sobota, 30 maja 2026

Memorial Weekend 2026: Alsea Falls, Green Peak Falls & Yachats

Długi weekend z okazji Memorial Day (Dzień Pamięci) wypadł w tym roku nieco wcześniej niż zazwyczaj - Memorial Day jest obchodzony w ostatni poniedziałek maja. Ten długi weekend stanowi także początek sezonu letniego. Kilka razy zdażyło nam się pojechać pod namiot ale jednak w maju pogoda niepewna więc wolę nocować w suchym i ciepłym miejscu. W tym roku znalazłam AirB&B w przystępnej cenie w niedużej miejscowości Yachats nad oceanem. 

Kiedy rezerwowałam pokój, pół roku temu, nie wiedziałam, że syn znajdzie sobie staż na kampusie i przyleci do domu dopiero w sierpniu. Mogłyśmy pojechać z Emilią same, ale zaproponowałam, że jak chce, to może z nami pojechać jej przyjaciółka, Karina. Mama Kariny pracowała w ten weekend więc bez problemu zgodziła się na wyjazd córki z nami. 

W drodze do Yachats zatrzymałyśmy się nad potokiem Alsea i powtórzyłyśmy trasę z końca marca: najpierw wodospad Alsea Falls a potem spacer do wodospadu Green Peak Falls z dłuższą przerwą na bujanie się na huśtawce zawieszonej nad rzeczką.


Alsea Falls


Alsea Creek


Nie obeszło się bez małej przygody. Zaraz na początku, poniżej pierwszego wodospadu, Karina poślizgnęła się i wpadła do wody, tak do pasa. Woda wprawdzie nie była bardzo zimna, ale w kieszeni spodenek miała telefon a do szlufki przyczepione słuchawki. Na szczęście z wody wygrzebała się szybciutko, sprzęt nie zamókł i nic się nie zepsuło. Tylko humor jej się zepsuł, i rozlał się nieco na resztę towarzystwa. Niewypowiedziana propozycja powrotu do domu została przeze mnie zignorowana. Karina przebrała się w samochodzie i poszłyśmy do drugiego wodospadu ale nie miała ochoty wchodzić do wody żeby dojść do huśtawki. Nie nalegałyśmy z Emilią. 




Niemal przy samym wodospadzie Green Peak Emilia upadła i obdarła sobie kolano.


Green Peak Falls


W drodze z Alsea nad ocean dziewczyny spały. Zajechałam do Seal Rock bo w marcu bardzo nam się podobały baseny pływowe pełne anemonów, rozgwiazd, małży i innych skorupiaków ale akurat trafiłyśmy na początek przypływu i te wszystkie skarby schowane były już pod wodą. Dziewczyny, jeszcze nie do końca wybudzone nie bardzo miały ochotę na spacer na plaży więc pojechałyśmy na kwaterę.

Z pokoju miałyśmy częściowo widok na ocean, w miejscu gdzie rzeka Yachats wpada do Pacyfiku,  niewielką zatoczkę i plażę, na którą wybrałyśmy się po przyniesieniu rzeczy z samochodu. Budynek usytuowany jest tuż przy szosie US-101 i trochę się bałam czy nie będzie za głośno, ale po zmroku ruch samochodowy w zasadzie zamarł i przez uchylone okno słyszałyśmy tylko szum fal. Poza tym od ulicy oddzielał nas sprytnie zaprojektowany pas zieleni - iglaki i rabatka kwiatowa.





Jeszcze zdążyłyśmy zaliczyć krótki spacer na plaży ale w końcu przegnały nas przypływ i głód. Yachats nie jest dużą miejscowością więc wybór odnośnie obiadokolacji był dość ograniczony. W sobotę dziewczyny wybrały pizzę. Okazała się dość smaczna. I ogromna. 

W pokoju był wprawdzie dość spory telewizor ale trzeba było logować się na swoje własne konto na każdym niemal portalu a żadna z nas nie pamiętała hasła więc telewizor pozostał wyłączony.  Ale Wi Fi plus telefony komórkowe wystarczyły aż nadto. Pozy tym i tak już było późno więc zarządziłam ciszę nocną bo miałam plany na następny dzień i nie przewidywałam spania do południa. I tak nam minął dzień pierwszy.


widok z plaży przez rzekę na Yachats i na naszą kwaterę

 

czwartek, 21 maja 2026

🧶 Maluka dla Marii

Bardzo chciałam się zrewanżować Marii za to, że zgodziła się być świadkiem bierzmowania Emilii - z całym "dobrodziejstwem". Ujęła mnie tym, że nawet się nie zawahała, że nie wyraziła niezadowolenia z racji konieczności ściągania tych wszystkich zaświadczeń z Meksyku, ot tak, całkiem po prostu pomogła mi kiedy tego potrzebowałam. Postanowiłam, że zrobię dla niej chustę Maluka w kolorze, który chyba lubi, bo dość często widuję ją w różnych odcieniach fuksji i fioletu i tego co pomiędzy.



Malukę już kiedyś dziergałam, nawet kilka egzemplarzy (jak ktoś ciekawy to może sobie zajrzeć tutaj) ale nigdy z moheru. Tym razem zmodyfikowałam też nieco wzór powtarzając ażurową drabinkę po obu stronach niby warkocza - to przeplecione to nie jest typowy warkocz, ale nie wiem jak się to nazywa i czy w ogóle ma jakąś nazwę. W oryginale ten ażurowy splot jest tylko po jednej stronie.




Chusta jest zrobiona z włóczki Jubilee Yarn Mohair Eliksir (50% akryl, 30% wełna, 20% moher) na drutach 4mm. Nie zapisałam sobie ile zużyłam włóczki a teraz już nie pamiętam. Jest leciutka, zwiewna, milutka, i w ogóle taka fajna, że przez chwilę zastanawiałam się czy i sobie takiej nie zrobić ale przecież mam już jedną Malukę




Nabrałam ochoty na coś z moheru, coś takiego lekkiego, może letnie wdzianko, kto wie...

Na trawniku, na płasko chusta nie wygląda powalająco, ale za to widać całokształt.



Moherową Malukę zgłaszam do dwóch zabaw. 

Z racji ozdobnego ażuru, do zabawy u Splocika  Małe Dekoracje 2026.



W maju Splocik zaproponowała:

1. Cytat: "Nie ma czegoś takiego jak zły pomysł, zawsze natomiast istnieje pomysł lepszy". - C. Samuel Micklus

2. Kolor - czerwień makowa i błękit nieba

3. Dowolna praca - dekoracja mała, duża lub element dekoracyjny ze wskazaniem jego przeznaczenia.

Tym razem moja praca wpisuje się w punk trzeci oraz w punkt pierwszy bo pomysł obdarowania Marii nie mógł być zły, ale pomysł by odwdzięczyć się jej własnoręcznie wydzierganą chustą był zdecydowanie lepszy.

Chustę zgłaszam także do majowej odsłony zabawy u Anetty, Nici, nitki i niteczki:




W maju motywem przewodnim są kwiaty - najlepiej majowe, nadal owady, ogrodowe sprzęty i wspaniałe żywe lub pastelowe kolory. Inspirujemy się otaczającą nas przyrodą - u mnie to pastelowy bzowy a do tego lekkość chusty niczym płatki kwiatów czereśni, śliwy czy jabłoni porwane wiatrem.

niedziela, 17 maja 2026

Sakrament Bierzmowania

Tydzień temu Emilia otrzymała sakrament bierzmowania.



Przyznam, że kiedy pod koniec wakacji oświadczyła, że chce otrzymać ten sakrament, byłam mocno zdziwiona. Jak sporo nastolatków Emilia nie lubi i nie chce chodzić do kościoła i w pewnym momencie stwierdziłam, że widać nie została obdarowana łaską wiary a ciąganie jej do kościoła na siłę to w zasadzie indoktrynacja i dałam sobie spokój. 

A tutaj taka niespodzianka! Ale w zasadzie nie powinnam być zaskoczona skoro kilka koleżanek, w tym w tym ówczesna naj, miały w planach bierzmowanie. 

Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu Emilia grzecznie chodziła na zajęcia, trzymała język za zębami nie wyrywając się ze swoimi opiniami na omawiane tematy, i nawet wstawała bladym świtem, a w zimie nawet przed świtem, na niedzielną mszę. 

Ponieważ ja lubię śpiewać z grupą na mszy o 8.30 rano, a rozgrzewkę wokalną mamy o 8.00 rano, w kościele muszę być dość wcześnie, a Emilia ze mną. Zaproponowałam, że możemy chodzić w sobotę, ale chyba Emilii też bardziej odpowiada brzmienie grupy niedzielnej. Nie mając nic innego do roboty podawała parafianom śpiewniki na wejściu, potem powierzono jej koszyk na ofiarę a w końcu wciągnięto ją w komisję liczącą po mszy datki. Jednym słowem, nabiła sobie punktów i to sporo u wszystkich, którzy byli zaangażowani w przygotowanie młodzieży do sakramentu bierzmowania.

W wielkim poście proboszcz wymyślił rekolekcje, w każdą niedzielę postu o 2.30, godzinę albo i dłużej. I okazało się, że te rekolekcje są oczywiście obowiązkowe jeśli przygotowujesz się do bierzmowania. Emilia zacisnęła zęby i poszła. 

Najtrudniej chyba było jej trzymać na wodzy myśli i opinie, stojące w sprzeczności do głoszonych na zajęciach prawd. Cóż, nie wiem czy moja córka została obdarzona darem wiary, ale z pewnością Duch Święty obdarował ją darem samodzielnego myślenia i łatwością formułowania werbalnie swoich przemyśleń i opinii. Z wieloma z nich zgadzam się całkowicie lub częściowo, ale że Emilii zależało jednak na tym bierzmowaniu (nadal ku mojemu zaskoczeniu) umówiłyśmy się, że na zajęciach grzecznie będzie potakiwać, a co jej leży na wątrobie wygarnie w bezpiecznym zaciszu domowym. Lub zaraz po zatrzaśnięciu drzwi samochodu.

Gdzieś tak w lutym doprecyzowano datę - 9 maja. Masz Ci los! Najlepszy kandydat na świadka, starszy brat, został tym samym wyeliminowany z racji studiów (dla niezorientowanych - syn studiuje na drugim krańcu kontynentu). I szukaj tu kandydatki, która na zawołanie wytrzaśnie zaświadczenie chrztu, przystąpienia do pierwszej komunii, bierzmowania a w przypadku mężatek, zaświadczenie o ślubie kościelnym. Tak, wszystkie cztery konieczne według naszego proboszcza. 

Emilia wymyśliła koleżankę, która sakrament bierzmowania otrzymała rok wcześniej - za młoda, musi mieć 16 lat a koleżanka miała tylko 14. 

No to może mama innej koleżanki, tej naj. Okazało się, że nie ma ślubu kościelnego. 

Nasza bliska polska znajoma ostatnio więcej czasu spędza w Polsce z mamą niż w Oregonie i nie była w stanie przybyć na obowiązkowe dwa spotkania dla rodziców i świadków. A poza tym wszystkie wymagane zaświadczenia w Polsce.

W końcu wymyśliłam że zapytam mamę innej koleżanki Emilii. Marię znam od lat bo jej najstarsza córka chodziła do szkoły z Krzyśkiem. Na wszystkie obowiązkowe spotkania i tak musiała się stawić bo jej dwójka dzieci przygotowywała się do bierzmowania tak jak Emilia. Zapytałam o ten ślub kościelny - ma! Ale brała go w Meksyku. Pozostałe zaświadczenia też w Meksyku. Ale powiedziała, że nie ma sprawy, że je jakoś ściągnie. 

Dygresja: Można by pomyśleć, że .... a może jednak nie napiszę o swoich przemyśleniach i wnioskach.

No i jeszcze kwestia stroju, omawiana przez proboszcza kilkakrotnie. Standardowo skromnie, w znaczeniu nie epatowania wdziękami cielesnymi (jak zwykle to ubiór kobiet wymaga najwięcej regulacji...). Najlepiej na biało lub czerwono, bo to kolor Ducha Świętego. 

No i tutaj pojawił się problem, bo Emilia jest na etapie bezwzględnie bezsukienkowym a jedyne posiadane buty są sportowe. Nie było mowy o zakupach odzieżowych pod kątem bierzmowania ale na szczęście wygrzebałam z przepastnej szafy mój wiekowy letni komplet, bluzka plus spódnica, do której od wielu lat się nie mieszczę ale nadziei, że kiedyś schudnę jednak nie straciłam. Komplet w czerwonym kolorze z drobnymi białymi kwiatkami, pasujący na Emilię jak ulał! Do tego mój biały sweterek, który i tak czasem mi dziecko podbiera. Kupiłam do tego białe rajstopy, które zostały potraktowane jak kajdany, więc pozostało jedynie mieć nadzieję, że pogoda dopisze i nie będą potrzebne. 

Pozostała kwestia obuwia. Wiedziałam, że będą to buty na jedno wyjście, więc postawiłam na opcję najbardziej ekonomiczną i pojechałyśmy do sklepu z używanymi rzeczami. (Pożyczyłabym dziecku swoje buty, mam nawet ładne białe sandałki, ale za duża różnica w rozmiarach.) Trafiły nam się ładne sandały w cielistym kolorze chyba nigdy nie noszone a do tego w promocyjnej cenie $5. Ubiór odfajkowany. A potem w Wielkanoc wieczorem Emilia wylądowała na pogotowiu z pękniętą kością palca us stopy ale na szczęście do bierzmowania wydobrzała.



 

No dobrze, dotarliśmy do początku maja. 

Wtorek: Spowiedź. Odwiozłam dziecko do kościoła, nie wiem czy do tej spowiedzi poszła czy nie, zdecydowałam, że nie będę pytać.  

Czwartek: Próba. Bierzmowanie w kościele w sąsiedniej miejscowości, nigdy w tym kościele nie byłam. Próba poszła w miarę sprawnie. Emilia stwierdziła, że w sumie nie odpowiada jej patron, którego sobie wybrała - Święty Krzysztof. Zapytałam dlaczego wybrała tego świętego, odpowiedziała, że nie wie. Zaproponowałam, żeby sobie zmieniła jak jej nie pasuje. Wieczorem wymyśliła Świętą Cecylię.

Sobota: Kazali nam przybyć na 45 minut przed rozpoczęcie uroczystości czyli na 9:15 rano. Emilia i jej przyjaciółka Karina, która nawet nie jest katoliczką ale stwierdziła, że chce być z Emilią w tym ważnym dla niej dniu, wstały same i wyszykował się nawet przede mną.

Na bierzmowanie pofatygował się do nas Arcybiskup, ten sam, który przybył na bierzmowanie Krzyśka kilka lat temu. Zdjęcia robiła społecznie ta sama osoba, a że robi ładne zdjęcia, odpuściłam sobie wygibasy w celu uchwycenia najlepszego ujęcia.

Okazało się, że katecheci przygotowali dla wszystkich kandydatów karteczki z imieniem, imieniem wybranego świętego i odpowiedziami - jak by się komu zapomniało. Plan Emilii podmienienia patrona spalił na panewce. Została ze Świętym Krzysztofem. Jakoś przeżyła.




Uroczystość przebiegła dość sprawnie, potem jeszcze zdjęcia w różnych konfiguracjach, a w drodze do domu dziewczyny zażyczyły sobie Sushi a ja jeszcze pojechałam do sklepu po lody, bo na wieczór byłyśmy zaproszone do Marii na "obiad", czyli imprezę jak się patrzy. Oczywiście był okazjonalny tort:




Chciałam jakoś podziękować Marii że zgodziła się być świadkiem Emilii i ściągać z Meksyku te wszystkie zaświadczenia. Wymyśliłam, że podziękuję jej własnoręcznie zrobionym prezentem. I tak właśnie zrobiłam ale o tym będzie następnym razem.

niedziela, 10 maja 2026

Dzień Matki

Dzisiaj u nas Dzień Matki. Wczoraj Emilia zakradła się do moje pokoju i zapytała czy chcę prezent z tej okazji już tego dnia czy dopiero następnego dnia. Stwierdziłam, że co mamy czekać do jutra, mogę się ucieszyć już dzień wcześniej.



Okazało się, że Emilia z koleżanką Kariną (która spędzała z nami weekend) najpierw zrobiły dla mnie kartkę (i obie ją podpisały), a potem pojechały na elektrycznej hulajnodze po kwiaty w donicy do zawieszenia. 



Krzysiek, który wczoraj poleciał na tydzień na Islandię, przysłał mi wiadomość z życzeniami - coś mi się wydaje że mu siostra przypomniała bo Emilia o takich rzeczach pamięta a Krzysiek nie bardzo.

Obiad ugotowały i podały dziewczyny - wygląda na to, że mam obecnie dwie córki! Własną i przyszywaną!

Potem poszłam podziałać w ogródku bo wczoraj koleżanka podrzuciła mi rozsadę pomidorów i trzeba było grządki wyszykować. Dość sporo zrobiłam co wprawiło mnie w jeszcze lepszy nastrój. A kiedy w końcu wróciłam do kuchni, jeden rzut oka na zlew powiedział mi, że święto się skończyło.

I po Dniu Matki! 😉

niedziela, 3 maja 2026

ONP: Mink Lake

Na polu namiotowym Sol Duc w Olympic National Park spędziliśmy trzy noce. Ostatniego poranka trzeba było spakować się i opuścić miejsce przed określoną godziną - chyba 11-tą, ale dokładnie już nie pamiętam. Wiem jednak, że mieliśmy godzinny poślizg bo ciężko nam było zebrać się tak wcześniej po długiej wycieczce do Hoh Rain Forest poprzedniego dnia. Na szczęście nasi następcy nie przybyli tak wcześnie. 

Zaparkowaliśmy samochód w pobliżu ośrodka wypoczynkowego gdzie wychodzi szlak do jeziorka Mink Lake. Ciągle żywe w pamięci miałam humory Emilii z dnia poprzedniego i na prawdę nie chciałam powtórki z rozrywki i rozmyślałam, jaką by tu jej "marchewkę" podrzucić by zniechęcić ją do zepsucia nam kolejnego dnia. Przyszło mi do głowy kilka pomysłów, którymi podzieliłam się z Krzyśkiem i Emilią. 

Jedną z marchewek stanowiłam propozycja, że jeśli zmieścimy się z wycieczką w określonym czasie, to zjemy obiad w restauracji. Liczyłam na entuzjastyczne przyjęcie propozycji, bo obiadokolacja w restauracji zamiast kanapek na polu namiotowym to zawsze gratka nie lada. Okazało się, że dzieci wolały żebyśmy jeszcze raz skorzystali z kompleksu z gorącymi źródłami. Żeby pomoczyć się w basenach z gorącą wodą i dojechać na czas na następny nocleg musieliśmy się zmieścić w określonym czasie. Dobrze, nie ma sprawy, ja też chętnie wymoczę się po górskiej wycieczce!

Już nie pamiętam jak do tego wszystkiego dodany został jeszcze jeden haczyk, taki, że ja miałabym wskoczyć do czwartego basenu, tego z zimną wodą, jeśli podczas całej wycieczki Emilia nie będzie narzekała, marudziła, ani była niemiła. Ponieważ nawet jeden raz miał mnie uwolnić od zanurzenia się w lodowatej (moim zdaniem) wodzie, zgodziłam się chętnie, święcie przekonana, że Emilia nie wytrzyma i warunków umowy nie dotrzyma. 

Wyruszyliśmy.

Trasa z tych mało uczęszczanych, w obie strony spotkaliśmy kilka osób, może 6. Na dole idzie się przez taki las.


Po drodze przekroczyliśmy jeden strumyk ale za to dwukrotnie. 



Szło się przyjemnie, mimo że pod górę, ale za to w ciszy i spokoju, bez innych turystów. Po drodze minęliśmy rodzinę z małymi dziećmi. Jeden bobasek spał w nosidełku, drugi maluch, może trzyletni, dzielnie dreptał pod górę. Tata niósł ogromny plecak z wyposażeniem bo rodzina miała spędzić kilka dni pod namiotem nad jeziorem a tam nie ma żadnej infrastruktury i trzeba wszystko przynieść samemu.





I tak w przemiłej atmosferze dotarliśmy do jeziora, a raczej jeziorka. 



Nie zabawiliśmy długo ponieważ nie bardzo było gdzie usiąść, przy samej wodzie dość grząsko, a nieco dalej, zbyt gęsty las.

Kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną, dotarło do mnie, że szanse, że Emilia zacznie teraz narzekać lub dokuczać spadły niemal do zera - w dół idzie się łatwo, niemal bez wysiłku, więc nie było powodu do złego humoru. Z każdym krokiem dzieci były za to weselsze, ciesząc się niezmiernie . . . no właśnie, najbardziej cieszył je fakt, że będę musiała wskoczyć do zimnej wody. Niecnoty!

8.6 km pokonaliśmy w trzy godziny, zdążyliśmy nieco ochłonąć przed rozpoczęciem kolejnej sesji na kompleksie basenowym i nadeszła ta chwila, kiedy musiałam wskoczyć do basenu z zimną wodą. Wprawdzie 22°C to nie jest lodowata woda, ale w tych gorących basenach woda miała 38-40°C.

Wskoczyłam! Nawet dwa razy! Raz dla Emilii, raz dla Krzyśka. Nawet nie było tak źle. Emilia zauważyła, że tego dnia woda i tak była cieplejsza o dwa stopnie niż w poprzednich dniach.

A potem nie pozostało nam już nic innego jak opuścić Sol Duc. Przyznam, że jest to jedno z tych miejsc, do których bardzo chętnie bym wróciła. Może kiedyś...

(Do restauracji, jedynej w okolicy, i tak poszliśmy, a do tego jeszcze na lody...)