sobota, 20 lipca 2024

Memorial Weekend 2024: Paulina Falls

Wodospad Paulina Falls położony jest na terenie Newberry National Volcanic Monument, na strumieniu Paulina Creek wypływającym z pobliskiego jeziora Paulina Lake. 

Różne źródła odmiennie precyzują wysokość kaskady — od 24 do 80 metrów, jednak jedno jest pewne — strumień spada dwiema kaskadami. 

Na parkingu zalegał jeszcze śnieg i było go tyle, że tylko połowa parkingu była dostępna. Byli tacy, którzy usiłowali przejechać zalegające zaspy, ale podczas naszego krótkiego pobytu w tym miejscu nie udała się ta sztuka żadnemu pojazdowi — wszyscy w końcu zawracali. 

Wodospad można sobie obejrzeć z punktu widokowego na górze, ale można też zejść na dno kanionu. Ponieważ dojazd w to miejsce nieco nam zajął, trzeba było nieco się poruszać, więc ku ogromnemu niezadowoleniu Emilii zeszliśmy na dół. Emilia była tego dnia bardzo nie w humorze, ale dała się namówić na rodzinne zdjęcie.



Paulina Falls to chyba jedyny wodospad, który mi się nie podoba. Ogromny uskok robi porażające wrażenie, ale brak roślinności przy wodzie, paproci, mchów, porostów, nadaje temu miejscu posmaku grozy i niepokoju. Rumowisko ogromnych odłamków skalnych u podnóża zdaje się sugerować, że właśnie przewalił się przez to ponure miejsce jakiś kataklizm, aż ciarki przechodzą po plecach. Nie zabawiliśmy tam długo. 

Kiedyś już to miejsce odwiedziłam, we wrześniu 2009 roku, zachował się nawet archiwalny wpis. Emilii nie było jeszcze wtedy na świecie, a Krzysiek nie pamiętał tego miejsca — miał wtedy cztery lata. Za to pamiętał inne odwiedzone podczas tamtej wycieczki miejsca, Big Obsydian Flow i High Desert Musem, o których napiszę niebawem.

wtorek, 16 lipca 2024

🏊 Lap-a-thon 2024

Kolejny Lap-a-thon za nami. To już trzeci

Emilia najpierw powiedziała, że tak, chce brać udział ale tuż przed wyjściem z domu zaczęła kręcić nosem, że jednak nie. Potem trochę pływała, ale więcej odpoczywała w związku z tym przepłynęła mniej niż rok temu - chyba 88 długości basenu. Potem była bardzo niezadowolona bo wylosowała nie tę nagrodę co chciała. Tak się w tym niezadowoleniu nakręciła, że wpadła w histerię, ale jak już się wypłakała a potem jeszcze wyzłościła to okazało się, że jednak ta jej nagroda nie taka zła.


Krzysiek dał z siebie wszystko - jak to Krzysiek. W ciągu godziny przepłynął 168 długości basenu. Z wylosowanej nagrody był bardzo zadowolony, ale z butelki termicznej też bym się cieszyła.

U nas nadal potwornie gorąco ale to chyba tak jak wszędzie.

czwartek, 11 lipca 2024

Lato

Wróciliśmy z wyjazdu wakacyjnego. Relacja w swoim czasie — teraz moc spraw do ogarnięcia a do tego ciągłe podlewanie ogródka, bo gorąco potwornie (we wtorek 42°C, ale teraz już tylko 38°C). 



Podczas naszej nieobecności przyszły wyniki matury międzynarodowej syna — nie wiem, czy dyplom otrzyma w tradycyjnej papierowej formie, czy tylko potwierdzenie drogą elektroniczną, ale maturę międzynarodową zdał, z czego bardzo się ucieszył, bo nie wszystkim jego kolegom się udało.

Przyszły też wyniki egzaminu ze statystyki na poziomie rozszerzonym — rezultat na tyle wysoki, że Krzysiek dostanie kredyt za ten kurs na studiach i nie będzie musiał już chodzić na te zajęcia.

niedziela, 30 czerwca 2024

Memorial Weekend 2024: Benham Falls

Benham Falls to wodospad, którego nie mieliśmy w planach podczas wyjazdu na długi weekend końcem maja. Ponieważ jednak na miejscu okazało się, że śnieg wykluczył nam kilka miejsc, zastąpiliśmy je wycieczką do tego właśnie wodospadu, kilka kilometrów od Lava Butte, stożka wulkanicznego, na który wjechaliśmy z samego rana.

Mimo wczesnej pory na miejscu było tłoczno — jak to w długi weekend. Dodatkowo w to miejsce można dojechać ścieżką rowerową z pobliskiej turystycznej weekendowo-wakacyjnej miejscowości Sunriver, więc było i sporo rowerzystów. Rowerzyści, zaprawieni piechurzy, spacerowicze, rodziny z małymi dziećmi — wszystkim dane było nacieszyć się pięknem tego miejsca. Nam też! Nawet udało nam się znaleźć miejsce do zaparkowania, choć nie na parkingu, ale na poboczu drogi dojazdowej tyle, że dość blisko miejsca, z którego wyrusza szlak — akurat ktoś odjechał. 

Wybraliśmy krótszą wersję tylko do tego jednego wodospadu, ale można iść dalej, dużo dalej więc może kiedyś.... 


Wodospad Benham Falls nie należy do tych wysokich (7.6 m), ale za to szerokich (12 m). Rzeka zatacza tutaj łuk w miejscu spadku terenu i woda nieźle się kotłuje. Zdjęcia nie oddają ogromu i potęgi tego miejsca. 

A kilkadziesiąt metrów dalej, na bardziej płaskim terenie, rzeka leniwie płynie spokojnie szerokim korytem. Kontrast niesamowity.



piątek, 28 czerwca 2024

Biała Helena dla maleńkiej Miny

W dalszym kręgu znajomych urodziła się niedawno dziewczynka. 
Kiedy zobaczyłam dwutygodniową Wilhelminę, poczułam nieodpartą ochotę wydziergania dla niej sweterka. Po prostu musiałam! 


Ponieważ dziewczynka maleńka, wystarczyło białej włóczki pozostałej po jakimś innym projekcie. Nawet nie wiem jakiej, tyle tylko, że akryl więc można bez problemu wrzucić do pralki. Wzór darmowy, Helena, korzystałam już z niego w przeszłości. Guzików białych nie miałam, ale te jasnobrązowe też dobrze wyglądają. 

Ponieważ rodzinę tę widuję sporadycznie, czasu nie było wiele na zrobienie sweterka dla małej Miny. Zdjęcie robiłam w ostatniej chwili z moim starym misiakiem w roli modela. Zaraz potem sweterek powędrował do małej Miny.

Sweterek zgłaszam do dwóch zabaw.

Pierwsza to zabawa u Renaty, Coś prostego – w czerwcu motyw przewodni to świat bajek, albo coś dla dzieci.



Druga zabawa to Rękodzieło i przysłowia albo... 2 u Splocika. 


W czerwcu Splocik podała cytat i przysłowie:

Przysłowie: Kto umie wygrać sam ze sobą, nie zginie nigdy.

Cytat: „Dziecko może nauczyć dorosłych trzech rzeczy: cieszyć się bez powodu, być ciągle czymś zajętym i domagać się ze wszystkich sił, tego, czego się pragnie.” - Paulo Coelho

Moje wewnętrzne dziecko wynajduje sobie wiecznie jakieś zajęcia (takie jak robienie na drutach) i do tego cieszy się podczas ich wykonywania niezmiernie – choć znam osoby, które nie potrafiłyby się dopatrzyć powodów do radości w tej sytuacji. Domagam się z całych sił, by Splocik zaliczyła mi to wyzwanie – bardzo tego pragnę!

sobota, 22 czerwca 2024

Zawody pływackie, ból gardła, i sesja u fotografa

W ostatnim dniu szkoły Emilii, czyli tydzień po ukończeniu liceum przez Krzyśka, od piątku do niedzieli, trzy miejscowe kluby pływackie gościły zawody Mike Morris Meet — na lokalnym odkrytym basenie.

Ponieważ jestem zobowiązana do odpracowania na rzecz klubu 20 godzin rocznie, a pracy przy takich zawodach jest sporo, cały weekend spędziłam na basenie, choć nie w wodzie. I byłoby fajnie, gdyby nie to, że w piątek wstałam z potwornym bólem gardła, a weekend nie należał do najcieplejszych. W niedzielę włożyłam zimową kurtkę i dopiero w godzinach popołudniowych ją ściągnęłam. Nie mogłam dopingować ani swoich dzieci, ani innych klubowiczów — byłam w stanie wychrypieć co nieco ledwie słyszalnym skrzekiem.


Mimo złego samopoczucia czas spędziłam miło i owocnie. Odpracowałam brakujące 18 godzin, choć trochę pomógł Krzysiek, kiedy już był po swoich konkurencjach. 

W tym roku Krzyśkowi poszło dość dobrze i zdobył sporo punktów dla klubu, mimo że wyniki miał gorsze niż kilka miesięcy temu, ale wiadomo, zajęty był nauką i opuścił sporo treningów. Teraz nadrabia — biega na basen codziennie. 

Emilii poszło tak średnio, ale Emilia jest w takim okresie, że na siłę chce udowodnić, że jej na niczym nie zależy. No i podobno w tym akurat basenie jest za ciepła woda i jej się źle tam pływa. Dla mnie nie ma większego znaczenia czy dziecko bije rekordy i zdobywa medale, czy nie, ważniejszy jest aspekt zdrowotny związany z pływaniem. Ale raz czy dwa razy do roku dobrze, żeby wzięła udział w zawodach z różnych innych powodów.

*               *               *

Pięć lat minęło od naszej ostatniej rodzinnej sesji u fotografa w 2019 roku. Zabierałam się za ustalenie terminu jak sójka za morze. Miała być sesja z okazji moich pięćdziesiątych urodzin w zeszłym roku, miała być z okazji osiemnastki Krzyśka, aż w końcu zmobilizowałam się, ustaliłam termin i wczoraj wybraliśmy się do studia. 

Do oprawienia w ramki wybrałam zdjęcie, na którym jesteśmy ustawieni tak samo jak pięć lat temu, nawet napis jest taki sam.

2024

Dla porównania - zdjęcie sprzed pięciu lat.

2019

Dzieci wyrosły, ja przytyłam - taka kolej rzeczy!



Mieliśmy dwa zestawy ubrań, odświętne, i takie codzienne. 
Te codzienne to pomysł z ostatniej chwili, kiedy już niemal wychodziliśmy z domu, kiedy to pomyślałam, że fajnie będzie jak założymy szare koszulki. 

A potem okazało się, że w tych zwykłych, już nieco schodzonych ubraniach wyszliśmy na zdjęciach lepiej, ładniej. 

Dużo pięknych zdjęć, jestem bardzo zadowolona. 



środa, 19 czerwca 2024

12 lat

Wczoraj Emilia skończyła 12 lat. 


Tort wybrała sobie sama — miał być tiramisu, ale w cukierni stwierdziła, że jednak czekoladowy z nadzieniem orzechowym. Na śniadania zjadła lody, jeszcze w łóżku, ale w dniu urodzin wolno. 


Imprezy urodzinowej nie było, bo córcia ostatnio coś przeskrobała. Nie chcę podawać szczegółów, ale narozrabiała na tyle, że nawet ona sama wie, że odwołanie przyjęcia urodzinowego dla koleżanek to w sumie niewielka kara. Kłopoty z Emilią dość typowe dla tego wieku — gimbaza — jak oświecił mnie kuzyn. Huśtawka hormonalna nie do opanowania. Tyle dobrze, że z nauką nie ma żadnego problemu i pierwszy rok gimnazjum ukończyła z samymi najwyższymi ocenami, mimo że sporo opuściła, bo dużo chorowała w tym roku.

Prawie zapomnieliśmy o odnotowaniu wzrostu na framudze drzwi do kuchni. 
Już wieczorem, a nie z samego rana jak zazwyczaj, zmierzyłam Emilię, postawiłam kreskę i okazało się, że przerosła brata. Krzysiek w dniu dwunastych urodzin był kilka milimetrów (4-6) niższy. Emilia niemal pękła z dumy!

niedziela, 16 czerwca 2024

Absolwent Liceum


W piątek 7 czerwca Krzysio otrzymał dyplom ukończenia nauki w liceum. Wieczorem, przy wspaniałej pogodzie, miała miejsce uroczysta ceremonia na szkolnym stadionie. Z iście amerykańskim rozmachem! Wszyscy uczniowie ubrani w alby w kolorze szkoły, birety z chwostem, stuły z rokiem ukończenia nauki w liceum, oraz sznury w różnych kolorach, medale, i inne wyróżnienia. Birety można sobie było ozdobić jak kto chciał. Niektóre były szalenie bogato udekorowane, inne nieco subtelniej.


Każdy sznur, kolor lub kombinacja, oznacza osiągnięcie w innej dziedzinie. 


Syn trochę ich uzbierał, do tego dorzucił jeszcze garść medali i kilka przypinek i dumnie wmaszerował na stadion przy dźwiękach muzyki w wykonaniu szkolnej orkiestry.


Wzruszyłam się ogromnie, ale nie ja jedna ocierałam łzy. Chwilę potrwało, zanim 350 jeszcze abiturientów usadowiło się na krzesełkach ustawionych na środku boiska. Rodziny miały więc chwilę na opanowanie emocji. 

Potem były przemówienia, występy, wręczenie dyplomów ukończenia liceum aż nadeszła chwila, kiedy dyrektor liceum nakazał przestawienie chwosta z prawej strony biretu na lewą, i prawem nadanym przez stosowne instytucje nadał zgromadzonej grupie miano absolwentów. I czapki pofrunęły w górę, dokładnie tak jak wcześniej widziałam to na filmach.


Publiczność opuściła widownię, zmieszała się z absolwentami, zapanował radosny harmider. Gratulacjom i uściskom nie było końca. Cudem jakimś nie pogubiliśmy się wszyscy. Znikaliśmy sobie z pola widzenia, by za jakiś czas znowu na siebie natrafić. Trochę się bałam, że zgubi nam się w tym zamieszaniu Emilia, ale nic takiego się nie wydarzyło. 

Nastąpiła cała seria zdjęć — z kolegami, koleżankami, w większych grupach, mniejszych, z koordynatorem matury międzynarodowej. Udało mi się załapać na kilka fotek z synem, a potem pozwoliłam mu się nacieszyć chwilą w gronie kolegów, a my z Emilią pojechałyśmy do domu.



Następnego dnia zaczęły się zwyczajowe przyjęcia z okazji ukończenia liceum. W sobotę Krzysiek zaliczył chyba cztery, a potem jeszcze wyjście do kina z koleżeństwem. 

Ponieważ w sobotę Emilia miała popis, ja urządziłam synowi przyjęcie w niedzielę. Pogoda była ładna, więc imprezowaliśmy w ogródku. Dobrze, bo przewinęło się 40-50 osób i ciężko by było pomieścić się w domu. 

Pojawili się koledzy (i koleżanki) ze szkoły, koleżeństwo z klubu pływackiego (niektórzy z rodzicami), trenerzy, trochę polskich znajomych, kilka osób z kościoła, moja koleżanka z pracy, a nawet mój szef, który swoim pojawieniem sprawił ogromną niespodziankę Krzyśkowi. (Byłam w czwartym miesiącu ciąży, kiedy zostałam zaproszona na rozmowę o pracę. Wówczas wybrałam inną propozycję, ale kiedy Krzyś miał 8 miesięcy, zaczęłam pracować w niepełnym wymiarze w firmie, w której nadal pracuję. Od 17 lat mam tego samego szefa —obecnie właściciel firmy). 

Nikt poza nami nie znał uprzednio wszystkich zgromadzonych, ale nikomu to nie przeszkadzało, wszyscy dość dobrze się bawili i szybko znaleźli wspólny język.

Osoby, które nie mogły pojawić się osobiście, obdarowały Krzyśka okolicznościowymi kartkami z gratulacjami. 

Trochę potrwało, zanim ochłonęliśmy z tych emocji, szybciej poszło z posprzątaniem po imprezie.

Od jutra Krzysiek pracuje jako ratownik na basenie aż do wyjazdu na studia (w sierpniu).

środa, 12 czerwca 2024

Popis Wiosenny

W sobotę rano nie dane nam było się wyspać ponieważ o dziesiątej rozpoczynał się popis uczniów CMI (Community Music Institute) - to tam od stycznia Emilia uczęszczała na lekcje nauki gry na pianinie. Popis zakończył semestr wiosenny. Emilia zagrała tym razem tylko jeden utwór, To A Wild Rose (kompozytor Edward MacDowell).


Pisałam o tym ale przypomnę, że lekcje w CMI Emilia pobiera w czasie nieobecności swojej nauczycielki, pani Grace, która do końca lipca przebywa poza Stanami Zjednoczonymi, koncertując, podróżując, odwiedzając rodzinę. Od września Emilia wraca na lekcje do pani Grace ale trzeba było coś zorganizować na miesiące letnie, żeby dziecko nie zapomniało wszystkiego, czego się dotychczas nauczyło. Instruktorka, z którą Emilia miała zajęcia od stycznia stwierdziła, że musi się skoncentrować na doktoracie i zrezygnowała z zajęć dydaktycznych. Na szczęście inna instruktorka z CMI uczy latem i była obecna na popisie, więc Emilia mogła ją sobie obejrzeć - dziecko stwierdziło, że może być. Jeszcze dwóch innych instruktorów prowadzi latem zajęcia ale nie spodobali się Emilii.

sobota, 8 czerwca 2024

Memorial Weekend 2024: Lava Butte

5020 stóp = 1530 metrów

Wstaliśmy dość wcześnie, głównie dlatego, że śniadanie w hotelu serwują do dziewiątej, a tuż przed zamknięciem stołówki jest największy tłok, ale tak naprawdę chcieliśmy być na miejscu wcześnie, żeby załapać się na wjazd na górę. Dojazd zajął nam 20 minut, dotarliśmy na miejsce jeszcze przed otwarciem, choć nie byliśmy pierwsi – ktoś inny pojawił się pod drzwiami jeszcze wcześniej.

Zażartowaliśmy sobie z Emilii – cały czas mówiliśmy o bilecie wstępu, ale jakoś uszło jej uwadze, że ten bilet jest po to, by na górę wjechać samochodem. 
Do ostatniej chwili przekonana była, że na górę będziemy maszerowali. Nawet tak bardzo nie protestowała, ale kiedy szydło wyszło z worka, szalenie się ucieszyła.

Parking na górze rzeczywiście maleńki. Włożyliśmy kurtki, bo nie dość, że chłodno to jeszcze wiało. Lava Butte to nieczynny stożek wulkaniczny. Górę ma ściętą i ta obręcz jest na tyle szeroka, że można po niej obejść dookoła, zerkając do wnętrza. Lawa dawno zastygła, ale ostro spadające rumowisko robi wrażenie. Spacer zajmuje nie więcej niż 15 minut, a przy dobrej pogodzie można podziwiać panoramę gór. Nagrałam filmik pod budynkiem, w którym stacjonują pracownicy służb leśnych, wypatrując pożarów. 


Budynek jest nieduży, ale za to dwupoziomowy. Przeszklony dół daje wytchnienie od podmuchów wiatru i można stąd spokojnie podziwiać okolicę. 
Ja nagrała filmik na zewnątrz. Górna część jest niedostępna dla turystów – to stamtąd wypatrują pożarów leśnicy.







Spacer górą stożka jest dość ciekawym doświadczeniem – ostro w dół po obu stronach raptem kilkumetrowego płaskiego miejsca, po którym prowadzi szlak. Żadnych płotków czy innych zabezpieczeń, jedynie tablica z prośbą o zachowanie ostrożności.

Zmieściliśmy się w wyznaczonym czasie - na pobyt na górze mieliśmy pół godziny - i pojechaliśmy w kolejne ciekawe miejsce.

piątek, 31 maja 2024

Memorial Weekend 2024: Trail of the Molten Land

Pięć kilometrów od wejścia do jaskini (10 minut jazdy samochodem), u podnóża wulkanicznego stożka Lava Butte znajduje się centrum dla zwiedzających z obszernym parkingiem – udaliśmy się tam zaraz po opuszczeniu jaskini. 
W planach było zdobycie Lava Butte, ale na miejscu okazało się, że ochota wyparowała. 

Emilia miała bardzo zły humor od momentu, kiedy podskakując w niższej części jaskini uderzyła się dość mocno w głowę. Gdybym uwierzyła w to co mówi, musiałabym na sygnale gnać do najbliższego szpitala i chyba cudem jedynie jeszcze żyje to moje dziecko. Jako że znam trochę swoją córkę, zaproponowałam jedynie środek przeciwbólowy i że ją przytulę – obie propozycje zostały odrzucone.

W zaistniałych okolicznościach zrezygnowałam z ciągnięcia tej mojej upartej kozy wbrew jej woli ostro pod górę i do tego po asfaltowej drodze – zbocze stożka pokrywa dość sypki żużel wulkaniczny i nie ma żadnego tradycyjnego szlaku dla piechurów, którzy muszą wędrować drogą dla pojazdów mechanicznych. Droga wprawdzie jest na tyle szeroka, aby mogły minąć się dwa osobowe samochody, ale nie ma chodnika, ani nawet wytyczonego pasa dla pieszych. 


Pojawił się pomysł, żeby na górę wjechać, ale okazało się, że na ten dzień bilety wstępu zostały już wyprzedane. W tym miejscu obowiązuje zasada kto pierwszy ten lepszy. Na górze może jednorazowo zaparkować tylko 11 czy 12 samochodów i tyle biletów sprzedawanych jest na każde pół godziny. 

Został nam więc szlak na dole, asfaltowa ścieżka wiodąca przez morze zastygłej lawy i pumeksu do punktu widokowego: Trail of the Molten Land

Molten Land

Emilia bardzo, ale to bardzo nie chciała iść, choć trasa krótka i łatwa – dostępna dla wózków. Zdjęcia nie oddają niesamowitości tego miejsca, kilometry spiętrzonej zastygłej magmy, i daleko na horyzoncie pas lasu, bo natura nie daje przecież za wygraną i gdzie tylko zbierze się odrobinka pyłu i wody, zaniesione w to miejsce nasionko próbuje swych sił. Kilka takich drzew wyrasta na tym bezmiarze bez życia – nie mogłam od nich oderwać wzroku. 

Mount Bachelor

W najbardziej wysuniętym w pole lawy punkcie znajduje się tablica z nazwami wszystkich szczytów, które widać nie tylko z tego miejsca, ale podczas całego spaceru. W czasie naszego pobytu nisko nad horyzontem piętrzyły się cumulusy więc na zdjęciach nie za dobrze widać te wszystkie szczyty ponieważ nie odznaczają się na białym tle, ale na miejscu widać je było dość dobrze. Niesamowity widok!


Przed odjazdem wstąpiliśmy do budynku centrum dla odwiedzających aby skorzystać z toalety. Zaraz przy wejściu natknęliśmy się na pracownika służb leśnych, który zaproponował Emilii żeby została Junior Ranger. (Kilkanaście lat temu Krzysiek wziął udział w tym programie w innym parku stanowym – zapis zachował się tutaj – dyplom i plakietka gdzieś są zachomikowane w domu, ale pewnie natknę się na nie szukając zupełnie czegoś innego.) Emilii zaiskrzyły się oczy, wzięła książeczkę z pytaniami i poszła szukać odpowiedzi. Część z nich znała ze szkoły, pozostałe znalazła w materiałach dostępnych w centrum. Pan zapytał Krzyśka czy też chciałby zostać Junior Ranger. Krzysiek chwilę się wahał – czy to aby przystoi dorosłemu osiemnastolatkowi, który za chwilę kończy liceum – ale wahanie to nie trwało długo i dołączył do siostry. 


Kiedy oboje zgodnie wpisywali odpowiedzi, ja przejrzałam półki w księgarni i ucięłam sobie pogawędkę z leśniczym na temat warunków panujących w miejscu, do którego wybieraliśmy się następnego dnia. Dzięki temu dowiedziałam się, że droga dojazdowa do tego miejsca jest nadal zasypana śniegiem, a jeśli chcemy się tam wybrać na piechotę to powinniśmy mieć raki. Raków nie posiadaliśmy, przez zaspy śnieżne przedzierać się ochoty nie miałam, i tak oto plany na następny dzień zostały zmodyfikowane zawczasu, ale o tym będzie następnym razem. 

Tymczasem dzieci odpowiedziały na wszystkie pytania, odpowiedzi zostały sprawdzone, przysięga złożona (co zostało uwiecznione na zdjęciach) i teraz mam w domu dwóch Junior Rangers.

 


wtorek, 28 maja 2024

Memorial Weekend 2024: Lava River Cave

Jak co roku w długi weekend pod koniec maja (z okazji Memorial Day) wybraliśmy się na kilkudniową wycieczkę, w tym roku na drugą stronę Gór Kaskadowych, aby kontynuować zwiedzanie tamtejszych terenów, rozpoczęte dwa lata temu (o czym pisałam tutaj.) 

Pierwszą atrakcję tegorocznego wyjazdu zaliczyliśmy jeszcze w drodze do motelu: Lava River Cave. To długa na milę (ok. 1.5 km) jaskinia-tunel, która została utworzona około 700 000 lat temu przez wydobywającą się z otworu wulkanicznego lawę. Górna, boczna, i dolna część strumienia lawy ostygła i zestaliła się, ale wewnątrz nadal płynęła rzeka magmy, a kiedy strumień lawy w końcu wypłynął, pozostała skorupa – obecna jaskinia.

Wchodzimy do jaskini.

W jaskini niezależnie od pory roku panuje stała temperatura 2-5 stopni Celsjusza. Miałam ciepłą kurtkę i kaptur, ale mogłam jeszcze zabrać czapkę. Emilia zaparła się, że kurtki nie założy (no bo przecież głupio będzie wyglądała) więc zmarzła. Gimnazjalistki nie przekonasz! Pod koniec naciągała rękawy bluzy, chowając w nie dłonie i nawet przeprosiła się z kapturem – przestało jej przeszkadzać, że jej się fryzura zepsuje. 

Mieliśmy ze sobą różne latarki, w sumie pięć. Niektóre lepiej oświetlały nierówne dno jaskini (schody i metalowe platformy są tylko na początku), więc widzieliśmy po czym stąpamy, inne lepiej nadawały się do oglądania ścian i sklepienia. Na miejscu można też wypożyczyć latarki. Korzystanie z latarek w telefonach komórkowych jest stanowczo odradzane.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się i wyłączyliśmy latarki. Nigdy dotąd nie dane nam było doświadczyć tak doskonałej, nie zmąconej niczym ciemności. Żadnej elektronicznej diody, żadnej gwiazdy na niebie, żadnej lampy ulicznej — czerń doskonała. Nie odczuwaliśmy lęku — pod opuszkiem palca czekał przycisk, by przywołać na powrót słabe, ale jednak światło.

Sklepienie tunelu jest dość wysoko, tylko w jednym miejscu obniża się na tyle, że nawet Emilia musiała się schylić. Doszliśmy do punktu, w którym się zawraca. Tunel prowadzi jeszcze dalej, ale tamta część jest niedostępna dla zwiedzających.

Koniec części dostępnej do zwiedzania.

W jaskini nie ma żadnego sztucznego oświetlenia, nie ma też toalety. Do jaskini nie wolno wprowadzać psów.

Zanim weszliśmy do środka musieliśmy przejść krótkie przeszkolenie, nie tylko ze względu na nasze bezpieczeństwo, ale także ze względu na zamieszkujące jaskinię nietoperze – w sumie 13 gatunków. O tej porze roku wybudzają się z zimowego snu i jak gramolą się nieporadnie przy ścianie jaskini to nic im nie jest, po prostu jeszcze są nieco zaspane. 

Jaskinię można zwiedzać za darmo, ale wpuszczana jest ograniczona liczba zwiedzających. Rezerwacji dokonuje się na stronie internetowej. Memorial Weekend to nieoficjalne otwarcie sezonu letniego i w takich miejscach jest tłoczno, ale kiedy dokonywałam rezerwacji na tydzień przed wyjazdem nie było żadnego problemu.

Wychodzimy na powierzchnię.

Nietoperzy żadnych nie udało nam się wypatrzeć, ale za to Emilia spotkała koleżankę z basenu, a kiedy wychodziliśmy z jaskini spotkaliśmy Rodaków – na naszym dzikim zachodzie to raczej rzadkość. Wymieniliśmy się grzecznościami, ale nie gawędziliśmy – widać było, że pani zdecydowanie nie ma ochoty na rozmowę.

niedziela, 19 maja 2024

National Honor Society

Za trzy tygodnie Krzysiek kończy naukę w liceum. Uporał się już z egzaminami z matury międzynarodowej (wyniki w lipcu), ale jeszcze został mu egzamin ze statystyki na poziomie zaawansowanym — to w tym tygodniu. A potem już tylko pozaliczać ostatnie testy z pozostałych przedmiotów a 7 czerwca uroczyste zakończenie nauki w liceum. 

Te ostatnie tygodnie są bardzo intensywne nie tylko z racji egzaminów, ale i innych uroczystości. W minionym tygodniu trzy razy towarzyszyłam synowi podczas takich okolicznościowych imprez. Między innymi zostałam zaproszona na piątkowy apel szkolny, podczas którego kilkunastu uczniów otrzymało dyplomy za szczególne osiągnięcia z poszczególnych przedmiotów. Mimo że Krzysiek zawsze bardzo dobrze się uczył, dopiero teraz został w ten sposób wyróżniony. Co ciekawe został nominowany przez czterech nauczycieli, ale zasady mają takie, że jeden uczeń dostaje jeden dyplom — żeby wyróżnić większą ilość uczniów. Krzysiek za bardzo się nie przejął, że dostał tylko jeden dyplom, wystarczyła mu świadomość, że aż czterech nauczycieli chciało go w ten sposób wyróżnić.


Dzień wcześniej, w czwartkowy wieczór, wybraliśmy się całą trójką na uroczystość National Honor Society, podczas której przyjęto w poczet nowych członków oraz żegnano odchodzących (uczniów ostatniej klasy liceum). 
W tym roku Krzysiek pełnił funkcję wiceprezesa. 
Uroczystość była bardzo poniosła, odchodzący członkowie otrzymali dyplomy, medale oraz sznury — to ważne, podczas uroczystości rozdania dyplomów, sznury te stanowią element stroju a każdy z nich symbolizuje jakieś osiągnięcie. Krzysiek już sobie zbiera w jednym miejscu wszystkie sznury i medale, którymi się obwiesi tego dnia.

Po oficjalnej części zrobiliśmy sobie zdjęcie jeszcze w auli a potem było oczywiście ciasto.


W auli oświetlenie było kiepskie, nie za dobre do zdjęć, więc poszaleliśmy na zewnątrz, jeszcze na terenie szkoły. 


Rozdział National Honor Society zamknięty a tak dobrze pamiętam kiedy Krzysiek został przyjęty do stowarzyszeniazostał przyjęty do stowarzyszenia.

O trzeciej okazji napiszę osobno bo to nieco inna kategoria.

niedziela, 12 maja 2024

Dzień Matki

W drugą niedzielę maja w USA obchodzony jest Dzień Matki. Odkąd tylko pamiętam zawsze jest tego dnia przepiękna pogoda. Tydzień temu lało jak z cebra a dzisiaj piękne lato. Zjedliśmy obiad na tarasie, ale przy deserze (ciasto, lody, truskawki) wymiękliśmy — choć dzieci stwierdziły, że na deser zawsze jest miejsce w żołądku. Poleniuchowaliśmy w hamakach — jeden mamy na stałe pod daszkiem, drugi rozwiesiliśmy wczoraj między czereśniami. 


W prezencie od dzieci dostałam kwiaty — poprosiłam o petunie, bo tak mi się ich zachciało w tym roku. Na razie są maleńkie:



W ogródku przepięknie — soczysta zieleń i cudne kwiaty. Kwitną powojniki, ostatni bez (biały), maki, irysy, i pierwsze róże. 










Już za chwileczkę zakwitną piwonie — na razie są jeszcze w pąkach. Nawet te rozsadzone i przeniesione na nową rabatkę mają kilka pąków. Rabatka w tej chwili prezentuje się tak: 


Ciemierniki jeszcze kwitną i choć nie są już tak piękne jak kilka tygodni temu to jednak zdumiewa długość okresu kwitnienia. W następnym rzędzie są piwonie, a potem niewidoczne na tym zdjęciu, ale już wschodzące kwiaty, których nazwy w tej chwili nie pamiętam. Rabatka będzie szersza, bo jeszcze chcę tam przenieść rozchodnik i irysy, ale obecnie mój czas jest bardziej potrzebny w warzywniku. 

Udało mi się wyhodować z nasion wydłubanych z kupionych w sklepie pomidorów kilka krzaczków.


Jeszcze trzymam je w moim mini namiociku, bo grządki jeszcze nieprzygotowane pod rozsadę. Najpierw lało, potem byłam po zabiegu wstawienia implantów (stomatologicznych) i nie wolno mi było się wysilać, potem znowu lało. W szklarence czekają na przesadzenie do gruntu papryki, które udało mi się przezimować. 


Z pięciu sztuk dwie uschły, trzy przetrwały, puściły listeczki a ostatnio wypatrzyłam na nich pąki kwiatów.

W mojej małej garażowej suszarni suszy się pierwsza porcja liści mięty, babki lancetowatej, mniszka lekarskiego, i malin.