Szlak Maple Glade łączy się ze ścieżką prowadzącą do skansenu - dawnego gospodarstwa rodziny Kestnerów - najstarszego zachowanego gospodarstwa wczesnych osadników na tych terenach.
Okruchy
sobota, 3 października 2026
ONP: Maple Glade Trail & Kestner Homestead
Szlak Maple Glade łączy się ze ścieżką prowadzącą do skansenu - dawnego gospodarstwa rodziny Kestnerów - najstarszego zachowanego gospodarstwa wczesnych osadników na tych terenach.
niedziela, 27 września 2026
🧶 Powrót do szkoły
Powrót do szkoły, córki, nie mój, oznacza czekanie. Czekanie podczas lekcji gitary, czekanie na koniec treningu, czekanie podczas zawodów. Czekanie, czekanie, czekanie - minuty, kwadranse, godziny czasu do zagospodarowania. Jeśli wiem, że tego czasu będzie sporo w nieprzerwanym kawałku, słucham książki, idę na spacer, najczęściej łącząc jedno z drugim. Kiedy jednak nie ma takiej możliwości, pora późna a do tego jestem już zmęczona, czas czekania wypełniam czymś prostym, nie wymagającym uwagi i myślenia.
Lekcje gitary mamy późno, 7:45 wieczorem bo już nie dało się wcisnąć o innej porze a weekend chciałam mieć wolny. W zeszłym roku szkolnym, w czasie tych lekcji sprułam większość udziergów odłożonych w tym celu. Potem znalazłam sobie prościutki projekt - szydełkowe podkładki na stół kuchenny. Powolutku, co tydzień kilka rządków, długi przestój na czas wakacji, powrót wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego.
Zrobiłam je z bawełny odzyskanej z wykonanych kilka lat temu akcesoriów kuchennych, nie używanych, zajmujących miejsce w szufladzie. W nowej formie mają o wiele większe szanse na ujrzenie światła dziennego.
Każda podkładka jest inna, ale to nie ma znaczenia, po prostu potrzebowałam podkładek na zmianę, kiedy te zrobione kilka lat temu i nadal używane wędrują do prania.
Podkładki zgłaszam do wrześniowej odsłony zabawy u Anetty Nici, nitki i niteczki.
We wrześniu mamy dwa motywy przewodnie. Pierwszy to powrót do natury, drugi to powrót do szkoły. W moim przypadku, temat potraktowany nieco przewrotnie ale chyba się kwalifikuje,
niedziela, 20 września 2026
Dzieciowato
Nowy rok szkolny ruszył z kopyta i to jeszcze zanim zaczął się oficjalnie. Emilia, od tego roku już licealistka, zapisała się na biegi przełajowe a treningi zaczęły się już w połowie sierpnia. Bieganie bardzo jej odpowiada, trener jest sympatyczny i podoba mi się jak podchodzi do trenowania drużyny licealnej - bieganie jest dla przyjemności i zdrowia a nie bicia rekordów i kolekcjonowania medali. Natomiast edukuje młodzież w kwestii odpowiedniego odżywiania się, bo raczej nie da się przebiec codziennie 5 km niedojadając.
Emilia dość szybko odnalazła się w grupie biegaczy, nawiązała kilka bliższy znajomości, w tym z koleżanką o dwie klasy wyżej, więc wkroczyła w nowy rok szkolny z tą odrobiną pewności, którą daje przynależność do grupy.
Pierwsze zawody miały miejsce jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale że my mieliśmy już zaplanowany wyjazd nad ocean (ten, o którym pisałam ostatnio) to Emilia nie pojechała.
Tydzień temu zawody były w miejscowości oddalonej o ponad dwie godziny jazdy samochodem. Na szczęście jechali autobusem szkolnym, więc tylko odstawiłam dziecko na 6 rano na zbiórkę pod szkołą. Biegi przełajowe mają zawody w soboty więc musiałyśmy wstać o 5 rano w dzień, kiedy zazwyczaj odsypiamy cały tydzień. Nie byłam zachwycona, ale czego się nie robi dla dziecka! Jak już wstałam tak wcześnie, to wykorzystałam poranek na krótki spacer na pobliską góreczkę i udało mi się zrobić kilka ładnych zdjęć.
| w drodze na szczyt |
| na szczycie Spencer Butte bardzo wcześnie rano |
| Spencer Butte - szczyt |
Wczorajsze zawody były na terenie lokalnej uczelni policealnej, wprawdzie po drugiej stronie miasta, ale za to wystarczyło jak dziecię dotarło na miejsce na godzinę przed swoim biegiem. Mimo, że Emilia chciała być nieco wcześniej aby dopingować koleżeństwo to udało nam się trochę pospać rano, budzik okazał się niepotrzebny.
Odstawiłam dziecko na miejsce i pojechałam na pobliską górkę, nieco wyższą niż tydzień temu, akurat w pobliżu. Wybrałam sobie nieco dłuższą trasę bo czasu miałam sporo. Wróciłam na teren zawodów na kilka minut przed rozpoczęciem biegu Emilii (5 km) więc udało mi się obejrzeć dziecko w akcji. Trasa była poprowadzona tak, że z oddali zobaczyłam start, potem dziecko przebiegło koło mnie, a na koniec przeszłam kilkadziesiąt metrów żeby obejrzeć finisz.
Rano dziecko było nastawione, że zostanie na zawodach do końca, ale okazało się, że niezbyt dobrze się czuła i zarządziła powrót do domu. Dzisiaj rano wstała z bólem gardła więc pewnie jakaś infekcja już wczoraj miała wpływ na jej samopoczucie.
Trening są codziennie od poniedziałku do piątku, zawody w sobotę. Do tego raz w tygodniu lekcja gitary, więc grafik dziecko ma napięty. Ja też, bo nadal pełnię funkcję szofera.
Wielu nauczycieli, którzy uczyli Krzyśka, teraz mają zajęcia z Emilią. Ja poznałam nazwiska natychmiast, sami nauczyciele nie omieszkali zapytać Emilię czy Chris to jej brat.
Emilia zapisała się na kilka kółek zainteresowań - spotykają się podczas przerwy obiadowej. Poza tym zaczęła organizować sobie wolontariat - ileś tam godzin wymagane jest aby ukończyć liceum. Najpierw znalazła sobie pisanie kartek dla chorych dzieci w szpitalach (z budującymi wiadomościami dla pacjentów pediatrycznych, zwłaszcza tych z chorobami przewlekłymi, zagrażającymi życiu lub terminalnymi). Poza tym chce znaleźć lokalną organizację w ramach której będzie mogła pomóc sprzątać lokalne lasy, parki, plaże itp. Ta ostatni inicjatywa wiąże się ze zmianą kierunku studiów wybranych przez córkę. Kilka lat temu tak jej się spodobał kampus lokalnego uniwersytetu, że oświadczyła, że to na nim będzie studiować. Potem zmieniła zdanie i stwierdziła, że jednak wybierze się na uczelnię w San Diego aby zostać biologiem morskim. W tym tygodniu nastąpiła kolejna zmiana: studia środowiskowe w Yale.
Tymczasem Krzysio na studenckim półmetku.
Drugi rok skończył na początku maja ale zaraz następnego dnia poleciał do Europy, na Islandię, na zakończenie całorocznego seminarium Life Worth Living. Zajęcia Life Worth Living zostały opracowane przez Centrum Wiary i Kultury uniwersytetu Yale (Center for Faith & Culture) ale dość szybko inicjatywa rozszerzyła się poza Yale. Celem programu jest pomoc studentom w zrozumieniu, co to znaczy prowadzić dobre, znaczące życie. Program angażuje studentów o różnorodnych tradycjach filozoficznych i religijnych (judaizm, chrześcijaństwo, islam, hinduizm, buddyzm, konfucjanizm, mądrości rdzennej ludności) aby zgłębiać podstawowe kwestie dotyczące szczęścia, celu, sprawiedliwości i cierpienia. Na uczelni syna co roku na zajęcia w ramach tego seminarium przyjmowane jest 15 osób drugiego roku a po zakończeniu roku akademickiego cała grupa wraz z wykładowcą leci na tygodniową wycieczkę zagraniczną. Co roku gdzie indziej, w tym roku do Islandii. Wycieczka jest całkowicie ufundowana przez uniwersytet.
Kilka zdjęć z tego wyjazdu:
Po powrocie z Islandii dziecię nie przyleciało na kanikuły do domu bo tydzień później zaczynało 10-cio tygodniowy staż na uczelni w katedrze Neuronauki. Musiał opuścić pokój w akademiku w którym mieszkał na drugim roku i przenieść się do innego budynku. Tydzień nic-nie-robienia i praca. Najpierw bardzo dużo czytania i nauki, petem badania, pisanie programu komputerowego, opracowywanie wyników badań zespołu. Syn bardzo zadowolony z tego doświadczenia.
Do domu przyleciał dopiero 1 sierpnia i tylko na niecały miesiąc - nowy rok akademicki zaczął się 27 sierpnia. Czas ten strzelił jak z bicza trzasnął, ani się obejrzałam, już dziecka nie było w domu.
W sierpniu w Oregonie jest bardzo wysokie zagrożenie pożarami, przeważnie jest kilka aktywnych pożarów lasów, więc ogólnie nie jest to najlepszy czas na wyjazdy pod namiot, gdzieś jednak chciałam wybrać się na rodzinny wyjazd. Pojechaliśmy na kilka dni do miejscowości turystycznej Government Camp u podnóża najwyższego szczytu w Oregonie, Mount Hood. Trochę pochodziliśmy po okolicznych szlakach ale też wybraliśmy się do Parku Rozrywki. (W planach relacja z tego wyjazdu.)
Syn już na trzecim roku, zajęcia w toku, już przygotowuje się do pierwszych testów i egzaminów. Pokój ma jednoosobowy, z czego jest bardzo zadowolony. Pracuje jako ratownik na basenie oraz jako korepetytor w ramach laboratorium komputerowego. Na kampusie cały czas coś się dzieje - w tym tygodniu przyjechał z wizytą (odczyt? wykład?) były prezydent Obama.
Do domu dziecko przyleci na święta Bożego Narodzenia.
sobota, 12 września 2026
Waxmyrtle 2026
Kolejny raz zakończyliśmy wakacje wyjazdem nad ocean, w to samo miejsce co rok temu, i rok wcześniej, i jeszcze wcześniej - Waxmyrtle Campground.
To już taka nasza tradycja, że długi weekend z okazji Labor Day jedziemy właśnie tam, zazwyczaj z polskimi znajomymi. Wracamy w to miejsce bo dobrze się tam czujemy, miejsce jest ładne i jest co robić. Spacer na plażę, kajakowanie w dół rzeki do oceanu lub w górę do jeziora, a wieczorem ognisko.
Pogoda nie zawsze dopisuje. W tym roku padało chyba więcej niż zazwyczaj, ale pomiędzy opadami trafiły nam się piękne ciepłe i słoneczne godziny w ciągu dnia, akurat w czasie kiedy byliśmy na plaży. Dzieciaki kąpały się w oceanie, także podczas zachodu słońca, no i jeszcze trochę po. Na pole biwakowe wróciliśmy już po ciemku. A zachód słońca był przepiękny.
W okolicy moc krzaków jagód Huckelberry a także grzybów. Zapiekanki z grzybami Chanterelle i serem okazały się przebojem wyjazdu.
Następnego dnia po powrocie zaczęła się szkoła. Za nami pierwszy tydzień i po wakacjach zostało już tylko wspomnienie. I zdjęcia.
czwartek, 3 września 2026
ONP: Irely Lake
Kolejna wycieczka zaczęła się od ponad godzinnej jazdy samochodem, najpierw wokół jeziora Quinault, potem wzdłuż północnej odnogi rzeki Quinault (North Fork Quinault). W pewnym momencie asfalt się skończył i dalej jechałyśmy wyboistą drogą szutrową. Na szczęście było dopiero co po deszczu więc się nie kurzyło. Ruch na drodze minimalny więc mogłam zjeżdżać na lewą stronę żeby ominąć co większe dziury.
Zatrzymałyśmy się na niewielkim parkingu, z którego wychodzi kilka szlaków a w zasadzie jeden podzielony na odcinki według długości trasy. My tego dnia miałyśmy w planach najkrótszy, do jeziorka Irely Lake.
| dystans podany w milach (1 mila = 1.6 km) |
Na tablicy wypisano że dystans wynosi 1.1 mili w jedną stronę (1.77 km) ale aplikacja w telefonie zarejestrowała 4.6 km w obie strony.
Trasa była niezbyt wymagająca, w zasadzie cały czas po płaskim (30 metrów przewyższenia) ale za to szalenie malownicza i soczyście zielona.
Leśna wąska ścieżka prowadziła przez zielony las, czasami po drewnianych pomostach, przez kilka strumyków, częściowo wzdłuż Irely Creek, a na liściach przy ścieżce woda po wczorajszym deszczu która nie zdążyła jeszcze wyparować - tego dnia już nie padało, ale nadal było pochmurno, choć ciepło.
Nie spotkałyśmy nikogo, cały las a potem niewielkie jeziorko miałyśmy wyłącznie dla siebie.
| Irely Lake |
W okolicach jeziorka, tysiące małych żabek a może ropuszek. Ciężko je było dostrzec w poszyciu a bardzo nie chciałyśmy rozdeptać żadnego maleństwa.
Przy ścieżce wypatrzyłam tzw. Ghost Pipe lub Indian Pipe (Monotropa uniflora) - rzadką roślinę pasożytniczą pozbawiona chlorofilu, tradycyjnie stosowaną do wytwarzania nalewek łagodzących ból, zmniejszających lęk i wspierających nerwy. (Może to być spowodowane tym, że roślina zawiera kwas salicylowy i grajanotoksyny.)
sobota, 29 sierpnia 2026
🧶 Żniwa: owsiany Field Sweater
Tu gdzie mieszkam, lato przychodzi wcześniej, pierwsze czereśnie często dojrzewają już pod koniec maja, a kiedy zaczyna się sierpień, w ogródku już jest po malinach, porzeczkach, truskawkach i borówkach ale jeszcze przed winogronami i węgierkami. Owocowa posucha! Z kwiatami też kiepsko, upały skutecznie wymiotły wszelkie kwiecie. Sierpień, trzeci miesiąc bez deszczu, sucho. Moja klimatyczna rzeczywistość nijak ma się do sierpniowego zadania w zabawie u Anetty Nici, Nitki i Niteczki:
Sierpień to pełnia lata, bogactwo kolorów i smaków. To czas hortensji, róż i innych kwiatów... To czas owoców i warzyw... To czas lodów, chłodzących lemoniad i innych letnich przysmaków...W moim sierpniowym ogródku jedynie pomidory i papryka, ale nie natchnęły mnie do żadnego niteczkowego projektu, prozaicznie się nimi po prostu zajadam.
Miałam włóczkę w takim pustynnym piaskowym kolorze. Dostałam ją dawno temu od Splocika (wygrana w konkursie), ale sweterek Lorelei zrobiony wówczas z tej włóczki zrobił się trochę przyciasny, więc sprułam go i zrobiłam letnią bluzeczkę w piaskowym kolorze, z kłosami zboża - jakiego? Nie wiem, nie znam się, raczej nie pszenica, może owies? Natomiast z pewnością gotowe do żęcia! Zatem żniwa, robótkowe!
Włóczkę wykorzystałam do końca, została mi próbka. Gdybym miała jej nieco więcej to bluzka byłaby nieco dłuższa, ale taka długość w sumie bardzo dobrze pasuje do letnich spódnic. Doszłam do wniosku, że ten kolor pasuje mi do tylu spódnic i spodni, że chyba muszę wybrać się na włóczkowe zakupy.
To moja druga wersja Field Sweater, wcześniej zrobiłam sweter z wełny z długim rękawem, teraz skorzystałam z wersji z krótkim rękawem (opis zawiera wersję z długim i krótkim rękawem). Wprowadziłam też kilka modyfikacji jak choćby kształtowanie talii, lewe oczko z boku udające szew, rząd oczek lewych tuż przed dolną plisą. Przyznam, że ta wersja podoba mi się o wiele bardziej i gdyby nie lenistwo, przerobiłabym wcześniejszy fioletowy z uwzględnieniem zmian zastosowanych w tej wersji.
Bluzkę zgłaszam do zabawy u Anetty, ale też i u zabawy Małe Dekoracje 2026 u Splocika z racji ozdobnego karczku. No i przecież nie mogę sobie odmówić zgłoszenia pracy wykonanej z włóczki otrzymanej od organizatorki zabawy!
W maju Splocik zaproponowała:
1. Cytat: "Wszystko, co powoduje przyspieszenie krwi, jest prawdopodobnie warte zrobienia". -Hunter S. Thompson
2. Kolor - malinowy i chabrowy
3. Dowolna praca - dekoracja mała, duża lub element dekoracyjny ze wskazaniem jego przeznaczenia.
niedziela, 23 sierpnia 2026
ONP: Quinault Rain Forest Nature Trail & Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop
Pole biwakowe Willaby usytuowane jest bardzo blisko lokalnej sieci ścieżek, kilka minut na nogach by dojść do punktu wyjścia dwóch najpopularniejszych szlaków nad jeziorem Quinault: Quinault Rain Forest Nature Trail oraz Quinault Loop, Wright's Canyon, & Gatton Creek Loop.
Pierwszy z nich, krótki szlak przyrodniczy Quinault Rain Forest Nature Trail prowadzi przez bujny, pierwotny las deszczowy dobrze utrzymanymi i łatwo dostępnymi ścieżkami. Na turystów i rodziny czekają tu tablice informacyjne przybliżające ekosystem lasu, widoki na potężne, porośnięte mchem daglezje i świerki sitkajskie, kaskady na potoku Willaby Creek oraz malownicze wąwozy porośnięte bujnymi paprociami. Na tym szlaku, który znajduje się poza terenem Parku Narodowego Olympic, można spacerować z psem prowadzonym na smyczy.
Drugi szlak, Quinault Loop, Wright's Canyon, & Gatton Creek Loop to dość długa pętla przez bujny las, często idzie się drewnianymi kładkami a po drodze mija się kilka wodospadów.
Mimo że prognoza pogody nie zachęcała, mimo porannej burzy, postanowiłyśmy jednak wyruszyć na zaplanowaną wycieczkę - połączone oba szlaki. Zanim doszłyśmy do pierwszego szlaku ponownie rozpadało się, zanim zaczęłyśmy drugi szlak, rozpętała się kolejna burza. Postanowiłyśmy iść dalej.
Na szlaku, mimo że lało jak z cebra, było dość sporo ludzi. Deszcz nie przeszkadzał żerować zajączkowi - przy samej ścieżce. Bardziej zdziwiło mnie, że nie uciekł nasz nasz widok.
Po dwóch godzinach, kiedy woda wychlapywała się z Emilkowych butów przy każdym kroku i obie byłyśmy już przemoczone do suchej nitki, doszłyśmy do wniosku, że może jednak wystarczy tej przygody. Skróciłyśmy pętlę, wróciłyśmy na pole biwakowe, przebrałyśmy się w suche rzeczy i pojechałyśmy wysuszyć te mokre do pobliskiej pralni. Trasa z tego dnia zaznaczona jest kolorem żółtym na mapie poniżej.
Innego dnia, przy lepszej pogodzie, wróciłyśmy na szlak by dokończyć trasę - kolor pomarańczowy na mapie.
| Cascade Falls |
| Gatton Creek Falls |
To tego dnia zobaczyłyśmy oba wodospady a także natknęłyśmy się na gniazdo leśnych os, z których jedna mnie użądliła. Może nie trzeba było się zatrzymywać żeby zrobić zdjęcie tylko szybko minąć to miejsce.
Przedramię miałam spuchnięte przez tydzień i jeszcze kilka dni dłużej swędziało. Na szczęście nie mam uczulenia, więc skończyło się tylko na kilkudniowej niedogodności.
Odcinek szlaku wzdłuż potoku Gatton Creek prowadzi ciemnym leśnym tunelem.
Szkoda że nie zrobiłam zdjęcia, bo na tym odcinku kolejne etapy życia lasu były tak fantastycznie wyeksponowane, że chyba właśnie dlatego poprowadzono tamtędy ścieżkę. Obok pnących się w górę pni - te powalone przez czas bądź siły natury, na różnych etapach rozkładu, z nowym życiem wyrastającym na, pod, obok...
Ostatni odcinek trasy prowadził wzdłuż szosy. Mogłyśmy nadłożyć drogi i pójść inną trasą ale tego dnia już mocno bolały nas nogi więc wybrałyśmy najłatwiejszą opcję. Przy drodze rosły piękne hortensje, które podziwiałyśmy ilekroć przejeżdżałyśmy samochodem. Prowadząc, nie mogłam robić zdjęć, ale nadrobiłam idąc na nogach.
Hortensje rosły w przydomowych ogródkach ale też i na odcinkach leśnych wzdłuż drogi, pięknie to wyglądało.



