niedziela, 20 września 2026

Dzieciowato

Nowy rok szkolny ruszył z kopyta i to jeszcze zanim zaczął się oficjalnie. Emilia, od tego roku już licealistka, zapisała się na biegi przełajowe a treningi zaczęły się już w połowie sierpnia. Bieganie bardzo jej odpowiada, trener jest sympatyczny i podoba mi się jak podchodzi do trenowania drużyny licealnej - bieganie jest dla przyjemności i zdrowia a nie bicia rekordów i kolekcjonowania medali. Natomiast edukuje młodzież w kwestii odpowiedniego odżywiania się, bo raczej nie da się przebiec codziennie 5 km niedojadając.

Emilia dość szybko odnalazła się w grupie biegaczy, nawiązała kilka bliższy znajomości, w tym z koleżanką o dwie klasy wyżej, więc wkroczyła w nowy rok szkolny z tą odrobiną pewności, którą daje przynależność do grupy. 

Pierwsze zawody miały miejsce jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale że my mieliśmy już zaplanowany wyjazd nad ocean (ten, o którym pisałam ostatnio) to Emilia nie pojechała. 

Tydzień temu zawody były w miejscowości oddalonej o ponad dwie godziny jazdy samochodem. Na szczęście jechali autobusem szkolnym, więc tylko odstawiłam dziecko na 6 rano na zbiórkę pod szkołą. Biegi przełajowe mają zawody w soboty więc musiałyśmy wstać o 5 rano w dzień, kiedy zazwyczaj odsypiamy cały tydzień. Nie byłam zachwycona, ale czego się nie robi dla dziecka! Jak już wstałam tak wcześnie, to wykorzystałam poranek na krótki spacer na pobliską góreczkę i udało mi się zrobić kilka ładnych zdjęć.


w drodze na szczyt

na szczycie Spencer Butte bardzo wcześnie rano

Spencer Butte - szczyt


Wczorajsze zawody były na terenie lokalnej uczelni policealnej, wprawdzie po drugiej stronie miasta, ale za to wystarczyło jak dziecię dotarło na miejsce na godzinę przed swoim biegiem. Mimo, że Emilia chciała być nieco wcześniej aby dopingować koleżeństwo to udało nam się trochę pospać rano, budzik okazał się niepotrzebny.

Odstawiłam dziecko na miejsce i pojechałam na pobliską górkę, nieco wyższą niż tydzień temu, akurat w pobliżu. Wybrałam sobie nieco dłuższą trasę bo czasu miałam sporo. Wróciłam na teren zawodów na kilka minut przed rozpoczęciem biegu Emilii (5 km) więc udało mi się obejrzeć dziecko w akcji. Trasa była poprowadzona tak, że z oddali zobaczyłam start, potem dziecko przebiegło koło mnie, a na koniec przeszłam kilkadziesiąt metrów żeby obejrzeć finisz.



Rano dziecko było nastawione, że zostanie na zawodach do końca, ale okazało się, że niezbyt dobrze się czuła i zarządziła powrót do domu. Dzisiaj rano wstała z bólem gardła więc pewnie jakaś infekcja już wczoraj miała wpływ na jej samopoczucie.




Trening są codziennie od poniedziałku do piątku, zawody w sobotę. Do tego raz w tygodniu lekcja gitary, więc grafik dziecko ma napięty. Ja też, bo nadal pełnię funkcję szofera.

Wielu nauczycieli, którzy uczyli Krzyśka, teraz mają zajęcia z Emilią. Ja poznałam nazwiska natychmiast, sami nauczyciele nie omieszkali zapytać Emilię czy Chris to jej brat.

Emilia zapisała się na kilka kółek zainteresowań - spotykają się podczas przerwy obiadowej. Poza tym zaczęła organizować sobie wolontariat - ileś tam godzin wymagane jest aby ukończyć liceum. Najpierw znalazła sobie pisanie kartek dla chorych dzieci w szpitalach (z budującymi wiadomościami dla pacjentów pediatrycznych, zwłaszcza tych z chorobami przewlekłymi, zagrażającymi życiu lub terminalnymi). Poza tym chce znaleźć lokalną organizację w ramach której będzie mogła pomóc sprzątać lokalne lasy, parki, plaże itp. Ta ostatni inicjatywa wiąże się ze zmianą kierunku studiów wybranych przez córkę. Kilka lat temu tak jej się spodobał kampus lokalnego uniwersytetu, że oświadczyła, że to na nim będzie studiować. Potem zmieniła zdanie i stwierdziła, że jednak wybierze się na uczelnię w San Diego aby zostać biologiem morskim. W tym tygodniu nastąpiła kolejna zmiana: studia środowiskowe w Yale. 

Tymczasem Krzysio na studenckim półmetku.

Drugi rok skończył na początku maja ale zaraz następnego dnia poleciał do Europy, na Islandię, na zakończenie całorocznego seminarium Life Worth Living.  Zajęcia Life Worth Living zostały opracowane przez Centrum Wiary i Kultury uniwersytetu Yale (Center for Faith & Culture) ale dość szybko inicjatywa rozszerzyła się poza Yale. Celem programu jest pomoc studentom w zrozumieniu, co to znaczy prowadzić dobre, znaczące życie. Program angażuje studentów o różnorodnych tradycjach filozoficznych i religijnych (judaizm, chrześcijaństwo, islam, hinduizm, buddyzm, konfucjanizm, mądrości rdzennej ludności) aby zgłębiać podstawowe kwestie dotyczące szczęścia, celu, sprawiedliwości i cierpienia. Na uczelni syna co roku na zajęcia w ramach tego seminarium przyjmowane jest 15 osób drugiego roku a po zakończeniu roku akademickiego cała grupa wraz z wykładowcą leci na tygodniową wycieczkę zagraniczną. Co roku gdzie indziej, w tym roku do Islandii. Wycieczka jest całkowicie ufundowana przez uniwersytet.

Kilka zdjęć z tego wyjazdu:







Po powrocie z Islandii dziecię nie przyleciało na kanikuły do domu bo tydzień później zaczynało 10-cio tygodniowy staż na uczelni w katedrze Neuronauki. Musiał opuścić pokój w akademiku w którym mieszkał na drugim roku i przenieść się do innego budynku. Tydzień nic-nie-robienia i praca. Najpierw bardzo dużo czytania i nauki, petem badania, pisanie programu komputerowego, opracowywanie wyników badań zespołu. Syn bardzo zadowolony z tego doświadczenia.

Do domu przyleciał dopiero 1 sierpnia i tylko na niecały miesiąc - nowy rok akademicki zaczął się 27 sierpnia. Czas ten strzelił jak z bicza trzasnął, ani się obejrzałam, już dziecka nie było w domu.

W sierpniu w Oregonie jest bardzo wysokie zagrożenie pożarami, przeważnie jest kilka aktywnych pożarów lasów, więc ogólnie nie jest to najlepszy czas na wyjazdy pod namiot, gdzieś jednak chciałam wybrać się na rodzinny wyjazd. Pojechaliśmy na kilka dni do miejscowości turystycznej Government Camp u podnóża najwyższego szczytu w Oregonie, Mount Hood. Trochę pochodziliśmy po okolicznych szlakach ale też wybraliśmy się do Parku Rozrywki. (W planach relacja z tego wyjazdu.)

Syn już na trzecim roku, zajęcia w toku, już przygotowuje się do pierwszych testów i egzaminów. Pokój ma jednoosobowy, z czego jest bardzo zadowolony. Pracuje jako ratownik na basenie oraz jako korepetytor w ramach laboratorium komputerowego. Na kampusie cały czas coś się dzieje - w tym tygodniu przyjechał z wizytą (odczyt? wykład?) były prezydent Obama. 

Do domu dziecko przyleci na święta Bożego Narodzenia.

sobota, 12 września 2026

Waxmyrtle 2026

Kolejny raz zakończyliśmy wakacje wyjazdem nad ocean, w to samo miejsce co rok temu, i rok wcześniej, i jeszcze wcześniej - Waxmyrtle Campground. 




To już taka nasza tradycja, że długi weekend z okazji Labor Day jedziemy właśnie tam, zazwyczaj z polskimi znajomymi. Wracamy w to miejsce bo dobrze się tam czujemy, miejsce jest ładne i jest co robić. Spacer na plażę, kajakowanie w dół rzeki do oceanu lub w górę do jeziora, a wieczorem ognisko.







Pogoda nie zawsze dopisuje. W tym roku padało chyba więcej niż zazwyczaj, ale pomiędzy opadami trafiły nam się piękne ciepłe i słoneczne godziny w ciągu dnia, akurat w czasie kiedy byliśmy na plaży. Dzieciaki kąpały się w oceanie, także podczas zachodu słońca, no i jeszcze trochę po. Na pole biwakowe wróciliśmy już po ciemku. A zachód słońca był przepiękny.




W okolicy moc krzaków jagód Huckelberry a także grzybów. Zapiekanki z grzybami Chanterelle i serem okazały się przebojem wyjazdu.




Następnego dnia po powrocie zaczęła się szkoła. Za nami pierwszy tydzień i po wakacjach zostało już tylko wspomnienie. I zdjęcia.

czwartek, 3 września 2026

ONP: Irely Lake

Kolejna wycieczka zaczęła się od ponad godzinnej jazdy samochodem, najpierw wokół jeziora Quinault, potem wzdłuż północnej odnogi rzeki Quinault (North Fork Quinault). W pewnym momencie asfalt się skończył i dalej jechałyśmy wyboistą drogą szutrową. Na szczęście było dopiero co po deszczu więc się nie kurzyło. Ruch na drodze minimalny więc mogłam zjeżdżać na lewą stronę żeby ominąć co większe dziury. 

Zatrzymałyśmy się na niewielkim parkingu, z którego wychodzi kilka szlaków a w zasadzie jeden podzielony na odcinki według długości trasy. My tego dnia miałyśmy w planach najkrótszy, do jeziorka Irely Lake.


dystans podany w milach (1 mila = 1.6 km)


Na tablicy wypisano że dystans wynosi 1.1 mili w jedną stronę (1.77 km) ale aplikacja w telefonie zarejestrowała 4.6 km w obie strony.



Trasa była niezbyt wymagająca, w zasadzie cały czas po płaskim (30 metrów przewyższenia) ale za to szalenie malownicza i soczyście zielona.



Leśna wąska ścieżka prowadziła przez zielony las, czasami po drewnianych pomostach, przez kilka strumyków, częściowo wzdłuż Irely Creek, a na liściach przy ścieżce woda po wczorajszym deszczu która nie zdążyła jeszcze wyparować - tego dnia już nie padało, ale nadal było pochmurno, choć ciepło.



Nie spotkałyśmy nikogo, cały las a potem niewielkie jeziorko miałyśmy wyłącznie dla siebie. 


Irely Lake

W okolicach jeziorka, tysiące małych żabek a może ropuszek. Ciężko je było dostrzec w poszyciu a bardzo nie chciałyśmy rozdeptać żadnego maleństwa.

Przy ścieżce wypatrzyłam tzw. Ghost Pipe lub Indian Pipe (Monotropa uniflora) - rzadką roślinę pasożytniczą pozbawiona chlorofilu, tradycyjnie stosowaną do wytwarzania nalewek łagodzących ból, zmniejszających lęk i wspierających nerwy. (Może to być spowodowane tym, że roślina zawiera kwas salicylowy i grajanotoksyny.)



Roślina ta pojawia się w niektórych opowieściach Indian Cherokee o stworzeniu świata. Legenda głosi, że roślina została nazwana indiańską fajką (Indian Pipe) na pamiątkę grupy wodzów którzy kłócili się i nie mogli dojść do porozumienia. Przekazywali sobie świętą fajkę podczas sporu a powinni byli zapalić ją po zawarciu ze sobą pokoju. W końcu Wielki Duch zamienił wodzów w roślinę, Indian/Ghost Pipe. Podobno roślina ta rośnie wszędzie tam, gdzie kłócili się przyjaciele.

sobota, 29 sierpnia 2026

🧶 Żniwa: owsiany Field Sweater

Tu gdzie mieszkam, lato przychodzi wcześniej, pierwsze czereśnie często dojrzewają już pod koniec maja, a kiedy zaczyna się sierpień, w ogródku już jest po malinach, porzeczkach, truskawkach i borówkach ale jeszcze przed winogronami i węgierkami. Owocowa posucha! Z kwiatami też kiepsko, upały skutecznie wymiotły wszelkie kwiecie. Sierpień, trzeci miesiąc bez deszczu, sucho. Moja klimatyczna rzeczywistość nijak ma się do sierpniowego zadania w zabawie u Anetty Nici, Nitki i Niteczki:

Sierpień to pełnia lata, bogactwo kolorów i smaków. To czas hortensji, róż i innych kwiatów... To czas owoców i warzyw... To czas lodów, chłodzących lemoniad i innych letnich przysmaków...



W moim sierpniowym ogródku jedynie pomidory i papryka, ale nie natchnęły mnie do żadnego niteczkowego projektu, prozaicznie się nimi po prostu zajadam.

Miałam włóczkę w takim pustynnym piaskowym kolorze. Dostałam ją dawno temu od Splocika (wygrana w konkursie), ale sweterek Lorelei zrobiony wówczas z tej włóczki zrobił się trochę przyciasny, więc sprułam go i zrobiłam letnią bluzeczkę w piaskowym kolorze, z kłosami zboża - jakiego? Nie wiem, nie znam się, raczej nie pszenica, może owies? Natomiast z pewnością gotowe do żęcia! Zatem żniwa, robótkowe!



Włóczkę wykorzystałam do końca, została mi próbka. Gdybym miała jej nieco więcej to bluzka byłaby nieco dłuższa, ale taka długość w sumie bardzo dobrze pasuje do letnich spódnic. Doszłam do wniosku, że ten kolor pasuje mi do tylu spódnic i spodni, że chyba muszę wybrać się na włóczkowe zakupy.

To moja druga wersja Field Sweater, wcześniej zrobiłam sweter z wełny z długim rękawem, teraz skorzystałam z wersji z krótkim rękawem (opis zawiera wersję z długim i krótkim rękawem). Wprowadziłam też kilka modyfikacji jak choćby kształtowanie talii, lewe oczko z boku udające szew, rząd oczek lewych tuż przed dolną plisą. Przyznam, że ta wersja podoba mi się o wiele bardziej i gdyby nie lenistwo, przerobiłabym wcześniejszy fioletowy z uwzględnieniem zmian zastosowanych w tej wersji. 

Bluzkę zgłaszam do zabawy u Anetty, ale też i u zabawy Małe Dekoracje 2026 u Splocika z racji ozdobnego karczku. No i przecież nie mogę sobie odmówić zgłoszenia pracy wykonanej z włóczki otrzymanej od organizatorki zabawy!



W maju Splocik zaproponowała:

1. Cytat: "Wszystko, co powoduje przyspieszenie krwi, jest prawdopodobnie warte zrobienia". -Hunter S. Thompson

2. Kolor - malinowy i chabrowy

3. Dowolna praca - dekoracja mała, duża lub element dekoracyjny ze wskazaniem jego przeznaczenia.

Tym razem podpisuję się pod numerem trzecim, dowolna praca: ozdobny karczek z włóczki z lekko połyskującą osnową. Chociaż jak tak się chwilę zastanowiłam, to Nr 1 też pasuje.



niedziela, 23 sierpnia 2026

ONP: Quinault Rain Forest Nature Trail & Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop

Pole biwakowe Willaby usytuowane jest bardzo blisko lokalnej sieci ścieżek, kilka minut na nogach by dojść do punktu wyjścia dwóch najpopularniejszych szlaków nad jeziorem Quinault: Quinault Rain Forest Nature Trail oraz Quinault Loop, Wright's Canyon, & Gatton Creek Loop.

Pierwszy z nich, krótki szlak przyrodniczy Quinault Rain Forest Nature Trail prowadzi przez bujny, pierwotny las deszczowy dobrze utrzymanymi i łatwo dostępnymi ścieżkami. Na turystów i rodziny czekają tu tablice informacyjne przybliżające ekosystem lasu, widoki na potężne, porośnięte mchem daglezje i świerki sitkajskie, kaskady na potoku Willaby Creek oraz malownicze wąwozy porośnięte bujnymi paprociami. Na tym szlaku, który znajduje się poza terenem Parku Narodowego Olympic, można spacerować z psem prowadzonym na smyczy. 



Drugi szlak, Quinault Loop, Wright's Canyon, & Gatton Creek Loop to dość długa pętla przez bujny las, często idzie się drewnianymi kładkami a po drodze mija się kilka wodospadów. 

Mimo że prognoza pogody nie zachęcała, mimo porannej burzy, postanowiłyśmy jednak wyruszyć na zaplanowaną wycieczkę - połączone oba szlaki. Zanim doszłyśmy do pierwszego szlaku ponownie rozpadało się, zanim zaczęłyśmy drugi szlak, rozpętała się kolejna burza. Postanowiłyśmy iść dalej. 




Na szlaku, mimo że lało jak z cebra, było dość sporo ludzi. Deszcz nie przeszkadzał żerować zajączkowi - przy samej ścieżce. Bardziej zdziwiło mnie, że nie uciekł nasz nasz widok.

Po dwóch godzinach, kiedy woda wychlapywała się z Emilkowych butów przy każdym kroku i obie byłyśmy już przemoczone do suchej nitki, doszłyśmy do wniosku, że może jednak wystarczy tej przygody. Skróciłyśmy pętlę, wróciłyśmy na pole biwakowe, przebrałyśmy się w suche rzeczy i pojechałyśmy wysuszyć te mokre do pobliskiej pralni. Trasa z tego dnia zaznaczona jest kolorem żółtym na mapie poniżej.



Innego dnia, przy lepszej pogodzie, wróciłyśmy na szlak by dokończyć trasę - kolor pomarańczowy na mapie. 


Cascade Falls


Gatton Creek Falls


To tego dnia zobaczyłyśmy oba wodospady a także natknęłyśmy się na gniazdo leśnych os, z których jedna mnie użądliła. Może nie trzeba było się zatrzymywać żeby zrobić zdjęcie tylko szybko minąć to miejsce. 



Przedramię miałam spuchnięte przez tydzień  i jeszcze kilka dni dłużej swędziało. Na szczęście nie mam uczulenia, więc skończyło się tylko na kilkudniowej niedogodności.

Odcinek szlaku wzdłuż potoku Gatton Creek prowadzi ciemnym leśnym tunelem.



Szkoda że nie zrobiłam zdjęcia, bo na tym odcinku kolejne etapy życia lasu były tak fantastycznie wyeksponowane, że chyba właśnie dlatego poprowadzono tamtędy ścieżkę. Obok pnących się w górę pni - te powalone przez czas bądź siły natury, na różnych etapach rozkładu, z nowym życiem wyrastającym na, pod, obok...

Ostatni odcinek trasy prowadził wzdłuż szosy. Mogłyśmy nadłożyć drogi i pójść inną trasą ale tego dnia już mocno bolały nas nogi więc wybrałyśmy najłatwiejszą opcję. Przy drodze rosły piękne hortensje, które podziwiałyśmy ilekroć przejeżdżałyśmy samochodem. Prowadząc, nie mogłam robić zdjęć, ale nadrobiłam idąc na nogach.



Hortensje rosły w przydomowych ogródkach ale też i na odcinkach leśnych wzdłuż drogi, pięknie to wyglądało.

wtorek, 18 sierpnia 2026

ONP: Lake Quinault Museum

Nie planowałam wizyty w Muzeum Lake Quinault ale gdzieś trzeba było przeczekać ulewę. 

Muzeum jest prowadzone przez wolontariuszy, po wejściu przywitała nas drobna osóbka mocno po osiemdziesiątce. Kiedy ja z nią rozmawiałam, Emilia dopadła instrument przypominający pianino, ale przyciskanie klawiszy nie dawało żadnych dźwięków. Pani wskazała na inny instrument w przeciwnym rogu pomieszczenia i stwierdziła, że tamto pianino działa i Emilia może sobie na nim pograć. I moja córka, która od prawie dwóch lat już nie chodzi na lekcje gry na pianinie, usiadła przy instrumencie i zagrała z pamięci co tam ostatnio grała w domu.

Potem zwiedziłyśmy muzeum, niewielkie, ale dość ciekawe.

Eksponaty najbardziej przyciągające uwagę na parterze to dwie łodzie wyścigowe Indian Ameryki Północnej o długości ponad sześciu metrów: “Hoquat” i “Quinault”. Właścicielami łodzi jest rodzina James udostępniająca je muzeum.  W tym samym pomieszczeniu znajduje się sporo innych eksponatów z życia Indian zamieszkujących dawniej te tereny, np. kosze indiańskie różnej wielkości.

W pokoju od tyłu, replika kuchni sprzed lat. Duża, czarna kuchenka, lodowa skrzynka, stara pralka i szafka.




Moją uwagę zwróciła wystawa łyżeczek z różnych stron świata, a wśród nich ta jedna z orłem i nazwą kraju, POLAND.





Kąt przy schodach prowadzących na piętro poświęcony jest historii wycinki drzew, która stanowiła źródło utrzymania dla małych społeczności otaczających obszar jeziora Quinault: makieta, zdjęcia, narzędzia. 

W muzeum poświęcono też miejsce na ekspozycję zdjęć, mundurów i medali weteranów lokalnych społeczności. W jednej z gablot wystawiona jest suknia ślubna zrobiona z materiału spadochronu, nieco pożółkła po latach.

Roboty ręczne, tkactwo, szydełkowanie, robienie na drutach, szycie, haft zajmują sporo miejsca na piętrze. Obok sukienek z przeszłości (kilka z nich ozdobionych ręcznym haftem) stoją zdjęcia modelek prezentujących owe suknie. W tym samym pomieszczeniu znajdują się także działająca maszyna do szycia Singer, krosno stołowe i zabytkowa maszyna dziewiarska.

Także na poddaszu - pokój dziecięcy, z ręcznie wykonanymi dekady temu zabawkami, ubrankami, meblami.

No i jeszcze pomieszczenie z narzędziami rolniczymi z przeszłości - szczypce do siana, siodła juczne, latarnie naftowe, kamienie szlifierskie i wiele innych. 

Kiedy zeszłyśmy na parter, Emilia ponownie zasiadła do pianina. Okazało się, że pamięta fragment jeszcze jednego utworu. Na pianinie leżały nuty, pani wolontariuszka wybrała ze sterty jeden utwór i dała Emilii do zagrania. Mimo że w tym momencie w muzeum było już dość sporo zwiedzających (nie tylko nam przyszło do głowy przeczekać deszcz w gościnnych progach muzeum), Emilii wcale nie przeszkadzało, że tyle osób przysłuchuje się kiedy ona usiłuje zagrać nieznany sobie utwór. A może to głowa jelenia (?) z porożem dodała jej odwagi.

wtorek, 11 sierpnia 2026

ONP: Quinault Big Sitka Spruce & Merriman Falls

Quinault Big Sitka Spruce czyli świerk sitkajski, powszechnie uznawany za największy na świecie okaz tego gatunku oraz jedno z największych wiecznie zielonych drzew na Ziemi. To gigantyczne drzewo, rośnie sobie w lesie deszczowym Quinault na terenie Parku Narodowego Olympic (w pobliżu ośrodka Lake Quinault Resort gdzie korzystałyśmy z odpłatnych pryszniców i suszarek do ubrań).



Obwód drzewa wynosi prawie 18 metrów, średnica 5.5 metra a wysokość 58 metrów. Wiek drzewa szacowany jest na 926-1016 lat (+/- 200-300 lat).

Quinault Big Sitka Spruce Tree rośnie sobie bardzo blisko drogi S Shore Road, po południowej stronie jeziora. Z parkingu prowadzi bardzo szeroka płaska alejka, pół kilometra w jedną stronę. Dwudziestominutowy spacer udało nam się wcisnąć w jedyne suche pół godziny tego dnia, na chwilę mignął nam nawet błękit nieba, na tyle, by dać nam nadzieję na bezdeszczowy dzień. W tym przypadku, prawdziwe okazało się powiedzenie Nadzieja matką głupich.




Kilka kilometrów dalej, przy tej samej drodze, znajduje się malowniczy wodospad Merriman Falls, jego wody spadają niemal bezpośrednio na jezdnię. To jeden z najłatwiej dostępnych wodospadów w górach Olympic; wystarczy zjechać na pobocze, sięgnąć po telefon lub aparat i zrobić zaledwie kilka kroków, by podziwiać jego urok.





Woda spada z wysokości około 12 metrów przez porośniętą mchem i paprociami skalną półkę, trafiając w chaotyczne skupisko omszałych głazów i nasiąkniętych wodą pni. 

Kiedy robiłam zdjęcia, zaczęło ponownie padać - po porannej burzy przejaśniło się na trochę, na tyle, że udało nam się zobaczyć świerk sitajski i wodospad, ale na tym dobra pogoda tego dnia się skończyła.

środa, 5 sierpnia 2026

ONP: Colonel Bob

Jak tylko zapadła decyzja którą część Olympic odwiedzimy w te wakacje, zaczęłam robić listę pieszych wycieczek do przewędrowania i miejsc do zobaczenia. Pośród wielu niezbyt wymagających tras po lesie deszczowym znalazłam szlak na szczyt Colonel Bob (nazwany na cześć weterana wojny secesyjnej pułkownika Roberta „Boba” G. Ingersolla) - szczyt w obrębie obszaru chronionego Colonel Bob Wilderness, położonego na terenie Lasu Narodowego Olympic. Czyli nie w samym parku narodowym ale tuż obok. 

Colonel Bob wznosi się na wysokość około 1371 metrów i jest drugim pod względem wysokości punktem tego obszaru, ustępując jedynie nienazwanemu wierzchołkowi o wysokości 1374 metrów.

Najpierw zaświeciły mi się oczy na myśl, że wejdziemy tak wysoko, obejrzymy sobie piękną panoramę, jezioro u stóp, w oddali ocean no i wszystkie wierzchołki w paku Olympic. Potem przyszła refleksja. 

Na szczyt prowadzą dwa szlaki, od strony północnej trochę dłuższy (24 km tam i z powrotem), od strony południowej nieco krótszy (18 km w obie strony), obie trasy wiążą się z pokonaniem stromych, wyczerpujących podejść o przewyższeniu przekraczającym 1200 metrów (lub 1066 w przypadku trasy krótszej, która zaczyna się nieco wyżej nad poziomem morza). To nie tylko dość wysoko ale przede wszystkim stromo. Wątpiłam, czy dam radę.

Zaczęłam więcej ćwiczyć, zwłaszcza nogi, ale nadal nie byłam pewna. 

Im bliżej wyjazdu, tym więcej zastanawiałam się czy porywać się z motyką na słońce czy może jednak odpuścić. W końcu, po wycieczce na Crescent Mountain stwierdziłam, że chyba dam radę bo to "tylko" 300 metrów w górę więcej. Emilia stwierdziła, że oczywiście że idziemy, więc poszłyśmy.





Zdecydowałyśmy się na trasę krótszą. Przewodniki twierdzą, że to 6 km w jedną stronę, ale to błędna informacja. Aplikacja zarejestrowała 9 km z punktu wyjścia na szczyt a potem dane te potwierdziła mapa w Straży Leśnej. 

Po powrocie pogratulowałyśmy sobie wyboru krótszej trasy bo i tak było trudno i ledwie dałyśmy radę. Na tej dłuższej trasie, zaczynającej się niżej więc z większą ilością metrów do pokonania, nie dałybyśmy rady, poległybyśmy. 




Szlak na Colonel Bob to zdecydowanie jedna z mniej znanych tras na Półwyspie Olympic. Wspinaczka na surowy, odosobniony szczyt, mimo że wiąże się ze znacznym przewyższeniem, zapewnia prawdziwą przygodę. Poza tym to jeden z niewielu szczytów na zachodnich zboczach Półwyspu Olympic, na który można wejść i zejść w ciągu jednego dnia.




Szlak biegnie głównie przez gęsty las deszczowy klimatu umiarkowanego z kilkoma górskimi łąkami. Sama ścieżka miejscami mocno zarośnięta, oraz ze stromymi serpentynami. Ponadto ścieżka jest przeważnie kamienista, a kamienie te są dość luźne co przy schodzeniu okazało się mocno problematyczne. Nieustannie traciłyśmy równowagę, kilka razy upadłaśmy, stopy osuwały się na niestabilnym podłożu, zaliczyłyśmy kilka zjazdów na pupie. Podejście wycisnęło z nas siódme poty (na szczęście miałyśmy wystarczająco dużo wody) ale to zejście tak na prawdę nas wykończyło. 



Ze szczytu, przy dobrej pogodzie, można podziwiać panoramiczne widoki (360 stopni) na góry Olympic, jezioro Quinault, Ocean Spokojny i lodowce. 





Poniżej linki do kilku filmików z widokami.

Z pogodą udało nam się. W dniu wycieczki, poranną mgłę przepędziło słońce i chociaż w ciągu dnia zaczęły nadciągać chmury to jednak kiedy dotarłyśmy na szczyt, ciągle jeszcze nie przesłaniały ani horyzontu ani niżej położonych terenów.