poniedziałek, 6 lipca 2026

Świąteczny weekend nad jeziorem Clear Lake

Dzień Niepodległości wypadł w tym roku w sobotę więc wolne z tej okazji mieliśmy w piątek - tutaj tak jest, że jeśli święto federalne wypada w sobotę lub niedzielę, to wolny dzień jest dzień wcześniej lub później. W czwartek wzięłam urlop i pojechałyśmy z Emilią na cztery dni pod namiot na pole biwakowe nad jeziorem Clear Lake. 



Nad jeziorem tym bywaliśmy po wielokroć, obeszliśmy je kilka razy, ale jeszcze tam nie biwakowaliśmy. Zdobyć miejsce w tym pięknym więc szalenie popularnym miejscu graniczy z cudem. Kiedy dokonywałam rezerwacji pół roku temu, w wybranym przez mnie terminie były trzy dostępne miejsca. Kiedy tylko cyferki na zegarze zmieniły się z 6:59 na 7:00 rano "wrzuciłam" do koszyka miejsce numer 23 i stał się cud - nikt inny nie uprzedził mnie o nanosekundę, wygrałam, zdobyłam rezerwację na świąteczny lipcowy długi weekend.




Pojechałyśmy same, mama z córką, zabrałyśmy ze sobą kajaki a że pogoda dopisała, sporo czasu spędziłyśmy na wodzie. 



Emilia wskoczyła do lodowatej wody kilkanaście razy, także w miejscu bijących źródeł, gdzie woda jest najzimniejsza. Ja tylko zanurzyłam stopy i zdecydowanie mi wystarczyło.

Cieszyłyśmy oczy widokami, obserwowałyśmy ptaki a od czasu do czasu wyskakujące ponad taflę wody ryby.






Najwięcej radości sprawiły nam roje motyli, które upodobały sobie kolorowy ręcznik Emilii, uszczęśliwiając właścicielkę.



Jezioro także obeszłyśmy na nogach. Emilia ciekawa była czy pobijemy czas sprzed trzech lat. Nie było z tym najmniejszego problemu, nawet nie spiesząc się zbytnio.





A wieczorem zajadałyśmy się kiełbasą pieczoną nad ogniem, siedziałyśmy przy ognisku aż gwiazdy zajaśniały na niebie.




Pomiędzy tym wszystkim udało nam się poleżeć w hamaku, ja rano, czytając i popijając kawę, Emilia w ciągu dnia. Ja zasypiałam wcześnie, Emilia długo czytała w namiocie przy latarce. 

W piątek zdobyłyśmy Crescent Mountain, ale o tej wyprawie będzie innym razem.

I tak minęły nam cztery dni, w pięknym miejscu, przy fantastycznej pogodzie, żal było wyjeżdżać, ciężko było wrócić do codzienności.


jedyne źródło wody pitnej na biwaku

powrót


niedziela, 28 czerwca 2026

Marys Peak

Na początku czerwca wybrałyśmy się na wycieczkę na szczyt Marys Peak - najwyższy punkt w paśmie Przybrzeżnym o wysokości 1250 m. (Góry Nadbrzeżne to pasmo górskie w zachodniej części stanu Oregon, biegnące równolegle do wybrzeża Oceanu Spokojnego). 



Wybierałam się tam już od dawna a wyglądało to jak w tym wierszu o sójce co się za morze wybierała, zawsze coś stawało na przeszkodzie, przeważnie równie poważnego, jak powody dla których wierszykowa sójka odkładała swoją podróż.

I w ten weekend znalazł się dobry powód, żeby nie jechać. Nocowały u nas dwie koleżanki Emilii, Karina i Stella, więc wiele tego spania nie było. Kiedy obudziłam się o 2:35, w drodze do łazienki zobaczyłam światło w szparze pod drzwiami pokoju Emilii. Myślałam, że dziewczyny zasnęły z zaświeconą lampką, ale kiedy wracając do sypialni chciałam tę lampkę wyłączyć, światło zgasło - czyli panienki nie spały. 
Wstały około 10 rano, widać było, że mocno niewyspane, ale kiedy zapytałam czy chcą ze mną jechać, stwierdziły że tak. Oj powoli im szło to poranne zbieranie się i wyjechałyśmy dopiero około pierwszej po południu a na miejsce jedzie się nieco ponad godzinę.



W pogodne dni ze szczytu Marys Peak można zobaczyć Ocean Spokojny na zachodzie i Góry Kaskadowe (w tym Mt. Rainier i Mt. Hood) na wschodzie przez Dolinę Willamette ale tamta niedziela nie była pogodna. Niska temperatura dobra jednak była dla wędrowania pod górę, aplikacja w telefonie zarejestrowała 466 metrów zdobytej wysokości.


Na szczycie dziewczyny zaległy na łące a po chwili Emilia zasnęła. Pozwoliłam jej trochę pospać ale po pewnym czasie zrobiło mi się zimno - szczyty górskie mają to do siebie, że hula na nich wiatr, a słonko schowane było za grubą warstwą chmur i nie miało jak nas ogrzać. Z niemałym trudem udało mi się dobudzić dziecko i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Zmieniłyśmy nieco trasę i natknęłyśmy się na parking, położony dużo wyżej niż ten, z którego wyruszyłyśmy, raptem 20 minut od szczytu. Pełnym wyrzutu głosem dziecko zapytało, dlaczego nie przyjechałyśmy na ten parking.



Pokonałyśmy nieco ponad 10 kilometrów w trzy godziny. Tym razem obyło się bez zakwasów - najwyraźniej wspinanie się na nawet niezbyt wysoką górkę dwa razy w tygodniu sprawdza się. 

Poniżej kilka zdjęć zrobionych na szlaku.






poniedziałek, 22 czerwca 2026

14

W zeszłym tygodniu Emilia skończyła 14 lat. 




Z tej okazji pojechałyśmy na urodzinowe wakacje. Krzysio załapał się na płatny staż na kampusie i nie mógł pojechać z nami więc zabrałyśmy ze sobą dwie bardzo bliskie koleżanki, Karinę i Stellę.

Ponieważ był to wyjazd urodzinowy, nie spałyśmy pod namiotem ale w prawdziwym hotelu, w pokoju z balkonem i widokiem na rzekę Columbia River. 




Celem naszych mini wakacji był Columbia Gorge czyli Kanion Rzeki Kolumbia - głęboki kanion wydrążony przez rzekę Kolumbię, stanowiący naturalną granicę między stanami Oregon (południe) i Waszyngton (północ).

Wyjechałyśmy dzień przed urodzinami, ale zabrałyśmy ze sobą tort urodzinowy z naszej ulubionej lokalnej cukierni - Tiramisu, na życzenie jubilatki.


po lewej stronie mostu stan Oregon, po prawej stronie stan Waszyngton


Emilia obudziła się w dniu bardzo wcześnie, jeszcze przed piątą rano - to pewnie z nadmiaru emocji. Na szczęście brat jest w strefie czasowej o trzy godziny przed nami, więc zajął siostrę rozmową i dzięki temu udało mi się dospać do siódmej. 

Po śniadaniu poszłyśmy na szlak który sobie Emilia wybrała (a który i tak był na mojej liście). Dopiero pod wieczór udało nam się dotrzeć z tortem i świeczkami to parku, nad rzeką, więc wiało i ciągle zdmuchiwało świeczki, ale wytrwałości nam nie zabrakło. Tort był pyszny.

Wyjazd bardzo nam się udał. Emilia była przeszczęśliwa, koleżanki też bardzo zadowolone. 




środa, 17 czerwca 2026

Z gimnazjum do liceum

Kolejny rok szkolny za nami. W zeszłym tygodniu Emilia ukończyła naukę w gimnazjum, we wrześniu zaczyna liceum.

W środę wieczorem odbyła się uroczysta promocja. Oficjalna część w auli liceum, które mieści się tuż obok. Krótkie przemówienie dyrektora, tego samego co za czasów Krzyśka, jeszcze krótszy występ szkolnego chóru, kilka słów od wice-dyrektora i wręczenie dyplomów ukończenia nauki w gimnazjum. Wcześniej tego dnia mieli próbę, więc poszło bardzo sprawnie. 



Po części oficjalnej, na dziedzińcu liceum, niekończące się sesje fotograficzne. Hitem okazały się zdjęcia robione polaroidem, na szczęście mama jednej z koleżanek hojnie obdarowała fotkami przyjaciółki swojej pociechy.




Potem spacerkiem przemieściliśmy się do gimnazjum, gdzie miała miejsce część mniej oficjalna, czyli szkolne przyjęcie - hot dogi, czipsy, lody.

Na podwieszonym ekranie cały czas leciała prezentacja slajdów tegorocznych absolwentów z minionych trzech lat, z naciskiem na te najwcześniejsze, po których najbardziej widać jak młodzież się w tym czasie zmieniła,  wyrosła, wydoroślała.



Na ścianach rozwieszone były plakaty wykonane przez ósmoklasistów wiosną tego roku, na temat wymarzonego zawodu z zaletami i wadami. 




Pani od języka angielskiego zebrała w formie książki wiersze, które uczniowie pisali na zajęciach. Książki zostały dostarczone z drukarni tego dnia, na kilka godzin przed uroczystością i jeszcze takie "ciepłe" zostały wręczone uczniom.

Rozmowy, wzruszenia, ostatnie zdjęcia, i Emilia opuściła budynek gimnazjum po raz ostatni.




piątek, 12 czerwca 2026

Memorial Weekend 2026: Park w Yachats i nowe buty do wędrowania

Ostatniego dnia długiego weekendu należało się wymeldować z kwatery do 10 rano. Pakowanie poszło nam sprawnie ale śniadanie już nie było tak wspaniałe jak dnia poprzedniego - trochę nam się spieszyło. 

Prognoza pogody przewidywała tego dnia deszcz ale miałam nadzieję, że uda nam się co nieco zobaczyć zanim się rozpada. 

Najpierw obejrzałyśmy sobie park w Yachats. Bardzo ładny, ze wspaniałymi drzewami fantastycznie nadającymi się do wspinaczki oraz z placem zabaw. 

O tak wczesnej porze poza nami nie było tam nikogo.









Mimo, że nastolatki, zaliczyły każdą huśtawkę, drabinkę, i konstrukcję na którą dało się wspięć. Park i plac zabaw bardzo nam się spodobały, ale dziewczyny miały obiecane lody więc nie było problemu z opuszczeniem parku.

Po lodach podjechałyśmy w to samo miejsce, z którego wyruszyłyśmy na szlak dzień wcześniej. Chciałam Emilii pokazać Giant Sitka Spruce - 550-letni świerk, który widziała mając rok i którego zdecydowanie nie pamięta.

Zanim ruszyłyśmy na krótki szlak, wstąpiłyśmy do centrum dla turystów aby obejrzeć ekspozycje i pamiątki. Na stoliku były tematyczne kolorowanki i kredki i dziewczyny zabrały się za kolorowanie. Obejrzałam ekspozycje, a kiedy usiadłam w fotelu by zaczekać aż dziewczyny skończą kolorowanie, za oknem lało już jak z cebra, żaden kapuśniaczek czy mżawka a oberwanie chmury na całego. Do wiekowego świerka wybierzemy się kiedy indziej, tego dnia po prostu wróciłyśmy do domu.

Jak już pisałam poprzednio, wycieczka dzień wcześniej dała mi popalić. Na jaw wyszły dwa problemy: kiepska forma fizyczna i nieodpowiednie buty. 

Jeszcze tego samego dnia wieczorem zrobiłam coś czego nigdy nie robię - w pięć minut wybrałam i zamówiłam nowe buty. Od jakiegoś czasu chodzę w butach ortopedycznych z powodu neuralgii Mortona ale traperki miałam jeszcze z czasów przed diagnozą, z dość dobrze wyprofilowanymi wkładkami i do tej pory nie nie miałam problemów nawet na dość długich trasach. Ponieważ ortopedyczne buty kupuję jednej marki w tym samym sklepie internetowym, wiedziałam jaki rozmiar zamówić i nie rozwodziłam się za bardzo nad stylem, po prostu zamówiłam te, które akurat były w 35% przecenie.

W kwestii kiepskiej formy, mimo codziennej gimnastyki, postanowiłam dwa razy w tygodniu wybierać się na jakąś pobliską górkę. W dzień powszedni, po pracy, z racji ograniczeń czasowych, na najbliższą, może nie najwyższą, ale za to dojazd zajmuje mi 10 minut. W weekend nieco dalej i wyżej. Jak narazie trzymam się planu dość dobrze choć w tym tygodniu za dużo się działo i nie udało się w dzień powszedni.

Pierwszy trening w terenie zaliczyłam jeszcze w zwykłych butach sportowych, ale nowe buty dotarły w ciągu tygodnia, w sobotę o 10 rano więc szybko uwinęłam się z tym co miałam tego dnia do zrobienia i pojechałam na pobliską górkę aby przetestować nowe buty. 




A tak w ogóle to okazało się, że przez przypadek wybrałam buty w takim samym kolorze co posiadana od kilku lat torba-nerka, więc mam komplet.




Nowe buty spisują się dobrze, stopy nie bolą, a buty już nie rażą swą nowością bo miały okazję nieco przybrudzić się i zakurzyć podczas kilku wypraw, w tym na najwyższe wzniesienie w pasie przybrzeżnym, o czym będzie innym razem.




piątek, 5 czerwca 2026

Memorial Weekend 2026: Cooks Ridge and Gwynn Creek Trail

Drugiego dnia długiego weekendu obudziłam dziewczyny około dziewiątej rano. Trochę potrwało zanim rozbudziły się na tyle, żeby wygrzebać się z łóżka, ale kiedy to już nastąpiło, przygotowały pyszne śniadanko. 



Ja wprawdzie zjadłam dużo wcześniej ale nie odmówiłam sobie na deser gofra z truskawkami polanego słodkim skondensowanym mlekiem.

Po śniadaniu wyruszyłyśmy na wycieczkę. 10 minut jazdy i zaparkowałam u podnóża Cape Perpetua na dość sporym parkingu, z którego zaczyna się kilka tras. Na ten dzień miałam zaplanowany szlak Cooks Ridge and Gwynn Creek Trail, na który miałam ochotę już od dawna. 




Według opisu pokonanie trasy zajmuje przeważnie 3-4 godziny a ponieważ z domu jedzie się tam przynajmniej 1.5 godziny a nastolatki nie bardzo chcą wstawać rano w wolne od szkoły dni, musiałam sobie zaplanować nocowanie w pobliżu albo samotną wycieczkę. Sama zawsze mogę się tam wybrać ale póki dziecko chce ze mną wędrować, korzystam z okazji. 

W długi weekend spodziewałam się zagęszczenia na szlaku, zwłaszcza w turystycznej okolicy ale moje przewidywania nie sprawdziły się. Dopiero w trzeciej godzinie minęliśmy grupę maszerującą w przeciwnym kierunku a pod sam koniec, jeszcze jedną parę. I to tyle, w sumie 6 osób przez ponad trzy godziny na trasie liczącej 11 kilometrów.


Ścieżka prowadzi przez piękny las, najpierw północną stroną grzbietu górskiego - nieco zacienioną, tajemniczą, a w drodze powrotnej, stroną południową - nasłonecznioną, rozświetloną, poprzecinaną licznymi strumykami. Las co i rusz nieco inny, cały czas jednakowo piękny.








Ostatni odcinek trasy prowadzi wzdłuż linii oceanu, ale niestety tuż ponad szosą krajową US-101 i słychać ruch samochodowy. Ale za to można podziwiać widoki o ile pogoda pozwoli. 




Kiedy dotarłyśmy do tego punktu akurat się zachmurzyło i strasznie wiało więc nie zatrzymywałyśmy się, a że nogi już nas bardzo bolały, gnałyśmy jak nam obolałe stopy pozwalały do samochodu.

11 kilometrów pokonałyśmy w 3 godziny i 15 minut ale przyznam, dała nam ta trasa popalić. Nie tylko ja byłam obolała (i to przez kilka dni), trzynastoletnie Emilia i Karina też. Po powrocie na kwaterę padłyśmy na łóżka bez sił i nawet jeść nam się za bardzo nie chciało.

Po godzinie, kiedy ja już nieco doszłam do siebie, wyciągnęłam dziewczyny spod koców na pobliską plażę, do której miałyśmy 10 minut na nogach. Pogoda była cudowna, słoneczna, ciepło, co nie zdarza się za często na oregońskim wybrzeżu. Najpierw jeszcze nieco osowiałe, im bliżej wody, tym więcej energii przejawiały dziewczyny, a kiedy doszłyśmy na plażę tylko ja zaległam na kocu z książką. Dziewczyny nie usiadły ani na chwilę i znowu przegnały nas dopiero przypływ i głód (bardziej przypływ niż głód).



Ponieważ Emilia wskoczyła do wody, zanim poszłyśmy na obiadokolację wzięła jeszcze prysznic. Trochę nam więc zeszło i w końcu nie mogłyśmy za długo delektować się posiłkiem o ile chciałyśmy zdążyć na zachód słońca. A szkoda, bo akurat tego dnia mieli wieczór karaoke i wprawdzie żadna z nas nie miała ochoty występować to jednak miło słuchało się popisów innych, całkiem nieźle śpiewali.

Zachód słońca był taki sobie, a raczej go nie było z powodu pasma chmur tuż nad samym horyzontem. 




Dzień wcześniej można było podziwiać słońce znikające na horyzoncie ale dziewczynom nie chciało się wychodzić z pokoju i stwierdziły, że obejrzymy zachód słońca "jutro". Może zapamiętają, że w kontekście zachodów słońca jutra może czasem nie być.




Przewiało nas straszliwie, kilka godzin wcześnie biegałyśmy po plaży w krótkich spodenkach, a wieczorem żałowałam, że nie mam zimowej kurtki, czapki, szalika i rękawiczek. Miałyśmy tylko jeden koc, którym osłaniałyśmy się od wiatru.

Mimo to był to wspaniały, pełen wrażeń, bardzo dobrze spędzony dzień, najbardziej udany podczas tego wyjazdu. Wprawdzie okazało się, że moje schodzone kilkuletnie buty wycieczkowe, które przeprowadziły mnie przez tyle kilometrów po szlakach w Oregonie, Waszyngtonie i Kalifornii, muszą odejść na emeryturę ponieważ nie daję rady już w nich chodzić, ale za to nowe, ortopedyczne buty dotarły w ciągu tygodnia i już je nawet wypróbowałam. Dwukrotnie.