niedziela, 29 marca 2026

Alsea Falls, Green Peak Falls & Seal Rock Recreational Area


Cztery lata minęły od mojej ostatniej wycieczki do wodospadów Alsea Falls i Green Peak Falls. Cztery lata temu, także w czasie ferii wiosennych, wybraliśmy się tam z Emilią i Krzyśkiem, w tym roku pojechałyśmy tylko we dwie, bo Krzysio na studiach po drugiej stronie kontynentu, ferie wiosenne miał tydzień wcześniej i spędził je na miejscu.

Pogoda wyjątkowo dopisała, niebo bez jednej chmurki, w nasłonecznionych miejscach wręcz za gorąco, zwłaszcza w wełnianym swetrze, który założyłam z nadzieją na sesję w plenerze. (Zdjęcia swetra będą za jakiś czas, jak już przebrnę przez niemal setkę zdjęć, które zrobiła mi Emilia. Dzisiaj jedynie wykasowałam te, które zdecydowanie mi się nie podobają.)

Wracając do naszej wycieczki - pierwszy wodospad, Alsea Falls, jest kilka kroków od parkingu.





Wiosną sporo wody w rzeczce to i wodospad ładnie się prezentuje.

Ruszyłyśmy w krótką drogę do kolejnego wodospadu. Po drodze zauważyłyśmy kilka zmian - nowe tablice informacyjne, strzałki, schodki na stromym zboczu, barierki. 



Zatrzymywałyśmy się w tych samych miejscach co w przeszłości - tyle wspomnień!

Emilia wypatrzyła linę z deseczką zawieszoną na gałęzi nad potokiem. Kiedyś to była huśtawka ale mocowanie odpadło z jednej strony siedziska. Emilia nie odpuściła, ściągnęła buty, skarpetki, podwinęła spodnie i okrężną drogą, omijając głębsze miejsca poszła sprawdzić czy uda jej się pobujać na linie.



Udało się! Trzeba będzie wrócić tutaj latem.

Stąd już niedaleko do wodospadu Green Peak Falls. Zdjęć mam mnóstwo, ale niemal na wszystkich mój nowy sweter, którego dzisiaj nie pokażę. Na szczęście zrobiłam jedno zdjęcie samego wodospadu.



Potem pojechałyśmy jeszcze nad ocean oddalony o godzinę jazdy samochodem od Alsea Falls.

Zazwyczaj dojeżdżamy do miejscowości nad oceanem i skręcamy w lewo, tym razem pojechałyśmy w prawo czyli na północ. Nie za daleko, kilka mil, do miejsca o nazwie Seal Rock Recreational Area.



Na zdjęciach pogoda przepiękna, ale na zdjęciach nie widać porywistego, przeraźliwie zimnego wiatru, który nas przegonił z plaży bardzo szybko. 

A szkoda, bo akurat był odpływ, który odsłonił obrośnięte małżami i pąklami skały a także małe baseny pływowe a w nich ukwiały, wodorosty, małe rybki, i rozgwiazdy przyczepione do skał.







Seal Rock słynie nie tylko z basenów pływowych lecz także z ogromnego masywu skalnego o nazwie Elephant Rock (elephant = słoń). Skała jest tak wielka, że na zdjęciu poniżej , na plaży nie widać ludzi, tacy maleńcy.



To Emilia zarządziła odwrót, mnie chroniła trochę kurtka, kurtka Emilii została w samochodzie.

Droga powrotna do domu prowadziła wzdłuż oceanu przez wiele mil ale nie udało nam się znaleźć miejsca osłoniętego od wiatru. W kilku miejscach zatrzymywałam się, wychodziłam z samochodu by szybciutko schować się ponownie do przytulnej i ciepłej kabiny samochodu. 



sobota, 21 marca 2026

🧶 Kaczorek

Marcowa odsłona zabawy u Anetty kręci się wokół nadchodzących świąt Wielkiej Nocy. Robimy kury, kurczaki, jajka, króliki - wszystko to co kojarzy się ze świętami albo z wiosną.

U mnie to akurat kaczorek. Taki co to dopiero co wyskoczył ze skorupki. Powiedzmy.

Ponieważ ozdób świątecznych mam sporo, zrobiłam zakładkę, która znajdzie zastosowanie przez cały rok a nie tylko przez kilka tygodni.



Zakładka zrobiona na szydełku według opisu znalezionego na anglojęzycznym blogu Heart Hook Home. Autorka (Ashlea) ma w ofercie jeszcze kilka innych zwierzaczkowatych zakładek, może się jeszcze skuszę na coś podobnego, tym bardziej, że Kaczorek bardzo spodobał się i Emilii i jej koleżance, która akurat u nas gościła kiedy pisklak się wykluwał.

Zakładkę zgłaszam do zabawy Nici, nitki i niteczki:




Zakładka już w książce z ulubionej serii córki:



Kaczorek ma "bezpieczne oczka", których całą paczkę kupiłam już jakiś czas temu. 

Zakładkę robi się szybciutko, więc to dobra odskocznia od większych i czasochłonnych projektów.



Kaczorek uroczy, ale najbardziej podobają mi się jego łapki - ten widok rozkłada mnie na łopatki:


Nie mogę przestać się śmiać!


niedziela, 15 marca 2026

Liceum już za chwilę

Emilia kończy gimnazjum już za kilka miesięcy. W szkole zaczynają ich przygotowywać do przejścia do liceum. Między innymi wybierają zajęcia fakultatywne, zwiedzają liceum, a we wtorek odbyło się spotkanie w tymże liceum dla rodzin i uczniów ostatniej klasy gimnazjum. 

Spotkanie było poświęcone bardziej ścieżkom zawodowym jakie oferuje nasze liceum oraz pozalekcyjnym zajęciom sportowym. Emilia wróciła mocno rozczarowana, bo chciałaby studiować biologię morską, więc warsztaty szkolne raczej nie wzbudziły jej zainteresowania. Niemniej jednak musiała zrobić listę preferowanych kursów, więc z bólem i narzekając, ale coś tam wypisała. Pocieszam ją, że jak się załapie na szycie to fajnie bo nauczy się jak sobie coś przerobić, naprawić, albo uszyć od postaw a to przecież bardzo przydatna umiejętność. Na liście znalazło się też gotowanie a co więcej to już nie pamiętam.

Impreza zaczynała się pół godziny po tym jak kończę pracę, więc na miejsce dotarłam w pośpiechu i nie od razu pomyślałam o tym, żeby zrobić zdjęcia. Szkoda, bo w warsztacie obróbki drewna moją uwagę zwróciły piękne kwiaty wykonane z wiórów - produktu ubocznego heblowania.







Krzysiek chodził do tego samego liceum ale na obchód po warsztatach nie załapaliśmy się bo to był akurat rok 2020 i ta impreza została odwołana. Zachowały się na blogu wpisy z innych spotkań w związku przejściem syna z gimnazjum do liceum tutaj i tutaj.

Jak już zwiedziliśmy warsztaty szkolne, na szkolnej stołówce czekał na nas posiłek ugotowany przez uczniów uczęszczających na zajęcia z gotowania. Wybrałam spaghetti i chleb czosnkowy - i jedno i drugie dość smaczne. 

Podczas konsumpcji prelegent coś tam opowiadał, ale akurat wypatrzyłam trenerkę drużyny pływackiej i ucięłyśmy sobie nie tak krótką za to bardzo miłą pogawędkę.

Po powrocie do domu Emilia poświęciła się pracom ręcznym, ale tym wybranym przez siebie. Bardzo spodobał jej się efekt zabawy z łupinkami po orzechach pistacjowych i zrobiłam kolejną kompozycję, tym razem dla koleżanki, której urodziny były w piątek.





niedziela, 8 marca 2026

53

Pięćdziesiąte trzecie urodziny. Dzisiaj, więc cały weekend był urodzinowy. Dzięki technologii, tysiące kilometrów nie mają znaczenia, choć już różnica w czasie tak, ale i to da się obejść. Rozmowy telefoniczne, "face time", wiadomości tekstowe, spotkania w gronie przyjaciół.

Emilia zarwała noc aby zrobić dla mnie kartkę urodzinową oraz specjalny dla niej stojak.



Te niebieskie kwiatki zrobiła z łupinek orzechów pistacjowych, przyklejonych do wykałaczek.

Do zdjęcia kartkę oparłam o doniczkę żeby na jej tle ująć elementy stojaka. Kartka jest wsunięta pomiędzy te kępki niebieskich kwiatków.

Chyba nie muszę pisać jak ogromną sprawiła mi przyjemność.

A tę kartkę otrzymałam od Splocika:


Czyż nie jest przepiękna?

Z niemiłych "prezentów" - dzisiaj u nas zmiana czasu, w moje urodziny! Koszmar! Ale za to wiosna zrekompensowała mi tę nieprzyjemność pięknymi krokusami.




A teraz pora spać bo jutro trzeba wstać - o godzinę wcześniej.

niedziela, 1 marca 2026

Chleb na zakwasie

Od lat piekłam chleb w domu, w specjalnej maszynie. Wrzuca się wszystkie składniki i nastawia program a cztery godziny później chleb jest gotowy. Chleb ten piecze się na drożdżach więc kilka miesięcy temu przerzuciłam się na chleb na zakwasie. Procedura może nie jest zbyt skomplikowana ale jednak nie tak prosta jak w przypadku chleba na drożdżach, ale za to chleb na zakwasie podobno zdrowszy, o niższym indeksie glikemicznym, bez dodatku cukru a do tego wszystkiego smakuje jak chleb, który pamiętam z dzieciństwa.




Trochę mi zajęło opanowanie podstaw. Pierwsze bochenki były niedosolone lub przesolone, zbyt mocno przypieczone lub zbyt blade. Ale nawet takie wadliwe znikały natychmiast, zanim jeszcze zdążyły wystygnąć a mi ostawała się pięteczka. 




W końcu dopracowałam swoją metodę i chleb wychodzi tak jak powinien. 

Pierwsze chlebki były z białej mąki chlebowej, późniejsze już z mieszanki 20% mąki z pełnego przemiału i 80% białej. Zmieniłam też foremki i zamiast dwóch małych chlebowych, do których nie mam przykrywek i musiałam używać folii aluminiowej, używam teraz okrągłego naczynia żaroodpornego, jednego z pierwszych kupionych po przyjeździe do Oregonu ponad dwadzieścia lat temu. Mój chlebek jest więc okrągły.




Po pierwszym zachłyśnięciu się chlebem na zakwasie Emilia doszła do wniosku, że woli jednak białe  bułeczki. Pamiętam, że w jej wieku też takie wolałam. W związku z tym piekę chleb raz w tygodniu i wystarcza do następnego wypieku. Ostatnio nawet pofolgowałam sobie i zjadłam całą chrupiącą skórkę bo kto mi zabroni? Smakowała lepiej niż czekoladki!

Można u nas kupić chleb na zakwasie z kilku piekarnii, które są zlokalizowane dość daleko od nas no i taki chleb jest bardzo drogi ($8-12 za nieduży bochenek). Przywiezienia chleba z piekarni nie daje jednak takiej satysfakcji jak upieczenie własnoręcznie.




niedziela, 22 lutego 2026

🧶 serce . . . miłość . . . ciepło . . . zima

Dawno, dawno temu, na przełomie lat 2008 i 2009, zrobiłam sobie zielony sweter, Cabled Crewneck. W pracę włożyłam sporo serca, z efektu byłam bardzo zadowolona, sweter darzyłam miłością wielką a służył mi przez kilka zimowych sezonów. Tak długo, jak prałam go ręcznie. 

Pewnego dnia zaufałam zapewnieniom instrukcji obsługi ówcześnie posiadanej pralki, postanowiłam nieco ułatwić sobie życie i sweter wyprałam korzystając z funkcji "pranie ręczne". I tak oto pozbyłam się jednego z ulubionych swetrów, który z tego cyklu "pranie ręczne" wyszedł w nowej, sfilcowanej formie i rozmiarze odpowiednim dla większej lalki.

Mimo upływu lat nie zapomniałam o tamtym swetrze i w końcu postanowiłam sobie zrobić remake.

Włóczkę kupiłam rok temu, ale u mnie z włóczką to jak w porządnej winnej piwniczce - musi swoje odleżeć zanim się za nią zabiorę. Ponieważ włóczka DROPS Nepal jest grubsza od tej zielonej sprzed lat, to i wynik nieco inny. 




Nie obeszło się bez kilku zmian w stosunku do opisu, między innymi rękawy zrobiłam zwykłym splotem pończoszniczym no i powtórzeń motywu jest mniej. 

Trochę nagimnastykowałam się intelektualnie nad płynnym przejściem wzoru w plisę dekoltu ale chyba udało mi się znaleźć dobre rozwiązanie.




Myślałam, że pół kilograma mi wystarczy ale się myliłam. Dokupiłam jeszcze jeden, 50-gramowy motek z nadzieją, że po niemal roku odcień z zupełnie innej partii nie będzie diametralnie odbiegał kolorystycznie. Kiedy przesyłka dotarła, a przyszło mi na nią czekać ponad dwa tygodnie, porównywałam w kiepskim świetle grudniowym, przy sztucznym oświetleniu i w pokoju, i w kuchni - przy świetle każdej posiadanej żarówki i wyszło mi na to, że nawet w okularach nie jestem w stanie dopatrzeć się różnicy. Cud!




Skończyłam sweter. Okazało się, że rękawy nieco przykrótkie. Przedłużyłam. Teraz są ok. Mogłyby być nieco dłuższe, tak chowające palce, ale musiałabym dokupić kolejny motek, więc już takie zostaną. 

Dziergało się przyjemnie i dość szybko bo na drutach 5 mm (ściągacze i plisy na drutach 4 mm).

Dość szybko trafiła się okazja na zdjęcia, podczas wyjazdu nad ocean na początku stycznia. Pogoda wprawdzie była beznadziejna, ale i tak tło lepsze niż styczniowy ogródek za domem. Poświęciłam się nawet i ustawiłam się do zdjęcia w deszczu ale za to z oceanem w tle.




Zdjęcia tym razem robił syn. Potem te zdjęcia "nabierały mocy" na twardym dysku aż do dzisiaj.

Mieliśmy kilka fal zimna, nie takiego jak w Polsce, bardziej odpowiednie dla naszego położenia geograficznego, i w te dni właśnie sweter sprawdza się fantastycznie. Jest mi w nim cieplutko i przytulnie. Jedyne zastrzeżenie jakie mam to że włóczka się dość mocno mechaci, mocnej niż inne włóczki. 

Sweter zgłaszam do zabawy u Anetty:



Sweter stworzony z sercem, na fali wspomnień "utraconej miłości", ciepły, zimowy - wydaje mi się, że taka interpretacja wpisuje się w lutowe wytyczne. 🧶

czwartek, 19 lutego 2026

💖 Prezent walentynkowy

W walentynki wybrałyśmy się razem z Emilią na zakupy spożywcze. Zazwyczaj jadę do sklepu w czasie treningu Emilii na tym bardziej oddalonym od domu basenie, ale córcia stwierdziła, że w lutym musi sobie zrobić przerwę od pływania więc w tym miesiącu jeździmy na zakupy razem. Tym sposobem Emilia może sobie wybrać to co będzie jadła a w tej kwestii mamy bardzo odmienne upodobania.

Emilia wkładała do wózka swoje ulubione produkty, ja swoje. Dołożyłam woreczek migdałów w czekoladzie z komentarzem To mój prezent walentynkowy dla Ciebie. Emilia bardzo się ucieszyła bo migdały w czekoladzie uwielbia. 

Po powrocie do domu i wypakowaniu zakupów Emilia szukała czegoś w spiżarce i doszła do wniosku, nie bez racji, że straszny tam bałagan. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie skończyło się na krytyce - córka stwierdziła, że zrobi w spiżarce porządek!

Najpierw wszystko ze spiżarki powyciągała, układając na stole, a kiedy zabrakło na nim miejsca, na krzesłach i na podłodze. 




W tym momencie wycofałam się z kuchni, zaszyłam się w najbardziej oddalonym od spiżarki miejscu czyli w sypialni, i zabrałam się za kojącą nerwy czynność - robienie na drutach.

Nie wiem ile czasu minęło, ale w końcu Emilia oświadczyła że skończyła.

Kiedy przyszłam do kuchni, nie tylko wszystko w spiżarce było pięknie uporządkowane, ale i sama kuchnia, zwłaszcza w okolicach spiżarki, też, bo jak Emilia stwierdziła, trochę się nabrudziło przy tym sprzątaniu.




Emilia objaśniła mi co gdzie teraz jest  i na czym opiera się nowy system przechowywania zapasów w spiżarce. Te same produkty, które zajmowały kilka pojemników, przesypała do jednego, przeterminowane - wyrzuciła, półki wymiotła i wymyła. Swoje objaśnienia zakończyła stwierdzeniem To mój prezent walentynkowy dla Ciebie. 💖

niedziela, 15 lutego 2026

Rocznica

 Dzisiaj przypada 25 rocznica śmierci mojej mamy.

Wspomnienia i stare zdjęcia.




niedziela, 8 lutego 2026

Grypa i styczniowy wyjazd nad ocean

Tak jak rok temu, w pierwszą lutową niedzielę, wylądowałam z Emilią w przychodni - na szczęście mamy jedną pediatryczną otwartą w sobotę i niedzielę. Emilia czuła się kiepsko już w piątek ale w kolejne dni było coraz gorzej i nie wyglądało to na zwykłe przeziębienie. 

Pielęgniarka zaordynowała test jeszcze zanim do gabinetu dotarła lekarka a 20 minut później był już wynik - grypa! Cały zeszły tydzień dziecko spędziło w domu, w łóżku. Co ciekawe, ja się od niej nie zaraziłam (a rok temu rozłożyło mnie na amen).

Tak więc zeszły weekend, mimo że piękny i słoneczny, spędziłyśmy w domu, a ten - też, bo leje jak z cebra.

Wracamy więc do jeszcze styczniowego wyjazdu nad ocean, na który zabrałyśmy ze sobą koleżankę Emilii. Kiedy dotarłyśmy na parking, ocean wyglądał tak.


Carl G. Washburne Memorial State Park Day Use Area


Ale zamiast na plażę, najpierw poszłyśmy na spacer naszym ulubionym nadmorskim szlakiem.


China Creek Trail

China Creek Trail

China Creek Trail


Karina jeszcze tam z nami nie była i odkrywała nam już znane miejsca z ogromnym entuzjazmem. 

Na jednym z mostków zatrzymałyśmy się na nieco dłużej bo dziewczyny postanowiły zagrać w Misie-Patysie. Nie mogły znaleźć suchych patyków a mokre natychmiast szły na dno, więc zamiast patyków, ścigały się liście.

Nie obeszło się bez wspięcia się na ulubione drzewo w pobliżu plaży. Dziewczynom tak się na nim spodobało, że chyba byśmy tam zostały do nocy gdyby nie nadciągnęły inne dzieci, młodsze od moich trzynastolatek, i zaczęły tęsknym wzrokiem spoglądać na drzewo, więc dziewczyny zeszły, zwalniając najniższe gałęzie.

Na plażę dotarłyśmy około trzeciej po południu, w najcieplejszej porze dnia. 

Ja ucięłam sobie drzemkę na nagrzanym piasku, dziewczyny pobiegły nad wodę.


Hobbit Breach


Kiedy już się wybawiły, do samochodu wróciłyśmy plażą.

Potem zatrzymałam się jeszcze kilka razy na chwilę przy drodze żeby zrobić zdjęcia bo rzadko zdarza się by nad naszym oceanem pogoda była tak cudowna.


Heceta Beach

Heceta Head Lighthouse



Na koniec zatrzymałyśmy się w sklepie by kupić coś do zjedzenie bo dziewczyny bardzo zgłodniały. Ponieważ Karina jest na diecie bezglutenowej z racji podejrzewanej celiakii, a Emilia postanowiła dostosować się do koleżanki, stanęło na smażonych ćwiartkach ziemniaków oraz sushi. Takie ciekawe kulinarne połączenie kultur. 

Zakupy zabrałyśmy do zjedzenia w samochodzie w drodze powrotnej bo już zapadał zmrok a do domu jeszcze było tak półtorej godziny jazdy. Po zjedzeniu, zmęczone spacerem, zabawą na plaży, z pełnymi żołądkami, dziewczyny zasnęły.