środa, 21 lutego 2018

Asian Celebration 2018

Co roku w połowie lutego odbywają się u nas Dni Azjatyckie (Asian Celebration). Kiedy Emilia była maleńka i siedziała grzecznie w wózku, wybrałam się na imprezę z dziećmi. Potem przez kilka lat nawet nie myślałam o zabieraniu Emilii w tak zatłoczone miejsce z obawy, że zbyt łatwo mogłaby mi się zgubić.


Podczas obu dni imprezy na jednej z trzech scen prezentują się lokalne szkoły sztuk walki wschodu, między innymi Akademia, w której Krzyś trenuje karate i dżudo. Przełamując nieśmiałość syn mój postanowił wziąć udział w przygotowanym programie. Skoro dziecko miało występować na scenie, trzeba go było na miejsca dostarczyć a potem odebrać i dlatego zaliczyliśmy całą imprezę. Z czego wszyscy bardzo się cieszymy bo było szalenie ciekawie i różnorodnie - Azja to wszak kontynent o ogromnym zóżnicowaniu kulturowym.

Kiedy Krzyś przygotowywał się z całą grupą do występu, my z Emilią obeszłyśmy halę ze stoiskami spędzając chwilę (dłuższą lub krótszą) przy niemal każdym stoisku. Obu nam podobała się biżuteria, ale nie robiłyśmy zdjęć ani pierścionkom hawajskim ani indyjskim. Na zdjęcie załapało się za to drzewko bonsai - tylko jedno kwitnące wśród wielu wystawionych.


Najwięcej czasu spędziłyśmy mieszając plastelinę domowej soboty.
Emilia miała przednią zabawę dolewając niebieskiego barwnika oraz brokatu. Potem tą plasteliną bawiła się cichutko przez cały występ brata nikomu nie przeszkadzając.


Kiedy już Krzyś do nas dołączył, wróciliśmy w to samo miejsce i oboje, i Krzyś i Emilia, namieszali kolejne kubeczki plasteliny - tym razem czerwonej i zielonej.


Krzyś załapał się na darmową lekcję origami (Emilia nie była zainteresowana) i zrobił maleńkiego pawia.


Na jednym ze stanowisk pani malowała imiona po chińsku. 

Dla Krzysia, którego akurat z nami nie było, Emilia wybrała kartonik czerwony.
Pani, która kaligrafowała, stwierdziła, że imię mojego syna po chińsku znyczy "dużo szczęścia" (ang: lots of luck).






Dla siebie Emilia wybrała kartonik zielony. Jej imię podobno znaczy "piękna" (ang: beautiful).
c.d.n.

sobota, 17 lutego 2018

Odrobina koloru

Przez kilka dni było u nas cieplej niż powinno o tej porze roku co przyspieszyło wybudzanie się roślin z zimowego snu.

Temperatura wprawdzie wróciła już do typowej dla lutego w Oregonie, ale w ogródku zdążyło pojawić się kilka kolorowych plamek - takie maleństwa a tyle radości sprawiają w czasie, kiedy króluje szaro-burość.

Przebiśniegi wdzięcznie bielą się na tle suchych liści - zostawiłam je (liście) w tym roku na rabatkach by zbutwiały a latem ograniczyły parowanie.

Forsycja cała w pąkach i jedynie na koniuszku jednej jedynej gałązki kilka kwiatów.


Zaczyna także kwitnąć kamelia, choć ostatnie przymrozki nie przysłużyła jej się.


Żonkile, te na najbardziej nasłonecznionych stanowiskach, też zaczynają kwitnąć. Nie mogłam się ich doczekać - wczesne odmiany kwitną już w okolicy od dwóch tygodni.


Ostatnio było zdjęcie jasnego ciemiernika, to dzisiaj ten ciemny.
Zdjęcie może niezbyt piękne, ale widać obfitość kwiecia.


No i oczywiście kwitną pierwiosnki, maleńkie, pełne uroku.


Ale z ziemi wychodzi też i inna roślina, która wprawdzie nie kwitnie, ale jej zielone pędy powodują, że zaczyna mi cieknąć ślinka - szczypiorek!


Jeszcze trochę i będę mogła się rozkoszować jajecznicą ze szczypiorkiem!

Póki co, sycę oczy żółcią - także krokusów.

A w wolnych chwilach porządkuję, grabię a także walczę z bambusową inwazją zza płotu. Niestety posesja jest opuszczona i nie ma do kogo zwrócić się o usunięcie bambusowego lasku. Pozostaje mi systematyczne i mozolne wykopywanie kłączy wzdłuż płotu.

wtorek, 13 lutego 2018

Kamizelka

To już luty a ja mam jeszcze jeden zeszłoroczny udzierg do pokazania: Kamizelka dla Emilii, skończona 29 grudnia 2017.


Wzorowałam się na opisie wykonania Little Sister's Dress (Tora Frøseth Design) z pewnymi modyfikacjami ilości oczek i powtórzeń.

Kamizelka wykonana jest z super mięciutkiej i milutkiej włóczki Trendsetter Yarns Blossom, którą dostałam od kolegi z pracy - należała do jego zmarłej żony. (Pisałam o tym tutaj: KLIK.) Dołożyłam też resztunię brązowej włóczki Berroco Comfort Solids & Heathers, która została mi po zrobieniu tego swetra: KLIK. Rzecz robiona na okrągło, całkowicie bezszwowo, ale przy podkroju pach przerabia się trochę w rzędach, czterech czy pięciu, potem powrót do okrążeń.

Kamizelka świetnie pasuje to większości bawełnianych bluzek z długim rękawem, których Emilia ma dość sporo, a które są za cienkie na zimę.
Z kamizelką, natomiast, dziecku jest ciepło.

Mam nadzieję, że kamizelka posłuży i w przyszłym sezonie - nie dało się zrobić dłuższej, wykorzystałam obie włóczki do końca.

Garść informacji:
  • włóczka zielona: Blossom (Trendsetter Yarns), 73% nylon, 27% rayon; 84 m/50 gram; zużycie: 100 gram (168 metrów);
  • włóczka brązowa: Berroco Comfort Solids & Heathers, 50% akryl, 50% nylon/poliamid; 192 m/100 gram; zużycie: 12 gram (23 metry)
  • druty: 5 mm;
  • wzór: Little Sister's Dress (Tora Frøseth Design)

piątek, 9 lutego 2018

Oregon Battle of the Books 2018

W tym roku, już po raz czwarty Krzyś wziął udział w konkursie czytelniczym Oregon Battle of the Books. Wraz z przejściem do gimnazjum, zaczął czytać mniej, ale kilka pozycji na liście książek OBOB bardzo go zainteresowało a ponieważ parę z nich rozpoczyna kilkutomowe serie, ma zamiar przeczytać wszystkie tomy serii, czy nawet kilku.

Nie tylko Krzyś czyta mniej w gimnazjum. W szkole, do której uczęszcza podobna ilość uczniów co do szkoły podstawowej, zebrała się ledwie garstka chętnych do udziału w turnieju. Z tej garstki utworzyły się raptem dwie drużyny, które stoczyły między sobą szereg potyczek. We wtorek, po trzech z nich, prowadzili szóstoklasiści (wraz z jedyną reprezentantką klas siódmych).
Po kolejnych potyczkach we czwartek ostatecznie zwyciężyli ośmioklasiści i to oni będą reprezentować szkolę w kolejnym etapie turnieju. Krzysiowi było bardzo żal, że jego drużyna nie przeszła dalej, ale jakoś specjalnie nie rozpaczał tym razem.

A oto tegoroczna lista książek do przeczytania (dla gimnazjalistów) w ramach Oregon Battle of the Books:

  • Fallout by Gwenda Bond
  • Found ("Wybrańcy," pierwszy tom serii "Zaginieni w czasie") by Margaret Peterson Haddix
  • Hoot ("Sówki") by Carl Hiaasen
  • I Am Princess X by Cherie Priest
  • Kalahari by Jessica Khoury
  • The Lightning Queen by Laura Resau
  • Lost in the Sun by Lisa Graff
  • The Mark of the Dragonfly by Jaleigh Johnson
  • Popular: A Memoir by Maya Van Wagenen
  • Rebel Mechanics by Shanna Swendson
  • The Running Dream by Wendelin Van Draanen
  • Schooled by Gordon Korman
  • The Seventh Most Important Thing by Shelley Pearsall
  • The Thief ("Złodziej," tom pierwszy cyklu "Złodziej królowej") by Megan Whalen Turner
  • The Turn of the Tide by Rosanne Parry
  • The War that Saved My Life ("Wojna, która ocaliła mi życie") by Kimberly Brubaker Bradley

Krzyś ma jeszcze do przeczytania dwie książki z tej listy - stwierdził, że mimo, że jego uczestnictwo w turnieju już się zakończyło, to i tak chce je przeczytać.
(Z tego co wyszperałam w sieci, cztery z książek na liście zostały przetłumaczone na język polski.)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Wożenie drewna

Piękny wiosenny (choć to luty) weekend za nami.
Słonko radośnie świeciło a temperatura dochodziła do +19 st C.
Z sanek nici, ale za to wymarzone warunki do prac ogrodowych.

Niechcący sąsiad zorganizował nam dodatkowe zajęcia. Zapytał, czy chcę przejąć jego zapas drewna do kominka, bo on już nie będzie palił drewnem.
No pewnie, że chciałam! Za darmo, jedynie trzeba było przetransportować z posesji na posesję. Pojazd do transportu mam a do pracy zaprzęgłam pociechy.


Emilia głównie woziła się w te i we wte, ale kilka kawałków drewna przeniosła. Potem zajęła się ozdabianiem drewna - świetnie nadały jej się do tego celu kredki świecowe.

Z Krzyśka było więcej pożytku.
Dzielnie ładował drewno, ciągnął wózek (i siostrę), rozładowywał.


Jakiś czas trwało to przewożenie drewna, aż w końcu wszyscy mieliśmy dość. Dzieci pobiegły bawić się w chowanego z wnuczką sąsiadów, a ja zabrałam się za inne prace w ogródku.


Ponieważ w piątek dzieci nie miały zajęć w szkole, pomimo rozlicznych innych zajęć, udało mi się zrobić dość sporo. Między innymi przesadziłam rozsadę czosnku, posiałam groszek zielony, powyrywałam sporo chwastów, przycięłam jeżyny, przekopałam tu, zgrabiłam liście tam. Przy okazji przybiłam do furtki na tyłach ogródka brakującą sztachetę. Przez tę dziurę ciągle przedostawały się do ogrodu różne psy. Niektóre były przyjaźnie nastawione, ale przed jednym musiałam bronić się trzonkiem miotły.


Oj czułam wieczorem spracowane mięśnie! Ale mam sporą satysfakcję bo dużo zostało zrobione.

Dzieci nie miały żadnych problemów z zaśnięciem. A buzie zdobiły im cudowne rumieńce.

*          *          *

Robiąc zakupy nie mogłam przejść obojętnie obok rozsady wiosennych kwiatów. Tym razem nie miałam ochoty na pierwiosnki ani żonkile.
W oko wpadły mi cyklameny.


Zamieszkały na schodkach przy wejściu do domu.


czwartek, 1 lutego 2018

Ciepłe zimowe dni

Od kilku tygodni śledzę prognozę pogody by zabrać dzieci na sanki w góry. Niestety, śnieg jest zawsze w te dni, kiedy nie możemy jechać bo szkoła/praca, mecz koszykówki bądź jeszcze coś innego. Do weekendu zazwyczaj topnieje, albo pada deszcz i warunki są nieciekawe, albo sypie śnieg - zbyt obficie, by wybrać się na bezstresową przejażdżkę śliskimi drogami a potem niczego na stoku nie widzieć poza płatkami śniegu.

Prognoza na kolejne siedem dni jest, jak do tej pory, najgorsza dla amatorów białego szaleństwa. Za to dla tych, co na sanki/narty się nie wybierają - wprost wymarzona! Już w ubiegłą niedzielę było +16 stopni, podobnie ma być w ciągu kilku najbliższych dni. Do tego zdarzają się coraz częściej dni bez deszczu, więc wróciłyśmy z Emilią do jazdy do szkoły na rowerach. A w ogródku zaczęły wychodzić tulipany i żonkile. W bardziej nasłonecznionych miejscach wypatrzyłam w sąsiedztwie pierwsze kwitnące krokusy. Ja na moje muszę jeszcze trochę poczekać.

W miarę bezchmurne niebo o poranku pomaga nam się rozbudzić takimi oto wspaniałymi widokami:


Gra światła trwa raptem parę chwil, za to jest doskonale widoczna z sypialni. Kilka minut i kolejne zdjęcia już nie tak przesycone barwami.


Jeszcze chwila, i niebo już normalnie niebieskie. Też ładne!

Kilka dni temu potłukł się dzieciom tablet i w domu zapanowała żałoba.
Już wcześniej podobny los spotkał jeden tablet, więc ostał się tylko jeden, nie bardzo lubiany przez moje dzieci. W  związku z tym Emilia przechodzi jutubowy odwyk. Puszczam jej bajki na uTube, ale na komputerze. Ponieważ to ja wybieram co będziemy oglądać, oglądamy po polsku i tylko bajki - żadne durne filmiki, które robią dzieciom sieczkę z mózgu. Tak więc problem częściowo rozwiązał się sam. Tylko musiałam przeżyć atak histerii Emilii oraz głęboki smutek Krzyśka. Ale chyba już się pogodzili z utratą tabletu.

niedziela, 28 stycznia 2018

Test czapki "Move on up!"

Zgłosiłam się na ochotnika do przetestowania opisu nowej czapki Amanity.
Zazwyczaj nie deklaruję udziału w tego typu przedsięwzięciach ponieważ mam świadomość swoich ograniczeń czasowych i z góry wiem, że nie zdążę w wyznaczonym terminie, ale że czapki robi się szybko, a do tego po drodze mieliśmy długi weekend, stwierdziłam, że w tym wypadku dam radę.

Przejrzałam zawartość szuflady z szalikami, szalami i chustami, spojrzałam do szafy z kurtkami i wyszło mi, że najbardziej będzie mi pasowała czapka w kolorze kremowym. Zamówiłam szybciutko przez internet bo oczywiście wśród wielu kilogramów posiadanych włóczek, odpowiedniej nie było.

A potem czekałam, najpierw cierpliwie, potem niecierpliwie, śledząc trasę jaką pokonywał ten jeden moteczek ze sklepu do mnie. Utknął jakieś 150 km ode mnie, mimo, że warunki pogodowe były nader sprzyjające wszelkim środkom transportu: temperatura na plusie i w dzień i w nocy, lekki deszcz ale bez żadnych powodzi, podtopień czy osuwisk błota, żadnych trzęsień ziemi, wybuchów wulkanów ani tsunami.

Zrozpaczona, skontaktowałam się ze sklepem, ale właśnie zaczął się długi weekend, świętowany także prze pocztę, i wiedziałam, że o ile nie zrobię czapki z innej włóczki, nie zdążę na czas.

W supermarkecie złapałam motek w kolorze indygo - najbardziej możliwy wśród wyboru dość ograniczonego. Efekt, mimo materiału mocno zastępczego, miło mnie zaskoczył. Coś ta włóczka i ten kolor w sobie ma, bo czapka wszystkim bardzo się podoba. (Zdjęcia poniżej nie oddają rzeczywistego koloru, ale nawet na stronie Red Heart kolor jest przekłamany. W rzeczywistości jest taki bardziej soczysty.)

Niestety pogoda do robienia zdjęć była piękna właśnie wtedy, kiedy ja czekałam na zamówioną włóczkę. Kiedy zaczęłam dziergać, słońce skryło się za chmurami na grubo ponad tydzień, więc zdjęcia są takie sobie.
W roli fotografa wystąpił syn. Potem zamieniliśmy się rolami i to on pozował a ja robiłam zdjęcia. Oto kilka z nich:






Garść informacji:
  • włóczka w kolorze"teal": Soft Solids & Heathers (Red Heart), 100% akryl; 234 m/141 gram; zużycie: 66 gram (110 metrów);
  • druty: 3.25 mm, 3.5 mm i 4  mm;
  • wzór: Move on up! by Amanita (Agata Mackiewicz)

środa, 24 stycznia 2018

Emilia - zęby i pianino

Dzisiaj rano wypadł Emilii kolejny ząb - druga dolna jedynka.
Stało się to podczas porannego mycia zębów, i podobnie jak w przypadku pierwszego ząbka, i tym razem mleczak przepadł bez śladu. Jakże się cieszę, że Emilia nie wierzy we wróżkę zębuszkę co wszystkim nam już po raz drugi oszczędziło rozpaczy po zębie, który zaginął.

(Nie zorientowanym wyjaśniam, że aby wróżka obdarowała dziecko prezentem, musi znaleźć pod poduszką ząbka, którego sobie zabiera.)

W przypadku Krzysia, drugi mleczak wypadł w tydzień po pierwszym.
U Emilii czekaliśmy 6 tygodni. I przez te 6 tygodni Emilia nieustannie przypominała wszystkim zainteresowanym i niezainteresowanym, że ząbek jej się rusza. Ruszał się, kiwał, ale wypaść - nie wypadał. Do dzisiaj.

To było rano, a po południu, na lekcji gry na pianinie, Emilia skończyła pierwszy podręcznik. Oczywiście musi jeszcze poćwiczyć te kilka ostatnich stron a za tydzień pochwalić się pani stopniem ich opanowania, niemniej jednak, zna następną lekcję zabieramy ze sobą nowy podręcznik. (Zanim jeszcze dojechałyśmy do domu Emilia upewniła się, czy możemy z tej okazji udać się do McDonalda... Udało mi się utargować tyle, że przynajmniej nie dzisiaj...)
Pani stwierdziła, że Emilia chyba najszybciej ze wszystkich jej uczniów przerobiła ten materiał - zajęło jej to dwa miesiące.

Na początku stycznia Emilia miała mały kryzys i nie miała ochoty ćwiczyć, ale szybko jej to minęło. Ma już kilka swoich ulubionych utworów, które uwielbia grać i teraz ilekroć ćwiczymy, zaczynamy i kończymy tymi utworami.
I gramy je też jako przerywniki między tym co trzeba jeszcze przećwiczyć.
Przecież chodzi o to, żeby gra sprawiała przyjemność.

sobota, 20 stycznia 2018

2017 - podsumowanie

Rok 2018 już się rozkulał na całego a ja cały czas zabieram się za podsumowanie roku ubiegłego. Bez entuzjazmu, bo i nie ma się za bardzo czym chwalić.

Jeśli chodzi o robótki to wydziergałam 3233 gram włóczki (czyli o 2218 gr mniej niż w roku 2016). Dobrze choć, że w większości była to włóczka z zapasów (2687 gr) aczkolwiek zapasy owe wizualnie nie zmniejszyły się za bardzo.
Bez zakupów nie obyło się, bo wszak kupowanie włóczki, to dla osoby uwielbiającej dzierganie, szalona przyjemność. Nie pofolgowałam jednak sobie za bardzo - moje włóczkowe zakupy w roku 2017 to jedyne 546 gram.

Wyjątkowo dużo rzeczy zrobiłam dla siebie: cztery pary skarpet (to dzięki KALowi w ramach polskiej grupy na Ravelry), dwie pary kapci i sweter; sporo dla Emilii - dwa sweterki,  kamizelka i dwie pary getrów; dwa sweterki dla niemowlaka, żakardowy kocyk dwustronny i kilka mniejszych projektów jak podkładki pod gorące naczynia i myjki do ciała.

Fatalnie wypadam w kategorii kontroli wagi ciała. Zakończyłam rok ważąc o 7.5 kg więcej niż pierwszego dnia 2017 roku - totalna porażka. Tych zbędnych kilogramów byłoby jeszcze więcej, ale od połowy października zaczęłam pilnować się nieco w kwestii jedzenia i udało mi się zgubić 3 kg.
Dobrze, że na początku stycznia zaczęliśmy w pracy trzecią edycję Biggest Loser, więc jest nadzieja na powrót do bardziej normalnej dla mnie wagi.

Jedynie analiza kategorii książkowej poprawia mi humor.
2017 roku podarował mi 45 przeczytanych  i 21 wysłuchanych książek, czyli w sumie 66 wypraw do innych światów. Nie wszystkie powaliły mnie na kolana, ale kilka perełek się znalazło. Z wrażenia po "Kwietniowej czarownicy" Majgul Axelsson do tej pory się nie otrząsnęłam, tak jak i po książkach Fredrika Backmana. Przeczytałam wszystkie, które napisał i wydał. Tak się szczęśliwie składa, że wszystkie one zostały przetłumaczone na język angielski i do tego są dostępne w mojej miejskiej bibliotece publicznej. W ubiegłym roku odkryłam także dla siebie Marka Krajewskiego oraz Cykl Demoniczny Petera V. Bretta. Bardzo jestem ciekawa co przyniesie mi w Krainie Literatury rok 2018.

wtorek, 16 stycznia 2018

Przesilenie zimowe

Przesilenie zimowe było w grudniu, 21-go, i tego właśnie dnia skończyłam sweterek dla Emilii - stąd nazwa.


Włóczkę, szalenie mięciutką i milutką w dotyku, dostałam od koleżanki już jakiś czas temu, nie pamiętam czy z okazji urodzin Emilii, czy jakiejś innej okazji. Wówczas Emilia była mała, więc chciałam poczekać aż podrośnie, by włóczkę wykorzystać w całości. A było jej 2 x 150 gram - w kolorach białym i lila.

Odkąd zrobiło się chłodniej, wybierając rano ubranka, Emilia zaczęła sięgać po sweterki zrobione na drutach przez mamę. Kilka okazało się już za małych, pozostałych nie było na tyle by starczyło na każdy dzień tygodnia. A najlepiej mi się dzierga kiedy wiem, że przyszła właścicielka już przebiera nóżkami w niecierpliwości oczekiwania na swój nowy sweterek.

Wzór wymyśliłam już dawno - paseczki, ale nie tej samej szerokości a właśnie tak, jak na zdjęciu. Dzierganie (od góry i całkowicie bezszwowo) poszło piorunem - cztery dni i sweterek był gotowy! Emilia nie pozwoliła mi go nawet uprać i natychmiast założyła, a do zdjęć pozowała na tle choinki - do Bożego Narodzenia brakowało raptem czterech dni.

Włóczkę (300 gram) wykorzystałam całkowicie. Zostało mi białej jakieś 2 metry i bałam się, że to za mało na wykończenie dekoltu nawet szydełkiem, więc został nie wykończony. I już chyba tak zostanie, bo raczej nie zdecyduję się na dokupienie włóczki, choć może wtedy mogłabym nieco wydłużyć rękawy i korpus. Emilii sweterek odpowiada taki jaki jest, chodzi w nim na okrągło, zakładając go zaraz po wypraniu, a mi jest szalenie miło.

Garść informacji:
  • włóczka: Plymouth Yarn Oh My! 100% nylon; 64 m/50 gram
  • zużycie: 300 gram (3 motki białej, 3 motki liliowej) czyli 382 metry
  • druty: 4 mm
  • wzór: z głowy

sobota, 13 stycznia 2018

Niezawodna sarcococca

Kolejny piękny słoneczny weekend.
Ponieważ jutro Krzysiek ma mecz, to dzisiaj na chwilę wyszłam do ogródka.
Nareszcie ściągnęłam światełka bożonarodzeniowe zdobiące dom a przy okazji zgrabiłam nieco liści. Potem zagoniłam do tej pracy syna.

sarcococca

Pracowałam nie tylko opromieniona radosnym styczniowym słonkiem, ale także otoczona słodkim zapachem sarkokoki, która niezawodnie, jak co roku o tej porze, kwitnie na całego a zapach jej maleńkich kwiatuszków jest tak intensywny, że wydaje mi się, że żadna znana mi roślina nie pachnie mocniej.

sarcococca

sarcococca

Sprawdziłam przy okazji czy już coś pnie się w górę spod ziemi, ale póki co niewiele tego: ciemierniki, jeden hiacynt i szafirki.

ciemiernik biały

ciemiernik bordowy

hiacynt

szafirki

Na czereśni, natomiast, już od jakiegoś czasu pęcznieje zapowiedź wiosny:

czereśnia

środa, 10 stycznia 2018

Koszykówka

W listopadzie zaczął się sezon koszykówki dla gimnazjalistów.
Chłopcy mieli kilka treningów, które odbywają się w szkołach, więc było sporo przerw na święta i ferie. Po nowym roku, treningi ruszyły od nowa, a w niedzielę - pierwszy mecz.


Pierwsze trzy treningi wszyscy chłopcy z naszego rejonu mieli razem a trenerzy bacznie ich obserwowali by potem rozdzielić na trzy drużyny.

Potem drużyny te brały udział w rozgrywkach kwalifikujących ich do jednej z trzech lig.


Krzyś nigdy wcześniej nie grał w kosza, więc jego umiejętności na tym polu nie są imponujące, natomiast trener niezmiernie go chwali za szybkość i wytrzymałość. Krzyś męczy się, ale nie aż tak bardzo jak inni chłopcy i pod koniec treningu wprawdzie jest zmęczony, ale nie słania się i nie charczy z wysiłku jak pozostali chłopcy. We wszystkich ćwiczeniach, w których się biega, bije na głowę najszybszych pozostałych. Myślę, że w tym momencie odcina kupony od tego co osiągnął przez lata regularnych i sumiennych treningów w dodżo. A pod okiem trenera, stosując się do jego zaleceń, i w koszykówce zrobi postępy. Najważniejsze, że bardzo mu się te zajęcia podobają, chodzi na nie chętnie i stara się dać z siebie wszystko.

niedziela, 7 stycznia 2018

Styczniowe niebo

Wczorajszy wieczór nagrodził sobotnie trudy i znoje malowniczym spektaklem wyświetlonym przez zachodzące słońce na niebie.


Przedstawienie nie trwało długo, ale we właściwej chwili podeszłam do okna, zauważyłam i zdążyłam pobiec po aparat.


Przez cały dzień pogoda była iście wiosenna - słońce tak radośnie świeciło, że wyszłam do ogródka by dokończyć jesienno-wiosenne porządki. Dzieci dorwały pistolety na wodę (najwyraźniej nie dość dobrze schowane) i urządziły sobie dyngusową mokrą wojnę nabierając z wiaderek deszczówki. Przemoczeni byli do suchej nitki, ale że cały czas biegali, więc zimno im nie było. A po bitwie zagnałam ich do łazienki, w nadziei, że gorąca kąpiel zapobiegnie przeziębieniu.


W czasie gdy dzieci harcowały, ja przycinałam, wykopywałam, rozsadzałam i przesadzałam. Trochę się przy tym zmachałam, ale zrobiłam sporo.
Nie starczyło już jednak czasu na ściągnięcie światełek bożonarodzeniowych z domu. Trudno - jeszcze trochę powiszą. Wczoraj też rozebrałyśmy z Emilią choinkę a przedwczoraj wszystkie ozdoby świąteczne powędrowały do kartonu i wyniesione do garażu. I po świętach!


(A dzisiaj już nie ma tak pięknej pogody - pochmurno i ponuro...)

czwartek, 4 stycznia 2018

Baby Helena

Pierwszy w nowym roku wpis dziewiarski, ale jego tematem jest robótka jeszcze zeszłoroczna.

Kilka dni temu prezentowałam pierwszy sweterek zrobiony dla córeczki koleżanki, dzisiaj kolej na drugi - Helena w wersji lila.


Włóczkę miałam - latem przez pomyłkę kupiłam motek w nie tym odcieniu co trzeba na dziergany wówczas kocyk, ale już mi się nie chciało jechać do sklepu i oddawać. Założyłam, że prędzej czy później i tak znajdzie jakieś zastosowanie i nie pomyliłam się. Wkrótce dowiedziałam się, że koleżanka jest w ciąży a kiedy, kilka tygodni później, poznaliśmy płeć dziecka, ucieszyłam się, że jednak motka nie zwróciłam.

Wzór (Helena) uwielbiam. Swego czasu Emilia miała biały taki sweterek ale już dawno z niego wyrosła. Kilka dni temu zaczęłam dla niej zieloną Helenę - powinna dobrze komponować się z tymi wszystkimi różowymi sukienkami.


Tę maleńką Helenkę zrobiłam dość szybko, na fali dziewiarskiego entuzjazmu, i jakoś tak dobrze wszystko się układało - nawet odpowiednie guziki miałam w domu!

Garść informacji:
  • włóczka fioletowa: Baby Soft Solid (Lion Brand), 40% nylon, 60% akryl; 420 m/140 gram; zużycie: 86 gram (260 metrów);
  • druty: 2 mm, 2,5 mm i 2,75  mm;
  • wzór: Helena by Alison Green

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Przerwa świąteczna

Przerwa świąteczna (w szkole) minęła szybko i nadzwyczaj miło.
Miałam obawy jak to będzie - dwójka dzieci, wiadomo, że zero śniegu, i ja, usiłująca trochę pracować bo urlopu już nie miałam na tyle, żeby wziąć całe dwa tygodnie wolnego.

Pozdrowienia spod choinki!

Ale niepotrzebnie martwiłam się na zapas.

Pogoda wprawdzie była taka sobie, ale zdarzyło się kilka słonecznych dni, kiedy to dzieci mogły wyszaleć się na zewnątrz. Krzyś trochę pograł z kolegą w koszykówkę, Emilia jeździła wokół grających na rowerze. W Boże Narodzenie, kiedy to pogodę mieliśmy iście wielkanocną, Emilia testowała wymarzoną deskorolkę, którą dostała pod choinkę. Krzyś towarzyszył jej na rolkach.

Testowanie deskorolki w Boże Narodzenie.

Innego dnia zaprzęgłam pociechy do prac porządkowych w ogródku. Nie jest to wprawdzie spełnienie marzeń małoletnich, ale na grabienie liści zawsze udaje mi się ich namówić. Krzyś nawet nanosił trochę drewna z drewutni, żebyśmy mogli zapalić w kominku.

Podczas tych dwóch tygodni Krzyś nadrobił zaległości towarzyskie, spotykając się z najlepszymi kolegami, z którymi nie chodzi aktualnie do tej samej szkoły. W większości przypadków koledzy Ci mają młodsze siostry, więc i Emilia załapała się na koleżankę do zabawy. Dwa razy dzieci zostały w domu znajomych, więc ja mogłam spokojnie iść do pracy. (W sumie udało mi się pójść do pracy dwa razy w każdym z tych dwóch wolnych tygodni i w efekcie jeszcze mi trochę urlopu zostało - do wykorzystania w nowym roku.)

Spotkanie wigilijne w naszym polskim gronie oraz sylwester, co w obu przypadkach oznaczało wielogodzinną zabawę z kolegami, były z radością oczekiwane przez oboje. Wprawdzie następnego dnia byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni i mocno niewyspani, ale za to pozostały nam wdzięczne wspomnienia.

W pierwszym tygodniu ferii Krzyś zaliczył cztery 45-minutowe treningi dżudo i cztery godzinne treningi karate. W drugim tygodniu dodżo  było zamknięte 25 i 26 grudnia, więc treningi zostały zredukowane do dwóch w przypadku dżudo i trzech z karate. Za każdym razem jest tak, że Krzyś kręci nieco nosem, wolałby zostać przed komputerem, ale wychodząc z dodżo uśmiecha się szeroko, i choć jest zmęczony, jest bardzo zadowolony, że mama nie odpuściła i zawiozła go na trening.

W obu tygodniach Emilia miała też lekcje gry na pianie. Jej zapał do gry nie maleje. Zawzięła się, by jak najszybciej skończyć pierwszy podręcznik, który liczy 71 strony, a Emilia dotarła już do strony 47. Podczas ostatniej lekcji co pani zapytała czy już kończymy, Emilia odpowiadała, że chce zagrać jeszcze jeden utwór. Nie miałam zegarka, ale po powrocie do domu, kiedy sprawdziłam godzinę, okazało się, że lekcja trwała grubo ponad ustalone 30 minut. Zauważyłam, że i pani była zadowolona, że ma uczennicę tak pełną entuzjazmu.

A mi udało się wykroić trochę czasu dla siebie i na czytanie, i na robienie na drutach i obejrzałam nawet jeden film na DVD! Kilka razy udało mi się też pospać nieco dłużej a sen ten był mi bardzo potrzebny.

W wigilijny poranek niemiłą niespodziankę sprawiła nam mikrofalówka - po latach wiernej służby zepsuła się. Nie było to całkowicie nieoczekiwane jako że mikrofalówka liczyła sobie już ze 20 lat. Na szczęście jak się ma w domu internet to nie trzeba jeździć po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniego sprzętu. Wiedziałam jakiej firmy chcę nową mikrofalówkę, górny pułap finansowy też miałam określony, więc zakup został dokonany szybko a kilka dni później w kuchni pojawił się nowy sprzęt.

Nowego roku nie zaczynam z żadnymi postanowieniami, planami czy nawet nadziejami. To tylko kolejny dzień w życiu moim i moich dzieci. Wpływ na to co przyniesie, mam tak naprawdę niewielki, więc po co mam się frustrować niewykonanymi planami, niespełnionymi nadziejami, złamanymi postanowieniami. Wiele osób na blogach czyni postanowienia odnośnie planowanych robótek czy książek do przeczytania. Jak się nad tym zastanowiłam to planowanie sobie odpuściłam - będę dziergać to, na co mi akurat przyjdzie ochota bez trzymania się jakiegokolwiek planu, bo to czynność, która sprawia mi przyjemność a nie obowiązek, z którego mam się wywiązać. Podobnie z czytaniem - kto wie, gdzie zawiodą mnie czytelnicze drogi?

Jutro dzieci wracają do szkoły a ja do pracy. Następna dłuższa przerwa w zajęciach szkolnych dopiero pod koniec marca.

piątek, 29 grudnia 2017

Koliberek

Dostałam kiedyś od koleżanki poidełko-karmik dla kolibrów.
Dostałam, zawiesiłam pod okapem domu, kiedy zawartość pojemnika na nektar znikała, dolewałam. Ale do niedawna nie zauważyłam wzmożonego ruchu przy poidełku. Zapewne ptaszki musiały ucztować pod moją nieobecność, bo przecież nektar nie wyparował.

Aż tu nagle grudniowego poranka oko moje zarejestrowało jakiś ruch pod okapem. Akurat jadłam z dziećmi śniadanie. Odsunęłam firankę, ale koliber natychmiast schronił się na dereniu, oddalonym od okna o 3 metry.

Kto wypatrzy kolibra ukrytego wśród gałązek?

Czekaliśmy cierpliwie i nie trwało długo, a ptaszek wrócił do swojego posiłku. Jeszcze kilka razy odlatywał na drzewo, ale za każdym razem powracał.


Potem widzieliśmy go jeszcze raz tego samego dnia i kolejnego.


A pewnego dnia odważył się przylecieć kiedy dzieci bawiły się przed domem. Malizna musiała wiedzieć, że z ich strony nic jej nie grozi. Emilia przybiegła zaaferowana, że koliber... ćwierka!

Rzeczywiście, siedział sobie na dereniu i świergotał - do tej pory jeszcze nie słyszałam kolibra, tak jak i moje dzieci.


Z przyjemnością obserwujemy "naszego" kolibra - karmik wisi przy oknie kuchennym i siedząc przy stole mamy doskonały punkt obserwacyjny.
Często się zdarza, że posiłki jadamy więc razem.