012

Łzy radości, łzy rozpaczy.

We zeszłym tygodniu zabrałam Smyka na USG. Przez prawie 40 minut oglądaliśmy na dość sporym ekranie naszą Kruszynkę. Wychodząc, dostaliśmy plik zdjęć, oto kilka z nich:


Kruszynka

Profil

Buzia



Nóżka

Nóżki skrzyżowane w kostkach

Twarz - zdjęcie trójwymiarowe

Zdjęcia, po zeskanowaniu i obróbce, nie wyszły najwyraźniejsze, ale coś na nich widać. Badanie trwało dość długo, ale Kruszynka nieco się na nas wypięła i pani technik musiała ją nieco zmusić, żeby się obróciła. I wcale nie chodziło o określenie płci, ale o odpowiednie ujęcia kręgosłupa.

Kruszynka okazała się posłusznym dzieciątkiem, podrapała się po główce (co dane nam było zobaczyć), fiknęła koziołka i zapozowała jak należy.

Kiedy już wszystkie pomiary zostały dokonane i zarejestrowane, pani zapytała czy chcemy poznać płeć dziecka.

Chcieliśmy.

Dowiedzieliśmy się.

USG potwierdziło moje przeczucia - Smyk będzie miał siostrzyczkę! Na razie Kruszynka jest maleńka - waży zaledwie pół funta (8 uncji = 225 gram)!

Dziewczynka!

Potem jeszcze spotkaliśmy się na chwilę z lekarzem, który zapewnił mnie, po przeanalizowaniu wszystkich danych uzyskanych podczas badania, że wszystko z Kruszynką jest w porządku.

Moja radość nie miała granic - nie dość, że dzieciątko zdrowe, to do tego wymarzona córeczka! Euforia!

Ale jak to w życiu bywa, szybko, bo po zaledwie dwóch dniach, uczucia moje uległy drastycznej korekcie. Zadzwoniono do mnie z przychodni, że przyszły wyniki przesiewowych badań krwi - w moim przypadku pozytywne jeśli chodzi o syndrom Downa.

Nie wiedziałam, że mogę w sobie pomieścić taki bezmiar łez.

piątek, 27 stycznia 2012

Infekcja ucha

- Boli mnie ucho. - Rzucił mimochodem Smyk w drodze do łazienki w środę wieczorem.

Do czasu kiedy było po wieczornym myciu i czytaniu, ból ucha tak się nasilił, że Smyk zwijał się z bólu. Niestety środki przeciwbólowe dla dzieci okazały się nieskuteczne. Z duszą na ramieniu podałam mu środek dla dorosłych, który przyniósł dziecku ulgę, ale i tak pół nocy mielliśmy z głowy.

Jak łatwo się domyślić, Smyk nabawił się infekcji ucha (prawego) i musi zażywać antybiotyk przez 10 dni. Już po zażyciu pierwszej dawki dało się zauważyć zmianę na lepsze, a następnego dnia Smyk zaczął brykać jakby nigdy mu nic nie było.

Przepisany lek ma formę cukierków do żucia, tyle że białych. Podobno są bardzo smaczne - tak twierdzi pacjent.

A na koniec opiszę wam scenkę z apteki.
Kiedy przyszliśmy odebrać antybiotyk (receptę lekarka przefaksowała w czasie wizyty bezpośrednio do apteki jak to tutaj jest w zwyczaju), pani wzięła z faksu receptę (jedyną), z półki pojemnik z lekiem i oświadczyła mi, że musimy poczekać 15-20 minut. W aptece nie było nikogo innego, nie miała sterty recept do załatwienia przed naszą, jedyne co musiała zrobić do odliczyć 40 tabletek z dużego pojemnika, przełożyć je do mniejszej fiolki, wydrukować i nakleić etykietę (taka tutaj procedura) - i to wszystko miało jej zająć 20 minut?

Cierpliwie czekamy.
Nagle Smyk stwierdza, że jest mu niedobrze.Podeszliśmy do okienka - chciałam poprosić o wpuszczenie nas do toalety (nie ma ogólnodostępnej) bo mi dziecko zaraz będzie wymiotować, ale nie zdążyłam, Smyk był szybszy - zwymiotował przed samym okienkiem.
W ciągu dwóch minut lekarstwo dla nas było gotowe.
Nie ma to jak puścić pawia opieszałej pani przed nosem w celu przyśpieszenia obsługi...

PS
Nikt na nas nie nakrzyczał za tego pawia - tutaj wzywa się personel sprzątający i mówi z uśmiechem (nawet wymuszonym), że nic się nie stało.

środa, 25 stycznia 2012

Myszka

Tutaj prezentowałam szydełkowego pieska wykonanego na podstawie opisu z Crochet World. Dzisiaj pora na myszkę zrobioną na życzenie Hultajstwa.




Trzy razy wyszywałam oczka, prułam, wyszywałam. Nadal mi się nie podobają, ale dałam za wygraną. Wydaje mi się, że lepiej by wyglądały osadzone bliżej mordki. Najważniejsze, że Smykowi się podoba.




A na koniec zdjęcie myszki z pieskiem:




Opis wykonania (po angielsku) - na moim chomiku.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Good Earth Show

W sobotę zabrałam Smyka na targi Good Earth Show.
Oto kilka zdjęć:



Smyk, jak tylko udało mu się pogłaskać alpakę, pognał dalej, nie dając mi szans na obejrzenie i podotykanie ręcznie przędzonej wełenki. Nie był też zainteresowany kołowrotkiem (w tle, za alpaką, widać zarys pani przy kołowrotku) - szkoda...  




Za to przy kurach, kogutach i kurczakach spędziliśmy sporo czasu. Smyk głównie w pozycji jak na zdjęciu poniżej:



Rozbieżność naszych zainteresowań była coraz wyraźniejsza w miarę zwiedzania targów. Poniżej jedno z nielicznych stoisk, przy którym oboje chcieliśmy się zatrzymać - Hultajstwo przyciągnęła woda w strumyczku, ja podziwiałam całokształt aranżacji.





A dalej już machnęłam ręką i po prostu starałam się nie zgubić dziecka w tłumie zwiedzających.










Na halę targów wchodziliśmy z deszczem. Kiedy wychodzililśmy, akurat świeciło słonko. Smyk skrzętnie skorzystał z okazji żeby przetestować kilka eksponatów. Przedstawiciele firmy sprzedającej wykazali się zrozumieniem i pozwalali dzieciakom do woli testować czerwone rumaki.



piątek, 20 stycznia 2012

CAP - Nauczanie (odcinek trzeci)

Dawno, oj dawno nie pisałam o stażu. Czułam się zbyt kiepsko, żeby się jeszcze dobijać opisując swoje frustracje - wystarczająco wykańczające było samo chodzenie do szkoły w celu "ulepszenia moich umiejętności nauczania."

Chciałabym jednak napisać jak się skończyła sprawa Ancymonka (dla niepamiętających - pisałam o tym tutaj i tutaj).
Po pewnym czasie stało się jasne, że dziecku brakuje uwagi dorosłego. Jakiegokolwiek dorosłego. Ancymonek promieniuje szczęściem, kiedy cała uwaga dorosłej osoby, nawet całkiem obcej, skupia się na nim. Oderwanie uwagi od dziecka na trzy sekundy wywołuje natychmiastową reakcję dziecka w celu przywrócenia stanu sprzed trzech sekund. Jak to wygląda w warunkach szkolnych - łatwo sobie wyobrazić.

Wraz z kilkmoma Mądrymi Osobami wymyśliliśmy plan jak skorygować to zachowanie. Plan banalnie prosty, acz wymagającej żelaznej stanowczości: nagrodą za dobre zachowanie podczas lekcji będzie kilka minut po lekcji z nauczycielem poświęconych tylko i wyłącznie Ancymonkowi.  Sprawdzało się świetnie - A. uwielbiał te kilkuminutowe rozmowy sam na sam a  jeszcze bardziej był zachwycony, kiedy po lekcji odprowadzałam go, trzymając go za rękę, do jego klasy. Nawet na przerwę nie chciał iść!
Niestety sprawdzało się tylko do czasu kiedy chłopiec wyczuł, że bardziej mu się opłaca rozrabiać i wylądować na dywaniku u pani dyrektor - miał ją dla siebie przez całe popołudnie! A nie jakieś tam kilka minut! A pani dyrektor nie mogła pojąć, że to co inne dzieci przeraża (wizyta w jej gabinecie), stanowi największe marzenie dla Ancymonka.

Poza jedną nauczycielką, reszta grona nie miała ochoty zastosować się do naszego planu.
Pewna pani, odpowiednik naszego psychologa szkolnego, przeprowadziła nawet ze mną na ten temat rozmowę, w trakcie której włosy stanęły mi dęba na głowie. Kiedy zrelacjonowałam tę rozmowę mojemu szefowi, ten zredagował i wysłał uprzejmego, acz bardzo stanowczego maila do szkoły stawiającego ultimatum: albo szkoła zacznie się stosować do naszego planu, albo A. ma zostać usunięty z mojej grupy. No i został przeniesiony do innej.

Całej rozmowy Wam nie przytoczę, ale najbardziej zbulwersowało mnie oświadczenie przedstawicielki szkoły, że chce ona ratować A. nawet jeśli ma się to odbyć kosztem pozostałych dzieci w grupie. Wybaczcie, ale nie godzę się na poświęcenie innych dzieci, bo niby czemu?  Kto tej pani dał prawo decydować kto może odnieść sukces w życiu a kto nie? A to zaledwie jedna z jej wytycznych.

Doraźnie mój problem został rozwiązany, choć tak naprawdę nie zniknął, i żal mi Ancymonka. Po przeniesieniu go do innej grupy jakość mojej pracy w szkole znacznie się poprawiła, choć kilka stresujących elementów zostało, a jak się je przyprawiło nudnościami trwającymi 24 godziny na dobę, urastały do nieowybrażalnych rozmiarów. Sama nie wiem jak ten czas przetrwałam, ale o tym,

c.d.n.

środa, 18 stycznia 2012

Piesek

Dziecinnieję? A może mentalnie przystosowuję się do poziomu Kruszynki?

Mniejsza o etykietę. Chodzi o to, że wzięło mnie na zabawki. Ręcznie robione, a konkretnie - szydełkowe. A to pod wpływem gazetki "Crochet World" numer z lutego 2012, która ostatnio wpadła mi w oko, i którą kupiłam, choć jeśli chodzi o szydełkowanie to nie jestem zbyt mocnym zawodnikiem.

Kocyk, który nadal dzielnie dziergam, poszedł w odstawkę, za to powstał piesek:




Słodki ten szczeniaczek, prawda?

Smyk zgłosił zapotrzebowanie na myszkę, więc jak tylko skończę kocyk, powstanie Mysia dla Hultajstwa. Poza pieskiem i myszką, jest jeszcze małpka. Skan "Amirugumi Animal Friends" można znaleźć w moich zasobach chomikowych.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Troskliwe Hultajstwo

Smyk dowiedział się, że będzie miał rodzeństwo 30 listopada.
Wiadomość tę przyjął bardzo pozytywnie, i już tego samego dnia oświadczył mi, że od teraz obowiązują mnie pewne zasady: nie wolno mi biegać, ani nawet szybko chodzić, żeby się dzidziuś nie poobijał. Nie wolno mi też spać na brzuchu, żeby nie zgnieść dzidziusia. Nie wolno mi pić alkoholu - Smyk przypomniał sobie jak mu objaśniałałam, dość dawno temu, znaczenie pewnego znaku na drzwiach sklepu.

Smyk zaskakuje mnie czasami swoją troskliwością. Kiedy mówię mu, że jest mi niedobrze, każe mi się położyć na kanapie i przykrywa mnie kocem. Kiedy męczę się o poranku nad muszlą klozetową, przychodzi, przytula się i głaska mnie po plecach.

Czasem rezultat jego dobrych chęci sprawia, że załamuję ręce, albo włosy stają mi dęba na głowie.
Kiedy zdrzemnęłam się pewnego dnia, postanowił nakarmić ryby tatusia. Nie wiedział jednak o tym, że najpierw trzeba powyłanczać filtry i napowietrzacz, więc kiedy sypnłą karmę, prąd wody zamieszał ją i wcisnął między kamienie a szybę akwarium skąd nie mogłam jej potem wyciągnąć. No i sypnął tej karmy stanowczo za dużo - tak tygodniową rację...

Innym razem, kiedy graliśmy w gry planszowe w jego pokoju poprosiłam, żeby pobiegł do dużego pokoju i sprawdził czy nie zgasło w kominku. Kiedy wrócił, z dumą oświadczył, że już dołożył do pieca. To właśnie wtedy włosy stanęły mi dęba, zerwałam się na równe nogi pobiegłam i sprawdzić, czy coś się nie stało. Hultajstwo rzeczywiście sam dołożył do pieca, i na szczęście nie wyleciał mu żar, nie prysnęła żadna iskra ani na niego, ani na nic innego, ale poprosiłam go, żeby już więcej tego nie robił.

Smyk dziwi się niepomiernie, że dzidziuś nie ma imienia, i nie może się doczekać, kiedy się dowie czy będzie miał brata czy siostrę. Zamierzam go zabrać na USG - ustaliłam badanie na popołudnie, po zajęciach szkolnych Hultajstwa.

piątek, 13 stycznia 2012

Jak mamy być grzeczni?

Jak mamy być grzeczni, skoro
kiedy byliśmy mali, to oglądaliśmy
 Tarzana, który chodził półnago?
Kopciuszek wracał o 12.00 w nocy.
Pinokio kłamał.
Alladyn był złodziejem.
Batman jeździł 320km/h.
Królewna Śnieżka mieszkała z 7 chłopakami.
Papaj palił fajki i miał pełno tatuaży.
Pacman biegał po ciemnej sali i jadł kolorowe pigułki od których dostawał energii.
Bolek i Lolek oraz Tola, żyli w trójkącie.
Żwirek i Muchomorek byli parą.
Pan Kleks czytał poradniki Młodego Zielarza,
Kaczor Donald chodził bez majtek, a
Smerfetka była tylko jedna na wioskę!!!

środa, 11 stycznia 2012

Niebieski myjki dla bobaska

Po dwóch miesiącach bez drutów w dłoniach, porwałam się na czyn bohaterski (w obecnych okolicznościach) i wydziergałam trzy myjki dla bobaska: żabkę, konika i łódkę.




Nasza recepcjonistka (w pracy, bo w domu personelu nie zatrudniamy, choć przydałaby się obecnie gosposia i sprzątaczka) jest w ciąży - ot taki zbieg okoliczności! Mamą zostanie dwa miesiące przede mną i już wie, że jej pierworodne dziecię to chłopczyk - Benjamin William. Stąd kolor niebieski.




Z jednego motka bawełny (nazwy nie pamiętam)  powstały jedynie trzy myjki, ale stanowią one dodatek do prezentu zasadniczego,  kocyka, który dziergam wytrwale choć powoli.




Schemat żabki pochodzi z publikacji Melissy Bergland Burnham "Dishcloths to knit", konik i łódka z "Baby washcloths to knit" tej samej autorki. Skany obu książeczek można znaleźć na moim chomiku.

Myjek do zdjęć nie prałam ani nie blokowałam - dlatego wyglądają na trochę krzywe, ale Jennifer i tak je wypierze w specjalnym proszku zanim zacznie używać, więc odpuściłam sobie.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Ryba

Niektórzy czytelnicy może pamiętają że mamy w domu akwarium. To hobby mojego męża, który co jakiś czas dopieszcza swoje pupilki żywym pokarmem - drobnymi rybkami.

Tydzień temu przywiózł ze sklepu porcję złotych rybek i wpuścił do wiaderka, ponieważ pora karmienia ma miejsce dopiero późnym wieczorem.

Kiedy przyszedł czas wieczornej kąpieli Smyka, a w zasadzie mycia zębów po kąpieli (prysznicu), nie mogłam się doszukać kubeczka, którego Hultajstwo używa do płukania zębów.

- Gdzie zielony kubeczek?
- Nie wiem...

Ach ta mina na twarzy Hultajstwa! Od razu wiadomo, że coś jest na rzeczy! Podejrzewałam, że znowu namieszał w kubku jakąś miksturę (wszelkie dostępne mydła w płynie, szampony, odżywki, toniki, itp.). Tylko gdzie on tę wybuchową mieszankę schował?


- Dopóki kubeczek się nie znajdzie, nie ma oglądania Sponge Boba!, zarządziłam.

Chwileńkę później, zalany łzami Smyk wręczył mi kubeczek. Zajrzałam do środka a tam... pływały sobie dwie złote rybki... Okazało się, że złowił  je sobie w wiaderku bo On też chce mieć swoje akfalium w swoim pokoju, i dlaczego nie może go mieć? Buuu...

Tłumaczę, że rybki w tak małym kubeczku męczyłyby się, że rybki potrzebują więcej miejsca, dostępu powietrza (Smyk schował kubek pod stertą rzeczy i jeszcze przykrył kocem - żeby nie było widać), jedzenie. Okazało się, że moje zaradne dziecko nawet nakarmiło rybki - podebrał tacie karmę dla sumów i sypnął hojnie (pewnie dlatego woda była taka mętna).

A łzy lały się cały czas...

I przypomniało mi się  jak bardzo ja chciałam mieć rybki kiedy byłam mała. I w końcu miałam je, choć w tamtych czasach profesjonalny sprzęt nie był tak łatwo dostępny jak teraz, więc moje gupiki pływały w ogromnym słoju, a źle dopasowana grzałka co jakiś czas robiła z zawartości tego słoja zupę... rybną...


Skończyło się na tym, że następnego dnia rano mąż odszukał na stryszku stare dziesięciogalonowe akwarium i żwirek, dokupił roślinki, filtr i odpowiednią grzałkę. Smyk powrzucał wszystkie swoje kolorowe kamyki i porcelanowego wieloryba, a kiedy dozbierał 20 uśmiechniętych buziek (o buźkach pisałam tutaj), pojechaliśmy do sklepu zoologicznego i kupiliśmy rybę. Pana rybę - bojownika.




Panią zamówiliśmy. Ma być we wtorek.
Dziecko wniebowzięte.

piątek, 6 stycznia 2012

Straszydła z przeszłości

W zasadzie to jedno, i może nie tyle straszy wyglądem, co czasem oczekiwania na prezentację.
Półtora roku czekała grzecznie ta biedna zakładka na pulpicie komputera aż ją Wam zaprezentuję.  No i się biedactwo doczekało:




Oryginalny blackwork zastąpiłam różem. Schemat pochodzi z którejś posiadanej przeze mnie gazetki, ale karteczka z nazwą i numerem już dawno gdzieś zaginęła i musiałabym się przekopać przez pudło ze schematami.

Ostatnio nieco lepiej się czuję (z naciskiem na nieco) - jestem w stanie utrzymać w dłoniach druty i coś tam powolutku powstaje.

wtorek, 3 stycznia 2012

Rok usterek

Rok 2011 był dla nas rokiem usterek i remontów.

Najpierw, poprzedniej zimy, zaczął cieknąć dach. A że od kilku lat wiadomo było, że trzeba go będzie wyremontować, latem przyszedł no to czas.

W Wielki Piątek zepsuła się pralka zalewając całą kuchnię - trzeba było kupić nową.

Jesienią zaczęło cieknąć urządzenie w zlewie mielące odpadki - czasem cieknie, potem długo nie i znowu zaczyna, więc niebawem trzeba będzie udać się na zakupy.

Jakoś tak w listopadzie zauważyłam, biorąc prysznic, że woda jjakby nie tak gorąca jak kiedyś. Zwaliłam to na karb ciąży - przecież cały czas było mi zimno, niezależnie od temperatury otoczenia. Ale kiedy w święta mąż zauważył, biorąc prysznic zaraz po mnie, że woda była letnia, podzieliłam się z nim swoimi obserwacjami. Mąż okręciła kilka śrubek, dokopał się do dwóch termostatów w bojlerze, stwierdził, że przy zmianie temperatury jeden "nie klika", profilaktycznie zmienił ustawienia na wyższą temperaturę i zapewne udałby się do sklepu, ale było już za późno. Ja orzekłam, że ustawiona temperatura jest za wysoka (bałam się, że Smyk mógłby się poparzyć) i ku niezadowoleniu męża zarządziłam przestawienie termostatu na niższą. Mężowi się nie chciało, ale nie miał wyjścia. Przy okazji ponownego przestawiania termostatu stwierdził, że ten drugi już "klika", i rzeczywiście kąpiel znowu jest gorąca. Ale nie łudźmy się zbytnio że taki stan potrwa długo - bojler ma już 17 lat.

W minione święta zaczęła cieknąć zmywarka, a że jest to obok pralki najczęściej używane urządzenie w domu, zaraz po świętach udaliśmy się na zakupy i dosłownie za chwilę mają ją przywieźć i zainstalować. Zmywanie ręczne to dla mnie żadne halo - zazwyczaj. Ale że będąc w ciąży wystawanie przy zlewie wydaje się mało pociągające (a wiadomo, że mąż do zmywania się nie pali), więc nie było żadnej dyskusji poza: do którego sklepu jedziemy. Żeby objechać kilka i porównać ceny nie miałam sił.

Stary rok pożegnaliśmy demontując ro zeschnięte drzwi szafy wnękowej - mąż po inspekcji orzekł, że nie da się naprawić. A wie, bo kilka lat temu pracował przy ich produkcji.

Z takiej perspektywy rok 2012 nie może być gorszy. Chyba...

piątek, 30 grudnia 2011

Staystyka czytelnicza 2011 (42-54/2011)

W ostatnim kwartale 2011 roku udało mi się przeczytać:

1. Trygve Gulbranssen: Dziedzictwo na Bjorndal
2. Krzysztof Kotowski: Marika
3. Anna Mieszkowska: Dzieci Ireny Sendlerowej
4. Stieg Larsson: The girl who played with fire
5. Louisa Young: My Dear I wanted to Tell You
6. Stieg Larsson: The girl who kicked the hornet’s nest
7. Maurice Leblanc: Zbrodnia w zamku, Tajemnica królowej
8. Markus Zusak: The Book Thief
9. Robert Silverberg: Człowiek w labiryncie
10. Eliza Orzeszkowa: Cham
11.  Izabela Czartoryska: Dyliżansem przez Śląsk – Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816
12.  Krystyna Czuba: Są takie kobiety
13.  Becca Fitzpatrick: Silence

Wynik niezbyt imponujący, ale Nowe Życie zwaliło mnie z nóg tak, że przez ponad miesiąc nie  byłam w stanie utrzymać książki w ręce. Opieranie  jej na brzuchu też nie pomagało, bo wzmagało nudności. Poza tym oczy same mi się zamykały około ósmej wieczorem - przeważnie chodziłam spać przed Smykiem. Teraz jest już nieco lepiej, więc znowu czytam trochę więcej, choć o zarwanych nocach nad książką już nie ma mowy.

Kiedy tak leżałam nękana skutkami ubocznymi stanu błogosławionego (mąż zastanawia się co za perfidny złośliwiec ukuł taki termin), wysłuchałam jednego audiobuka: "Hiszpańskie oczy" Marii Nurowskiej. Więcej nie dałam rady - nawet słuchanie mnie męczyło.

A jak już tak narzekam i narzekam, to jeszcze dodam, że niestety pod choinką nie znalazłam żadnej książki dla siebie (Smyk dostał trzy) a szkoda. Prezenty, które otrzymałam są wspaniałe (zwłaszcza moje ulubione perfumy), ale jednak brak książki smutno zauważalny.

Mam nadzieję, że ten ostatni wieczór (bądź noc) roku spędzicie miło, tak jak lubicie - w spokoju lub na szalonej zabawie. A nowy rok niech przyniesie Wam wiele dobrego i dużo radości.

Wszystkiego najlepszego!

środa, 28 grudnia 2011

O oczekiwaniu, nauce cierpliwości i radości obdarowywania innych

Pewnego dnia, jeszcze przed świętami, Smyk przyniósł ze szkoły karteczkę, z prośbą o podanie liczby i imion osób, które dziecko chciałoby odbarować w te nadchodzące święta.

Ponieważ dzieci w wieku Smyka chcąc komukolwiek coś podarować muszą polegać na rodzicach (zarówno jeśli chodzi o wybranie się do sklepu jak i stronę finansową), szkoła chciałaby pomóc dzieciom w samodzielnym zdobyciu prezentów.

Przyznam, że przekonana byłam, że dzieci zrobią coś własnoręcznie z materiałów zapewnionych przez szkołę.

Zapytałam Smyka komu chciałby podarować prezent na święta. Usłyszałam, że "Wszystkim na całym świecie". Rewelacja! Udało nam się nieco zawęzić tych wszystkich do małego świata Hultajstwa, czyli do mamy, taty, Patryka i Damiana (koledzy).

Dwa dni później Smyk wręczył mi plastikowy worek z prezentami: cukierkami dla taty, zapachowymi saszetkami i balsamem do ciała dla mamy, zestwem klocków i ksążeczką dla Damiana i Patryka.

Problem w tym, że Smyk był przekonany, że klocki i książeczka są dla niego.

Nie obeszło się początkowo bez łez, ale udało mi się wyjaśnić dziecku ideę obdarowywania się wzajemnie z okazji świąt - nowość dla sześciolatka żyjącego w przekonaniu, że wszystkie prezenty pod choinką są od Mikołaja. Bardzo pomocna okazała się szeroko reklamowana w naszej lokalnej telewizji doroczna akcja charytatywna "Toys for Tots". W końcu dziecko załapało i bez żalu, a wręcz przeciwnie, z radością podarowało klocki Damianowi, książkę - Patrykowi.

Sytuacja pomogła mi rozwiązać inny problem. W poprzednich latach chowałam prezenty gwiazdkowe otrzymane od znajomycje przed Smykiem i wszystkie pojawiały się pod choinką jako te od Mikołaja. W tym roku nie udało mi się to. Ale dziecko już wiedziało, że nie wszystkie prezenty pochodzą od Mikołaja, pozostała  jedynie kwestia doczekania z odpakowaniem prezentów do świąt. Kategorycznie zabroniłam odpakowania któregokolwiek prezentu przed świętami. Po początkowym oburzeniu, Smyk pogodził się z moją decyzją, poukładał prezenty wokół choinki i tylko od czasu do czasu zerkał do jednej z torebek przeprowadzając nieinwazyjną inspekcję zawartości.
Muszę pochwalić Smyka - doczekał bez oszukiwania!

Prezenty od znajomych odpakowaliśmy po wieczerzy wigilijnej, dając możliwość Mikołajowi obdarowania nas swoimi prezentami, które pojawiły się pod choinką w nocy. Smyk znalazł je tam rano, ale najpierw przyszedł zapytać rodziców (smacznie śpiących) czy może je odpakować. Kiedy otrzymał twierdzącą odpowiedź, przyniósł wszystkie trzy do sypialni.

niedziela, 25 grudnia 2011

Czas nadziei

A nadzieja znów wstąpi w nas...




poniedziałek, 19 grudnia 2011

Kolęda dla nieobecnych

A nadzieja znów wstąpi w nas.
Nieobecnych pojawią się cienie.
Uwierzymy kolejny raz,
W jeszcze jedno Boże Narodzenie.
I choć przygasł świąteczny gwar,
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu,
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj,
Wbrew tak zwanej ironii losu.

Daj nam wiarę, że to ma sens.
Że nie trzeba żałować przyjaciół.
Że gdziekolwiek są - dobrze im jest,
Bo są z nami choć w innej postaci.
I przekonaj, że tak ma być,
Że po głosach tych wciąż drży powietrze.
Że odeszli po to by żyć,
I tym razem będą żyć wiecznie.

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat,
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole.
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas,
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole.
Muzyka: Zbigniew Preisner
Słowa: Szymon Mucha




Pełnych wzruszeń świąt Bożego Narodzenia
życzy
Motylek

czwartek, 15 grudnia 2011

Prezenty

A wiecie, że Mikołaj wcale nie ma brody?
Przynajmniej nie ten, który mnie właśnie obdarował takim oto cudownym prezentem świątecznym:




Zaraz. zaraz... Już wiem! To nie Mikołaj! To Aniołek! I wszystko jasne!!!
Tylko anielskie ręce mogły stworzyć coś tak cudownego!

W swej ziemskiej postaci Aniołek ten nazywa się Splocik i znany jest z wielu podobnych własnoręcznie dzierganych czy haftowanych cudeniek. (Tutaj blog Moje oczka.) Bo wszak nie misia dostałam - miś to własność Hultajstwa.

Otulacz-szal-chusta - misternie dziergana, poniżej zbliżenie:



Czyż nie cudności? A do tego czapeczka ozdobiona kwiatkiem:




Wraz z prezentem przyszła śliczna, haftowana haftem matematycznym kartka (trochę ją widać na pierwszym zdjęciu) - jedna z tych prezentowanych na drugim blogu Splocika, Splecione nitki i słowa.

Splociku - dziękuję!

środa, 14 grudnia 2011

Stuprocentowa obecność

Od początku roku szkolnego Smyk nie opuścił ani jednago dnia w szkole.
Ja cieszę się, że dziecko mi nie choruje, pani dyrektor cieszy się, że ma jednego ucznia mniej do pilnowania, żeby pojawiało się w szkole. Tej radości dała wyraz obdarowując każde dziecko, takie jak Smyk, certifikatem za stuprocentową obecność w szkole w pierwszej ćwiartce roku szkolnego:




Celowo używam "ćwiartce" a nie "kwartale", bo okres ten obejmuje raptem dwa miesiące.
Mała rzecz a cieszy!

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Choinka

Ortodoksyjni Rodacy pewnie wyslali by już nas na szafot, albo przynajmniej odsądzili od czci i wiary - no bo kto to widział choinkę w całej krasie na dwa tygodnie przed swiętami! Wszak to zdrada tradycji!!! To się nie godzi! Choinkę stroi się w Wigilię i ani dnia wcześniej!
 


Zdjęcie zrobione bez lampy błyskowej - widać światełka


A my to mamy w nosie i od wczoraj cieszymy się pachnącą, przywiezioną prosto z plantacji choinką. A swoja radością dzielę się z Wami, choć zdaję sobie sprawę, że to nie moja choinka, ale ta, która stanie w waszym domu będzie tą NAJ.


Zdjęcie zrobione z lampą błyskową - światełek nie widać


Niestety w tym roku nie udało mi się zrobić żadnych nowych ozdób.
Na szczęście mamy ich więcej niż wystarczająco z lat poprzednich, więc było co wieszać i zajęło to trochę czasu.
Idą święta!

czwartek, 8 grudnia 2011

OBCZYZNA " POLSZCZYZNA"

OBCZYZNA „POLSZCZYZNA”

Mądrze gada czy też plecie,
Ma swój język Polak przecie.
Tośmy już Rejowi dłużni…,
Że od gęsi nas odróżnił.
Rzeczpospolitej w tym siła
By w języku swoim tkwiła.
Dziś kruszeje ta potęga,
Dziś w angielskim Polak… gęga,
Pierwszy przykład tezy tej,
Zamiast „dobrze” jest… „okej”!
A szlakami idąc tymi,
To nie „twarz” masz, ale… „imidż”.
Co jest w stanie nas roztkliwić?
Nie „życiorys” czyjś lecz… „sivi”,
Gdzie byś chciał być w życiu chłopie?
Nie na „czubku”, a na „topie”.
Tak Polaku, gadaj wszędy,
Będziesz „modny” znaczy… „trendy”
I w tym trendzie ciągle trwaj,
Nie mów „żegnaj” – mów… „baj-baj”!
Gdy ci nietakt wyjdzie spory
Nie „przepraszaj”, powiedz… „sory”!
A gdy elit chcesz być bliżej,
To nie „Jezus” mów lecz… „Dzizes”.
Kiedy szczęścia zrąb ulepisz,
Powiedz wszystkim, że jest… „hepi”,
A co ciągnie cię na „ksiuty”?
Nie uroda lecz ich… „bjuty”.
Dobry Boże, trap się, trap
Dziś nie „knajpa” lecz już… „pab”!
No, przykładów dosyć, zatem
Trzeba skończyć postulatem,
Bo gdy język rani uszy,
To jest o co „kopie kruszyć”.
Więc współcześni poloniści
Walczcie o to, niech się ziści,
Żeby wbrew tendencjom modnym
Polski znów był siebie godny!
Post Scriptum
Angielskiemu nie ubędzie,
Kiedy polski – polskim będzie!...

Autor nieznany - wieszyk przywędrował pocztą elektroniczną.
Dzięki uprzejmości Splocika, tutaj gaść informacji.

wtorek, 6 grudnia 2011

Cztery kwiatki

Jakiś czas temu bawiłam się papierem i stworzyłam taką oto bardzo prostą karteczkę:



Cudo to nie jest, na dodatek kwadraciki trochę krzywo przyklejone, ale w moich oczach - pełna uroku. Jeszcze nie wiem do kogo zawędruje.

niedziela, 4 grudnia 2011

Dekoracje świąteczne

Jeszcze na początku listopada tata zabrał Smyka do sklepu. Kiedy zapytałam czy długo tam byli, usłyszałam, że trzy godziny.

- Ile???
- Trzy godziny. Mają już choinki...

I wszystko się wyjaśniło. Bo obejrzenie ekspozycji choinek w tym sklepie, wraz z wszystkimi ruchomymi makietami miasteczek i wsi z obowiązkowymi poruszającymi się kolejkami może pochłonąć sporo więcej czasu niż marne trzy godziny.

Od czasu wizyty w tamtym sklepie, Smyk nudził o ozdabianiu jego pokoju, aż w pewną pochmurną niedzielę zabraliśmy się do roboty. Na korkowej tablicy w Smykowym pokoju pojawiły się:






A potem jeszcze zaczęliśmy kleić łańcuch choinkowy, ale jakoś zabrakło entuzjazmu do ukończenia - mamy około metra. Może kiedy pojawi się w domu choinka to dokończymy. Mamy już poprzycinane kolorowe paski papieru.

Ponieważ pokój został odświętnie udekorowany, Smyk nie mógł się oprzeć pokusie, żeby tej informacji nie obwieścić światu. Tak oto powstała tabliczka przyklejona do drzwi taśmą klejącą:




Tabliczką tą, Hultajstwo powiadamia chętnych do odwiedzenia jego pokoju, że to "mój udekorowany pokój" - jakby jakaś  gapa sama nie zauważyła.

piątek, 2 grudnia 2011

Uprzejmość czy fałszowanie danych?

Udałam się niedawno do lokalnego wydziału komunikacji, tutaj nazywanego DMV, w celu wymienienia prawa jazdy na nowe. Stare wprawdzie ważne jeszcze było do marca, ale akurat miałam czas to zrobić, więc postanowiłam odfajkować, żeby było z głowy.

Do DMV zabrałam ze sobą robótkę, bo słyszałam, że się długo czeka - to było zanim przecięłam sobie palec. Rozsiadłam się z szydełkiem w dłoni ale niewiele słupków przerobiłam, kiedy przyszła moja kolej. Położyłam woreczek z robótką  na biurku i wyciągam wymagane dokumenty (w ostatnich latach przepisy zostały zaostrzone i  teraz trzeba udowodnić legalny status czy się jest obywatelem czy rezydentem). A pani zamiast zabrać się za sprawdzanie dokumentów, pyta co robię, wymownie zerkając na robótkę. I okazało się, że pani też jest robótkująca, więc chwilę porozmawiałyśmy na temat robótek, a pani wogóle nie przeszkadzało, że wszyscy inni pracownicy i petenci słyszą naszą rozmowę.

W końcu przeszłyśmy do celu mojej wizyty w DMV. Aktualizujemy dane, w tym, niestety, wagę ciała. Okazało się, że w ciągu minionych siedmiu lat przytyłam 16 funtów (ponad 7 kg). Skwitowałam ten przykry fakt stwierdzeniem, że życie to jednak bywa okrutne. Pani pocieszyła mnie, że mojej obecnej wagi nie widziała u siebie od trzydziestu lat  - dla mnie to żadne pocieszenie... A na koniec okazało się, że chcąc być miłą, wpisała mi do komputera o 6 funtów (3 kg) mniej niż podałam. Zapewne chciała być dla mnie miła - wszak dzielimy te same zainteresowania!

Niższa waga na prawie jazdy to jedyny pożytek z zabrania robótki do wydziału komunikacji, ponieważ nie dane mi było za dużo posunąć się z robotą - moja wizyta w DMV trwała w sumie 25 minut i przyznam, że dawno już nie załatwiłam żadnej formalności tak szybko.

środa, 30 listopada 2011

O niebezpieczeństwach grożących podczas robienia pierogów z jagodami

W zeszły poniedziałek zawarłam z akurat pracującym w domu mężem układ:

"Ty odbierasz Małego, ja będę w domu szybciej, więc zrobię na obiad coś dobrego. Na przykład pierogi z jagodami."

Mąż nie przepada za odbieraniem dziecka, ale za to uwielbia pierogi z jagodami, więc wiedziałam, że zgodzi się natychmiast. Dodam, że ja takimi frykasami raczej nie rozpuszczam moich chłopaków bo bardzo, ale to bardzo nie lubię lepienia pierogów.

Mrożonych jagód ci u nas dostatek w zamrażalniku, więc zakasałam rękawy i zabrałam się do roboty. Szło mi sprawnie pod nieobecność panów i zostało mi raptem kilka pierogów do zrobienia kiedy wydarzyło się nieszczęście.

Do wykrawania używałam kieliszka, bo odpowiedniej wielkości a do tego ma taki ostry brzeg  i łatwo się wykrawa krążki, dużo łatwiej niż posiadaną przez nas szklanką. Musiałam za mocno przycisnąć, nóżka kieliszka złamała się i przeorała mi kciuk lewej ręki.

Krew siknęła na stolnicę, ale nie spanikowałam i w końcu udało mi się zatamować krwotok, choć trochę czasu mi to zajęło. Sytuacja była pod kontrolą kiedy panowie wrócili do domu - krew z podłogi i stolnicy zmyta.

Powiadomiłam męża, że chyba trzeba będzie jechać na pogotowie, ale założył, że panikuję i przesadzam.

Zjedliśmy obiad - i Smyk i mąż zgodnie stwierdzili, że pierogi były przepyszne, a po obiedzie poprosiłam męża o pomoc przy zmianie opatrunku. Kiedy zobaczył ranę, nieco zszarzał na twarzy i zarządził:

- Jedziemy na pogotowie!

I pojechaliśmy.
Całą trójką.

Lekarz stwierdził, że miałam szczęście, bo nie przecięłam sobie ścięgna, jedynie lekko je naruszyłam z boku.
Trzy godziny później opuściłam budynek pogotowia z ośmioma szwami. Kolejną godzinę spędziliśmy  w aptece czekając na tabletki przeciwbólowe, które okazały się niepotrzebne, bo unieruchomiony na małej szynie palec nie bolał. Do domu wróciliśmy o dziewiątej wieczorem. Jak dobrze, że jednak zjedliśmy obiad zanim pojechaliśmy na pogotowie!

We wtorek rano zrobiłam pamiątkowe zdjęcie:




Zdjęcia zszytej rany nie pokażę Wam, może jak już się zagoi to samą bliznę, na dowód, że nie bujam.
Byłam na wizycie kontrolnej - rana goi się dobrze, udało się uniknąć infekcji, nadal nic nie boli, a w sobotę mają mi ściągnąć szwy.
Mimo, że już opatrunek jest dużo mniejszy, drutów w łapach porządnie trzymać się nie da. Trochę lepiej z tamborkiem - wczoraj udało mi się wyhaftować kawałek sukienki ostatniej myszki. Oby do soboty!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Myszka w różowej sukience

Wstyd się przyznać, ale skończyłam ją już miesiąc temu, tylko zapomniałam zrobić zdjęcie. Oto szósta mysia baletnica:




Ostatnia, siódma, ma już cztery krzyżyki, ale kiedy zostanie ukończona - nie wiem. Mam nieplanowaną przerwę w robótkach. Myślę, że napiszę o tym następnym razem.