sobota, 28 marca 2020

Zielonek

Na przełomie grudnia i stycznia nadszedł czas zielonej włóczki, która leżakowała u mnie ponad dekadę. Ponieważ w czasie owym dzieci chorowały więc siedzieliśmy w domu i sweter wydziergałam w rekordowym, jak na moje możliwości, tempie nieco ponad dwóch tygodni.


Inspiracja przyszła z internetu - zobaczyłam na jakimś zdjęciu podobny, pokombinowałam i zrobiłam. Taki zwykły, niewyszukany, do codziennego biegania do pracy, na zakupy i zajęcia popołudniowe dzieci.


Zaczynałam trzy razy ponieważ wymyśliłam sobie te rozcięcia z boku, ale nie wiedziałam do końca jak przerabiać oczka brzegowe żeby lepiej wyglądało.


Po połączeniu przedu i tyłu poleciałam na okrągło, od dołu do góry. Lewe oczko imituje szew na każdym boku. Podkroju dekoltu nie robiłam, tylko zszyłam przód i tył na ramionach.


Wzdłuż otworów na ramiona nabrałam oczka i przerabiałam ponownie na okrągło, kontynuując udawany szew w postaci lewego oczka.

Sweter z założenia miał być taki nieco za duży, i jak kiedyś schudnę to taki z pewnością będzie. Póki co rękawy są długie, więc z łatwością można w nie schować zmarznięte dłonie.

Zdjęcia zrobiła mi Emilia, jeszcze pod koniec stycznia albo na początku lutego. Sweter prałam już kilka razy, w pralce (program "pranie ręczne")  co mój Zielonek zniósł bardzo dobrze. Włóczka trochę się mechaci, ale sweter dobrze się nosi.


  • włóczka: Creative Focus Superwash firmy Nashua Handknits (od kilku lat już nie produkowana) o składzie 50% wełna, 50% merino; 199 m/100 gr - zużycie 500 gr (5 motków)
  • druty: 5 mm

środa, 25 marca 2020

Wiosenne porządki

Ponieważ wszystkie popołudniowe zajęcia są odwołane, mam w końcu trochę czasu na wiosenne porządki. Na pierwszy ogień poszedł ogródek przed domem, potem zabrałam się za część za domem. Sąsiad stwierdził, że jeszcze tak ładnie koło domu nie miałam. (Rozmawialiśmy przez telefon.😄)

Dokończyłam projekt, za który zabrałam się ponad rok temu. Wokół miejsca, gdzie Krzyś gra w koszykówkę, zlikwidoałamw wszelkie kwiaty, by uniknąć oczywistego konfliktu - kwiatki i tak były na przeganej pozycji. Najpierw miejsce to wysypałam grubymi wiórami, ale po deszczu, od namokniętych wiórów piłka się nie odbijała, za to oblepiała się tymi wiórami. Wpadłam więc na inne rozwiązanie. Od kilku lat spoczywały na stercie płaskie kamienie, z których kiedyś prowadziła ścieżka przez trawnik do drzwi wejściowych. Kamienie te ułożyłam wokół kosza. Trochę musiałam się pobawić z układaniem, ale efekt końcowy okazał się dość zadawalający. Trwało to długo, bo kamienie ciężkie, więc przenosiliśmy je zza domu na raty.



Kiedy kamienie się skończyły, resztę wysypałam świeżymi wiórami. Do nich piłka raczej nie dolatuje. Uparte żonkile, które nigdy nie kwitły, nie dają za wygraną i wypuszczają liście. Tylko liście.



Tam, gdzie piłka nie dolatuje, rosną sobie krokusy (które już przekwitły) i tulipany, które właśnie zaczynają kwitnąć. Ku nieutulonemu żalowi Emilii nie pachną!


Tulipany zaczynają kwitnąć i na innych rabatkach.




A oprócz tulipanów, i inne wiosenne kwiaty.


Dwa  rodzaje szafirków:



Na koniec obsypana złotym kwieciem forsycja.




niedziela, 22 marca 2020

Drury Ridge Loop

Trudno uwierzyć, ale od ostatniej wyprawy na łono przyrody minął ponad miesiąc! Nie udało nam się nigdzie wybrać bo mieliśmy falę deszczowych weekendów, a jak trafił się jakiś ze znośną pogodą, to było już coś innego w planach. Ale wczoraj, przy przecudnej, niemal majowej pogodzie, wybraliśmy się do położonego 47 kilometrów od domu Shotgun Recreation Site.


Dzień wcześniej szukałam w internecie trasy odpowiedniej na nasze możliwości, niezbyt uczęszczanej, przewidując, że w tak piękny weekend, znane i popularne szlaki będę mocno obładowane. Znalazłam Drury Ridge Loop, nie wiedziałam jendak, że punkt wyjścia tego, oraz dwóch innych szlaków, znajduje się na terenie tak zadbanego ośrodka.

 
Shotgun Recreation Site obejmuje tereny piknikowe, dwie spore wiaty z paleniskami, plac zabaw, łąkę do gier, indywidualne miejsca piknikowe z grilami, nestrzeżone kąpielisko nad potokiem Shotgun Creek a do tego kilka sporych parkingów, za które normalnie jest opłata (niewysoka bo $3 za cały dzień) ale że mamy teraz czas bardzo nienormalny, parking jest za darmo. Wiele parków zniosło tymczasowo opłaty w związku z koronawirusem, by znieść finansową zaporę i ułatwić społeczeństwu kontakt z naturą.



Z domu wyjechaliśmy dość późno, bo dopiero po telekonferencjach z rodziną w Europie i po obiedzie - na mejscu byliśmy o 1.30. To ważne, bo okazało się, że bramę ośrodka zamykają o 4.30, więc musieliśmy zmieścić się w trzech godzinach. Sam szlak nie jest długi (5 km), ale przecież nie chodzi jedynie o przebycie i zaliczenie szlaku, więc tym razem zostało nam mniej czasu na zabawę podczas postojów.


Na szlaku nie spotkaliśmy nikogo - byliśmy sami, choć na początku i na końcu słyszeliśmy odgłosy z terenów w pobliżu parkingów.
 


Trasa szalenie mi się podoba. Najpierw idzie się pod górę, czasami dość ostro - to 1/4-1/3 trasy. Reszta, to spokojne schodzenie w dół. Cały czas w pięknym, bardzo starym lesie. Przypomniały mi się podobne wycieczki z dzieciństwa, z mamą, tylko zamiast buków otaczały mnie świerki.





Pięciokilometrowa trasa tylko troszkę nas zmęczyła. Po powrocie do domu spędziliśmy resztę dnia w ogródku. Krzyś skosił trawnik, Emilia pozamiatała taras a potem oboje ładnie się bawili podczas gdy ja zbierałam suche liście z rabatek i tych zakamarków z których nie da się ich wygrabić i trzeba ręcznie wyzbierać każdy listek. Tak 1/3 ogródka za domem mam wysprzątane i zakwasy od nieustannego przykucania.

Na koniec, mapa i cyferki:



Mapa poniżej pochodzi ze strony Hike Oregon, na którą natknęłam się poszukując informacji na temat tego miejsca już po powrocie do domu. 

 

środa, 18 marca 2020

Serduszka

Jeszcze na początku stycznia zrobiłam kilka serduszek z włóczki, która została mi po komplecie podkładek (tym: KLIK.)


Autorką darmowego opisu jest Frankie Brown - opis do ściągnięcia tutaj KLIK (po angielsku.) Opis jest darmowy, ale autorka prosi o datek na rzecz fundacji pomagającej dzieciom z chorobami wątroby.


Kiedy zaczynałam robić te serca, myślałam, że będą to zawieszki choinkowe, potem stwierdziłam, że świetnie nadają się jako ozdoby walentynkowe, i właśnie tak je wykorzystałam.

Planowałam wpis 14 lutego, ale tyle się działo w życiu szkolnym moich dzieci, że z braku czasu wpis został odłożony na później. Tak więc nikt z czytelników Okruchów nie wiedział ani że serducha wydziergałam, ani że zdobią mieszkanie.


Jakże się zdumiałam, kiedy otwierając urodzinową przesłkę od Splocika, wraz z kartką, wydobyłam z koperty trzy serduszka!


W serduszka te mam zamiar wkeić zdjęcia, ale na razie jeszcze nie podjęłam decyzji które.

Natychmiast natomiast dołączyły do wydzierganych przeze mnie serc.


No tak, wspomniałam o urodzinach. Były, choć przesłonił je inny temat, wiadomo jaki, ale wpis urodzinowy będzie, tylko  nieco ogarnę się w nowej rzeczywistości - wczoraj gubernator Oregonu przedłużyła termin zamknięcia szkół do 28 kwietnia, a dzień wcześniej została zwolniona z firmy w której pracuję (jeszcze) pierwsza osoba - i z pewnością nie było to ostatnie zwolnienie.

niedziela, 15 marca 2020

Sytuacja u nas

Od jutra do końca marca szkoły w Oregonie zamknięte. Uczniowie mają wydłużone o tydzień ferie wiosenne (planowo 23-27 marca) tyle że nie bardzo można gdzieś pojechać w związku z sytuacją. Wszystkie zajęcia pozaszkolne odwołane, baseny i biblioteka pozamykane. Sezon piłkarski rozpocznie się z opóźnieniem, jeszcze nie wiadomo kiedy.

Na szczęście mogę pracować z domu, ale w biurze co kilka dni na trochę muszę się pojawić bo jednak cały czas mamy obieg tradycyjnych papierowych dokumentów.

Zapas papieru toaletowego mamy, bo zakupy, takie na wypadek kwarantanny, zrobiłam dwa tygodnie temu, przewidując, że jak się zacznie panika, to z półek sklepowych zniknie wszystko.

A tymczasem wiosna coraz piękniejsza. Dzisiaj jeszcze zimno, ale od jutra ma się ocieplić i być sucho, zaplanowałam więc porządki wiosenne w ogródku. Zapewne porobię przy okazji trochę zdjęć. Dzisiaj, kilka zrobionych tak na szybko, w drodze na kompostownik.









środa, 11 marca 2020

Koszykówka za nami, liceum na horyzoncie

Sezon koszykówki za nami. W miniony weekend odbył się turniej na zakończenie sezonu - występy na turnieju średnio udane. Chłopcy grali dobrze, dali z siebie sporo, ale przegrali, choć niewielką różnicą punktów.

W tym roku trafił się Krzyśkowi inny trener, ale za to grał z wieloma kolegami ze szkoły oraz z kolegami, z którymi gra w piłkę nożną. Zrobił spore postępy, po meczach chwalony był za spory wkład w osiągnięcia drużyny i w końcu przestał się bać atakować kosz, co przełożyło się na zdobywane punkty. Na filmie poniżej moje dziecię gra z numerem 10 - strzela kosza w pierwszych sekundach nagrania, a reszta to takie migawki z ostatniego meczu.


Teraz mamy trzy tygodnie spokojniejsze a potem zaczyna się sezon piłkarski.
O ile nie namiesza w tych planach COVID-19.


Krzysio kończy w tym roku gimnazjum a zaczyna liceum. W lutym odbyła się cała seria spotkań w obu szkołach odnośnie przejścia z jednej szkoły do drugiej. System edukacji poznaję wraz z moim synem, więc oboje słuchaliśmy pilnie co nam komunikowano, bo jednak są spore różnice między szkolnictwem w Polsce a tutaj, między tym co 30 lat temu, a tym co teraz.

Zazdroszczę trochę mojemu dziecku że może sobie wybrać kilka przedmiotów. Nie wszystkie, bo jednak jest stały kanon, ale i w tym kanonie może postawić na opcję bardziej lub mniej zaawansowaną a nie lecieć przez cztery lata jak go na początku zaszeregowali. Do tego liceum oferuje program International Baccalaureate, który to program stawia sobie za zadanie "wykształcenie dociekliwych, kompetentnych i wrażliwych ludzi, którzy dzięki swojej mądrości i rozumieniu obcych kultur uczynią świat lepszym." Ku mojej ogromnej radości, Krzyś jest tym programem ogromnie zainteresowany i postanowił do niego przystąpić. Sam IB zaczyna się w tym liceum dopiero w trzeciej klasie, ale aby spełnić wymagania i zostać przyjętym, trzeba zacząć się starać od początku nauki w liceum.

Podoba mi się także różnorodność zajęć pozalekcyjnych, kółek zainteresowań odbywających się podczas długiej przerwy w południe, zajęć sportowych po lub przed lekcjami. Jak na razie Krzysiek jest zainteresowany kółkiem szachowym, piłką nożną oraz pływaniem i piłką wodną. Ciekawe jak mu się uda to wszystko upchnąć w dwudziestu czterech godzinach...

czwartek, 5 marca 2020

Wiosenny koncert orkiestry szkolnej

27 lutego odbył się wiosenny koncert orkiestry i chóru - ponownie razem, jak poprzednio. Muszę przyznać, że bardziej mi się podobał występ chóru niż orkiestry, mimo, że syn gra w orkiestrze... Może młodsza wybierze śpiewanie kiedy przyjdzie jej czas w gimnazjum.



Tym razem grupa najbardziej zaawansowana orkiestry grała wraz z pianistą - chłopcem, który podobno jest samoukiem. Moje lajkonikowe ucho nie wyłapało, ale Krzysio mnie oświecił, że te fragmenty, które pianista miał dobrze opanowane, grał szybciej, a te, które sprawiały mu nieco problemów, grał wolniej, więc dostosowanie się do niego reszty orkiestry było nieco wymagające. (Emilia stosuje taką samą technikę, gnając na wyścigi prze fragmenty utoru dobrze opanowane, zwalniając do granicy zaniku w częściach gdzie trzeba by jeszcze mocno przysiąść fałdów.)



Na sam koniec zagrała połączona orkiestra średniozaawansowana i zaawansowana.



Zapytany o plany licealne związane z muzyką, Krzyś stwierdził, że o ile naprawdę nie będzie musiał (nie będzie wymagane zaliczenie jakiegoś muzycznegeo programu by ukończyć liceum) to nie ma zamiaru grać na żadnym instrumencie ani śpiewać w chórze.

niedziela, 1 marca 2020

Erte

Jeszcze w listopadzie wzięłam udział w teście wzoru mojej ulubionej projektantki Agaty Mackiewicz - mitenek o nazwie Erte.
 

Wzór piękny, misterny, dopracowany w szczegółach, inspirowany Art Deco.



Z chwaleniem się przyszło nieco poczekać, bo dopiero kilka dni temu wzór został opublikowany tutaj: KLIK.


Agacie-Amanicie gratuluję kolejnego pięknego wzoru, ciesząc się, że dane mi było go przetestować.


Dziergałam na drutach 2.5 mm, z włóczki Moscow Chic (50% wełna-50% nylon/poliamid, 200 m/50 gr) z Troitsk Yarn, która została mi po zrobieniu Lorelei (wzoru tej samej projektantki), a zużyłam na nie 54 gr, czyli nieco ponad jeden motek.


czwartek, 27 lutego 2020

Powoli zaczyna się do nas uśmiechać wiosna

Powoli zaczyna się do nas uśmiechać wiosna. Na razie ciemiernikami, krokusami, forsycją, i pierwszymi narcyzami.






Trawa też już pięknie zielona a chwasty rosną na potęgę.

piątek, 21 lutego 2020

Mt. Baldy w słoneczny Dzień Prezydenta

Poniedziałek był dniem wolnym od zajęć szkolnych z okazji Dnia Prezydenta. Ponieważ pogoda wyjątkowo dopisała, było nie tylko słonecznie, ale i ciepło, wybraliśmy się na oddaloną o 25 minut jazdy samochodem górkę Mt. Baldy. Tam też jeszcze nie byliśmy.

widok z Mt. Baldy

Chyba z racji poniedziałku, a może i przedpołudniowej pory, nie spotkaliśmy zbyt wielu osób na szlaku. Wśród tych kilku trafił się jednak nauczyciel matematyki, z którym Krzyś miał zajęcia w szóstej klasie.


Niecodziennie spotyka się szlaki jak ten na Mt. Baldy. Samochód parkuje się bardzo wysoko, do szczytu spacerkiem wędruje się około dwudziestu minut, a potem szlak prowadzi w dół, do samego podnóża. Wraca się tą samą drogą. (Po drodze, pomiędzy drzewami, udało nam się dostrzec Mt. Pisgah, na którą wdrapaliśmy się niedawno.)

Z mapy wynikało, że szlak dochodzi do samej szosy, tej, którą przyjechaliśmy, więc zastanawiałam się, dlaczego nie można zostawić samochhodu na dole, wejść na szczyt i wrócić.


By rozwiązać tę zagadkę, doszliśmy do samego końca, do miejsca, w którym po przekroczeniu przecudnie nasłonecznionej łączki, szlak dochodzi do drogi. Ostatni odcinek przebyliśmy w akompaniamencie kląskających błotem butów - woda ściekająca zboczami zamieniła ścieżkę w bagnisty potoczek.


No i okazało się, że doszliśmy do drogi, mocno nachylonej w tym miejscu, i do tego na łuku ostrego zakrętu z poboczem szerokości może metra, bez najmniejszej możliwości pozostawienia samochodu bez narażania się na mandat a może nawet i odholowanie pojazdu.

Zawróciliśmy, a w drodze powrotnej, ja, która cały czas upominałam dzieci, żeby nie biegały bo się przewrócą, no więc to właśnie ja poślizgnęłam się i prawie pacnęłam pupą w bagienko. Prawie, bo wsparłam się ręką, która zagłębiła się w błoto mocno za nadgarstek, brudząc kurtkę i bluzę pod kurtką. Siedzenie zatrzymało się na poziomie błota, zaznaczając piękny owal w strategicznym miejscu. Po powrocie do domu zaraz nastawiłam pranie bo poza moją kurtką i bluzą wszyscy troje mieliśmy spodnie całe ochlapane błotem.

Dzieci biegały, moją uwagę zwóciły (chyba) głogi (nie wiem na pewno, może ktoś podpowie czy to głogi czy coś innego.)



Owoce pięknie wyglądały na jeszcze nagich gałązkach. Choć powoli zaczyna się zielenić w lesie - nie tylko trawa i mchy!

W drodze powrotnej "złapałam" też maleńkiego ptaszka, który wraz z kilkoma tuzinami towarzyszy przemieszczał wzdłuż ścieżki pod osłonął porastających zbocze jeżyn.


Ten szlak był nieco dłuższy od poprzednich i na samej końcówce Emilia opadła z sił. Usiadła na środku ścieżki, ale obeszło się bez konieczności donoszenia jej do samochodu, do którego było już bardzo niedaleko - zdjęcie zrobiłam z parkingu.


Na koniec jeszcze mapka i statystyka:

Mount Baldy Trail