czwartek, 21 czerwca 2018

Czerwcowy popis

W sobotę 16 czerwca odbył się popis, w którym wzięli udział prawie wszyscy uczniowie pani Megumi, Emilkowej nauczycielki gry na pianinie. Koncert miał symbolicznie zakończyć rok szkolny choć większość z uczniów nie przerywa nauki gry na instrumencie na czas letnich wakacji. Ale co jakiś czas trzeba przecież zaprezentować szerszej publiczności jakie się zrobiło postępy.

Emilia zagrała cztery utwory. Pierwszy "When the Saints Go Marching In" to utwór rozpoczynający nowy podręcznik.



Ta dość znana pieśń sprawiła Emilii sporo trudności, mimo że jest to utwór powtórkowy, obejmujący chyba wszystkie elementy ćwiczone w poprzedzającym podręczniku. Ćwiczyło to moje dziecko i ćwiczyło, aż w końcu załapało i na koncercie zagrało bez błędów choć słychać lekkie wahanie tu i ówdzie.

Kolejne nagranie obejmuje dwie krótkie piosenki, które Emilia lubi sobie śpiewać, "Skip to My Lou" i "Leftover Popcorn":



Emilia bardzo lubi zwłaszcza tę drugą.

A na koniec zagrała "Kołysankę" Brahmsa w aranżacji Nancy Faber (autorki podręcznika.)



I w przypadku tego utworu słychać, że jeszcze trzeba by więcej poćwiczyć.

Kiedy już wszyscy zagrali co mieli zagrać, był czas na wspólne zdjęcia oraz słodkie przekąski. A następnego dnia - powrót do codzienności czyli do ćwiczenia gry na pianinie. Przy Emilii i ja staram się nauczyć brzdąkać przerabiając ten sam materiał co moja córka. Z przykrością jednak zauważyłam, że moje palce są dużo sztywniejsze i nie śmigają po klawiszach z taką łatwością jak paluszki Emilii.


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Szóste urodziny Emilii

Dzisiaj Emilia skończyła sześć lat.

Swoje szóste urodziny Emilia obchodziła dwa razy. Pierwszy raz świętowaliśmy w piątek w gronie polskich znajomych.

Tort Nr 1 na szóste urodziny Emilii

Było ciepło, ale nie gorąco - co odważniejsze dzieciaki wskoczyły jednak do basenu z lodowatą (moim zdaniem) wodą. Potem i tak wszystkie były mokre bo wywiązała się bitwa na wodne pistolety, w której przeciwnikiem był każdy, kto dzierżył w dłoniach broń, a walki rozgorzały tak nagle, że nikt nie pomyślał, żeby przebrać się w stroje kąpielowe. Nawet niektórzy dorośli włączyli się do zabawy. A potem dzieciaki poowijały się w ręczniki a ubrania powędrowały do suszarki.

Niezaangażowani dorośli obserwowali rozgrywki z tarasu. Dodatkową atrakcję zapewniły nasze kolibry, które też wpadły na imprezę, tyle że wzgardziły tym co na stole i ucztowały na rabatkach.


W tym roku czereśnie dojrzały akurat na urodziny Emilii, więc goście częstowali się prosto z drzew. A ponieważ te najczerwieńsze owoce były zbyt wysoko by je dosięgnąć nawet z drabiny, kolega przyciął czubki drzew i już można było łasuchować na poziomie trawnika.


Dzisiaj rano, w dniu urodzin, zaraz po przebudzeniu Solenizantka dostała prezent:


A w południe zdmuchnęła świeczki na drugim torcie, w obecności sąsiadów i ich wnuczek.

Tort Nr 2 na szóste urodziny Emilii

Zaraz potem dziewczynki wskoczyły do basenu.

A wieczorem Emilia miała pierwszą lekcję pływania w starszej grupie wiekowej 6-12 lat. Akurat w dniu jej urodziny rozpoczęła się kolejna cztero-tygodniowa sesja. Jest najmniejsza w grupie "Building Endurance," ale radzi sobie nie gorzej niż starsze od niej dzieci.

niedziela, 17 czerwca 2018

Basen na lato

Wakacje się zaczęły, basen już stoi w ogródku i czeka na odpowiednią temperaturę. Pogoda do tej pory nie była wakacyjna, ale od dzisiaj ma się to zmienić. Dzieci starały się mnie przekonać, że jest ciepło ilekroć słońce wyjrzało zza chmur.


Nawet jeśli termometr wskazywał 17-20 st C . . .
Ja wolę wodę ciepłą, więc w basenie zanurzałam do tej pory jedynie koniuszki palców - u rąk!

Dzieci też raczej pływały na dmuchanych zabawkach unikając całkowitego zanurzenia, chyba, że któreś do wody wpadło.

czwartek, 14 czerwca 2018

Koniec roku szkolnego

Koniec roku szkolnego właśnie nastąpił. Dzisiaj w południe dzieci opuściły mury szkół po raz ostatni przed wakacjami - wrócą do nich dopiero we wrześniu.

Kilka ostatnich dni spędziły na zorganizowanej przez szkołę zabawie, a wczoraj popołudniu u Emilii w szkole odbył się dodatkowo pożegnalny piknik, na który wybrał się z nami także i Krzyś. Jak łatwo było przewidzieć, spotkał tam kolegów i koleżanki zarówno z byłej jak i z obecnej szkoły - sporo z nich ma młodsze rodzeństwo i też się dołączyło do wspólnego piknikowania.

Na zakończenie jakże udanego pierwszego roku edukacji młodszej pociechy przygotowałam dla dwóch ulubionych pań kartki:



Na odwrocie Emilia własnoręcznie wypisała podziękowania.

Ponieważ Emilia chodzi spać dość późno (ok. 9 wieczorem), nie dane mi było popracować nad kartkami w ciszy i spokoju, nie obeszło się bez dość aktywnego udziału w pracach córki. Niestety skończyło się na łzach, bo jej kartki nie wychodziły tak ładnie jak moje. Usiłowałam jej wytłumaczyć, że moje pierwsze kartki też nie były ładne, ale ciężko jej było przełknąć tę lekcję. Na szczęście następnego dnia rano po łzach i rozżaleniu nie pozostało nawet wspomnienie.

Emilii trochę żal, że szkoła się już skończyła, Krzyś zaskoczony, że ten rok tak szybko zleciał. Oboje nie opuścili w tym roku szkolnym ani jednego dnia nauki - za co otrzymali stosowne dyplomy. Krzyś dodatkowo otrzymał dyplom za wyniki w nauce. Miło zaczynają się nam wakacje!

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Cascade Honor Society & Band Pops Concert

Koniec roku szkolnego zbliża się szybko, a te ostatnie dni obfitują w wydarzenia podsumowujące minione miesiące a co za tym idzie, w uroczystości osiągnięcia te prezentujące i celebrujące.

W czwartek wybraliśmy się na uroczystość zorganizowaną przez szkolne stowarzyszenie Cascade Honor Society, na której pożegnano członków stowarzyszenia opuszczających mury szkoły, a także przyjęto w poczet stowarzyszenia nowych członków - między innymi mojego syna.

Nie każdy uczeń szkoły może zostać członkiem stowarzyszenia. Członkostwo w nim to spore wyróżnienie, na które trzeba zapracować, przede wszystkim wynikami w nauce, ale także nienagannym zachowaniem i ogólnie szlachetną postawą w szkole.


Zaszczytu dostąpiło dwudziestu szóstoklasistów, czyli około 15% uczniów klas szóstych w szkole, do której chodzi Krzyś. Wszyscy bardzo dobrze się uczą oraz są grzecznymi, uprzejmymi i życzliwymi dzieciakami. Bardzo się ucieszyłam, kiedy okazało się, że razem z Krzysiem, do stowarzyszenia wstępuje kilku jego dobrych  kolegów - z jednym grał w koszykówkę, z drugim w piłkę nożną, a z trzecim chodził do szkoły podstawowej i od trzech lat razem biorą udział w zawodach lekkoatletycznych.

Były przemówienia (na szczęście bardzo krótkie), wręczenie dyplomów, wyróżnień i zaświadczeń, do których dołączono piękne czerwone róże, a na koniec - ogromny tort.

Kilka dni wcześniej, w poniedziałek, też mieliśmy zagospodarowane popołudnie przez imprezę szkolną - ostatni wprzed wakacjami koncert orkiestry szkolnej. Obecność muzyków była obowiązkowa, w znacznym stopniu wpływając na ocenę końcową z muzyki.

Szóstoklasiści zagrali melodie z filmu "Harry Potter" oraz melodię "African Noel."







Od ponad dwóch miesięcy Krzyś nie ćwiczy w domu, i nie miałam pojęcia czego oczekiwać. W ogóle moje dziecko ostatnio oznajmiło, że w przyszłym roku chce grać na saksofonie. Ma zamiar wypożyczyć na wakacje instrument ze szkoły i samodzielnie uczyć się gry, by w nowym roku szkolnym móc zmienić instrument z fletu na saksofon. Zobaczymy co z tych zamiarów zostanie zrealizowane . . .

sobota, 9 czerwca 2018

Latarnia Cape Arago Light

Latarnia morska Cape Arago Light położna jest na wyspie w pobliżu Charleston, i z racji swej lokalizacji od początku narażona była na destrukcyjne działania żywiołów. 


Obecna latarnia to już trzecia - pierwszą postawiono w roku 1866, kolejną w 1909, a ostatnią w 1934 roku. Ta ostatnia została zautomatyzowana w roku 1966. 1 stycznia 2006 latarnię zaprzestano użytkować. Kilka lat później zimowe sztormy zerwały kładkę łączącą wyspę, na której stoi latarnia, ze stałym lądem. Nawet przed tym zdarzeniem latarni nie można było zwiedzać. Można ją jedynie podziwiać z oddali.


Żaden z budynków gospodarczych nie dotrwał do naszych czasów.

czwartek, 7 czerwca 2018

111111

Kilka dni temu udało mi się złapać stan licznika:


Zazwyczaj takie ciekawe ustawienia cyferek zdarzają się podczas jazdy, kiedy to nie należy zabawiać się w fotografa i lepiej koncentrować się na prowadzeniu pojazdu. Skoro jedyneczki tak ładnie zaprezentowały się w garażu, nie mogłam tego zlekceważyć i nie uwiecznić!


poniedziałek, 4 czerwca 2018

Norton Gulch

Na sobotę, podczas naszego "piłkarskiego" wyjazdu do Coos Bay, zaplanowałam wycieczkę do przylądka Cape Arago. Po drodze zatrzymywaliśmy się w ciekawych miejscach a pierwszym z nich był kanion-zatoka Norton Gulch. Zostawiliśmy samochód na parkingu i ruszyliśmy szlakiem na prawo. Początkowo ścieżka prowadziła górą, częściowo wzdłuż drogi, częściowo dochodząc dość blisko urwiska i już od samego początku było co podziwiać:





Potem zeszliśmy w dół, do samej zatoczki wewnątrz utworzonego przez korozję kanionu.


Sama końcówka ścieżki prowadzi przez mostek przerzucony nad strumykiem malowniczo wpadającym do małego oczka wodnego obrośniętego roślinami. Urok tego miejsca można w pełni docenić spoglądając za siebie już będąc na samym dole:


Trafiliśmy akurat na odpływ.


Idąc w stronę oceanu umykały nam spod nóg małe kraby, kolorem nie różniące się od mokrych kamieni. Dostrzec je można było jedynie dzięki ruchowi.


Nie miałam ochoty przedzierać się do samego końca zatoki po ogromnych mokrych głazach. Zatrzymałam się w miejscu, z którego można było dostrzec ocean za skalnym rumowiskiem.


Krzyś poszedł dalej, zerknął za ogromną pionową ścianę nachyloną pod kątem 45 stopni, zdał nam relację z tego co ujrzał a potem zaczął wspinać się na skałę - jak to Krzyś.


Dzieciom podobało się niesamowicie w tym miejscu - tyle skał do powspinania się, tyle pięknych kamieni do kolekcji, tyle krabów, wodorostów a nawet para dzikich gęsi! Gdybyśmy zostali tam na resztę dnia - zapewne ani Krzyś ani Emilia nie narzekaliby. Ale udało mi się ich namówić na odwrót perspektywą zbadania innych, równie ciekawych miejsc. Co ciekawe, tym razem Emilia w ogóle nie marudziła, nawet kiedy trzeba było wspiąć się te kilkanaście metrów pod górę w drodze na parking.


piątek, 1 czerwca 2018

Edgewater Inn (Coos Bay, OR)

Nieczęsto nocujemy w hotelach, ale kiedy już się to zdarza, musi to być hotel z basenem. Basen to zawsze ogromna atrakcja dla dzieci a dla mnie gwarancja mile spędzonego czasu w wypadku niesprzyjającej pogody. Nawet jeśli pogoda jest piękna, dobrze jest pozwolić dzieciom pozbyć się nadmiaru energii samemu odpoczywając na plażowym leżaku.

W okolicy North Bend, gdzie miały się odbyć oba mecze drużyny Krzysia, tylko dwa hotele spełniały podstawowe kryterium czyli miały basen. Pooglądałam sobie zdjęcia w internecie, poczytałam opinie, spojrzałam na mapę i wybrałam Edgewater Inn w Coos Bay. Hotel może i mniej szpanersko umeblowany niż ten drugi, ale za to położony nad rzeką. Można sobie było nawet zarezerwować pokój z widokiem na rzekę:

Edgewater Inn - widok z pokoju hotelowego.

Kiedy okazało się, że mamy pokój na parterze a nie na piętrze, początkowo dzieci kręciły nosem niezadowolone - oczekiwały, że na tę rzekę będą sobie spoglądać z wysokości balkonu. Ale kiedy okazało się, że pokój ma drzwi balkonowe, przez które można swobodnie wyjść na zieloną trawkę za hotelem, a na dodatek tuż obok jest pomost ze stołem piknikowym, nastąpiła natychmiastowa poprawa nastroju.

za hotelem

Dobrze utrzymany, gęsty i soczyście zielony trawnik odgradza od rzeki żywopłot, który skutecznie uniemożliwia zbliżenie się do brzegu na zbyt bliską i tym samym niebezpieczną odległość. Dzieci biegały sobie za hotelem a ponieważ po drugiej stronie rzeki nie ma żadnego przemysłu a hotel odgradza ten zakątek od bardziej hałaśliwej drugiej strony, przebywając w pokoju cały czas słyszałam bawiące się dzieci. Przyznam, że ucieszyło mnie to rozwiązanie, nie ograniczające dostępu do świeżego powietrza moim pociechom i nie wiążące ich w czterech hotelowych ścianach a przy tym samym nie wymagające mojego nieustannego nadzoru. Mogłam sobie spokojnie rozpakować walizkę a następnego dnia rano zrobić kanapki na zaplanowaną wycieczkę a dzieci hasały zadowolone.

Kiedy już się wybiegały, a po ponad godzinie spędzonej w samochodzie było im tego trzeba, przekąsiliśmy co nieco i, mimo późnej pory, udaliśmy się na basen. Emilia zdrzemnęła się wcześniej podczas jazdy, oczywiste więc było, że pójdzie spać dużo później niż zwykle.

basen w hotelu

Basen wyglądał tak samo ładnie jak na zdjęciach w internecie, a do tego poza nami innych amatorów wieczornego pluskania się nie było - cały basen mieliśmy wyłącznie dla siebie. Co ważne, woda w nim była ciepła - dzieci spędziły w wodzie ponad 90 minut i nie zmarzły a zdarzało się w przeszłości, że po krótszym czasie trzęsły się zsiniałe z zimna.


Ja wyłożyłam się na wymoszczonym gąbką plażowym łóżku i zajęłam obserwowaniem zabawy dzieci, potem kontemplacją widoku za oknem, a na koniec lekturą.

widok za oknem hotelowego basenu

Półtorej godziny potrzebowały dzieci by nasycić potrzebę zabawy w wodzie. Podekscytowane wyjazdem i perspektywą nocowania w hotelu, długo nie mogły zasnąć, nie pomógł nawet  basen.

Następnego dnia wieczorem powtórzyliśmy wizytę na basenie. Ponownie byliśmy sami przez ponad półtorej godziny - taki luksus jeszcze się nam nie trafił!

wtorek, 29 maja 2018

Maj z lekkoatletyką i wzywaniem czytelniczym

Doroczne wiosenne treningi i zawody lekkoatletyczne zaczęły się już w kwietniu, ale dopiero w maju odbyły się zawody.


Jak w ubiegłym roku, wraz z tymi samymi kolegami, Krzyś pobiegł w sztafecie 4x100 metrów, ale w tym roku chłopcy zajęli trzecie miejsce. Na drugi mityng nie zjawiło się dwóch a trzeci kolega skręcił nogę w kostce i Krzyś pobiegł z chłopakami, z którymi wcześniej nie trenował - z marnym wynikiem.

W obu mityngach mój syn postawił na długie dystanse: najpierw 800 metrów (drugie miejsce), a potem 1500 metrów (trzecie miejsce). Po tak sporym wysiłku kiepsko wypadł na 100 metrów - miał niecałe pół godziny żeby zebrać siły. Ale za to na obu mityngach spotkał kolegów z koszykówki i piłki nożnej, którzy chodzą do innych szkół niż On, odświeżył więc nieco znajomości.
A chłopcy Ci fantastycznie dopingowali mojego syna na finiszu tych długich dystansów - by po chwili zmierzyć się z nim na krótkim dystansie.


Bardzo podoba mi się atmosfera panująca na tych międzyszkolnych zawodach lekkoatletycznych - właśnie to entuzjastyczne dopingowanie niezależne od przynależności drużynowo-szkolnej. Zero wrogości czy niechęci, a rywalizacja - jedynie na bieżni i to ograniczona do czasu trwania wyścigu.


Ale nie samym bieganiem starsze dziecię moje żyje. Maj przyniósł także read-a-thon, czyli wyzwanie czytelnicze połączone z kwestą na rzecz szkoły.
Podczas dwu tygodni trwania wyzwania gimnazjaliści zobowiązali się czytać przynajmniej 150 minut. A sponsorzy mogli wspomóc szkołę określoną z góry kwotą bądź kwotą uzależnioną od przeczytanych minut. Krzyś przeczytał przez te dwa tygodnie 750 minut - jak sam stwierdził, nie za wiele jak na jego możliwości.

niedziela, 27 maja 2018

Snowy Plover

Snowy Plover, to gatunek sieweczek, który wybrał sobie oregońskie wybrzeże na swój dom.

Snowy Plover

Od 15 marca do 15 września trwa okres ochronny, kiedy to wyznaczone plaże należą głównie do sieweczek a psom i pojazdom zmotoryzowanym zabrania się na te plaże wstępu. (Nam się udało - akurat na tym odcinku ograniczenia wstępu nie obowiązywały, więc puszczając latawca nie złamaliśmy prawa.)

Snowy Plover

Ludziom wolno przebywać jedynie na twardym mokrym piasku i nawet latawców ani dronów nie wolno w tych miejscach puszczać. A to dlatego, że Snowy Plover jest pod ochroną. By rozmnażać się, potrzebuje obszernych suchych piaszczystych terenów, a tych ubywa z powodu traw przywiezionych ponad 100 lat temu z Europy i nasadzonych na wydmach by zatrzymać ich rozprzestrzenianie się. Jak często bywa z gatunkami przyniesionymi z odległych terenów, gatunek świetnie się przyjął, rozprzestrzenił straszliwie i spowodował więcej szkód niż dał pożytku. Między innymi drastycznie ograniczył tereny lęgowe sieweczek.

Kiedy moje dzieci bawiły się, ja obserwowałam sieweczki w trakcie łapania obiadu.

Snowy Plover

Wraz z cofającą się falą biegły za uciekającą wodą wyłapując niewidoczne dla mnie żyjątka. Powracająca fala wymuszała zsynchronizowany odwrót całego posilającego się stada.

Snowy Plover

I tak w kółko, truchcik w stronę oceanu, ucieczka w stronę lądu.
Wszystkie równocześnie, jak na komendę. Fascynujący widok!

Co jakiś czas coś je przestraszyło i wówczas całe stado zrywało się do lotu i przenosiło nieco w bok, ale na tyle blisko, by nadal były w zasięgu mojego wzroku.

Snowy Plover

Nie wiem czego się mogły przestraszyć, raczej nie nas, bo byliśmy za daleko i nie wykonywaliśmy gwałtownych ruchów. Mewy także nie stanowią zagrożenia dla sieweczek.

mewy

Płochliwe ptaszęta przelatywały tuż przede mną, w tak ogromnej liczbie, że zanim mnie minęły zdążyłam złapać aparat, włączyć go i zrobić kilka zdjęć.


czwartek, 24 maja 2018

Jog-a-thon 2018, lekcje pływania i czytanie po polsku

Z początkiem maja Emilia wróciła na pływalnię i kończy powoli ostatni etap nauki pływania w grupie wiekowej 3-5 lat. Dobrze, że niebawem kończy 6 lat, więc będę ją mogła zapisać na bardziej zaawansowane zajęcia bo wyraźnie odstaje od reszty grupy ze swoimi umiejętnościami. Emilia uwielbia wodę i już nie może doczekać się dnia, kiedy w naszym ogródku znowu pojawi się basen.

18 maja odbył się w szkole Emilii doroczny Jog-a-thon. W poprzednich latach pisałam o udziale Krzysia w tej imprezie, w tym roku pałeczkę przejęła Emilia a spisała się fantastycznie.


Zaliczyła 19 okrążeń ogromnego trawnika w ciągu 30 minut - jedenastoletni Krzyś przebiegł rok temu w takim samym czasie 26 okrążeń. Dzięki hojności moich koleżanek i kolegów z pracy, Emilia zebrała 95 dolarów. Z zebranych w ten sposób pieniędzy finansowane są, między innymi, wycieczki szkolne - rodzice za nic nie muszą płacić. Z tych samych funduszy ufundowano także dla wszystkich uczniów koszulki z logo szkoły. Z jaką dumą uczniowie paradowali w tych koszulkach!

A kilka dni temu, na żądanie córki, zaczęłyśmy naukę czytania po polsku.
Mamy do dyspozycji jedynie "Litery" Ewy i Feliksa Przyłubskich, ale fakt, że książka jest o 38 lat starsza od uczennicy samej zainteresowanej nie przeszkadza nic a nic!

Myślałam, że powolutku, w tempie 1-2 stron dziennie będziemy brnąć przez trudności języka polskiego, ale Emilia po raz kolejny zaskoczyła mnie całkowicie. Tak jej się spodobało czytanie po polsku, że wracała do książki i czytania przez całe popołudnie tak, że pierwszego dnia doszłyśmy do wieczora do strony nr 30, czyli przerobiłyśmy 1/3 podręcznika. Emilia chciała czytać dalej, ale było już późno i oczy jej się kleiły, więc zarządziłam spanie.

Teraz zastanawiam się skąd by tu wytrzasnąć jakieś materiały na odpowiednim dla niej poziomie, żeby tę przygodę z czytaniem po polsku kontynuować przez wakacje.

poniedziałek, 21 maja 2018

Konkurs Ortograficzny & Brainbowl

Koniec roku szkolnego obfituje w wydarzenia ciekawe i emocjonujące - w obu szkołach, i podstawowej Emilii, i gimnazjum Krzysia.

Początek maja to turniej Brainbowl, oparty na teleturnieju Jeopardy! (w Polskiej wersji, Va banque) tylko zamiast indywidualnych zawodników - drużyny. Rozgrywki wewnątrzszkolne wyłoniły trzy drużyny, które reprezentowały szkołę na poziomie obwodowym. Do następnego etapu drużyna mojego syna nie załapała się, ale podobno Krzyś świetnie sobie radził - na tyle dobrze, że zauważyła to jedna z mam (nie pracująca, więc mogąca zasiąść na widowni), która nie omieszkała podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami  jeszcze tego samego dnia przy okazji odbierania ze szkoły młodszego rodzeństwa.  (Mamy dzieci w obu szkołach, tylko ja w liczbie o połowę mniejszej niż Kirsten.)

W szkole, do której chodzi Krzyś, uczniowie przygotowywali się do turnieju przez kilka tygodni a Krzysiowi te zajęcia bardzo przypadły do gustu. Trochę szkoda, że nie są one ujęte na stałe w planie lekcji jak w jednej z lokalnych szkół.

Brainbowl organizowany jest od lat przez  oregońskie władze oświatowe Education Service District. Tutaj (KLIK) zgromadzono prezentacje w Power Point z poprzednich lat. Ta sama instytucja organizuje także konkurs ortograficzny: Spelling Contest.

Wspominałam już, że Krzyś wygrał właśnie ten konkurs na poziomie szkolnym, a o tym, że wygrał także poziom obwodowy dowiedziałam się z listu przysłanego do domu przez władze oświatowe - listu z zaproszeniem na rozgrywki powiatowe. Krzyś i jeszcze jedna uczennica miały reprezentować nasz obwód szkolny.


Do następnego etapu, ostatniego - stanowego, Krzyś nie przeszedł a na otarcie łez pozostaje pocieszenie, że dzięki temu, że poległ na tym etapie nie musimy spędzać wakacji na ćwiczeniu pisowni bardzo trudnych wyrazów - rozgrywki stanowe zaplanowano na sam koniec wakacji czyli na 1 września.

Wszyscy uczestnicy konkursu powiatowego otrzymali dyplomy poświadczające udział, ogromne ołówki - oraz listę wyrazów, z którymi przyszło im się zmierzyć.

Jeśli ktoś ma ochotę to tutaj (KLIK) możne się zaznajomić z wyrazami z poprzednich lat (pod nagłówkiem Practice Words from Past Contests), przy czym Division 1 obejmuje klasy 3-5 szkoły podstawowej, Division 2 to gimnazjum a Division 3 to liceum.

sobota, 19 maja 2018

środa, 16 maja 2018

South Jetty (Florence, Oregon)

South Jetty, Day Use Area No 3 (Florence, OR)


Aby najlepiej wykorzystać krótki wyjazd nad ocean przy okazji meczy piłki nożnej Krzysia (o meczach pisałam tutaj: KLIK), postanowiłam wyruszyć natychmiast po szkole, nie tracąc cennego czasu przed zapadnięciem zmroku.


Spakowałam co się dało w czwartek, w piątek wyszłam z pracy wcześniej i dopakowałam resztę, odebrałam jedno dziecko ze szkoły, drugie dziecko (tak się szczęśliwie składa, że Krzyś kończy zajęcia 15 minut później od Emilii), jeszcze tylko zahaczyliśmy o McDonalda (ku nieopisanej radości dzieci, dla których tym samym wyjazd został zaliczony do udanych w chwili wjazdu na parking McD) i pomknęliśmy nad ocean.


Zatrzymaliśmy się na plaży South Jetty. Jak jeżdżę do Florence na plażę od niemal 14 lat, to jeszcze nie zdarzyło mi się odwiedzić plaży po południowej stronie rzeki Siuslaw. Zapewne dlatego, że jest to teren Oregon Dunes National Recreation Area i na wjeździe trzeba uiścić opłatę, a po północnej stronie rzeki plaże są dostępne za darmo. 5 dolarów to nie majątek, a South Jetty leży na zaplanowanej trasie, i to przesądziło o miejscu zatrzymania.


Dotarliśmy  tam ok. 4.30 czyli w czasie, kiedy jeszcze jest jasno i ciepło, choć określenie "ciepło" w odniesieniu do oregońskiej plaży znaczy tyle, że można się było obejść bez ubrań, w jakie zaopatrują się himalaiści czy polarnicy. Dzieci zgodnie stwierdziły, że nie jest im zimno, ja założyłam czapkę i było mi w niej dobrze.

Oregon Dunes National Recreation Area

South Jetty to droga, która ciągnie się wzdłuż wybrzeża kilka ładny mil, a w miarę równomiernych odstępach znajdują się przy niej parkingi z toaletami.
Tych miejsc postojowych jest w sumie 7, w tym 2 miejsca przeznaczone są dla użytkowników pojazdów ATV, a jedno z nich podobno doskonale nadaje się do obserwowania migrujących wielorybów. My zatrzymaliśmy się na miejscu Nr 3.


South Jetty, Day Use Area No 3 (Florence, OR)

Aby dostać się na plażę, trzeba wdrapać się na ogromną wydmę.  Od strony drogi podejście nie jest aż tak strome, więc daliśmy radę. Widok z góry zapiera dech, nie ważne czy spogląda się wgłąb lądu, czy w stronę oceanu.

South Jetty, Day Use Area No 3 (Florence, OR)

Jak widać, w piątkowe popołudnie tłumów nie było - razem z naszym, trzy samochody.

Po drugiej strony, zbocze wydmy niemal pionowe. Zachwyceni widokiem nie zaprzątaliśmy sobie głowy ewentualnymi trudami wspinaczki powrotnej.

A plaża, jak okiem sięgnąć, cała nasza. Widok na północ:

Oregon Dunes National Recreation Area

Widok na południe:

Oregon Dunes National Recreation Area

Dzieci natychmiast puściły latawca kupionego specjalnie na ten wyjazd.

Oregon Dunes National Recreation Area

Zabawa trwała krótko, nawet nie 5 minut i latawiec został przekazany do trzymania mamie, a dzieci zajęły się tym co na plaży najatrakcyjniejsze - wodą i piaskiem. Znalazłam kłodę drzewa, do której przytwierdziłam linkę latawca, który przez cały czas naszego pobytu na plaży unosił się nad nami. Umościłam się na nagrzanym piasku i zapatrzyłam się na dzieci, fale, ptaki.

Nad oceanem nie byliśmy chyba od września ubiegłego roku i dzieci niezmiernie ucieszyła zabawa na plaży. W końcu, po nieco ponad godzinie, stwierdziły, że wystarczy, że jedziemy dalej - wszak czekała na nas atrakcja nie lada, hotel z basenem! Ale od tej atrakcji dzieliła nas przynajmniej godzina jazdy samochodem.

Aby dotrzeć do samochodu trzeba było wdrapać się na wydmę o stoku tak stromym, jak drabina oparta o drzewo bądź ścianę domu.

Oregon Dunes National Recreation Area, South Jetty, Day Use Area No 3

Emilia i Krzyś wdrapali się na górę raz-dwa, mi zajęło to trochę więcej czasu. Zasapałam się, ale dotarłam ma szczyt! Ostatni rzut oka na majowy Pacyfik, i zejście na parking. Po wytrzepaniu tony piachu z ubrań i butów oraz przebraniu dzieci w suche ubrania, ruszyliśmy w dalszą drogę.

c. d. n.