sobota, 4 grudnia 2021

Zaszczepieni

W środę przyjęłam dawkę przypominającą szczepionki przeciwko kowidowi, a wczoraj Emilia dostała swoją drugą dawkę. Szkoła, w której zorganizowano szczepienie, została pięknie udekorowana, żeby odwrócić uwagę dzieci od igieł strzykawek. Temat: podwodny świat. Podwieszone pod sufitem serpentyny imitowały fale a baloniki, bańki powietrza w wodzie. Dzieci dostawały  monety zalegające na dnie morza (czekoladki w złotkach) oraz muszelki. A do tego zwykłe lizaki i drobny upominek — do wyboru z szerokiej kolekcji wystawionej na stołach. Organizacja ponownie na szóstkę!

Postanowiłam nie odkładać na później swojej dawki przypominającej, bo ostatnio w kręgach bliskich domu sporo zaszczepionych osób zachorowało, a niektórzy nawet wylądowali w szpitalu i walczą o życie. Jak widać, licho nie śpi. Tuż przed Świętem Dziękczynienia robiłam nawet test, ale na szczęście wyszedł negatywny. Istniała możliwość zakażenia podczas próby chóru, a potem podczas śpiewania w czasie mszy. Kantorka, mimo że zaszczepiona, zachorowała. Kilka dni później okazało się, że inna chórzystka, również zaszczepiona, zachorowała. A potem zachorowała jej mama – to właśnie ona jest w szpitalu. Wszyscy w chórze są zaszczepieni, niektórzy nawet już po trzeciej dawce. Wróciliśmy jednak do śpiewania w maskach. Może i niewygodne, ale za to bezpieczniejsze.

Cała nasza trójka jest już teraz zaszczepiona, więc jestem nieco spokojniejsza. Dzieci w szkołach nadal noszą maski, na basenie też — ściągają je dopiero tuż przed wejściem do wody. Ja nadal pracuję z domu.

środa, 1 grudnia 2021

Święto Dziękczynienia 2021

W zeszły czwartek obchodziliśmy Święto Dziękczynienia. Pierwszy raz mieliśmy z tej okazji gości u siebie i to na trzy dni! Już w środę przyjechali do nas znajomi z dziećmi, Ci sami, którzy schronili się u nas przed pożarami w ubiegłym roku. Lubimy się z nimi bardzo, a dzieci wprost przepadają za sobą, nie zaskoczyło więc nikogo, że dni razem spędzone minęły nam bardzo przyjemnie i bardzo szybko. Atmosfera bardzo przypominała święta Bożego Narodzenia, tylko jedzenie inne i pogoda zgoła nie zimowa.
Pracami kuchennymi podzieliłyśmy się z koleżanką, a jej mąż zajął się dziećmi, i młodszakami i starszakami, trochę na zewnątrz (pogoda była bardzo wiosenna tego listopadowego dnia), a potem w domu. W końcu zasiedliśmy do uczty. 


Tradycyjnie królował indyk, a do niego słodkie ziemniaki, zwykłe ziemniaki, moc sałatek i surówek, a na deser wybór ciast: ciasto z gruszkami i jabłkami, szarlotka, sernik, i ciasto dyniowe.

Już dawno nie piekłam tylu ciast z jednej okazji – przypomniałam sobie, jaka to frajda! Bo ja bardzo lubię piec. Jeść to, co upiekę też! Tym razem miałam sporą konkurencję i, mimo że wypieków było sporo, szybko zniknęły, więc w piątek rano upiekłam jeszcze jedno ciasto dyniowe. Przydało się, kiedy wróciliśmy ze spaceru. 

Na spacer do Golden Gardens Park zaprosiliśmy jeszcze jedną zaprzyjaźnioną polską rodzinę i nawet udało nam się ich namówić, by po spacerze przyszli do nas na obiad. Mimo że do stołu zasiadło nas trzynaścioro, nie uporaliśmy się z indykiem, którego jeszcze do dzisiaj w całości nie zjedliśmy. A po obiedzie – deser! Resztka sernika i ciasto dyniowe upieczone tego dnia rano.

Wieczorem znajomi pojechali do domu, ja z dziećmi ogarnęliśmy dom, a wieczór spędziliśmy odpoczywając po tym świętowaniu– oglądając nasz obecnie ulubiony serial.

W sobotę zadzwoniła koleżanka, która dzień wcześniej pomagała nam dojadać „resztki”:
- Wczoraj my pomogliśmy Wam, dzisiaj Wy musicie pomóc nam!

Szybko upiekłam ciasto dyniowe – trzecie w ciągu trzech dni i pojechaliśmy. Pomogliśmy z tymi „resztkami”, dopchaliśmy deserami, do domu wróciliśmy późno, ale za to udało mi się namówić znajomych, by wybrali się z nami następnego dnia na pieszą wycieczkę. Ale o tym będzie innym razem.

A dzisiaj znowu będę piekła, ale szarlotkę, bo dzieci szperają po szafkach w poszukiwaniu czegoś słodkiego.

wtorek, 23 listopada 2021

Kolejny zwyklak

Z włóczki, która odleżała w szafie ponad dekadę, zrobiłam sobie taki zwykły, bardzo prosty sweterek. 

Najpierw chciałam zrobić inny, ale okazało się, że nie za dobrze wyszedł z tej włóczki. Sprułam i zrobiłam taki jak widać na zdjęciach, według sprawdzonego wzoru Simple Summer Top Down V-Neck  Heidi Kirrmaier. Druty 3.75 mm, 310 gram włóczki Baby z Troitsk Yarn (80% akryl, 20% wełna; 135 metrów/50 gram). Mimo sporej zawartości akrylu włóczka trochę podgryza, choć po wypraniu jakby nieco mniej. Sweter robiony w całości na okrągło i bez zszywania.


Niedzielne przedpołudnie było dość chłodne, ale akurat słonko przedarło się na chwilę przez mgłę, więc poprosiłam Emilię, żeby mi zrobiła kila zdjęć. 

Kolor włóczki jest taki jak na zdjęciu - bardzo blady błękitny lub arktyczna biel wpadająca w lodowy odcień niebieskiego.



sobota, 20 listopada 2021

Wokół Mt. Pisgah

Minęło już kilka miesięcy od ostatniej wycieczki na Mt. Pisgah, więc w minioną niedzielę wybraliśmy się na spacer zboczami tego wzniesienia. Zrobiliśmy dość sporą pętlę wokół szczytu, ale na samą górę nie wchodziliśmy. 


Trasa, mimo że biegła dołem, wcale taka łatwa nie była — raz pod górkę, a raz z górki, więc mięśnie nóg popracowały, a wysiłek wycisnął z nas sporo potu. 


Trasa okazała się też dłuższa, niż wydawało mi się, że będzie — przeszliśmy w sumie 11 kilometrów. Wędrowaliśmy nieco mniej uczęszczanymi szlakami (z jednym krótkim wyjątkiem) i dzięki temu nie napotkaliśmy wielu innych wędrowców. 


Emilia miała okazję przetestować nowe buty do wędrowania, które spisały się na medal — nie obtarły pięt ani palców, okazały się wygodne, i rzeczywiście wodoszczelne, choć musiałam przypomnieć dziecku, że wodoszczelne buty to jednak nie gumowce, i górą, bądź przez dziurki na sznurówki, woda i tak może się wlać do środka. 


Emilia tak się cieszyła z nowych butów, że nie przepuściła żadnej kałuży, nie bawiła się za bardzo w przeskakiwanie nad strumykami, bo przecież miała nieprzemakalne buty! Pod koniec jeszcze przerobiliśmy lekcję oczyszczania butów z błota — idąc przez mokrą od rosy lub deszczu trawę. 


Nie wzięłam aparatu, bo przecież tyle razy już byliśmy w tych okolicach więc czy jest jeszcze coś, czego nie uwieczniłam na zdjęciach? Ano znalazło się trochę i żałowałam, że miałam tylko telefon, bo zdjęcia nim robione nie są zbyt dobrej jakości. Mam nadzieję, że trochę jednak widać tej już dość późnej jesieni.



środa, 17 listopada 2021

16 lat


Dzisiaj mój syn skończył 16 lat.

Mimo, że urodziny wypadły w środku tygodnia, udało się tak wszystko zorganizować, by uczcić ten dzień, i sprawić by był dniem szczególnym.


sobota, 13 listopada 2021

Kartki świąteczne

Lokalna organizacja charytatywna organizuje podarki świąteczne dla potrzebujących. Do tych podarków mają zostać dołączone ręcznie wykonane kartki świąteczne. O wykonanie tych kartek poproszono parafian wszystkich parafii w naszym mieście. Uczniowie prywatnego katolickiego liceum też mają pomóc, ponieważ kartek potrzeba aż 900. Ponieważ akurat naszło mnie natchnienie, postanowiłam zrobić kilka kartek. Wszystkie są na jedno kopyto, a różnią się jedynie kolorami. Tak dobrze mi się je robiło, że w ciągu dwóch dni powstało ich 23 sztuki — większość po dwie lub trzy takie same, bo po tyle miałam kartoników w każdym kolorze, z wyjątkiem kilku ostatnich.












Emilii spodobało się, co robiłam i postanowiła dołączyć się do zabawy, ale w połowie drugiej kartki znudziło jej się.


Dokończyła za nią - dwie takie same kartki dla ulubionych pań nauczycielek w szkole.

środa, 10 listopada 2021

Nareszcie!

Dzisiaj wieczorem Emilia otrzymała pierwszą dawkę szczepionki przeciwko koronawirusowi. Nareszcie!

Natychmiast po zatwierdzeniu szczepionki dla dzieci od pięciu do jedenastu lat przez władze federalne, podobną decyzję podjęły władze stanowe. Ponieważ właśnie takiej decyzji wszyscy się spodziewali, władze lokalne z uprzedzeniem podjęły kroki, by jak najszybciej zacząć szczepić dzieci. Jedną z klinik zorganizował nasz lokalny okręg szkolny w stołówce szkolnej liceum, do którego chodzi Krzyś. W maju i czerwcu w ten sam sposób przeprowadzono szczepienia gimnazjalistów i licealistów. Teraz dodatkowo kafeteria została udekorowana pod młodsze dzieci, które także otrzymywały naklejki, gumki, lizaki, i inne nagrody za odwagę, oraz by odwrócić uwagę od igły. Nie każde dziecko jest tak odważne jak Emilia! Personel składał się z pracowników wszystkich lokalnych szkół podstawowych i kiedy tylko Emilia zauważyła sekretarkę ze swojej szkoły (która każde dziecko zna z imienia i nazwiska, w większości przypadków zna także imiona rodzeństwa, o imionach rodziców nie wspomnę nawet) zaraz zrobiło jej się dużo raźniej. Akcja świetnie zorganizowana i bardzo dobrze przeprowadzona!

Informację o możliwości zorganizowanej akcji szczepienia dostałam mailem wysłanym przez władze dystryktu szkolne, ale w ciągu kilku dni podobnego maila wysłała moja przychodnia, z całą listą dokładnych dat i lokalizacji, kiedy podobne akcje są przeprowadzane w naszym mieście i miejscowościach ościennych.

niedziela, 7 listopada 2021

Hancho

Wspominałam już kiedyś o Hancho — znalazłam wpis z czerwca 2019 roku z tym oto filmikiem.

Hancho nadal nas odwiedza od czasu do czasu. Czasem te wizyty przeciągają się do kilku miesięcy. Tak było dwa lata temu. Całą zimę przesiedział na wycieraczce pod drzwiami na taras. Wymościłam mu karton w rogu tarasu, żeby biedaczysko tak nie marzł, a przed domem, gdzie też często drzemał na betonie, przygotowałam mu osłonięte od wiatru legowisko. Mimo że Hancho nigdy nie wyglądał na bezpańskiego kota, zawsze dopisywał mu apetyt — i nadal dopisuje! Zjada wszystkie resztki i to, czym wzgardzi Kicia (zarówno kocie, jak i ludzkie jedzenie), a także to, czego koty raczej nie jadają, jak choćby popcorn. Pewnego d"nia "złapałam go" na konsumpcji starego popcornu wyrzuconego na kompost. Z wiosną Hancho wyprowadził się, zniknął z dnia na dzień i nawet martwiłam się, że coś mu się stało, ale w końcu mignął mi w oddali, kilka domów dalej. Nic mu nie było.

Zeszłej zimy nie pokazał się wcale, ale pojawił się dwa tygodnie temu. Pewnego wieczoru, kiedy już było ciemno, Emilia narobiła zamieszania, wrzeszcząc wniebogłosy — przez szybę drzwi tarasowych zobaczyła wpatrujące się w nią oczy. W taki oto sposób Hancho zaanonsował otwarcie sezonu na naszej parceli. Nie zmienił się przez te dwa lata. Nadal dość dobrze wygląda, futerko ma czyste i puszyste i chyba nawet nieco przytył. Nadal też nie daje się pogłaskać, chyba że akurat "atakuje miskę z jedzeniem. Każdego ranka, kiedy jeszcze po ciemku zmierzam do kuchni, by nastawić ekspres do kawy, widzę zarys jego sylwetki przy drzwiach tarasowych — Hancho już czeka!
 

Kiedy otwieram drzwi, by dać mu jeść, nieufnie odskakuje poza zasięg mojej ręki, ale kiedy tylko postawię miskę z jedzeniem, zaraz do niej podchodzi, a wtedy można go głaskać, i dopóki nie wyliże miski do dna, nie zwraca na nic uwagi.



Hancho tęsknie spogląda za Kicią, ale Kicia zdefiniowała dość wyraźnie swoje uczucia wobec Hancho — nie lubi go. Syczy na niego, omija szerokim łukiem. Doszło do tego, że zmieniła nawet swój ulubiony szlak komunikacyjny przez drzwi na taras i teraz wychodzi przez drzwi frontowe. Z powrotem do domu ma trochę trudniej, bo drzwi nie są przeszklone, więc nie widzę jej czekającej na wpuszczenie do domu. W związku z tym, co jakiś czas otwieram drzwi i sprawdzam, czy Kicia siedzi na wycieraczce i czeka, czy nie. Zamiast wylegiwać się na deskach tarasu (albo na stole na tarasie), upatrzyła sobie karton z ociepleniem do zabezpieczenia na zimę rur z wodą do podlewania trawnika przed domem. Ściągnęłam karton na wiosnę, ale nie schowałam do garażu, a teraz przesiaduje w nim Kicia. Z ulicy widać tylko jej uszy, ale karton jest pod oknem kuchennym, więc z kuchni doskonale ją widzę.





Ciekawa jestem czy Hancho zostanie z nami na całą zimę. Kilka dni temu opowiedziałam sąsiadce, jak to przestraszył Emilię i okazuje się, że Hancho wgapia też do wnętrza domu sąsiadów przez ich przeszklone drzwi — wystraszył sąsiada tak samo, jak Emilię, tylko sąsiad chyba nie narobił takiego wrzasku.

środa, 3 listopada 2021

William L. Finley Wildlife Refuge

Głównym celem założonego w 1964 roku Narodowego Rezerwatu Przyrody im. Williama L. Finleya jest zapewnienie miejsca, w którym mogą przezimować gęsi kanadyjskie z podgatunku Dusky (branta canadensis occidentalis). 
W przeciwieństwie do innych podgatunków gęsi kanadyjskiej, Dusky mają ograniczone zasięgi letnie i zimowe. Gniazdują na Alasce, w delcie rzeki Copper River, a zimują prawie wyłącznie na terenach podmokłych w dolinie rzeki Willamette, których znaczna część została osuszona i zamieniona na pola uprawne i pastwiska przez osadników jeszcze w XIX wieku. Dzięki szeroko zakrojonym projektom odbudowy siedlisk na 5325 akrach (2155 hektarów) rezerwatu oraz na 341 akrach (138 hektarów) przynależącego do rezerwatu Snag Boat Bend (położonego na wschód od rezerwatu), przejazd przez teren William L. Finley Wildlife Refuge jest jak powrót do naturalnej historii doliny Willamette. (A my mieszkamy na końcu tejże doliny.) Po wschodniej stronie rezerwatu można wędrować przez jedną z ostatnich nienaruszonych mokrych prerii doliny, na której znajdują się zagrożone gatunki wielu roślin oraz cały wachlarz ptactwa. Niżej położone sekcje rezerwatu obejmują rozległe tereny podmokłe i system stawów, które zamieszkują żółwie błotne i żaby czerwononogie. To właśnie te tereny podmokłe zapewniają siedliska zimowania zarówno dla gęsi kanadyjskich, jak i wielu innych wędrownych ptaków wodnych.

Rezerwat obejmuje także wyżynne sawanny białego dębu (quercus garryana) i mieszane lasy liściaste. To właśnie przez tę część rezerwatu wędrowaliśmy w minioną niedzielę. Zaparkowaliśmy przy punkcie wyjścia szlaku Woodpecker Trail (Szlak dzięcioła)


Niektóre drzewa są ogromne, jak choćby to na zdjęciu — widać jakie malutkie są przy nim moje dzieci, a jeszcze nie stały pod samym drzewem. 


Trafiliśmy na porę najpiękniejszych kolorów jesieni. Po przemierzeniu połowy pętli Woodpecker Trail, przeszliśmy szlakiem łącznikowym Intertie Trail do szlaku Mill Hill Trail, który oplatając wzgórze Mill Hill, prowadzi przez różne rodzaje lasów,  głównie dęby, klony, lub daglezje. Zmianę gatunku otaczających nas drzew zaznaczały liście pod nogami. Najpiękniejsze są te klonowe, o złotej barwie, ale najładniej szeleszczą liście dębu. Sporo ich jeszcze było na drzewach, ale już moc pod nogami. 






Nad strumykami przerzucono mostki, a przez bardziej podmokłe tereny prowadzą drewniane kładki — wysłane o tej porze roku dywanem z liści. 

Po zamknięciu pętli szlaku Mill Hill Trail, szlakiem łącznikowym wróciliśmy do Woodpecker Trail i przeszliśmy pozostałą część tego szlaku — do parkingu i samochodu. 


System szlaków na terenie rezerwatu liczy 19 kilometrów, ale my przeszliśmy tylko połowę - nasza trasa zaznaczona jest na mapie powyżej na czerwono. Parking, na którym zostawiliśmy samochód, także oznaczyłam na czerwono.


Do rezerwatu wjechaliśmy od południowego zachodu, a wyjechaliśmy po stronie północno wschodniej — trasa przejazdu samochodem zaznaczona jest na brązowo. Jeszcze na chwilę zatrzymaliśmy się, by podziwiać widoki i zrobić zdjęcia — to miejsce oznaczone jest na żółto.
 


Myślałam, że uda nam się jeszcze zwiedzić dom Fiechterów z 1855 roku (uważany za najstarszy budynek w hrabstwie Benton, który zapewnia wgląd w życie europejskich osadników i wyznacza ślad szlaku Applegate, który biegnie również przez teren rezerwatu), ale byliśmy już bardzo zmęczeni i zostawiliśmy sobie to na następny raz. Ładnie w tym rezerwacie, jeszcze się wybierzemy.

niedziela, 31 października 2021

🏊 Lap-a-thon 2021

W chłodny październikowy sobotni poranek (wczoraj) odbył się na basenie lap-a-thon, czyli kwesta na rzecz drużyny pływackiej. 10 stopni w skali Celsjusza nie odstraszyło dwudziestu ośmiu zapalonych pływaków od wskoczenia do basenu — na szczęście woda w basenie jest podgrzewana!


Różnica temperatur wody i powietrza sprawiły, że o 9 rano basen spowity był mgłą parującej wody. A potem jeszcze zaczął padać deszcz, ale tym, co pływali, to akurat nie przeszkadzało.


Pływacy mieli godzinę i w czasie tych sześćdziesięciu minut mieli przepłynąć jak najwięcej razy długość basenu (25 metry). Rodzice skrupulatnie zaznaczali każdy przepłynięty odcinek na specjalnych formularzach. W zależności od grupy wiekowej oraz umiejętności, za przepłynięcie określonego dystansu pływacy dostawali kupon. Emilia pokonała długość basenu 80 razy, uzyskując tym samym 4 kupony.


Rodzice przygotowali nagrody — koszyki z różnościami — czekały, ustawione na stołach, opatrzone numerami, a przy każdej nagrodzie, pojemnik, do którego pływacy wrzucali kupony ze swoim imieniem. 


Kiedy już wszyscy zdecydowali, które nagrody najbardziej im się podobają, odbyło się losowanie. Mimo że kuponów było po kilka na każdego uczestnika, jak już ktoś otrzymał jedną nagrodę, nie mógł wylosować kolejnej. Dzięki temu nagród wystarczyło dla wszystkich. Na końcu została grupa czterech osób, których imiona nie zostały wylosowane — rozdzielono wśród nich pozostałe nagrody, bo tak się szczęśliwie złożyło, że było ich pod dostatkiem (o dwie więcej niż uczestników). A każdy koszyk zawierał coś innego, wybór był naprawdę szeroki. Emilia wylosowała koszyk z łakociami oraz różnymi grami (domino, karty, strzałki).


W sobotnie poranki Krzyś lubi sobie pospać, ale tego dnia nie dane mu było wylegiwać się w łóżku, ponieważ jechał na basen razem ze mną i Emilią, choć nie po to, by dopingować siostrę, ale do pracy.


Siostra pływała, brat pilnował by ani ona, ani nikt inny się nie utopił. Choć o to chyba byłoby trudno w tej sytuacji — wszyscy przebywający w wodzie to dość dobrzy pływacy a każdego cały czas pilnie śledziła przynajmniej jedna para oczu. Ale wiadomo, przepisy przepisami i ratownik być musi. Fajnie, że tego dnia tym ratownikiem był Krzysiek.

Pod koniec tej godziny w wodzie Emilia była już bardzo zmęczona, ale wiedziała, że za każde 20 długości basenu dostanie jeden kupon i ta świadomość zmobilizowała ją do sięgnięcia do pokładów energii schowanych w zmęczonych mięśniach, by przepłynąć jeszcze trochę — do osiemdziesiątki. Udało się. Energię dziecko odzyskało bardzo szybko i już w południe nikt by się nie domyślił, że ma za sobą taki wysiłek.

🏊  lap - długości basenu 

czwartek, 28 października 2021

Rynna

Dach drewutni kończy się nad samym płotem i kiedy pada deszcz, woda z całej powierzchni dachu spływa kaskadą na drewniany płot. Pod wpływem zwielokrotnionej dawki wilgoci płot zaczął przejawiać objawy wskazujące rychły koniec jego żywota w służbie stosunków dobrosąsiedzkich. W związku z tym sąsiad wymyślił, że trzeba otoczyć płot opieką, by jeszcze trochę pociągnął, bo nowy płot to spory wydatek. Ochrona przybrała formę rynny.


Miałam pomóc sąsiadowi ją założyć, ale nie miał cierpliwości, by czekać aż skończę pracę i sam wszystko zrobił. Rynna dodatkowo otrzymała siatkę zabezpieczającą przed zbieraniem się w niej liści i innych śmieci — akurat miałam w szopie, więc nie trzeba było kupować. Nie było za bardzo jak przyczepić rynny do ściany drewutni bez zabawy z kilkoma kolankami, a że o wiele prościej było ją przyczepić do płotu, takie rozwiązanie zostało wprowadzone w życie.


Teraz ile razy pada deszcz, sąsiad dzwoni i pyta, czy sprawdzałam, czy rynna dobrze działa, a ja za każdym razem mu odpowiadam, że nie chce mi się w taki deszcz wychodzić z domu. Odbijam piłeczkę i pytam, czy on może sprawdzał, czy rynna dobrze działa, ale ma dla mnie taką samą odpowiedź jak ja dla niego. Zakładam, że wszystko działa jak należy!

poniedziałek, 25 października 2021

Adios pomidory

To był dobry sezon. Pierwsze pomidory zaczęły dojrzewać pod koniec lipca, ostatnie, jeszcze zielone, zebrałam w połowie października. Powoli dojrzewają już w domu, i choć nie są aż tak aromatyczne i słodkie jak te zebrane w upalne letnie dni, i tak smakują o niebo lepiej niż te ze sklepu.

Wiosenne opryski drzew przyniosły pozytywne efekty. W końcu dane nam było cieszyć się czereśniami. Były piękne, duże, i bardzo słodkie, a do tego obrodziły tak, że nie tylko my objadaliśmy się, ale obdarowałam nimi wszystkich sąsiadów i jeszcze zrobiłam trochę przetworów. Wiosną opryskałam też winogrona, ponieważ w ubiegłych latach owoce miały taki nieładnie wyglądający nalot — pomogło i w tym roku już tego nalotu nie było.

dzisiaj rano

Jabłka w tym roku bez parchów, choć niektóre z "mieszkańcami." Wiosną wydawało mi się, że jabłek będzie mniej niż zwykle, ale pomyliłam się — jest ich sporo. Jemy je od sierpnia i jeszcze trochę wisi na drzewie. 
Śliwa obrodziła pięknie, jak co roku, więc na owoce załapali się wszyscy sąsiedzi i kilku znajomych. Jedna z sąsiadek w podzięce przyniosła mi skrzyneczkę jabłek, więc teraz mamy jak w tym wierszyku — racuchy z jabłkami, szarlotka, pieczone jabłka z cynamonem, a przede wszystkim świeże. Emilia potrafi wsunąć kilka dziennie!

Tylko jagód było mało w tym roku. Wszystkie zjadaliśmy na bieżąco i nie udało mi się nic zamrozić.

Grządki już wysprzątane i powoli zabieramy się za grabienie liści.

dereń

czereśnia

dalia

hortensja

bratek

dereń