środa, 18 kwietnia 2018

Powrót Kota, czyli program muzyczny w wykonaniu uczniów zerówki i klasy pierwszej

W zeszłym tygodniu uczniowie zerówki oraz klas pierwszych wystąpili, najpierw przed starszymi koleżankami i kolegami, a potem przed rodzinami w programie muzycznym pod tytułem "Ten Little Ladybugs" (Dziesięć Biedroneczek.) Program nawiązywał do dość popularnej w USA książeczki Melanie Gerth pod tym samym tytułem, książeczki, którą swego czasu moje dzieci się zaczytywały, aż w końcu oboje znali jej treść na pamięć.

Poszczególne fragmenty skandowane przez dzieci poprzedzały piosenki. Choć, jak to w przypadku nieletnich wokalistów bywa, granica między skandowaniem a śpiewem była mocno zatarta i trudna do wytropienia. Zakochane uszy rodziców, dziadków i innych krewnych z łatwością jednak odróżniały jedno od drugiego.
A szanowni czytelnicy mogą sami osądzić:



Emilia dostąpiła zaszczytu podziękowania po programie pani z muzyki wręczając jej kwiatka.

Piosenką, która najbardziej podobała się Emilii, i którą do tej pory oboje z Krzysiem śpiewają w domu była "The Cat Came Back" (A Kot Wrócił), skomponowana w 1893 (Harry S. Miller) -  tutaj (KLIK) w nieco bardziej profesjonalnym wykonaniu. Muszę przyznać, że piosenka wpada w ucho - łapię się ostatniu na jej nuceniu.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Kocia intuicja

Zdarza się tak, że zabieram pracę do domu. Dzieje się tak, bo przy odprowadzaniu Emilii do szkoły i odbieraniu jej o 2.45 nie jestem w stanie odpracować wymaganej przez ubezpieczenie medyczne liczby godzin (30) w biurze. Na szczęście mam wyrozumiałego szefa i taką pracę, że mając w domu komputer i dostęp do internetu, mogę pracować w godzinach jakie sobie sama wybiorę.

Pewnego dnia rozłożyłam się na stole kuchennym z całym majdanem: komputer, papierzyska, herbata z cytryną. Nie minęło 15 minut a przyciągnęła się Kicia, wskoczyła na stół i usadowiła w samym centrum, dokładnie na jednym z plików papierów.


Tylną część ciała ulokowała na niezbyt fortunnym rysunku. Rysunek niefortunny dlatego, że przygotowany z kompletnym pominięciem całkowitej kompozycji strony. Pomijając szczegóły, Kicia, sama o tym nie wiedząc, swym usadowieniem dobitnie wyraziła moją opinię na temat rzeczonego rysunku.


Ubawiłam się przednie!
Kicia często pomaga mi w ten sposób, kiedy pracuję w domu.

Pewnego poranka głośnym miauczeniem Kicia domagała się wpuszczenia jej do łazienki. Po co? Spragniona była...






Kicia nie pija z miski a jedynie z toalety.

środa, 11 kwietnia 2018

Zielona Helena

Helena to jeden z tych wzorów, które uwielbiam. Zielona Helena to już piąta, którą wydziergałam, a druga dla Emilii. (Moja pierwsza Helena, biała, do obejrzenia tutaj: KLIK.)

Zieloną włóczkę kupiłam chyba z 10 lat temu na sweter dla Krzysia. (W każdym razie tak dawno temu, że obecnie już jej nie produkują.) Nawet zaczęłam wówczas robić ten sweter dla Krzysia, ale pod koniec przodu robótka poszła w odstawkę i tak już pozostała, aż ją w końcu sprułam pod koniec ubiegłego roku.

Z części włóczki zrobiłam sobie kilka lat temu (w roku 2009) czapkę, którą używam do tej pory (KLIK). Niezbyt często, bo na szczęście klimat tego nie wymaga, ale jak się ochłodzi to z przyjemnością wkładam moją Kittiwake.

Przeglądając włóczki dotarło do mnie, że jeśli nie wykorzystam kilku z nich na sweterki dla Emilii teraz, to niebawem będzie każdej z nich za mało - dziecko rośnie, wydłużają się ubranka i włóczki potrzeba coraz więcej.

I tak padło na radośnie zieloną włóczkę na wiosenny ażurowy sweterek, który docelowo miał być do sukienek, ale okazuje się, że najlepiej wygląda z legginsami, getrami i innymi dopasowanymi spodniami.


Ponieważ poprzednie Heleny wydawały mi się zbyt obfite dołem, tę zrobiłam nieco węższą i wyszedł wydłużony worek, rurka. Na płasko wygląda to fatalnie i prawie zabrałam się za prucie, ale na szczęście dziecko przymierzyło i okazało się, że na modelce wygląda zupełnie inaczej - niemal dobrze!

Już po sesji zdjęciowej doszyłam górą jeszcze jeden guzik  i teraz jest już zupełnie dobrze.

Sweterek jest nieco za duży, ale dzięki temu Emilia ponosi go dłużej niż jeden sezon. Z moich obserwacji wynika, że przez kilka kolejnych lat czeka nas wydłużanie się kończyn i korpusu z zachowaniem niemal niezmiennego obwodu w pasie i klatce piersiowej.

(Z powodu tegoż właśnie zjawiska kilka z wykonanych przeze mnie sweterków nie dotarło do Emilii bo ich użytkowniczki nie chcą się z nimi rozstać. Przekonują mamę, że na szerokość swetry są dobre, a że rękawy mają długość 3/4 to tak ma właśnie być. W sumie to bardzo mnie cieszy, że udało mi się wydziergać coś co stało się jednym z ich ulubionych ciuszków - nader to miłe!)


Zieloną Helenę robiłam dość długo - 3 miesiące. W międzyczasie między innymi remontowałam pokój Emilii i tak jakoś czas mijał, a swetra niewiele przybywało. Kilka cieplejszych dni w lutym pobudziło mój zapał i dobrnęłam do końca.


Bałam się, że włóczki zabraknie ale nawet trochę zostało, jednak niewiele.

Szkoda tylko, że notatki na temat ilości oczek zgubiłam zanim przepisałam je z karteluszka z podręcznymi obliczeniami i przeliczeniami do zeszytu z robótkowymi notatkami.

Dobrze, że podstawowe dane utrwaliłam na Ravelry, więc mogę podać kilka szczegółów:


niedziela, 8 kwietnia 2018

Pamięci mamy

 

Mama.
Gdyby żyła, dzisiaj skończyłaby 69 lat.
Śliwa pod moim oknem zakwitła dla Niej.




Widok z mojej sypialni - po prawej stronie śliwa, po lewej jaśmin:


czwartek, 5 kwietnia 2018

Urodzinowy wpis - już ostatni

Już prawie miesiąc minął od moich urodzin ale jeszcze chciałabym wrócić do nich, bo wiążą mi się z nimi bardzo miłe wspomnienia. Pisałam już, że w tym dniu dzieci były przemiłe, że koleżanki z pracy dały wyraz swojej sympatii wobec mnie, że jedna z koleżanek zaprosiła mnie  z dziećmi na wyjazd na weekend.


W tym ostatnim urodzinowym wpisie chciałabym napisać o moich najbliższych koleżankach, na których pamięć, życzliwość, wsparcie i pomoc zawsze mogę liczyć.

Kasia mieszka w Chicago ale znamy się jeszcze z naszego rodzinnego miasta w Polsce. W tym roku Kasia zrobiła mi nie lada niespodziankę przysyłając pocztą żywe kwiaty - to te na zdjęciach powyżej i poniżej. Otrzymałam je dokładnie w dniu urodzin a kwitły przez miesiąc. Wczoraj przycięłam je - powinny za jakiś  czas znowu zakwitnąć. Tak przynajmniej głosi informacja dołączona do nich.



Część z moich przyjaciółek mieszka blisko, w tym samym mieście co ja.
To one co roku organizują nasze babskie spotkanie z okazji dnia kobiet oraz moich urodzin. Znają mnie te moje przyjaciółki bardzo dobrze i wiedzą co sprawi mi przyjemność, co mnie ucieszy, co mi się przyda.

Pod choinkę dostałam od jednej z nich własnoręcznie wykonane kolczyki, teraz do kompletu mam i bransoletkę.


Wiadomo też, że czasem każda z nas ma ochotę wybrać się na zakupy i obdarować samą siebie prezentem wybranym własnoręcznie - dostałam odpowiednie środki w postaci karty na spełnienie kilku zachcianek w dwóch moich ulubionych sklepach. Kwiatuszek też był, przecież bez tego nie mogą się obyć żadne urodziny!


Rok temu dostałam prześliczne kubeczki z motylkami. W tym roku otrzymałam filiżankę z tej samej serii. A do tego kolczyki (na zdjęciu z bransoletką i kolczykami) oraz książkę, dowcipnie nawiązującą do mojego ulubionego serialu telewizyjnego (Castle), niestety zdjętego jakiś czas temu z ekranu.
Wszystko to zapakowane w torebkę w motyle!


Długo wyczekiwałam na ostatni prezent. Nie dlatego, że tak bardzo interesują mnie rzeczy materialne, ale dlatego, że osoba, która mi go przysłała ZAWSZE o mnie pamięta. Splocik należy do tych osób, które po prostu nie zapominają o świętach, urodzinach i innych rocznicach. Musiałoby się walić i palić, żeby zawaliła. Okazało się, że zawaliła poczta - nie będę dochodzić czy polska czy amerykańska, bo przesyłka w końcu dotarła a w niej same śliczności:


Zakładka i zawieszki "z drugiej strony":



Za pamięć, za kartki z życzeniami, za życzenia przysłane drogą elektroniczną - BARDZO dziękuję! Dziękuję tym, którzy o mnie pamiętają bo ich pamięć sprawia, że nawet w pochmurne dni moje życie opromienia blask przyjaźni, a w te najchłodniejsze ogrzewa ciepło życzliwości.

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

PUR: Myjki

. . . i po świętach!
U nas poniedziałek to już normalny dzień, ja do pracy, dzieci do szkoły.
Dzieci wymęczone, bo w niedzielę wybiegały się z innymi polskimi dziećmi, tak że dzisiaj rano Emilia ledwo co nogami ruszała. Ale szkoła dodała jej sił.

W ramach Programu Utylizacji Resztek, zrobiłam kilka myjek dla Emilii. Stare już ściemniały od wielokrotnego prania i zrobiły się takie nieładne, więc zostały zdeklasowane do rangi szmatek do sprzątania, a Emilia dostała nowe.


Zrobiłam je na drutach z resztek bawełny, które ciągle wyskakują to z jednego kąta, to z drugiego. Lęgnął się te resztkowe kuleczki jak pisklęta czy króliczki. Trochę tego drobiazgu, 270 gram, przerobiłam na formy płaskie.

Emilia zadowolona bo dostała coś nowego, ja zadowolona, bo kapeńkę ubyło z zapasów.

Myjki dziergałam głównie podczas Emilkowych lekcji gry na pianinie. Lekcje półgodzinne, to trochę potrwało zanim te osiem myjek zrobiłam.

sobota, 31 marca 2018

Wpis świąteczny



Zakradały się te święta skrycie i powoli i udało im się mnie niemal zaskoczyć.
Niemal - dzięki Emilii, która od ponad dwóch miesięcy co jakiś czas dopytywała się ile dni do świąt, przypominając mi nieustannie o ich zbliżaniu się.

Robótkowo święta odpuściłam sobie już jakiś czas temu, ale w tym roku nieco wyręczyła mnie córka. Przyniosła ze szkoły filcowe zajączki i jajka i strasznie chciała zrobić jakiś art project.

Wyciągnęłam z pudła z przydasiami ozdobny kartonik w wielkanocne jajka i dziecko ponaklejało - z jednej strony zające i jajka, z drugiej napis z kolorowych literek, wyciągniętych z tego samego pudła co kartonik. Z napisem trochę jej pomogłam. Wprawdzie marudziła, że szare a jej się nie podoba, ale więcej kolorowych nie było. Polskich literek ani wielkich liter też nie było.

Ozdobiony krtonik, a w zasadzie to takie bardzo płaskie pudełeczko, zawisło na wstążeczce na lampie kuchennej.

Ale w domu i tak zawitał piękny wielkanocny haft - o tak śliczny wystój zadbała Splocik przysyłając własnoręcznie wykonaną kartkę:


No CUDO! Oczom własnym nie mogłam uwierzyć, tak ładna, i jak zawsze przestarannie wykonana. Niesłychana staranność i dokładność to znak firmowy Splocika. Kartka stoi na honorowym miejscu a obok kurek (komercyjnych) w plecionym koszyczku na zielono-różowym plastikowym sianku.

Dekoracje nie zalały nam wprawdzie domu, ale z wypiekami się uwinęłam - z asystą Emilii oczywiście i nastrój jak najbardziej świąteczny mamy.

Jak co roku odbyła się nasza mała prywatna ceremonia święcenia pokarmów dokonana przez zaprzyjaźnionego księdza, a za parę godzin - doroczna pogoń za jajami w ogródku znajomych. Nafaszerowane słodyczami jajca już czekają!

Ostatnio, co święta, to coś się psuje. Tym razem padło na odkurzacz, który zepsuł się dzisiaj - coż za wyczucie sytuacji!


czwartek, 29 marca 2018

Ferie wiosenne

Ostatni tydzień marca to u nas czas ferii wiosennych.


Optymistycznie planowałam sobie, że wezmę cały tydzień wolnego - urlopu mam sporo, jeszcze z zeszłego roku. Ale jak to zwykle bywa , plany planami, a życie (zawodowe) swoje. Pracuję, tyle że z domu.


I znowu, najpierw myślałam, że skoro już trzeba dotrzymać tych wszystkich terminów, to zrobię co trzeba a resztę godzin wrzucę urlop. Tymczasem tych przepracowanych godziny zebrało się tyle, że urlop zostanie na kiedy indziej.


Początek ferii był zimny i bardzo mokry. Im bliżej świąt, tym nieco cieplej - z mocnym naciskiem na nieco. Co jakiś czas wychodzi słonko i wtedy robi się bardzo przyjemnie i na prawdę wiosennie. Odrywam wówczas dzieci od tabletów i wyganiam na zewnątrz.


Jeśli nie mają towarzystwa innych dzieci, i ja zostaję z nimi zabierając się za jakąś pracę w ogródku. Kiedy ja jestem w ogródku, dzieci ładnie się bawią. Kiedy wejdę po coś do domu i zbyt długo nie wracam, dzieci bardzo szybko wracają do domu, do elektroniki.


Dotrzymując dzieciom towarzystwa całkiem sporo udało mi się zrobić.
Między innymi zadanie, do którego przymierzałam się od jakiegoś czasu, ale na które niespecjalnie miałam ochotę, czyli wyczyszczenie płytek chodnikowych z trawy, chwastów i mchu.


Naskrobałam się tego, ręce potem bolały, ale miło mi było słuchać jak dzieci bawią się w załogę okrętu (w tej roli dereń przed domem) walcząc z przeciwnościami losu w postaci burz, strasznych stworzeń zamieszkujących głębiny oceanu oraz najzwyklejszych zombie.


W czasie ferii wiosennych nasz pobliski basen miejski organizuje zajęcia z piłki wodnej - 3 godziny dziennie, od poniedziałku do piątku. W zajęciach tych uczestniczył już Krzyś w ubiegłym roku i tak mu się podobało, że i w tym roku go zapisałam. Jedynym minusem dla mnie jest to, że zajęcia zaczynają się o ósmej rano, więc wstaję o tej samej porze co do pracy.


Wracając z basenu zatrzymuję się obok ośrodka kultury gdzie można sobie zabrać za darmo dość grube wióry drzewne - kora z pewnością to nie jest, ale nie wiem jak to się nazywa po polsku, po angielsku to woodchips.


Nie wiem też kto je tam zrzuca ale znikają dość szybko - jak to z dobrami za które nie trzeba płacić bywa. Wsadziłam do bagażnika spory plastikowy pojemnik (114 litrów), wiaderko i rękawice i przejeżdżając obok wypełniam pojemnik.


Wzdłuż płotu przed domem do tej pory była goła ziemia (nie licząc chwastów). Bardzo trudno dotrzeć tam z podlewaniem, więc niczego tam nie sadzę. Usunęłam chwasty i wysypałam nawiezionymi wiórami. Pojemnik po pojemniku, kawałek po kawałku i zrobiło się ładnie, schludnie, czysto. Kiedy słońce zacznie przygrzewać drewno zacznie wydzielać piękny zapach.


Podobny pas ziemi z chwastami mam za domem. I tam powoli wysypuję wióry, więc i tam z czasem zrobi się ładnie.


Ponieważ za domem przez lata wyrosła prawdziwa plantacja chwastów, mimo, że je powyrywałam przed wysypaniem wiórów, to jeszcze dodatkowo kładę warstwę specjalnej folii, żeby tak szybko chwyściory przez warstwę wiórów nie przelazły. Wiadomo, że chwasty to wyjątkowi twardziele i wyrosną w każdych warunkach. No to im trochę utrudnię.


Dość pracowite te moje ferie wiosenne.

poniedziałek, 26 marca 2018

Marcowe aktualności - Kruszynka

U Emilii też trochę się działo w marcu. Korzystając z luki między koszykówką a piłką nożną Krzyśka, zapisałam ją na kolejną sesję lekcji pływania.
Wprawdzie marzec wydaje mi się trochę za zimnym miesiącem na pływanie, nawet na krytej pływalni, ale wiedziałam dokładnie jakimi porami dysponuję w marcu i postanowiłam to wykorzystać.



Emilia pływanie uwielbia i nie opuściła ani jednej lekcji w grupie seals (foki) - ostatnie zajęcia miała w zeszłym tygodniu. W grupie wiekowej 3-5 lat został jej jeszcze jeden poziom, orki. Może uda nam się go zaliczyć przed szóstymi urodzinami.


Pływanie i pianino - to zajęcia pozaszkolne Emilii.
Nadal bardzo lubi lekcje gry na pianinie z panią Megumi i w miarę chętnie ćwiczy w domu.
Chyba już załapała znaczenie słów "nauka" i "ćwiczenie" i nie złości się ani nie obraża, kiedy coś jej nie wyjdzie za pierwszym podejściem.

Ponieważ dotarła już do połowy drugiego podręcznika, doszłam do wniosku, że dobrze by było, żeby i te wcześniejsze utwory grała co jakiś czas w celu utrwalenia - zazwyczaj ćwiczy tylko to co ma zadane na następną lekcję. Wymyśliłam w tym celu zabawę, która szalenie spodobała się Emilii.
Na kartonikach wypisałam nazwy utworów i numery stron w podręczniku. Pomieszane kartoniki odwracamy napisami do spodu, Emilia losuje kartonik i gra utwór. Jak jej nie bardzo wychodzi, gra jeszcze raz. (W założeniu zabawa miała mieć nieco bardziej rozbudowane zasady, ale Emilii spodobała się taka najprostsza wersja.) Kartonik po kartoniku i czasami tak bawimy się nawet godzinę. A czasem kończymy po dwóch lub trzech utworach - na ile wystarczy zapału bo najważniejsze, by zabawa sprawiała przyjemność.

Powoli uzupełniam brakujące elementy w pokoju Emilii i tak ostatnio dostała własną kołdrę (ale poszewki odziedziczyła po starszym bracie, dla którego motywy na pościeli są już zbyt dziecinne) a także dywan.


Dumna z własnej kołdry oświadczyła, że już nie muszę leżeć z nią i czekać aż zaśnie, że już się nie boi sama zasypiać - jednym słowem wyrzuciła mnie z pokoju! I sama zasnęła, dość szybko z resztą. I tak oto skończyło się moje wieczorne relaksowanie z audio bukiem - czekając aż Emilia zaśnie, zazwyczaj słuchałam jakiejś książki. Jeszcze od czasu do czasu poleżę z Emilią - teraz akurat nabawiła się kataru i bardziej spragniona jest bliskości mamy.

W szkole dziecię nadal bryluje. Cieszy mnie, że mimo że tak dużo potrafi chętnie i z ogromnym entuzjazmem podchodzi do każdego zadania w szkole, nigdy nie okazuje, że to zbyt proste lub łatwe dla niej, nie wywyższa się nad inne dzieci. Jest lubiana przez koleżanki i kolegów i uwielbiana przez panie nauczycielki - nawet te, z którymi ma styczność jedynie na przerwach.
Ostatnio Emilia została nominowana przez jedną z nauczycielek do nagrody - na specjalnym apelu otrzymała dyplom:


O tym, że ten dyplom dostanie nie wiedziała, ale pani przysłała mi wiadomość, więc wybrałam się do szkoły by uczestniczyć w tej doniosłej chwili.  

Na tym samym apelu uhonorowano uczniów, którzy nie opuścili w drugim trymestrze ani jednego dnia nauki. Okazało się, że na 60 zerówkowiczów, tylko szóstce udało się tego dokonać, w tym Emilii.

A na koniec dialog samochodowy, w drodze do domu. Krzyś został tego dnia w domu, my z Emilią pojechałyśmy na pocztę i po dywan.

W drodze do domu Emilia zabiera się za ciasteczko z wróżbą w środku, a kiedy wyciąga karteczkę rzuca po angielsku:
- I wonder what the future holds for us. (Ciekawe co nas czeka w przyszłości.)
Powtarzam za nią, po polsku:
- Ciekawe co nas czeka?
 Na co Emilia bez wahania odpowiada:
- Krzyś na nas czeka!

piątek, 23 marca 2018

Marcowe aktualności - Hultajstwo

Dużo się działo, i nadal dzieje, w marcu.
U Krzysia, początek miesiąca przyniósł koniec sezonu koszykówki.
W sumie poszło im tak nie całkiem źle ale i bez rewelacji: 4 mecze wygrane, 4 przegrane, zestawienie końcowe - w środku tabeli.

Trener dość sporo chwalił Krzyśka, że dużo się nauczył, że zrobił spore postępy, za szybkość. Rzeczywiście, z meczu na mecz, Krzysiek coraz mniej czasu spędzał na ławce, a coraz więcej na parkiecie.

Kilka tygodni wytchnienia dla mnie i zaczynamy sezon piłki nożnej.
Pierwszy trening - przedwczoraj, dzisiejszy odwołany bo akurat padał śnieg. Poza tym skład drużyny już ustalony - 11 z 13 chłopców z drużyny jesiennej gra i teraz, więc trener dobrał tylko kilku brakujących zawodników i zrezygnował z treningu w mokrym śniegu.

W połowie kwietnia zaczynają się zajęcia lekkoatletyczne, i Krzysiek znowu chciałby złapać wszystkie sroki za ogon. Nie da się. Kółka teatralnego już nie ma gdzie wcisnąć!

Ale nie samymi sportami dziecię żyje. W szkole właśnie rozpoczął się ostatni trymestr. Drugi Krzysiek zakończył  wspaniałymi wynikami - same najwyższe oceny (A), stuprocentowa frekwencja oraz kilka dyplomów, w tym ten za wyniki z przedmiotu "Science" - moim zdaniem, najbardziej prestiżowa nagroda. Jestem z mojego syna niezmiernie dumna!


Krzyś nadal gra w orkiestrze szkolnej, nadal idzie mu całkiem nieźle.
14 marca odbył się wiosenny koncert orkiestry szkolnej, na który wybrałyśmy się z Emilią i uwieczniłyśmy tę część, w której brał udział Krzyś.



Ku mojej ogromnej radości Krzysiek powrócił do czytania. A to dzięki książkom Gordona Kormana, od których oderwać się nie może. Pewnego dnia poprosił mnie nawet, żebym przyjechała po niego po judo później, bo będzie czytał. Czyta w samochodzie w drodze na karate/dżudo, czyta w drodze do domu, nawet tablet poszedł w odstawkę! Dobrze, że Korman to dość płodny autor, który napisał ponad 80 książek. I mam tylko nadzieję, że kiedy Krzyś już je wszystkie przeczyta, to natrafi na następnego autora, którego książki aż tak go pochłonął.

Mimo że dzisiaj padał śnieg, marzec przyniósł nam sporo słonecznych dni, kiedy to dzieci ładnie bawiły się razem w ogródku. Jednego dnia Krzyś uczył się, a potem nadzorował siostrę, posługiwać się piłą.


Innego dnia nauczył się posługiwać kosiarką. Wykosił trawniki i za domem, i przed domem, a trochę tej łąki jest. Pot lał się z niego ciurkiem, ale był z siebie bardzo zadowolony. Ja też! Ustaliliśmy, że od teraz to jego nowy obowiązek. Zdecydowanie bardziej mu odpowiada koszenie trawy niż rozładowywanie zmywarki, ale z tym ostatnim tak szybko się jednak nie pożegna.

poniedziałek, 19 marca 2018

Sunriver - inne atrakcje

Po sankach i obiedzie dzieci nadal miały dość sporo energii a że do wieczora było jeszcze daleko, poszliśmy na rowery. Wynajmowany dom miał w garażu 10 rowerów różnej wielkości, a ten najmniejszy nadał się dla Emilii, choć był dla niej odrobinkę za duży.

Sunriver ma wspaniałą sieć asfaltowych ścieżek rowerowych, do tego odśnieżonych. Wycieczka nasza jednak nie trwała długo bo dotarło do mnie, że jedziemy cały czas w dół. Może i zbocze nie było bardzo nachylone, ale perspektywa powrotu, a konkretnie wizja Emilii usiłującej pod tę niewielką górkę wjechać (albo raczej swoim nieustannym jęczeniem przekonać mnie, bym ją wzięła na ręce prowadząc oba rowery, jej i swój), skutecznie ochłodziła ochotę na dłuższą wycieczkę.

Do tego Emilia kilka razy wylądowała w zaspie - nóżki nie sięgały jej podłoża, więc schodziła z roweru "na wywrotkę". Dobrze, że wzdłuż ścieżki leżało sporo śniegu, to przynajmniej miękko się jej lądowało.

Wróciliśmy, a dzieci przez chwilę rozkoszowały się oglądaniem tej samej kreskówki na dwóch różnych telewizorach - każde w swojej sypialni.


Dostaliśmy bowiem nie pokój a apartament - dwa pokoje z łączącą je łazienką.

Szybko znudziło im się takie osobne oglądanie i już razem zalegli na jednym z łóżek. A kiedy się ponownie zregenerowali, a nastąpiło do bardzo szybko, wynaleźli sobie kolejne zajęcie.


Dorwali szuflę do odgarniania śniegu i oczyścili jeden z górnych tarasów, który pokrywał zmarznięty śnieg.


Bardzo się przy tym postarali, zwłaszcza Krzyś, i naprawdę pięknie oczyścili cały taras.


W nagrodę wieczorem, po kilku partiach remika, które rozegraliśmy z koleżanką i jej znajomymi (Krzysiowi gra się tak spodobała, że teraz dopomina się żeby mu ją kupić) pozwoliłam im skorzystać z hot tub, czyli wanny z gorącą wodą i bąbelkami usytuowanej na tarasie - tym samym, który tak pięknie odśnieżyli.


Z zasypianiem nie było problemu. Ja też spałam w Sunriver dobrze i długo. Okolica, w której stoi dom jest bardzo cicha a wieczorem, kiedy już wypoczywający wracają do wynajętych domów, ruch kołowy zamiera całkowicie.


Podobno ten dom nie był aż tak szpanerki jak inne domy, które na weekendy w przeszłości wynajmowali koleżanka i jej znajomi. Nam się bardzo podobał a do tego miał bardzo dobrze wyposażoną kuchnię.




Dzieci bardzo chętnie wybrały by się na taki weekend jeszcze raz.
Albo i więcej razy.

A żeby było jeszcze milej, ponieważ kilka dni wcześniej były moje urodzin, nie musiałam ponieść naszej części kosztów wynajmu domu - pobyt ten dostałam w prezencie od koleżanki. Wspaniały prezent!