sobota, 11 kwietnia 2026

🧶 Field Sweater

Jeśli dostaję na urodziny włóczkę, to zawsze staram się coś z niej zrobić do następnych urodzin. Jeśli tej włóczki jest wystarczająco dużo na sweter, to zakładam go spotykając się z darczyńcą z okazji kolejnych urodziny. 

W zeszłym roku dostałam sporo włóczki, na trzy ubraniowe udziergi. Dwa poprzednie, z mieszanki lnu i bawełny, od dzieci, pokazywałam tutaj i tutaj. Natomiast nad trzecią medytowałam nie mogąc zdecydować się na wzór. W końcu doszłam do wniosku, że australijską wełnę w kolorze lila połączę z moherem. I tak zrobiłam, ale efekt był mocno niezadawalający. Nawet Emilia, która zazwyczaj jest mało krytyczną fanką moich wyrobów, kategorycznie stwierdziła, że nie.

Prucie, poszukiwanie innego wzoru. Zdecydowałam się na Field Sweater ale już bez dodatku moheru. 


Coś pokręciłam przy wybieraniu rozmiaru co okazało się w połowie korpusu - kolejne prucie! A do urodzin zostały dwa tygodnie!

Ale ponieważ już wiedziałam jak leci wzór, szło mi szybciej. A o dwa rozmiary mniejszy sweter ma też nieco mniej oczek. Skończyłam kilka dni przed spotkaniem z okazji urodzin. 



Sweterek spodobał się koleżance, od której dostałam rok temu tę włóczkę, pozostałym koleżankom też. W pracy też, bo to dość ładny wzór. Pewnie dlatego tak popularny - na Ravelry kilka tysięcy wydzierganych sztuk (3797 w chwili kiedy piszę).



Udało mi się go kilka razy założyć zanim zrobiło się ciepło. Włóczka dość mocno się mechaci, ale mam nadzieję, że tylko na początku a po praniu może przestanie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Przyszły tydzień ma być chłodniejszy to będę miała okazję założyć kilka cieplejszych rzeczy.



Ponieważ w marcu było raczej ciepło, nie bardzo miałam okazję zrobić zdjęcia. W końcu założyłam go na wycieczkę z Emilią. Pal licho, że do leginsów i butów do wędrowania, ale stwierdziłam, że nie będę się przebierała na leśnym parkingu. 



Miało być chłodno, i było, ale dopiero nad oceanem. Tak zimno, że nie odważyłam się ściągnąć kurtki. Zanim dojechałyśmy nad ocean, zatrzymałyśmy się nad potokiem Alsea. Najpierw kilka zdjęć przy wodospadzie Alsea Falls, potem nad rzeczką, potem przy drugim wodospadzie Green Peak Falls. Wszędzie albo mocny cień, albo częściowy cień, albo zbyt mocne słońce. Zdjęcia samego swetra takie sobie, ale za to natura wokół jaka piękna!



Może gdybym przewidziała, że nad oceanem będzie za zimno na sesję fotograficzną to by mi bardziej zależało. Nad oceanem słońce też było zbyt ostre.



Sweter zgłaszam do kwietniowej odsłony zabawy u Anetty, Nici, nitki i niteczki:



Kolor tak trochę wiosenny, choć bardziej lawendowy, ale myślę, że pasuje do wiosennych pasteli.

Wydaje mi się, że ozdobny karczek kwalifikuje się też do zabawy u Splocika Małe Dekoracje 2026.



Ponieważ rzadko wykonuję ozdoby, mało mam okazji by zgłosić coś do tej zabawy, więc absolutnie nie mogę przepuścić takiej okazji! W kwietniu Splocik zaproponowała:

1. Cytat: "Cokolwiek możesz zrobić, o czymkolwiek możesz marzyć, po prostu zacznij to robić. Odwaga, to inteligentna moc sprawcza". - Johanes Wolfgang Goethe

2. Kolor - różowy i soczysty zielony

3. Dowolna praca - dekoracja mała, duża lub element dekoracyjny ze wskazaniem jego przeznaczenia.




Ozdobny karczek wpisuje się ładnie w punkt trzeci ale też i punkt pierwszy bo wzór swetra mi się spodobał i po prostu go sobie zrobiłam. Mimo, że sporo komentarzy mogło odstraszyć, że opis taki trudny do ogarnięcia, że nie radzą sobie z wykonaniem tych ziarenek, no sporo tego narzekania. A prawda jest taka, że wzór jest dość prosty i nawet jak się pomyli, to dość łatwo skorygować błędy.


sobota, 4 kwietnia 2026

Wiosennie

W ten piękny świąteczny weekend przynoszę Wam kolory z mojego ogródka.















niedziela, 29 marca 2026

Alsea Falls, Green Peak Falls & Seal Rock Recreational Area


Cztery lata minęły od mojej ostatniej wycieczki do wodospadów Alsea Falls i Green Peak Falls. Cztery lata temu, także w czasie ferii wiosennych, wybraliśmy się tam z Emilią i Krzyśkiem, w tym roku pojechałyśmy tylko we dwie, bo Krzysio na studiach po drugiej stronie kontynentu, ferie wiosenne miał tydzień wcześniej i spędził je na miejscu.

Pogoda wyjątkowo dopisała, niebo bez jednej chmurki, w nasłonecznionych miejscach wręcz za gorąco, zwłaszcza w wełnianym swetrze, który założyłam z nadzieją na sesję w plenerze. (Zdjęcia swetra będą za jakiś czas, jak już przebrnę przez niemal setkę zdjęć, które zrobiła mi Emilia. Dzisiaj jedynie wykasowałam te, które zdecydowanie mi się nie podobają.)

Wracając do naszej wycieczki - pierwszy wodospad, Alsea Falls, jest kilka kroków od parkingu.





Wiosną sporo wody w rzeczce to i wodospad ładnie się prezentuje.

Ruszyłyśmy w krótką drogę do kolejnego wodospadu. Po drodze zauważyłyśmy kilka zmian - nowe tablice informacyjne, strzałki, schodki na stromym zboczu, barierki. 



Zatrzymywałyśmy się w tych samych miejscach co w przeszłości - tyle wspomnień!

Emilia wypatrzyła linę z deseczką zawieszoną na gałęzi nad potokiem. Kiedyś to była huśtawka ale mocowanie odpadło z jednej strony siedziska. Emilia nie odpuściła, ściągnęła buty, skarpetki, podwinęła spodnie i okrężną drogą, omijając głębsze miejsca poszła sprawdzić czy uda jej się pobujać na linie.



Udało się! Trzeba będzie wrócić tutaj latem.

Stąd już niedaleko do wodospadu Green Peak Falls. Zdjęć mam mnóstwo, ale niemal na wszystkich mój nowy sweter, którego dzisiaj nie pokażę. Na szczęście zrobiłam jedno zdjęcie samego wodospadu.



Potem pojechałyśmy jeszcze nad ocean oddalony o godzinę jazdy samochodem od Alsea Falls.

Zazwyczaj dojeżdżamy do miejscowości nad oceanem i skręcamy w lewo, tym razem pojechałyśmy w prawo czyli na północ. Nie za daleko, kilka mil, do miejsca o nazwie Seal Rock Recreational Area.



Na zdjęciach pogoda przepiękna, ale na zdjęciach nie widać porywistego, przeraźliwie zimnego wiatru, który nas przegonił z plaży bardzo szybko. 

A szkoda, bo akurat był odpływ, który odsłonił obrośnięte małżami i pąklami skały a także małe baseny pływowe a w nich ukwiały, wodorosty, małe rybki, i rozgwiazdy przyczepione do skał.







Seal Rock słynie nie tylko z basenów pływowych lecz także z ogromnego masywu skalnego o nazwie Elephant Rock (elephant = słoń). Skała jest tak wielka, że na zdjęciu poniżej , na plaży nie widać ludzi, tacy maleńcy.



To Emilia zarządziła odwrót, mnie chroniła trochę kurtka, kurtka Emilii została w samochodzie.

Droga powrotna do domu prowadziła wzdłuż oceanu przez wiele mil ale nie udało nam się znaleźć miejsca osłoniętego od wiatru. W kilku miejscach zatrzymywałam się, wychodziłam z samochodu by szybciutko schować się ponownie do przytulnej i ciepłej kabiny samochodu. 



sobota, 21 marca 2026

🧶 Kaczorek

Marcowa odsłona zabawy u Anetty kręci się wokół nadchodzących świąt Wielkiej Nocy. Robimy kury, kurczaki, jajka, króliki - wszystko to co kojarzy się ze świętami albo z wiosną.

U mnie to akurat kaczorek. Taki co to dopiero co wyskoczył ze skorupki. Powiedzmy.

Ponieważ ozdób świątecznych mam sporo, zrobiłam zakładkę, która znajdzie zastosowanie przez cały rok a nie tylko przez kilka tygodni.



Zakładka zrobiona na szydełku według opisu znalezionego na anglojęzycznym blogu Heart Hook Home. Autorka (Ashlea) ma w ofercie jeszcze kilka innych zwierzaczkowatych zakładek, może się jeszcze skuszę na coś podobnego, tym bardziej, że Kaczorek bardzo spodobał się i Emilii i jej koleżance, która akurat u nas gościła kiedy pisklak się wykluwał.

Zakładkę zgłaszam do zabawy Nici, nitki i niteczki:




Zakładka już w książce z ulubionej serii córki:



Kaczorek ma "bezpieczne oczka", których całą paczkę kupiłam już jakiś czas temu. 

Zakładkę robi się szybciutko, więc to dobra odskocznia od większych i czasochłonnych projektów.



Kaczorek uroczy, ale najbardziej podobają mi się jego łapki - ten widok rozkłada mnie na łopatki:


Nie mogę przestać się śmiać!


niedziela, 15 marca 2026

Liceum już za chwilę

Emilia kończy gimnazjum już za kilka miesięcy. W szkole zaczynają ich przygotowywać do przejścia do liceum. Między innymi wybierają zajęcia fakultatywne, zwiedzają liceum, a we wtorek odbyło się spotkanie w tymże liceum dla rodzin i uczniów ostatniej klasy gimnazjum. 

Spotkanie było poświęcone bardziej ścieżkom zawodowym jakie oferuje nasze liceum oraz pozalekcyjnym zajęciom sportowym. Emilia wróciła mocno rozczarowana, bo chciałaby studiować biologię morską, więc warsztaty szkolne raczej nie wzbudziły jej zainteresowania. Niemniej jednak musiała zrobić listę preferowanych kursów, więc z bólem i narzekając, ale coś tam wypisała. Pocieszam ją, że jak się załapie na szycie to fajnie bo nauczy się jak sobie coś przerobić, naprawić, albo uszyć od postaw a to przecież bardzo przydatna umiejętność. Na liście znalazło się też gotowanie a co więcej to już nie pamiętam.

Impreza zaczynała się pół godziny po tym jak kończę pracę, więc na miejsce dotarłam w pośpiechu i nie od razu pomyślałam o tym, żeby zrobić zdjęcia. Szkoda, bo w warsztacie obróbki drewna moją uwagę zwróciły piękne kwiaty wykonane z wiórów - produktu ubocznego heblowania.







Krzysiek chodził do tego samego liceum ale na obchód po warsztatach nie załapaliśmy się bo to był akurat rok 2020 i ta impreza została odwołana. Zachowały się na blogu wpisy z innych spotkań w związku przejściem syna z gimnazjum do liceum tutaj i tutaj.

Jak już zwiedziliśmy warsztaty szkolne, na szkolnej stołówce czekał na nas posiłek ugotowany przez uczniów uczęszczających na zajęcia z gotowania. Wybrałam spaghetti i chleb czosnkowy - i jedno i drugie dość smaczne. 

Podczas konsumpcji prelegent coś tam opowiadał, ale akurat wypatrzyłam trenerkę drużyny pływackiej i ucięłyśmy sobie nie tak krótką za to bardzo miłą pogawędkę.

Po powrocie do domu Emilia poświęciła się pracom ręcznym, ale tym wybranym przez siebie. Bardzo spodobał jej się efekt zabawy z łupinkami po orzechach pistacjowych i zrobiłam kolejną kompozycję, tym razem dla koleżanki, której urodziny były w piątek.