czwartek, 3 września 2026

ONP: Irely Lake

Kolejna wycieczka zaczęła się od ponad godzinnej jazdy samochodem, najpierw wokół jeziora Quinault, potem wzdłuż północnej odnogi rzeki Quinault (North Fork Quinault). W pewnym momencie asfalt się skończył i dalej jechałyśmy wyboistą drogą szutrową. Na szczęście było dopiero co po deszczu więc się nie kurzyło. Ruch na drodze minimalny więc mogłam zjeżdżać na lewą stronę żeby ominąć co większe dziury. 

Zatrzymałyśmy się na niewielkim parkingu, z którego wychodzi kilka szlaków a w zasadzie jeden podzielony na odcinki według długości trasy. My tego dnia miałyśmy w planach najkrótszy, do jeziorka Irely Lake.


dystans podany w milach (1 mila = 1.6 km)


Na tablicy wypisano że dystans wynosi 1.1 mili w jedną stronę (1.77 km) ale aplikacja w telefonie zarejestrowała 4.6 km w obie strony.



Trasa była niezbyt wymagająca, w zasadzie cały czas po płaskim (30 metrów przewyższenia) ale za to szalenie malownicza i soczyście zielona.



Leśna wąska ścieżka prowadziła przez zielony las, czasami po drewnianych pomostach, przez kilka strumyków, częściowo wzdłuż Irely Creek, a na liściach przy ścieżce woda po wczorajszym deszczu która nie zdążyła jeszcze wyparować - tego dnia już nie padało, ale nadal było pochmurno, choć ciepło.



Nie spotkałyśmy nikogo, cały las a potem niewielkie jeziorko miałyśmy wyłącznie dla siebie. 


Irely Lake

W okolicach jeziorka, tysiące małych żabek a może ropuszek. Ciężko je było dostrzec w poszyciu a bardzo nie chciałyśmy rozdeptać żadnego maleństwa.

Przy ścieżce wypatrzyłam tzw. Ghost Pipe lub Indian Pipe (Monotropa uniflora) - rzadką roślinę pasożytniczą pozbawiona chlorofilu, tradycyjnie stosowaną do wytwarzania nalewek łagodzących ból, zmniejszających lęk i wspierających nerwy. (Może to być spowodowane tym, że roślina zawiera kwas salicylowy i grajanotoksyny.)



Roślina ta pojawia się w niektórych opowieściach Indian Cherokee o stworzeniu świata. Legenda głosi, że roślina została nazwana indiańską fajką (Indian Pipe) na pamiątkę grupy wodzów którzy kłócili się i nie mogli dojść do porozumienia. Przekazywali sobie świętą fajkę podczas sporu a powinni byli zapalić ją po zawarciu ze sobą pokoju. W końcu Wielki Duch zamienił wodzów w roślinę, Indian/Ghost Pipe. Podobno roślina ta rośnie wszędzie tam, gdzie kłócili się przyjaciele.

sobota, 29 sierpnia 2026

🧶 Żniwa: owsiany Field Sweater

Tu gdzie mieszkam, lato przychodzi wcześniej, pierwsze czereśnie często dojrzewają już pod koniec maja, a kiedy zaczyna się sierpień, w ogródku już jest po malinach, porzeczkach, truskawkach i borówkach ale jeszcze przed winogronami i węgierkami. Owocowa posucha! Z kwiatami też kiepsko, upały skutecznie wymiotły wszelkie kwiecie. Sierpień, trzeci miesiąc bez deszczu, sucho. Moja klimatyczna rzeczywistość nijak ma się do sierpniowego zadania w zabawie u Anetty Nici, Nitki i Niteczki:

Sierpień to pełnia lata, bogactwo kolorów i smaków. To czas hortensji, róż i innych kwiatów... To czas owoców i warzyw... To czas lodów, chłodzących lemoniad i innych letnich przysmaków...



W moim sierpniowym ogródku jedynie pomidory i papryka, ale nie natchnęły mnie do żadnego niteczkowego projektu, prozaicznie się nimi po prostu zajadam.

Miałam włóczkę w takim pustynnym piaskowym kolorze. Dostałam ją dawno temu od Splocika (wygrana w konkursie), ale sweterek Lorelei zrobiony wówczas z tej włóczki zrobił się trochę przyciasny, więc sprułam go i zrobiłam letnią bluzeczkę w piaskowym kolorze, z kłosami zboża - jakiego? Nie wiem, nie znam się, raczej nie pszenica, może owies? Natomiast z pewnością gotowe do żęcia! Zatem żniwa, robótkowe!



Włóczkę wykorzystałam do końca, została mi próbka. Gdybym miała jej nieco więcej to bluzka byłaby nieco dłuższa, ale taka długość w sumie bardzo dobrze pasuje do letnich spódnic. Doszłam do wniosku, że ten kolor pasuje mi do tylu spódnic i spodni, że chyba muszę wybrać się na włóczkowe zakupy.

To moja druga wersja Field Sweater, wcześniej zrobiłam sweter z wełny z długim rękawem, teraz skorzystałam z wersji z krótkim rękawem (opis zawiera wersję z długim i krótkim rękawem). Wprowadziłam też kilka modyfikacji jak choćby kształtowanie talii, lewe oczko z boku udające szew, rząd oczek lewych tuż przed dolną plisą. Przyznam, że ta wersja podoba mi się o wiele bardziej i gdyby nie lenistwo, przerobiłabym wcześniejszy fioletowy z uwzględnieniem zmian zastosowanych w tej wersji. 

Bluzkę zgłaszam do zabawy u Anetty, ale też i u zabawy Małe Dekoracje 2026 u Splocika z racji ozdobnego karczku. No i przecież nie mogę sobie odmówić zgłoszenia pracy wykonanej z włóczki otrzymanej od organizatorki zabawy!



W maju Splocik zaproponowała:

1. Cytat: "Wszystko, co powoduje przyspieszenie krwi, jest prawdopodobnie warte zrobienia". -Hunter S. Thompson

2. Kolor - malinowy i chabrowy

3. Dowolna praca - dekoracja mała, duża lub element dekoracyjny ze wskazaniem jego przeznaczenia.

Tym razem podpisuję się pod numerem trzecim, dowolna praca: ozdobny karczek z włóczki z lekko połyskującą osnową. Chociaż jak tak się chwilę zastanowiłam, to Nr 1 też pasuje.



niedziela, 23 sierpnia 2026

ONP: Quinault Rain Forest Nature Trail & Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop

Pole biwakowe Willaby usytuowane jest bardzo blisko lokalnej sieci ścieżek, kilka minut na nogach by dojść do punktu wyjścia dwóch najpopularniejszych szlaków nad jeziorem Quinault: Quinault Rain Forest Nature Trail oraz Quinault Loop, Wright's Canyon, & Gatton Creek Loop.

Pierwszy z nich, krótki szlak przyrodniczy Quinault Rain Forest Nature Trail prowadzi przez bujny, pierwotny las deszczowy dobrze utrzymanymi i łatwo dostępnymi ścieżkami. Na turystów i rodziny czekają tu tablice informacyjne przybliżające ekosystem lasu, widoki na potężne, porośnięte mchem daglezje i świerki sitkajskie, kaskady na potoku Willaby Creek oraz malownicze wąwozy porośnięte bujnymi paprociami. Na tym szlaku, który znajduje się poza terenem Parku Narodowego Olympic, można spacerować z psem prowadzonym na smyczy. 



Drugi szlak, Quinault Loop, Wright's Canyon, & Gatton Creek Loop to dość długa pętla przez bujny las, często idzie się drewnianymi kładkami a po drodze mija się kilka wodospadów. 

Mimo że prognoza pogody nie zachęcała, mimo porannej burzy, postanowiłyśmy jednak wyruszyć na zaplanowaną wycieczkę - połączone oba szlaki. Zanim doszłyśmy do pierwszego szlaku ponownie rozpadało się, zanim zaczęłyśmy drugi szlak, rozpętała się kolejna burza. Postanowiłyśmy iść dalej. 




Na szlaku, mimo że lało jak z cebra, było dość sporo ludzi. Deszcz nie przeszkadzał żerować zajączkowi - przy samej ścieżce. Bardziej zdziwiło mnie, że nie uciekł nasz nasz widok.

Po dwóch godzinach, kiedy woda wychlapywała się z Emilkowych butów przy każdym kroku i obie byłyśmy już przemoczone do suchej nitki, doszłyśmy do wniosku, że może jednak wystarczy tej przygody. Skróciłyśmy pętlę, wróciłyśmy na pole biwakowe, przebrałyśmy się w suche rzeczy i pojechałyśmy wysuszyć te mokre do pobliskiej pralni. Trasa z tego dnia zaznaczona jest kolorem żółtym na mapie poniżej.



Innego dnia, przy lepszej pogodzie, wróciłyśmy na szlak by dokończyć trasę - kolor pomarańczowy na mapie. 


Cascade Falls


Gatton Creek Falls


To tego dnia zobaczyłyśmy oba wodospady a także natknęłyśmy się na gniazdo leśnych os, z których jedna mnie użądliła. Może nie trzeba było się zatrzymywać żeby zrobić zdjęcie tylko szybko minąć to miejsce. 



Przedramię miałam spuchnięte przez tydzień  i jeszcze kilka dni dłużej swędziało. Na szczęście nie mam uczulenia, więc skończyło się tylko na kilkudniowej niedogodności.

Odcinek szlaku wzdłuż potoku Gatton Creek prowadzi ciemnym leśnym tunelem.



Szkoda że nie zrobiłam zdjęcia, bo na tym odcinku kolejne etapy życia lasu były tak fantastycznie wyeksponowane, że chyba właśnie dlatego poprowadzono tamtędy ścieżkę. Obok pnących się w górę pni - te powalone przez czas bądź siły natury, na różnych etapach rozkładu, z nowym życiem wyrastającym na, pod, obok...

Ostatni odcinek trasy prowadził wzdłuż szosy. Mogłyśmy nadłożyć drogi i pójść inną trasą ale tego dnia już mocno bolały nas nogi więc wybrałyśmy najłatwiejszą opcję. Przy drodze rosły piękne hortensje, które podziwiałyśmy ilekroć przejeżdżałyśmy samochodem. Prowadząc, nie mogłam robić zdjęć, ale nadrobiłam idąc na nogach.



Hortensje rosły w przydomowych ogródkach ale też i na odcinkach leśnych wzdłuż drogi, pięknie to wyglądało.

wtorek, 18 sierpnia 2026

ONP: Lake Quinault Museum

Nie planowałam wizyty w Muzeum Lake Quinault ale gdzieś trzeba było przeczekać ulewę. 

Muzeum jest prowadzone przez wolontariuszy, po wejściu przywitała nas drobna osóbka mocno po osiemdziesiątce. Kiedy ja z nią rozmawiałam, Emilia dopadła instrument przypominający pianino, ale przyciskanie klawiszy nie dawało żadnych dźwięków. Pani wskazała na inny instrument w przeciwnym rogu pomieszczenia i stwierdziła, że tamto pianino działa i Emilia może sobie na nim pograć. I moja córka, która od prawie dwóch lat już nie chodzi na lekcje gry na pianinie, usiadła przy instrumencie i zagrała z pamięci co tam ostatnio grała w domu.

Potem zwiedziłyśmy muzeum, niewielkie, ale dość ciekawe.

Eksponaty najbardziej przyciągające uwagę na parterze to dwie łodzie wyścigowe Indian Ameryki Północnej o długości ponad sześciu metrów: “Hoquat” i “Quinault”. Właścicielami łodzi jest rodzina James udostępniająca je muzeum.  W tym samym pomieszczeniu znajduje się sporo innych eksponatów z życia Indian zamieszkujących dawniej te tereny, np. kosze indiańskie różnej wielkości.

W pokoju od tyłu, replika kuchni sprzed lat. Duża, czarna kuchenka, lodowa skrzynka, stara pralka i szafka.




Moją uwagę zwróciła wystawa łyżeczek z różnych stron świata, a wśród nich ta jedna z orłem i nazwą kraju, POLAND.





Kąt przy schodach prowadzących na piętro poświęcony jest historii wycinki drzew, która stanowiła źródło utrzymania dla małych społeczności otaczających obszar jeziora Quinault: makieta, zdjęcia, narzędzia. 

W muzeum poświęcono też miejsce na ekspozycję zdjęć, mundurów i medali weteranów lokalnych społeczności. W jednej z gablot wystawiona jest suknia ślubna zrobiona z materiału spadochronu, nieco pożółkła po latach.

Roboty ręczne, tkactwo, szydełkowanie, robienie na drutach, szycie, haft zajmują sporo miejsca na piętrze. Obok sukienek z przeszłości (kilka z nich ozdobionych ręcznym haftem) stoją zdjęcia modelek prezentujących owe suknie. W tym samym pomieszczeniu znajdują się także działająca maszyna do szycia Singer, krosno stołowe i zabytkowa maszyna dziewiarska.

Także na poddaszu - pokój dziecięcy, z ręcznie wykonanymi dekady temu zabawkami, ubrankami, meblami.

No i jeszcze pomieszczenie z narzędziami rolniczymi z przeszłości - szczypce do siana, siodła juczne, latarnie naftowe, kamienie szlifierskie i wiele innych. 

Kiedy zeszłyśmy na parter, Emilia ponownie zasiadła do pianina. Okazało się, że pamięta fragment jeszcze jednego utworu. Na pianinie leżały nuty, pani wolontariuszka wybrała ze sterty jeden utwór i dała Emilii do zagrania. Mimo że w tym momencie w muzeum było już dość sporo zwiedzających (nie tylko nam przyszło do głowy przeczekać deszcz w gościnnych progach muzeum), Emilii wcale nie przeszkadzało, że tyle osób przysłuchuje się kiedy ona usiłuje zagrać nieznany sobie utwór. A może to głowa jelenia (?) z porożem dodała jej odwagi.

wtorek, 11 sierpnia 2026

ONP: Quinault Big Sitka Spruce & Merriman Falls

Quinault Big Sitka Spruce czyli świerk sitkajski, powszechnie uznawany za największy na świecie okaz tego gatunku oraz jedno z największych wiecznie zielonych drzew na Ziemi. To gigantyczne drzewo, rośnie sobie w lesie deszczowym Quinault na terenie Parku Narodowego Olympic (w pobliżu ośrodka Lake Quinault Resort gdzie korzystałyśmy z odpłatnych pryszniców i suszarek do ubrań).



Obwód drzewa wynosi prawie 18 metrów, średnica 5.5 metra a wysokość 58 metrów. Wiek drzewa szacowany jest na 926-1016 lat (+/- 200-300 lat).

Quinault Big Sitka Spruce Tree rośnie sobie bardzo blisko drogi S Shore Road, po południowej stronie jeziora. Z parkingu prowadzi bardzo szeroka płaska alejka, pół kilometra w jedną stronę. Dwudziestominutowy spacer udało nam się wcisnąć w jedyne suche pół godziny tego dnia, na chwilę mignął nam nawet błękit nieba, na tyle, by dać nam nadzieję na bezdeszczowy dzień. W tym przypadku, prawdziwe okazało się powiedzenie Nadzieja matką głupich.




Kilka kilometrów dalej, przy tej samej drodze, znajduje się malowniczy wodospad Merriman Falls, jego wody spadają niemal bezpośrednio na jezdnię. To jeden z najłatwiej dostępnych wodospadów w górach Olympic; wystarczy zjechać na pobocze, sięgnąć po telefon lub aparat i zrobić zaledwie kilka kroków, by podziwiać jego urok.





Woda spada z wysokości około 12 metrów przez porośniętą mchem i paprociami skalną półkę, trafiając w chaotyczne skupisko omszałych głazów i nasiąkniętych wodą pni. 

Kiedy robiłam zdjęcia, zaczęło ponownie padać - po porannej burzy przejaśniło się na trochę, na tyle, że udało nam się zobaczyć świerk sitajski i wodospad, ale na tym dobra pogoda tego dnia się skończyła.

środa, 5 sierpnia 2026

ONP: Colonel Bob

Jak tylko zapadła decyzja którą część Olympic odwiedzimy w te wakacje, zaczęłam robić listę pieszych wycieczek do przewędrowania i miejsc do zobaczenia. Pośród wielu niezbyt wymagających tras po lesie deszczowym znalazłam szlak na szczyt Colonel Bob (nazwany na cześć weterana wojny secesyjnej pułkownika Roberta „Boba” G. Ingersolla) - szczyt w obrębie obszaru chronionego Colonel Bob Wilderness, położonego na terenie Lasu Narodowego Olympic. Czyli nie w samym parku narodowym ale tuż obok. 

Colonel Bob wznosi się na wysokość około 1371 metrów i jest drugim pod względem wysokości punktem tego obszaru, ustępując jedynie nienazwanemu wierzchołkowi o wysokości 1374 metrów.

Najpierw zaświeciły mi się oczy na myśl, że wejdziemy tak wysoko, obejrzymy sobie piękną panoramę, jezioro u stóp, w oddali ocean no i wszystkie wierzchołki w paku Olympic. Potem przyszła refleksja. 

Na szczyt prowadzą dwa szlaki, od strony północnej trochę dłuższy (24 km tam i z powrotem), od strony południowej nieco krótszy (18 km w obie strony), obie trasy wiążą się z pokonaniem stromych, wyczerpujących podejść o przewyższeniu przekraczającym 1200 metrów (lub 1066 w przypadku trasy krótszej, która zaczyna się nieco wyżej nad poziomem morza). To nie tylko dość wysoko ale przede wszystkim stromo. Wątpiłam, czy dam radę.

Zaczęłam więcej ćwiczyć, zwłaszcza nogi, ale nadal nie byłam pewna. 

Im bliżej wyjazdu, tym więcej zastanawiałam się czy porywać się z motyką na słońce czy może jednak odpuścić. W końcu, po wycieczce na Crescent Mountain stwierdziłam, że chyba dam radę bo to "tylko" 300 metrów w górę więcej. Emilia stwierdziła, że oczywiście że idziemy, więc poszłyśmy.





Zdecydowałyśmy się na trasę krótszą. Przewodniki twierdzą, że to 6 km w jedną stronę, ale to błędna informacja. Aplikacja zarejestrowała 9 km z punktu wyjścia na szczyt a potem dane te potwierdziła mapa w Straży Leśnej. 

Po powrocie pogratulowałyśmy sobie wyboru krótszej trasy bo i tak było trudno i ledwie dałyśmy radę. Na tej dłuższej trasie, zaczynającej się niżej więc z większą ilością metrów do pokonania, nie dałybyśmy rady, poległybyśmy. 




Szlak na Colonel Bob to zdecydowanie jedna z mniej znanych tras na Półwyspie Olympic. Wspinaczka na surowy, odosobniony szczyt, mimo że wiąże się ze znacznym przewyższeniem, zapewnia prawdziwą przygodę. Poza tym to jeden z niewielu szczytów na zachodnich zboczach Półwyspu Olympic, na który można wejść i zejść w ciągu jednego dnia.




Szlak biegnie głównie przez gęsty las deszczowy klimatu umiarkowanego z kilkoma górskimi łąkami. Sama ścieżka miejscami mocno zarośnięta, oraz ze stromymi serpentynami. Ponadto ścieżka jest przeważnie kamienista, a kamienie te są dość luźne co przy schodzeniu okazało się mocno problematyczne. Nieustannie traciłyśmy równowagę, kilka razy upadłaśmy, stopy osuwały się na niestabilnym podłożu, zaliczyłyśmy kilka zjazdów na pupie. Podejście wycisnęło z nas siódme poty (na szczęście miałyśmy wystarczająco dużo wody) ale to zejście tak na prawdę nas wykończyło. 



Ze szczytu, przy dobrej pogodzie, można podziwiać panoramiczne widoki (360 stopni) na góry Olympic, jezioro Quinault, Ocean Spokojny i lodowce. 





Poniżej linki do kilku filmików z widokami.

Z pogodą udało nam się. W dniu wycieczki, poranną mgłę przepędziło słońce i chociaż w ciągu dnia zaczęły nadciągać chmury to jednak kiedy dotarłyśmy na szczyt, ciągle jeszcze nie przesłaniały ani horyzontu ani niżej położonych terenów. 




czwartek, 30 lipca 2026

🪡 Hamak

Hamak, uszyty pięć lat temu, nie przetrwał zbyt długo. Materiał przedarł się, widać nie nadawał się na tego typu projekt. Został nam niewielki hamaczek kupiony w sklepie i ten uszyty przeze mnie cztery lata temu. Oba do obejrzenia tutaj. Ten mały nadaje się bardziej na huśtawkę niż do polegiwania co uświadomiłam sobie podczas pobytu nad jeziorem Clear Lake. Na kilka dni przed wyjazdem na wakacje do  Olympic usiadłam i uszyłam nowy hamak. 



Użyłam tego samego materiału co cztery lata temu, ale nie było go wystarczająco więc połączyłam go z inną resztką z zapasów. Przecięłam ten drugi materiał na pół i doszyłam na końcach głównego materiału. Dodałam sobie przez to roboty, ale tak mi się bardziej podobało niż dwa różne kawałki po prostu zszyte.



Szycie to nie moja bajka, szwy są krzywiusieńkie ale na szczęście nikomu to nie przeszkadza. Hamak jest duży i szeroki można się w nim schować przed całym światem albo zakryć połami przed powiewami wieczornego wiatru.



Hamak został przetestowany podczas ostatniego wyjazdu, przetrwał kilka burz i poranną rosę, jednym słowem zdał egzamin.

Hamak zgłaszam do zabawy u Anetty, Nici, nitki i niteczki:




Lipcowe wytyczne są bardzo ogólne - tworzymy prace, które kojarzą się z latem, wakacjami, przyjemnym spędzaniem czasu... - hamak doskonale wpisuje się w te wytyczne. 🪡

sobota, 25 lipca 2026

Wakacje w ONP (Olympic National Park) 2026

Wróciłyśmy z Emilią z wakacji w Parku Narodowym Olympic. W parku tym byliśmy już dwa lata temu, z Krzysiem, a w tym roku pojechałyśmy same, w inne zakątki tego ogromnego parku.

Dzisiaj postaram się opisać, w wielkim skrócie, bardziej ogólnie, gdzie, co, i kiedy, a w miarę możliwości czasowych, będę opisywać bardziej szczegółowo.

Pierwsza mapa pokazuje gdzie w USA znajduje się Park Narodowy Olympic:



Na drugiej mapie, poniżej, zakreśliłam gdzie byłyśmy w tym roku. W większości byłyśmy na terenie lasów deszczowych (klimatu umiarkowanego), które należą do najlepiej zachowanych przykładów tego typu ekosystemów w Ameryce Północnej, a przy okazji charakteryzują się rocznymi opadami rzędu 355–424 cm oraz umiarkowanymi temperaturami, które rzadko spadają poniżej zera lub przekraczają 27°C. Podczas naszego pobytu, temperatura była bardzo przyjemna, 20-24 °C w dzień i 10-13 °C w nocy. Kilka słonecznych dni, kilka pochmurnych, jeden pełen burz i ulew.




Pierwsze pięć nocy spędziłyśmy nad jeziorem Quinault, kolejne trzy noce nad jeziorem Ozette. Biwakowanie, spanie w namiocie, baza wypadowa dla wycieczek po okolicy. 


Lake Quinault

Ozette Lake


Nad jeziorem Quinault mogłam dokonać rezerwacji, co też uczyniłam, na pół roku przed wyjazdem. Miejsce numer 19 wygląda tak.  

Pierwszy dzień to pakowanie i podróż - pięć godzin jazdy samochodem. Po przyjeździe rozbiłyśmy namiot i udałyśmy się na rekonesans. Emilia najpierw wykąpała się w jeziorze a potem w potoku Willaby Creek, tuż przy biwaku.


Willaby Creek


Woda w potoku potwornie zimna, więc ograniczyłam się do robienia zdjęć i podziwiania widoków (i odwagi córki) z mostku.



Potem pojechałyśmy sprawdzić w jakich godzinach są dostępne odpłatne prysznice w ośrodku kilka kilometrów dalej (płatne prysznice, pralki, suszarki, sklepik), a wieczorem bujanie się w hamakach (jeden uszyty tuż przed wyjazdem), ognisko i kiełbaski.



Drugiego dnia  zdobyłyśmy szczyt Colonel Bob a po powrocie pojechałyśmy pod prysznic. Na koniec - ognisko.

Trzeciego dnia o 5:40 rano obudził nas grzmot pierwszej tego dnia burzy, a było ich kilka, przez cały dzień. Trochę czekałyśmy aż przestanie padać, starając się wykorzystać czas pomiędzy opadami. Udało się zobaczyć największy na świecie świerk oraz wodospad Merriman Falls. Droga do kolejnego miejsca okazała się zamknięta, więc podjechałyśmy do lokalnego posterunku straży leśnej żeby wypytać jak dotrzeć w miejsca, które miałam na liście. Podczas rozmowy z bardzo miłą panią lunęło jak z cebra. Ulewę przeczekałyśmy częściowo oglądając pamiątki w sklepiku, a potem przeskoczyłyśmy do lokalnego muzeum po drugiej stronie ulicy.

Trochę się przejaśniło więc wyruszyłyśmy na pobliski szlak, a w zasadzie dwa nieco zazębiające się, króciutki Quinault Rain Forest Nature Trail i dłuższy Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop. Ledwie wyruszyłyśmy, rozpętała się kolejna burza więc wędrowałyśmy po lesie deszczowym w czasie burzy. W połowie, kiedy woda wylewała się Emilii z butów, stwierdziłyśmy, że jednak wystarczy tej przygody, wróciłyśmy do namiotu, przebrałyśmy się i pojechałyśmy do pobliskiego punktu z suszarkami. Wrzuciłyśmy przemoczone ubrania do suszarki i poszłyśmy na kolację do restauracji po drugiej stronie ulicy. 

Dzień czwarty powitał nas mżawką ale potem przestało padać. Aby dotrzeć do szlaku prowadzącego do jeziora Irely Lake musiałyśmy objechać całe jezioro Quinault ale czego się nie robi jak się ma odpowiednią motywację. W drodze powrotnej obejrzałyśmy kolejny niewielki wodospad Bunch Falls a na koniec przespacerowałyśmy się ścieżką przyrodniczą Maple Glade Nature Trail która łączy się ze starym i dawno temu porzuconym gospodarstwem rolnym rodziny Kestnerów które można sobie zwiedzić. Zwiedziłyśmy. Na koniec dnia prysznic (25 centów za minutę), ognisko, smażenie kiełbasek.




Piątego dnia sporo się nachodziłyśmy. Najpierw ponownie objechałyśmy całe jezioro żeby powędrować lasem deszczowym do mostu Pony Bridge nad rzeką Quinault River. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się w miejscu polecanym przez przewodniki, July Creek Picknicking Area, i do tej pory zachodzimy w głowę dlaczego to miejsce jest tak polecane. Parking, ubikacja, stół piknikowy, półkilometrowa alejka - nic szczególnego. Nie zatrzymałyśmy się tam długo, w planach miałyśmy pizzę w drodze do szlaku, którego połowę przewędrowałyśmy podczas burzy. 


Quinault River


Pizza była pyszna, najedzone przeszłyśmy drugą połowę Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop. Emilia stwierdziła, że bardziej jej się podobał spacer w deszczu. Dobrze, bo miałam lekkie wyrzuty sumienia z racji ciągania dziecka po lesie kiedy rzucało żabami.

Ponieważ w końcu przejaśniło się, Emilia stwierdziła, że na koniec chce się wykąpać w jeziorze - był to nasz ostatni wieczór nad jeziorem Quinault.




Następnego dnia, szóstego, spakowałyśmy się, wyprysznicowałyśmy się i ruszyłyśmy nad jezioro Ozette. Sama jazda zajmuje prawie trzy godziny, ale że szosa dochodzi do oceanu na pewnym odcinku, to zatrzymałyśmy się na sławnej plaży Ruby Beach a potem jeszcze w miasteczku Forks na obiad. 

Nie można dokonać rezerwacji miejsc nad jeziorem Ozette. Biwak jest niewielki, 15 miejsc na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Nieopodal znajduje się też prywatny ośrodek Lost Resort, na terenie którego można rozbić namiot. Wprawdzie koszt jest dwa razy wyższy, ale za to nie odmawiają potrzebującym, więc mimo, że nie miałyśmy rezerwacji, nie przejmowałam się za bardzo bo nawet w tym miejscu na końcu świata były opcje noclegowe. Zajechałyśmy na miejsce około czwartej po południu i na biwaku Ozette Campground było kilka wolnych miejsc. Wybrałyśmy sobie miejsce numer 12.


Ozette Campground, #12


Przyznam, że jeszcze nie biwakowałam w tak zadbanym, wręcz wymuskanym miejscu. Wprawdzie do toalety trzeba było się pofatygować dość daleko, do punktu wyjścia szlaku przy budynku, w którym kiedyś urzędowała straż leśna, ale za to toaleta była czyściutka, z bieżącą wodą, mydłem, oświetlona - tak jak i biwak, jedna z najczystszych i najbardziej zadbanych toalet jakie widziałam podczas naszych wyjazdów pod namiot.


toalety (budynek po lewej)

Z miejscem udało nam się. W niedzielne popołudnie, kiedy przyjechałyśmy, było wprawdzie kilka wolnych miejsc, ale zapełniły się one dość szybko. W poniedziałek i wtorek, mimo, że kilka miejsc zwolniło się rano, do wieczora ponownie zapełniły się i każdego dnia kilka samochodów odjeżdżało z kwitkiem, nie znalazłszy wolnego miejsca.

Pierwsza noc nad jeziorem Ozette okazała się straszliwie zimna. Zdziwiło nas to, bo ogólnie noce były na tyle ciepłe, że Emilia spała na śpiworze a ja tylko przykryta śpiworem. Tego wieczora znad oceanu nadeszła mgła, temperatura spadła tak, że para leciała nam z ust. Miałyśmy sporo ubrań, które nawkładałyśmy na cebulkę a dodatkowo narzuciłyśmy na śpiwory koce. 

Na szczęście tylko jedna noc okazała się zimna. W powietrzu było jednak cały czas sporo wilgoci a rano tyle rosy na trawie, że buty natychmiast przemakały. Wyruszając na szlak zostawiałyśmy je na słońcu żeby wyschły. Raz zapomniałam i zostawiłam je pod tropikiem namiotu i wieczorem musiałam je suszyć przy ognisku.




Biwak Ozette to też pierwsze miejsce gdzie nie dało się nazbierać drewna na ognisko. Teren przy jeziorze porastały trawy i szuwary a do lasu po drugiej stronie szosy nie dało się udać na tyle dyskretnie, by nie zwrócić uwagi - na tablicy wywieszono informację o zakazie zbierania drewna, więc drewno kupiłyśmy w pobliskim Lost Resort. Tam też można było skorzystać z pryszniców za opłatą, ale woda pachniała bagnem, więc skorzystałyśmy tylko raz.

Siódmego dnia naszych wakacji wybrałyśmy się na szlak Ozette Triangle (Trójkąt Ozette) - nazwa bierze się z kształtu pętli trasy, trójkąta. Wróciłyśmy bardzo zmęczone. Wzięłyśmy prysznic w pobliskim Lost Resort ale nie miałyśmy już siły na ognisko. Ani zbytniej ochoty okadzać się dymem tuż po kąpieli. Wieczór spędziłyśmy czytając (Emilia przeczytała trzy książki z serii o Harrym Potterze podczas tego wyjazdu, w tym tę liczącą 900 stron). Na koniec poszłyśmy na spacer nad jezioro i podziwiałyśmy piękny zachód słońca.



Dnia ósmego, wcześniej niż w pozostałe dni, wsiadłyśmy w samochód i pojechałyśmy na sam czubeczek półwyspu Olympic. Najpierw zatrzymałyśmy się w Muzeum Indian Plemienia Makah w Neah Bay. Obejrzałyśmy sobie eksponaty, poczytałyśmy o historii tych terenów i zamieszkujących je ludów i kupiłyśmy wejściówkę upoważniającą nas do wstępu na teren Rezerwatu ponieważ właśnie tam się udawałyśmy - najpierw na polecaną w przewodnikach plażę Shi Shi a potem na najbardziej na północny zachód wysunięty punkt kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych, Cape Flattery.

Wieczorem, zmęczone i bardzo głodne zatrzymałyśmy się na kolację w punkcie gastronomicznym. Z nazwy restauracja, z wyglądu bardziej bar plus kelnerki. Mimo że byłam głodna jak wilk, jedzenie nie smakowało mi. Może kucharz miał już dość tego dnia i zwisało mu co na temat jego umiejętności myślą kolejni turyści?

Na ostatnim odcinku drogi do biwaku natknęłyśmy się na jelonka stojącego na środku drogi, w klasycznej pozie, zastygły w bezruchu, spoglądający na zbliżający się samochód. Dobrze że jechałam powoli bo inaczej nie wyhamowałabym. W końcu zwierzę wybudziło się, i w kilku pełnych gracji susach zniknęło w lesie.




Nieubłaganie nadszedł ostatni dzień naszych wakacji, dziewiąty

Nie spieszyłam się z porannym wstawaniem bo i tak trzeba było zaczekać aż namiot wyschnie a słońce opierało się o tropik około dziewiątej rano. Pakowanie poszło nam sprawnie bo przecież mamy już niemałą wprawę. 

Po kilku godzinach jazdy zatrzymałam się przy jednej z polecanych plaż, ale Emilia, którą postój wybudził z drzemki, nie miała ochoty na spacer. Nie nalegałam, z Ozette do domu miałyśmy osiem godzin jazdy. Zatrzymałyśmy się jednak na późny obiad w restauracji, którą Emila wyszukała w necie. Fajne miejsce, U Kuzyna na Wsi, wystrój stylizowany zgodnie z nazwą, a jedzenie smaczne. Kiedy ruszałyśmy z parkingu, zaświeciła mi się kontrolka, żeby sprawdzić przednie światło. Nie działało. I takie to zakończenie wyjazdu napisało nam życie.

Reszta drogi minęła nam już bez przygód a kiedy zajechałyśmy pod dom czekał już nas nas komitet powitalny czyli sąsiedzi, którzy opiekowali się Kicią podczas naszej nieobecności. Miło, jak ktoś czeka kiedy wracasz do domu z wyjazdu.