poniedziałek, 15 lipca 2019

"Supercalifragilisticexpialidocious"

Pewnego lipcowego poranka, wpadła do naszego ogródka z niezapowiedzianą wizytą rodzinka szopów praczy - mama z czwórką pociech.

Strasznie zaciekawił je mój kompostownik. 

Żeby to tak zaglądały do tej części, do której na bieżąco wyrzucam odpadki kuchenne, chwasty, i inne śmieci ogrodowe to byłoby zrozumiałe - szukają jedzenia. 


Ale szopy urzędowały z tej drugiej strony kompostownika, gdzie zalega resztka ziemi, której nie zdążyłam przenieść na grządki. Żadnych resztek jedzenia, zupełnie nic co nadawałoby się do spałaszowania.

Emilia zrobiła zwierzakom zdjęcia tabletem a mi udało się wykombinować jak je przenieść na komputer. 

Rozdzielczość nie najlepsza, dlatego zamieszczam malutkie - na powiększonych, rozmazanych, i tak niewiele więcej widać.



Od prawie miesiąca zastanawiałam się jakie zdjęcia dodać do utworów, które Emilia zagrała na czerwcowym popisie. 

Szopy, pojawiając się w ogródku i pozując do zdjęć, rozwiązały mi problem z jednym z zagranych przez córkę utworów: "Supercalifragilisticexpialidocious" z filmu "Mary Poppins." 

Została mi jeszcze jedna melodia, do której muszę znaleźć odpowiednie zdjęcia, co, mam nadzieję, nastąpi przed kolejnym popisem.




piątek, 12 lipca 2019

Kentucky Falls

Szlak Kentucky Falls Trail zaczyna się tuż przy parkingu, a ścieżka prowadzi przez majestatyczny starodrzew.


Po niecałym kilometrze dochodzimy do górnego wodospadu, Upper Kentucky Falls. Najpierw go słychać, potem zaczyna nieco widać spomiędzy drzew, aż w końcu wyłania się w swej całej okazałości.


 


Minąwszy Upper Kentucky Falls, szlak biegnie w dół, wzdłuż strumienia Kentucky Creek.


Skoro jest strumień, to koniecznie musi być mostek.



Ścieżka prowadzi cały czas w dół a różnica poziomów wynosi 237 metrów.
W drodze powrotnej idzie się więc pod górę, ale trasa nie jest szczególnie trudna. Szlak poprowadzono zakosami, i ani ja ani Emilia nie miałyśmy problemu z jej pokonaniem. Choć pod koniec Emilia była już nieco zmęczona, ale w obie strony trasa mierzy nieco ponad 7 kilometrów, więc dodając do tego konieczność wdrapania się pod górę, miała prawo opaść z sił.

Na samym dole, z platformy widokowej, można podziwiać dolny, opadający 30-metrową kaskadą wodospad, Lower Kentucky Falls. Pierwsze zdjęcie zrobiłam zanim doszliśmy do platformy widokowej, drugie już z platformy.



W drodze powrotnej, w pobliżu mostu, dzieci wypatrzyły jeszcze dzikie maliny, które spałaszowaliśmy z ogromną przyjemnością. Jeszcze raz przeszliśmy obok górnego wodospadu, przez wspaniały stary las i wróciliśmy do samochodu.


Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, poza naszym, na parkingu był jeszcze tylko jeden samochód, a na całej trasie w dół nie spotkaliśmy nikogo. Dopiero w drodze powrotnej zaczęliśmy mijać się z innymi turystami, a po dotarciu do samochodu okazało się, że parking zapełniony jest do ostatniego miejsca, czyli że miejsce popularne mimo że schowane na końcu świata. A może właśnie dlatego?

Dla tych, którzy dzielnie doczytali do końca - nagroda. Filmik ze zdjęciami z wycieczki z podkładem muzycznym w wykonaniu Emili:


wtorek, 9 lipca 2019

Olilia


Trzy miesiące zabrało mi wydzierganie tej chusty. Nie dlatego, że jest jakoś szczególnie skomplikowana - wręcz przeciwnie, prosta w konstrukcji, z fantastycznie rozpisanym opisem. Po prostu przedwiośnie i wiosna nie sprzyjały mi jeśli chodzi o dzierganie. Cierpiałam na zanik energii i entuzjazmu, jak to często zdarza się po zimie.


Ale jak już się z tego marazmu otrząsnęłam, pokończyłam ciągnące się od miesięcy robótki, i nawet udało mi się je uwiecznić na zdjęciach. (Podczas tej sesji, spust migawki naciskały małe paluszki Emilii.)  Potem jeszcze te zdjęcia musiały swoje odczekać, ale właśnie nadeszła pora by pochwalić się moją wersją chusty Olilia Hani Maciejewskiej.


Zrobiłam ją z czarnej włóczki ze starego sprutego swetra, który stylowo zbyt mocno odbiegał już od tego co się obecnie nosi. Wydaje mi się, że ta włóczka to "Czterdziestka" ale pewności nie mam bo minęło już z piętnaście lat odkąd miałam etykietę w rękach. Dla kontrastu dodałam czerwoną "Jelli Beenz". Tę czarną wyrobiłam do ostatniego centymetra, tej czerwonej została odrobinka.


Przerabiałam podwójną nitką (czarną) na dużo grubszych drutach, więc zmniejszyłam ilość powtórek raportu z paskami aby nie wyszyła mi monstrualna chusta, którą można by opatulić słonia. Choć na tak wielką chustę zabrakło by mi włóczki. Decyzję, na którym powtórzeniu zakończyć podjęłam "na czuja" i mocno się zdziwiłam, kiedy okazało się, że wszystko zagrało wprost idealnie - i ilość włóczki i rozmiar.


Garść informacji:
  • włóczka czarna: Czterdziestka (Arelan SA), 60% akryl, 40% wełna, 300 m/100 gr, zużycie 320 gr
  • włóczka czerwona: Jelli Beenz (Plymouth Yarns), 60% akryl, 40% wełna, 300 m/100 gr, zużycie 100 gr
  • druty 6 mm
  • wzór Olilia by Hanna Maciejewska

niedziela, 7 lipca 2019

Fajerwerki piękną nocą

W czwartek 4 lipca obchodziliśmy Święto Niepodległości USA.
Wprawdzie nie grilowaliśmy, choć to tutejsza tradycja, ale za to uszczęśliwiłam dzieci kupując zestaw fajerwerków.

Już od trzech tygodni sąsiedzi dopytywali się jakie mamy plany na ten dzień, bo odkąd obie córki z wnuczkami wyprowadziły się dość daleko, czują się samotni w takie szczególne dni. Też kupili zestaw fajerwerków, dwa razy większy od naszego, i wszystkie te sztuczne ognie odpalaliśmy przez ponad godzinę w świąteczny wieczór.

Radości było co niemiara a sąsiedzi cieszyli się niemal tak bardzo jak moje dzieci. No to chyba na koniec roku też kupimy fajerwerki.

Uwieczniłam te wybuchy radości na zdjęciach, z niektórych zmontowałam filmik. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się jakie zdjęcia dodać do nagrań Emilii z czerwcowego popisu. Wydaje mi się, że zdjęcia fajerwerków pasują do utworu "Bella Notte" z filmu "Lady and the Trump". Zapraszam do oglądania i posłuchania jak grała w czerwcu moja córka:


czwartek, 4 lipca 2019

Samochód miejski nad przepaścią

Wycieczkę do wodospadów Kentucky Falls miałam w planach już dawno.
A że Whittaker Creek, nad którym to potokiem biwakowaliśmy, leży na trasie do tychże wodospadów, drugiego dnia wybraliśmy się na wycieczkę tamże.

Odległość niewielka, niecałe 25 kilometrów, ale droga cały czas prowadzi albo ostro pod górę, albo ostro z góry, do tego mocno się wijąc, jak to górskie drogi mają w zwyczaju.



A jak nie pod górę albo z góry, to górskim grzbietem. A po obu stronach przepaść. Do tego raz asfalt, raz żwir, tak pół na pół. No i wąsko, wąziutko! Jazda w dół, po żwirze i na zakrętach okazała się dla mnie mocno stresująca.
Na szczęście jadąc tam nie mijaliśmy się z żadnym innym samochodem.



Niemal godzinę zajęło nam przebycie tych 25 kilometrów. Bałam się, że mi się samochód rozsypie, a jak nie cały, to hamulce nie wytrzymają, bo jak to pilotująca mnie koleżanka stwierdziła "Van to jednak samochód miejski, nie terenowy." Dodatkowo ten mój samochód miejski ma już 15 lat i 117 tysięcy mil (188 tysięcy km) na liczniku. Ale dojechaliśmy na miejsce, i z powrotem, a potem jeszcze i do domu - jak widać. I nie zgubiliśmy się, o co łatwo, bo drogi kiepsko opisane. Żadnych tam strzałek, tablic informacyjnych czy innych oznakowań. Na każdym rozjeździe korzystałam z wcześniej wydrukowanych wskazówek, zerowałam licznik i odmierzałam dokładnie odległość do kolejnego rozjazdu.


Bezdroża i szlaki w Oregonie zazwyczaj są dość kiepsko oznakowane. Często zdarza się, że turyści gubią się, zazwyczaj nieopatrznie zbytnio ufając nawigacji GPS a wyłączając przy tym zdrowy rozsądek. Trzeba bardzo uważać.
Na szczęście można sobie wcześniej znaleźć i wydrukować bardzo dokładne wskazówki.

Jadąc do wodospadów zauważyłam piękno mijanych krajobrazów, zwróciłam też uwagę na dogodne do zatrzymania się miejsce, ale całą uwagę poświęciłam mocnemu trzymaniu kierownicy. Dopiero w drodze powrotnej wyluzowałam odrobinkę i zatrzymałam się by zrobić zdjęcia. Na szczęście w miejscu, z którego roztacza się zapierający dech widok, droga jest nieco szersza i postój nie grozi, że ktoś nam wjedzie w bagażnik.

Samochód miejski i bezdroża Oregonu

Ale dzieciom nie pozwoliłam wysiąść z samochodu. Może aż tak dobrze tego na zdjęciach nie widać, ale zbocze stromizną przyprawia o zawrót głowy. Gdyby coś się stało, trzeba by najpierw jechać ponad godzinę do miejsca z zasięgiem, z którego można by wezwać pomoc. Dobrze, że dzieci zmęczone były wcześniejszym wędrowaniem szlakiem i wyjątkowo zgodnie zastosowały się do polecenia pozostania w samochodzie.


Jazda tą trasą dostarczyła mi tylu emocji, że zasługuje na odrębny wpis.
A wodospady będą następnym razem.

poniedziałek, 1 lipca 2019

Whittaker Creek Recreation Area

Ostatnim weekendem czerwca otworzyliśmy sezon biwakowy. Wyruszyliśmy pod namiot w piątek rano. Nasz cel , Whittaker Creek Recreation Area, położony jest bardzo blisko, ok. 45 minut jazdy samochodem.

Pole namiotowe położone nad potokiem Whittaker Creek jest nieduże, 31 miejsc usytuowanych wzdłuż dwóch pętli, każda po jednej stronie potoku. Wybraliśmy miejsce na pętli za rzeczką, tuż za mostkiem, więc dzieci miały blisko do wody, pozostając w zasięgu głosu.

Na potoku jest też niewielka tama, zatrzymująca wodę, która rozlewając się, tworzy kąpielisko. Ale podczas naszego pobytu tama ta była zdemontowana. Nie wiem czy została zlikwidowana na stałe, by nie utrudniać migracji łososi, czy tylko okresowo. Na filmiku promującym miejsce - jest. W miniony weekend tamy nie było, został jedynie betonowy próg, którego niewielka kaskada nie stanowi żadnej przeszkody dla ryb, jest natomiast szalenie atrakcyjna dla dzieci.

Zabawę dzieciaków w wodzie można obserwować z mostku łączącego oba brzegi.


Whittaker Creek Recreation Area stanowi też cel wycieczek szkolnych. W szóstej klasie, Krzyś wraz z innymi uczniami najpierw hodowali ikrę w klasie, a kiedy nadszedł właściwy czas, przyjechali właśnie w to miejsce by wypuścić do strumienia narybek.




W upalne dni, poza orzeźwiającym chłodem wody, wytchnienia daje cień drzew roztaczających baldachim swych koron nad korytem.


Oficjalnie wyznaczone kąpielisko pozbawione jest głębokiego cienia, ale rodzice mogą się usadowić w zacienionych zakątkach pilnując pociech brykających w płytkiej, leniwie płynącej w tym miejscu wodzie.


Moje dzieci nieprzerwanie budowały różne tamy, mosty łączące kłody powalonych drzew, bądź łapały raki, które wieczorem wypuszczały z powrotem do strumienia.

W ten weekend towarzyszył im pies Quinn, zaadoptowany przez koleżankę miesiąc temu.


Obecność psiaka dopełniła miary szczęścia.

Pogoda też dopisała nam niesamowicie, było ciepło, ale nie upalnie.
Dzieci spędziły niemal całe trzy dni w wodzie, ale wybraliśmy się też na wycieczkę.

Do domu wróciliśmy zmęczeni ale zadowoleni. Kiedy opuszczaliśmy miejsce Emilia płakała z żalu, że już trzeba wracać.

piątek, 28 czerwca 2019

wtorek, 25 czerwca 2019

Koniec roku szkolnego

Kolejny rok szkolny za nami. Obie pociechy zakończyły go pięknie, z bardzo dobrymi ocenami.

Wczoraj, przyszła pocztą karta z wynikami Emilii. Rzędy cyferek napełniają dumą mamę. Jako przykład podam dane odnośnie czytania. W naszym okręgu, na koniec pierwszej klasy dzieci powinny czytać 53 wyrazy (lista) na minutę oraz 68 (tekst) - Emilia czyta odpowiednio 95 i 147.

Krzyś, mimo rozlicznych zajęć poza szkolnych, też ma ładne oceny. Jego karta z ocenami nie dotarła jeszcze, ale i tak wiemy jakie są ponieważ są dostępne na stronie szkoły. Ma tylko jedno B, z algebry, na którą uczęszczał z uczniami klas ósmych, sam będąc w klasie siódmej. Reszta, to same A, czyli najwyższe możliwe oceny.

W ostatnich dniach zajęć przyniósł do domu plik dyplomów: za stuprocentową frekwencję, za wyniki w nauce z przedmiotów Science i Social Studies, za wysoką średnią ze wszystkich przedmiotów.
Na tablicy korkowej, natomiast, przypiął sobie dyplom zaświadczający, że został mu przyznany tytuł ucznia miesiąca maja.

Wczoraj stwierdził, że chciałby się zapisać na jakiś letni kurs z matematyki, żeby przygotować się do zajęć w przyszłym roku szkolnym. W ósmej klasie, jeszcze jako uczeń gimnazjum, na matematykę będzie chodził do pobliskiego liceum. Muszę mu poszukać czegoś w internecie o ile ten wieczorny zapał nie przejdzie mu wraz z nadejściem poranka.

Wakacje zaczynamy więc w dobrych nastrojach!

niedziela, 23 czerwca 2019

Kolejna czapka z resztek

Kolejna czapka z resztek włóczki bez nazwy.


Włóczka dość gruba, więc przerabiałam na drutach 5.5 mm - spokojnie mogłam dziergać i na grubszych drutach! Jak widać, skończyła mi się włóczka brązowa i kończyłam beżową. Zwieńczenie to pompon, których całą paczkę dostałam od Emilii. Przyniosła je ze szkoły, połączone sznurkiem tworzyły girlandę, zimową ozdobną zawieszkę. Bez pompona czapka waży 73  gr. Czapka robiona według opisu ze styczniowego wyzwania Jeden Motek na blogu Otulove.

środa, 19 czerwca 2019

Siedmiolatka

Dzisiejszego poranka Emilia obudziła się jako siedmiolatka. Urodziny miała wczoraj, ale że na świat przyszła po południu, to dopiero dzisiejszy poranek był tym pierwszym w wieku lat siedmiu.


A wczoraj, jeszcze w piżamie, tradycyjne mierzenie przy framudze drzwi kuchennych. Kolejna kreska, już coraz bliżej kreski starszego brata z siódemką. Siódme urodziny, dziecko urosło od zeszłego roku o prawie 7 cm - teraz mierzy 118 cm. Krzyś w dniu siódmych urodzin mierzył 121 cm.

Urodziny Emilii wypadły w ostatnim dniu zajęć szkolnych. Dzieci już nie siedziały w klasie i nie uczyły się a dzień ten, a w  zasadzie tylko połowę dnia, spędziły na zabawie w stylu festynowym plus występ magika. Czy możny wymarzyć sobie lepszy scenariusz urodzinowy?

Po południu, w pobliskim parku, Solenizantka świętowała z koleżankami ze szkoły. Dziewczynki bawiły się fantastycznie, potwierdzając, że do świetnej zabawy wystarczy dobre towarzystwo i dużo trawy do biegania.


Kiedy nadszedł czas na tort (w tym roku zakupiony w sklepie, ale Emilia sama wybrała jak ma wyglądać), każda z koleżanek umieściła jedną świeczkę na torcie Emilii.


Świeczki nie zapłonęły w równiutkim rządku, ale musiało być coś szczególnego i może nawet magicznego w tym ustawieniu, bo nawet dość mocno wiejący tego dnia wiatr zostawił je w spokoju. Nie miałam problemu z zapaleniem ich i nie zgasły podczas śpiewania Happy Birthday, dopiero Emilia je zdmuchnęła.

niedziela, 16 czerwca 2019

Jaśmin pnący

Jaśmin pnący zaczął kwitnąć. Po szoku, jaki zafundowałam mu wiosną, przenosząc na nowe podpórki, trochę mu zajęło by dojść do siebie, ale jak już doszedł, obdarował mnie delikatnymi, przecudnie pachnącymi kwiatami.



Z boku, stojąc pod płotem, wygląda to tak:


Z lewej strony roślinka pnie się po metalowej drabince, a u góry, pod daszkiem, po drucianej siatce. Na zdjęcie załapała się jeszcze śliwa.

Na zbliżeniach wygląda to tak:


Starałam się pokazać jaśmin wkomponowany w taras, ze stołem, krzesłami i hamakiem, czyli tym miejscem, gdzie latem spędzam sporo czasu. Przez okno mojej sypialni mam natomiast widok na tę część jaśminu pnącą się wzdłuż zadaszenia.


Jak widać, sporo jeszcze miejsca zostało na drabince, ale za parę lat te wolne przestrzenie się z pewnością wypełnią.

To teraz kilka zbliżeń. Niestety zapachu nie da się tutaj wkleić a jest obłędny.




Od strony tarasu, jaśmin podpięty wzdłuż daszku wygląda tak (w tle, z prawej strony, okno mojej sypialni):