Okruchy
niedziela, 28 czerwca 2026
Marys Peak
poniedziałek, 22 czerwca 2026
14
W zeszłym tygodniu Emilia skończyła 14 lat.
Z tej okazji pojechałyśmy na urodzinowe wakacje. Krzysio załapał się na płatny staż na kampusie i nie mógł pojechać z nami więc zabrałyśmy ze sobą dwie bardzo bliskie koleżanki, Karinę i Stellę.
Ponieważ był to wyjazd urodzinowy, nie spałyśmy pod namiotem ale w prawdziwym hotelu, w pokoju z balkonem i widokiem na rzekę Columbia River.
Celem naszych mini wakacji był Columbia Gorge czyli Kanion Rzeki Kolumbia - głęboki kanion wydrążony przez rzekę Kolumbię, stanowiący naturalną granicę między stanami Oregon (południe) i Waszyngton (północ).
Wyjechałyśmy dzień przed urodzinami, ale zabrałyśmy ze sobą tort urodzinowy z naszej ulubionej lokalnej cukierni - Tiramisu, na życzenie jubilatki.
| po lewej stronie mostu stan Oregon, po prawej stronie stan Waszyngton |
Emilia obudziła się w dniu bardzo wcześnie, jeszcze przed piątą rano - to pewnie z nadmiaru emocji. Na szczęście brat jest w strefie czasowej o trzy godziny przed nami, więc zajął siostrę rozmową i dzięki temu udało mi się dospać do siódmej.
Po śniadaniu poszłyśmy na szlak który sobie Emilia wybrała (a który i tak był na mojej liście). Dopiero pod wieczór udało nam się dotrzeć z tortem i świeczkami to parku, nad rzeką, więc wiało i ciągle zdmuchiwało świeczki, ale wytrwałości nam nie zabrakło. Tort był pyszny.
Wyjazd bardzo nam się udał. Emilia była przeszczęśliwa, koleżanki też bardzo zadowolone.
środa, 17 czerwca 2026
Z gimnazjum do liceum
Kolejny rok szkolny za nami. W zeszłym tygodniu Emilia ukończyła naukę w gimnazjum, we wrześniu zaczyna liceum.
W środę wieczorem odbyła się uroczysta promocja. Oficjalna część w auli liceum, które mieści się tuż obok. Krótkie przemówienie dyrektora, tego samego co za czasów Krzyśka, jeszcze krótszy występ szkolnego chóru, kilka słów od wice-dyrektora i wręczenie dyplomów ukończenia nauki w gimnazjum. Wcześniej tego dnia mieli próbę, więc poszło bardzo sprawnie.
Po części oficjalnej, na dziedzińcu liceum, niekończące się sesje fotograficzne. Hitem okazały się zdjęcia robione polaroidem, na szczęście mama jednej z koleżanek hojnie obdarowała fotkami przyjaciółki swojej pociechy.
Potem spacerkiem przemieściliśmy się do gimnazjum, gdzie miała miejsce część mniej oficjalna, czyli szkolne przyjęcie - hot dogi, czipsy, lody.
Na podwieszonym ekranie cały czas leciała prezentacja slajdów tegorocznych absolwentów z minionych trzech lat, z naciskiem na te najwcześniejsze, po których najbardziej widać jak młodzież się w tym czasie zmieniła, wyrosła, wydoroślała.
Na ścianach rozwieszone były plakaty wykonane przez ósmoklasistów wiosną tego roku, na temat wymarzonego zawodu z zaletami i wadami.
Pani od języka angielskiego zebrała w formie książki wiersze, które uczniowie pisali na zajęciach. Książki zostały dostarczone z drukarni tego dnia, na kilka godzin przed uroczystością i jeszcze takie "ciepłe" zostały wręczone uczniom.
Rozmowy, wzruszenia, ostatnie zdjęcia, i Emilia opuściła budynek gimnazjum po raz ostatni.
piątek, 12 czerwca 2026
Memorial Weekend 2026: Park w Yachats i nowe buty do wędrowania
Ostatniego dnia długiego weekendu należało się wymeldować z kwatery do 10 rano. Pakowanie poszło nam sprawnie ale śniadanie już nie było tak wspaniałe jak dnia poprzedniego - trochę nam się spieszyło.
Prognoza pogody przewidywała tego dnia deszcz ale miałam nadzieję, że uda nam się co nieco zobaczyć zanim się rozpada.
Najpierw obejrzałyśmy sobie park w Yachats. Bardzo ładny, ze wspaniałymi drzewami fantastycznie nadającymi się do wspinaczki oraz z placem zabaw.
O tak wczesnej porze poza nami nie było tam nikogo.
Mimo, że nastolatki, zaliczyły każdą huśtawkę, drabinkę, i konstrukcję na którą dało się wspięć. Park i plac zabaw bardzo nam się spodobały, ale dziewczyny miały obiecane lody więc nie było problemu z opuszczeniem parku.
Po lodach podjechałyśmy w to samo miejsce, z którego wyruszyłyśmy na szlak dzień wcześniej. Chciałam Emilii pokazać Giant Sitka Spruce - 550-letni świerk, który widziała mając rok i którego zdecydowanie nie pamięta.
Zanim ruszyłyśmy na krótki szlak, wstąpiłyśmy do centrum dla turystów aby obejrzeć ekspozycje i pamiątki. Na stoliku były tematyczne kolorowanki i kredki i dziewczyny zabrały się za kolorowanie. Obejrzałam ekspozycje, a kiedy usiadłam w fotelu by zaczekać aż dziewczyny skończą kolorowanie, za oknem lało już jak z cebra, żaden kapuśniaczek czy mżawka a oberwanie chmury na całego. Do wiekowego świerka wybierzemy się kiedy indziej, tego dnia po prostu wróciłyśmy do domu.
Jak już pisałam poprzednio, wycieczka dzień wcześniej dała mi popalić. Na jaw wyszły dwa problemy: kiepska forma fizyczna i nieodpowiednie buty.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem zrobiłam coś czego nigdy nie robię - w pięć minut wybrałam i zamówiłam nowe buty. Od jakiegoś czasu chodzę w butach ortopedycznych z powodu neuralgii Mortona ale traperki miałam jeszcze z czasów przed diagnozą, z dość dobrze wyprofilowanymi wkładkami i do tej pory nie nie miałam problemów nawet na dość długich trasach. Ponieważ ortopedyczne buty kupuję jednej marki w tym samym sklepie internetowym, wiedziałam jaki rozmiar zamówić i nie rozwodziłam się za bardzo nad stylem, po prostu zamówiłam te, które akurat były w 35% przecenie.
W kwestii kiepskiej formy, mimo codziennej gimnastyki, postanowiłam dwa razy w tygodniu wybierać się na jakąś pobliską górkę. W dzień powszedni, po pracy, z racji ograniczeń czasowych, na najbliższą, może nie najwyższą, ale za to dojazd zajmuje mi 10 minut. W weekend nieco dalej i wyżej. Jak narazie trzymam się planu dość dobrze choć w tym tygodniu za dużo się działo i nie udało się w dzień powszedni.
Pierwszy trening w terenie zaliczyłam jeszcze w zwykłych butach sportowych, ale nowe buty dotarły w ciągu tygodnia, w sobotę o 10 rano więc szybko uwinęłam się z tym co miałam tego dnia do zrobienia i pojechałam na pobliską górkę aby przetestować nowe buty.
A tak w ogóle to okazało się, że przez przypadek wybrałam buty w takim samym kolorze co posiadana od kilku lat torba-nerka, więc mam komplet.
Nowe buty spisują się dobrze, stopy nie bolą, a buty już nie rażą swą nowością bo miały okazję nieco przybrudzić się i zakurzyć podczas kilku wypraw, w tym na najwyższe wzniesienie w pasie przybrzeżnym, o czym będzie innym razem.
piątek, 5 czerwca 2026
Memorial Weekend 2026: Cooks Ridge and Gwynn Creek Trail
Drugiego dnia długiego weekendu obudziłam dziewczyny około dziewiątej rano. Trochę potrwało zanim rozbudziły się na tyle, żeby wygrzebać się z łóżka, ale kiedy to już nastąpiło, przygotowały pyszne śniadanko.
Ja wprawdzie zjadłam dużo wcześniej ale nie odmówiłam sobie na deser gofra z truskawkami polanego słodkim skondensowanym mlekiem.
Po śniadaniu wyruszyłyśmy na wycieczkę. 10 minut jazdy i zaparkowałam u podnóża Cape Perpetua na dość sporym parkingu, z którego zaczyna się kilka tras. Na ten dzień miałam zaplanowany szlak Cooks Ridge and Gwynn Creek Trail, na który miałam ochotę już od dawna.
Według opisu pokonanie trasy zajmuje przeważnie 3-4 godziny a ponieważ z domu jedzie się tam przynajmniej 1.5 godziny a nastolatki nie bardzo chcą wstawać rano w wolne od szkoły dni, musiałam sobie zaplanować nocowanie w pobliżu albo samotną wycieczkę. Sama zawsze mogę się tam wybrać ale póki dziecko chce ze mną wędrować, korzystam z okazji.
W długi weekend spodziewałam się zagęszczenia na szlaku, zwłaszcza w turystycznej okolicy ale moje przewidywania nie sprawdziły się. Dopiero w trzeciej godzinie minęliśmy grupę maszerującą w przeciwnym kierunku a pod sam koniec, jeszcze jedną parę. I to tyle, w sumie 6 osób przez ponad trzy godziny na trasie liczącej 11 kilometrów.
Ścieżka prowadzi przez piękny las, najpierw północną stroną grzbietu górskiego - nieco zacienioną, tajemniczą, a w drodze powrotnej, stroną południową - nasłonecznioną, rozświetloną, poprzecinaną licznymi strumykami. Las co i rusz nieco inny, cały czas jednakowo piękny.
Ostatni odcinek trasy prowadzi wzdłuż linii oceanu, ale niestety tuż ponad szosą krajową US-101 i słychać ruch samochodowy. Ale za to można podziwiać widoki o ile pogoda pozwoli.
Kiedy dotarłyśmy do tego punktu akurat się zachmurzyło i strasznie wiało więc nie zatrzymywałyśmy się, a że nogi już nas bardzo bolały, gnałyśmy jak nam obolałe stopy pozwalały do samochodu.
11 kilometrów pokonałyśmy w 3 godziny i 15 minut ale przyznam, dała nam ta trasa popalić. Nie tylko ja byłam obolała (i to przez kilka dni), trzynastoletnie Emilia i Karina też. Po powrocie na kwaterę padłyśmy na łóżka bez sił i nawet jeść nam się za bardzo nie chciało.
Po godzinie, kiedy ja już nieco doszłam do siebie, wyciągnęłam dziewczyny spod koców na pobliską plażę, do której miałyśmy 10 minut na nogach. Pogoda była cudowna, słoneczna, ciepło, co nie zdarza się za często na oregońskim wybrzeżu. Najpierw jeszcze nieco osowiałe, im bliżej wody, tym więcej energii przejawiały dziewczyny, a kiedy doszłyśmy na plażę tylko ja zaległam na kocu z książką. Dziewczyny nie usiadły ani na chwilę i znowu przegnały nas dopiero przypływ i głód (bardziej przypływ niż głód).
Ponieważ Emilia wskoczyła do wody, zanim poszłyśmy na obiadokolację wzięła jeszcze prysznic. Trochę nam więc zeszło i w końcu nie mogłyśmy za długo delektować się posiłkiem o ile chciałyśmy zdążyć na zachód słońca. A szkoda, bo akurat tego dnia mieli wieczór karaoke i wprawdzie żadna z nas nie miała ochoty występować to jednak miło słuchało się popisów innych, całkiem nieźle śpiewali.
Zachód słońca był taki sobie, a raczej go nie było z powodu pasma chmur tuż nad samym horyzontem.
Dzień wcześniej można było podziwiać słońce znikające na horyzoncie ale dziewczynom nie chciało się wychodzić z pokoju i stwierdziły, że obejrzymy zachód słońca "jutro". Może zapamiętają, że w kontekście zachodów słońca jutra może czasem nie być.
Przewiało nas straszliwie, kilka godzin wcześnie biegałyśmy po plaży w krótkich spodenkach, a wieczorem żałowałam, że nie mam zimowej kurtki, czapki, szalika i rękawiczek. Miałyśmy tylko jeden koc, którym osłaniałyśmy się od wiatru.
Mimo to był to wspaniały, pełen wrażeń, bardzo dobrze spędzony dzień, najbardziej udany podczas tego wyjazdu. Wprawdzie okazało się, że moje schodzone kilkuletnie buty wycieczkowe, które przeprowadziły mnie przez tyle kilometrów po szlakach w Oregonie, Waszyngtonie i Kalifornii, muszą odejść na emeryturę ponieważ nie daję rady już w nich chodzić, ale za to nowe, ortopedyczne buty dotarły w ciągu tygodnia i już je nawet wypróbowałam. Dwukrotnie.
sobota, 30 maja 2026
Memorial Weekend 2026: Alsea Falls, Green Peak Falls & Yachats
Długi weekend z okazji Memorial Day (Dzień Pamięci) wypadł w tym roku nieco wcześniej niż zazwyczaj - Memorial Day jest obchodzony w ostatni poniedziałek maja. Ten długi weekend stanowi także początek sezonu letniego. Kilka razy zdażyło nam się pojechać pod namiot ale jednak w maju pogoda niepewna więc wolę nocować w suchym i ciepłym miejscu. W tym roku znalazłam AirB&B w przystępnej cenie w niedużej miejscowości Yachats nad oceanem.
Kiedy rezerwowałam pokój, pół roku temu, nie wiedziałam, że syn znajdzie sobie staż na kampusie i przyleci do domu dopiero w sierpniu. Mogłyśmy pojechać z Emilią same, ale zaproponowałam, że jak chce, to może z nami pojechać jej przyjaciółka, Karina. Mama Kariny pracowała w ten weekend więc bez problemu zgodziła się na wyjazd córki z nami.
W drodze do Yachats zatrzymałyśmy się nad potokiem Alsea i powtórzyłyśmy trasę z końca marca: najpierw wodospad Alsea Falls a potem spacer do wodospadu Green Peak Falls z dłuższą przerwą na bujanie się na huśtawce zawieszonej nad rzeczką.
| Alsea Falls |
| Alsea Creek |
Nie obeszło się bez małej przygody. Zaraz na początku, poniżej pierwszego wodospadu, Karina poślizgnęła się i wpadła do wody, tak do pasa. Woda wprawdzie nie była bardzo zimna, ale w kieszeni spodenek miała telefon a do szlufki przyczepione słuchawki. Na szczęście z wody wygrzebała się szybciutko, sprzęt nie zamókł i nic się nie zepsuło. Tylko humor jej się zepsuł, i rozlał się nieco na resztę towarzystwa. Niewypowiedziana propozycja powrotu do domu została przeze mnie zignorowana. Karina przebrała się w samochodzie i poszłyśmy do drugiego wodospadu ale nie miała ochoty wchodzić do wody żeby dojść do huśtawki. Nie nalegałyśmy z Emilią.
| Green Peak Falls |
W drodze z Alsea nad ocean dziewczyny spały. Zajechałam do Seal Rock bo w marcu bardzo nam się podobały baseny pływowe pełne anemonów, rozgwiazd, małży i innych skorupiaków ale akurat trafiłyśmy na początek przypływu i te wszystkie skarby schowane były już pod wodą. Dziewczyny, jeszcze nie do końca wybudzone nie bardzo miały ochotę na spacer na plaży więc pojechałyśmy na kwaterę.
Z pokoju miałyśmy częściowo widok na ocean, w miejscu gdzie rzeka Yachats wpada do Pacyfiku, niewielką zatoczkę i plażę, na którą wybrałyśmy się po przyniesieniu rzeczy z samochodu. Budynek usytuowany jest tuż przy szosie US-101 i trochę się bałam czy nie będzie za głośno, ale po zmroku ruch samochodowy w zasadzie zamarł i przez uchylone okno słyszałyśmy tylko szum fal. Poza tym od ulicy oddzielał nas sprytnie zaprojektowany pas zieleni - iglaki i rabatka kwiatowa.
Jeszcze zdążyłyśmy zaliczyć krótki spacer na plaży ale w końcu przegnały nas przypływ i głód. Yachats nie jest dużą miejscowością więc wybór odnośnie obiadokolacji był dość ograniczony. W sobotę dziewczyny wybrały pizzę. Okazała się dość smaczna. I ogromna.
W pokoju był wprawdzie dość spory telewizor ale trzeba było logować się na swoje własne konto na każdym niemal portalu a żadna z nas nie pamiętała hasła więc telewizor pozostał wyłączony. Ale Wi Fi plus telefony komórkowe wystarczyły aż nadto. Pozy tym i tak już było późno więc zarządziłam ciszę nocną bo miałam plany na następny dzień i nie przewidywałam spania do południa. I tak nam minął dzień pierwszy.
| widok z plaży przez rzekę na Yachats i na naszą kwaterę |

