sobota, 25 lipca 2026

Wakacje w ONP (Olympic National Park) 2026

Wróciłyśmy z Emilią z wakacji w Parku Narodowym Olympic. W parku tym byliśmy już dwa lata temu, z Krzysiem, a w tym roku pojechałyśmy same, w inne zakątki tego ogromnego parku.

Dzisiaj postaram się opisać, w wielkim skrócie, bardziej ogólnie, gdzie, co, i kiedy, a w miarę możliwości czasowych, będę opisywać bardziej szczegółowo.

Pierwsza mapa pokazuje gdzie w USA znajduje się Park Narodowy Olympic:



Na drugiej mapie, poniżej, zakreśliłam gdzie byłyśmy w tym roku. W większości byłyśmy na terenie lasów deszczowych (klimatu umiarkowanego), które należą do najlepiej zachowanych przykładów tego typu ekosystemów w Ameryce Północnej, a przy okazji charakteryzują się rocznymi opadami rzędu 355–424 cm oraz umiarkowanymi temperaturami, które rzadko spadają poniżej zera lub przekraczają 27°C. Podczas naszego pobytu, temperatura była bardzo przyjemna, 20-24 °C w dzień i 10-13 °C w nocy. Kilka słonecznych dni, kilka pochmurnych, jeden pełen burz i ulew.




Pierwsze pięć nocy spędziłyśmy nad jeziorem Quinault, kolejne trzy noce nad jeziorem Ozette. Biwakowanie, spanie w namiocie, baza wypadowa dla wycieczek po okolicy. 


Lake Quinault

Ozette Lake


Nad jeziorem Quinault mogłam dokonać rezerwacji, co też uczyniłam, na pół roku przed wyjazdem. Miejsce numer 19 wygląda tak.  

Pierwszy dzień to pakowanie i podróż - pięć godzin jazdy samochodem. Po przyjeździe rozbiłyśmy namiot i udałyśmy się na rekonesans. Emilia najpierw wykąpała się w jeziorze a potem w potoku Willaby Creek, tuż przy biwaku.


Willaby Creek


Woda w potoku potwornie zimna, więc ograniczyłam się do robienia zdjęć i podziwiania widoków (i odwagi córki) z mostku.



Potem pojechałyśmy sprawdzić w jakich godzinach są dostępne odpłatne prysznice w ośrodku kilka kilometrów dalej (płatne prysznice, pralki, suszarki, sklepik), a wieczorem bujanie się w hamakach (jeden uszyty tuż przed wyjazdem), ognisko i kiełbaski.



Drugiego dnia  zdobyłyśmy szczyt Colonel Bob a po powrocie pojechałyśmy pod prysznic. Na koniec - ognisko.

Trzeciego dnia o 5:40 rano obudził nas grzmot pierwszej tego dnia burzy, a było ich kilka, przez cały dzień. Trochę czekałyśmy aż przestanie padać, starając się wykorzystać czas pomiędzy opadami. Udało się zobaczyć największy na świecie świerk oraz wodospad Merriman Falls. Droga do kolejnego miejsca okazała się zamknięta, więc podjechałyśmy do lokalnego posterunku straży leśnej żeby wypytać jak dotrzeć w miejsca, które miałam na liście. Podczas rozmowy z bardzo miłą panią lunęło jak z cebra. Ulewę przeczekałyśmy częściowo oglądając pamiątki w sklepiku, a potem przeskoczyłyśmy do lokalnego muzeum po drugiej stronie ulicy.

Trochę się przejaśniło więc wyruszyłyśmy na pobliski szlak, a w zasadzie dwa nieco zazębiające się, króciutki Quinault Rain Forest Nature Trail i dłuższy Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop. Ledwie wyruszyłyśmy, rozpętała się kolejna burza więc wędrowałyśmy po lesie deszczowym w czasie burzy. W połowie, kiedy woda wylewała się Emilii z butów, stwierdziłyśmy, że jednak wystarczy tej przygody, wróciłyśmy do namiotu, przebrałyśmy się i pojechałyśmy do pobliskiego punktu z suszarkami. Wrzuciłyśmy przemoczone ubrania do suszarki i poszłyśmy na kolację do restauracji po drugiej stronie ulicy. 

Dzień czwarty powitał nas mżawką ale potem przestało padać. Aby dotrzeć do szlaku prowadzącego do jeziora Irely Lake musiałyśmy objechać całe jezioro Quinault ale czego się nie robi jak się ma odpowiednią motywację. W drodze powrotnej obejrzałyśmy kolejny niewielki wodospad Bunch Falls a na koniec przespacerowałyśmy się ścieżką przyrodniczą Maple Glade Nature Trail która łączy się ze starym i dawno temu porzuconym gospodarstwem rolnym rodziny Kestnerów które można sobie zwiedzić. Zwiedziłyśmy. Na koniec dnia prysznic (25 centów za minutę), ognisko, smażenie kiełbasek.




Piątego dnia sporo się nachodziłyśmy. Najpierw ponownie objechałyśmy całe jezioro żeby powędrować lasem deszczowym do mostu Pony Bridge nad rzeką Quinault River. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się w miejscu polecanym przez przewodniki, July Creek Picknicking Area, i do tej pory zachodzimy w głowę dlaczego to miejsce jest tak polecane. Parking, ubikacja, stół piknikowy, półkilometrowa alejka - nic szczególnego. Nie zatrzymałyśmy się tam długo, w planach miałyśmy pizzę w drodze do szlaku, którego połowę przewędrowałyśmy podczas burzy. 


Quinault River


Pizza była pyszna, najedzone przeszłyśmy drugą połowę Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop. Emilia stwierdziła, że bardziej jej się podobał spacer w deszczu. Dobrze, bo miałam lekkie wyrzuty sumienia z racji ciągania dziecka po lesie kiedy rzucało żabami.

Ponieważ w końcu przejaśniło się, Emilia stwierdziła, że na koniec chce się wykąpać w jeziorze - był to nasz ostatni wieczór nad jeziorem Quinault.




Następnego dnia, szóstego, spakowałyśmy się, wyprysznicowałyśmy się i ruszyłyśmy nad jezioro Ozette. Sama jazda zajmuje prawie trzy godziny, ale że szosa dochodzi do oceanu na pewnym odcinku, to zatrzymałyśmy się na sławnej plaży Ruby Beach a potem jeszcze w miasteczku Forks na obiad. 

Nie można dokonać rezerwacji miejsc nad jeziorem Ozette. Biwak jest niewielki, 15 miejsc na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Nieopodal znajduje się też prywatny ośrodek Lost Resort, na terenie którego można rozbić namiot. Wprawdzie koszt jest dwa razy wyższy, ale za to nie odmawiają potrzebującym, więc mimo, że nie miałyśmy rezerwacji, nie przejmowałam się za bardzo bo nawet w tym miejscu na końcu świata były opcje noclegowe. Zajechałyśmy na miejsce około czwartej po południu i na biwaku Ozette Campground było kilka wolnych miejsc. Wybrałyśmy sobie miejsce numer 12.


Ozette Campground, #12


Przyznam, że jeszcze nie biwakowałam w tak zadbanym, wręcz wymuskanym miejscu. Wprawdzie do toalety trzeba było się pofatygować dość daleko, do punktu wyjścia szlaku przy budynku, w którym kiedyś urzędowała straż leśna, ale za to toaleta była czyściutka, z bieżącą wodą, mydłem, oświetlona - tak jak i biwak, jedna z najczystszych i najbardziej zadbanych toalet jakie widziałam podczas naszych wyjazdów pod namiot.


toalety (budynek po lewej)

Z miejscem udało nam się. W niedzielne popołudnie, kiedy przyjechałyśmy, było wprawdzie kilka wolnych miejsc, ale zapełniły się one dość szybko. W poniedziałek i wtorek, mimo, że kilka miejsc zwolniło się rano, do wieczora ponownie zapełniły się i każdego dnia kilka samochodów odjeżdżało z kwitkiem, nie znalazłszy wolnego miejsca.

Pierwsza noc nad jeziorem Ozette okazała się straszliwie zimna. Zdziwiło nas to, bo ogólnie noce były na tyle ciepłe, że Emilia spała na śpiworze a ja tylko przykryta śpiworem. Tego wieczora znad oceanu nadeszła mgła, temperatura spadła tak, że para leciała nam z ust. Miałyśmy sporo ubrań, które nawkładałyśmy na cebulkę a dodatkowo narzuciłyśmy na śpiwory koce. 

Na szczęście tylko jedna noc okazała się zimna. W powietrzu było jednak cały czas sporo wilgoci a rano tyle rosy na trawie, że buty natychmiast przemakały. Wyruszając na szlak zostawiałyśmy je na słońcu żeby wyschły. Raz zapomniałam i zostawiłam je pod tropikiem namiotu i wieczorem musiałam je suszyć przy ognisku.




Biwak Ozette to też pierwsze miejsce gdzie nie dało się nazbierać drewna na ognisko. Teren przy jeziorze porastały trawy i szuwary a do lasu po drugiej stronie szosy nie dało się udać na tyle dyskretnie, by nie zwrócić uwagi - na tablicy wywieszono informację o zakazie zbierania drewna, więc drewno kupiłyśmy w pobliskim Lost Resort. Tam też można było skorzystać z pryszniców za opłatą, ale woda pachniała bagnem, więc skorzystałyśmy tylko raz.

Siódmego dnia naszych wakacji wybrałyśmy się na szlak Ozette Triangle (Trójkąt Ozette) - nazwa bierze się z kształtu pętli trasy, trójkąta. Wróciłyśmy bardzo zmęczone. Wzięłyśmy prysznic w pobliskim Lost Resort ale nie miałyśmy już siły na ognisko. Ani zbytniej ochoty okadzać się dymem tuż po kąpieli. Wieczór spędziłyśmy czytając (Emilia przeczytała trzy książki z serii o Harrym Potterze podczas tego wyjazdu, w tym tę liczącą 900 stron). Na koniec poszłyśmy na spacer nad jezioro i podziwiałyśmy piękny zachód słońca.



Dnia ósmego, wcześniej niż w pozostałe dni, wsiadłyśmy w samochód i pojechałyśmy na sam czubeczek półwyspu Olympic. Najpierw zatrzymałyśmy się w Muzeum Indian Plemienia Makah w Neah Bay. Obejrzałyśmy sobie eksponaty, poczytałyśmy o historii tych terenów i zamieszkujących je ludów i kupiłyśmy wejściówkę upoważniającą nas do wstępu na teren Rezerwatu ponieważ właśnie tam się udawałyśmy - najpierw na polecaną w przewodnikach plażę Shi Shi a potem na najbardziej na północny zachód wysunięty punkt kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych, Cape Flattery.

Wieczorem, zmęczone i bardzo głodne zatrzymałyśmy się na kolację w punkcie gastronomicznym. Z nazwy restauracja, z wyglądu bardziej bar plus kelnerki. Mimo że byłam głodna jak wilk, jedzenie nie smakowało mi. Może kucharz miał już dość tego dnia i zwisało mu co na temat jego umiejętności myślą kolejni turyści?

Na ostatnim odcinku drogi do biwaku natknęłyśmy się na jelonka stojącego na środku drogi, w klasycznej pozie, zastygły w bezruchu, spoglądający na zbliżający się samochód. Dobrze że jechałam powoli bo inaczej nie wyhamowałabym. W końcu zwierzę wybudziło się, i w kilku pełnych gracji susach zniknęło w lesie.




Nieubłaganie nadszedł ostatni dzień naszych wakacji, dziewiąty

Nie spieszyłam się z porannym wstawaniem bo i tak trzeba było zaczekać aż namiot wyschnie a słońce opierało się o tropik około dziewiątej rano. Pakowanie poszło nam sprawnie bo przecież mamy już niemałą wprawę. 

Po kilku godzinach jazdy zatrzymałam się przy jednej z polecanych plaż, ale Emilia, którą postój wybudził z drzemki, nie miała ochoty na spacer. Nie nalegałam, z Ozette do domu miałyśmy osiem godzin jazdy. Zatrzymałyśmy się jednak na późny obiad w restauracji, którą Emila wyszukała w necie. Fajne miejsce, U Kuzyna na Wsi, wystrój stylizowany zgodnie z nazwą, a jedzenie smaczne. Kiedy ruszałyśmy z parkingu, zaświeciła mi się kontrolka, żeby sprawdzić przednie światło. Nie działało. I takie to zakończenie wyjazdu napisało nam życie.

Reszta drogi minęła nam już bez przygód a kiedy zajechałyśmy pod dom czekał już nas nas komitet powitalny czyli sąsiedzi, którzy opiekowali się Kicią podczas naszej nieobecności. Miło, jak ktoś czeka kiedy wracasz do domu z wyjazdu.

niedziela, 12 lipca 2026

Crescent Mountain

Z biwaku nad jeziorem Clear Lake można obejść jezioro, pójść do wodospadów na rzece McKenzie River, a nawet wybrać się do jeziora Blue Pool. Wszystkie te miejsca odwiedziliśmy w przeszłości nie raz, i mimo że piękne i warte kolejnych odwiedzin, czasem dobrze wybrać się w nowe miejsce. W tym wypadku padło na oddaloną o 15 minut jazdy samochodem trasę Crescent Mountain Trail.


Szlak Crescent Mountain Trail to trasa wzdłuż grzbietu Old Cascade Crest - pasma wygasłych wulkanów i przepływów lawy, które są starsze o 40 milionów miliony lat od ikonicznych szczytów High Cascades (Mount Hood czy Mount Jefferson). Szczyty Old Cascade Crest są niższe (najwyższe sięgają ok. 1770 metrów), a erozja nadała im łagodne, zalesione formy.

Wędrówka na szczyt Crescent Mountain to bardzo ładna, mniej znana, i niezbyt rozreklamowana trasa oferująca unikalne widoki na pasmo Cascade Mountains. Trasa ta uchodzi za trudną i w pełni zgadzam się z tą opinią - jest długa a kiedy zaczyna się podejście, nachylenie jest spore. Szlak jest bardzo dobrze utrzymany – nie ma na nim kamienistych odcinków, eksponowanych miejsc ani fragmentów o niekorzystnym nachyleniu terenu. 

Pierwsze 2 km wędrówki prowadzą niemal całkowicie płaskim terenem, a ścieżka meandruje przez piękny, gęsty las. Emilia narzuciła jednak takie tempo że ciężko mi było dotrzymać jej kroku. Udało się, ale nieźle się zasapałam.



Po przekroczeniu potoku Maude Creek kończy się łatwy odcinek trasy i szlak zaczyna piąć się w górę. Szlak wije się przez las, pokonując sześć długich zakrętów i wznosząc się łącznie o 420 metrów. Po drodze minęłyśmy wiele gatunków paproci, polnych kwiatów i ogromne mrowisko.



Po przebyciu łącznie 5.5 km szlak opuszcza las, a dalsza wędrówka prowadzi przez alpejskie łąki o południowej ekspozycji. 







W lipcu – choć nie w każdym roku – można tu zobaczyć kwitnącą kserofilną trawę Xerophyllum tenax, która kwitnie nieregularnie, w zależności od wilgotności i temperatury, więc bywa, że ​​kwiatów w ogóle nie ma. Poszczęściło się nam i trafiłyśmy na rok, kiedy Bear Grass zakwitła.




Otwarte łąki odsłaniają pierwsze widoki na szczyty Mount Washington i Three Sisters. (Na zdjęciach, poza szczytami górskimi i kwiatami widać też nachylenie zbocza.)



Mt Washington (po lewej) & Three Sisters (po prawej)


W końcu szlak rozwidla się. Ścieżka w lewo stanowi kontynuację szlaku Crescent Mountain Trail – można nią przejść kolejne 6 km aż do północnego punktu startowego. My skręciłyśmy w prawo, docierając po chwili na szczyt Crescent Mountain.


widok ze szczytu Crescent Mountain: Mt Jefferson po lewej & Three Sisters po prawej

Na szczycie można dostrzec pozostałości dawnej wieży obserwacyjnej, która niegdyś się tam znajdowała, a także zrozumieć, skąd wzięła się nazwa Crescent Mountain. Wyraźnie widać tu kształt półksiężyca oraz dwa wierzchołki – ten, na którym stałyśmy, jest wyższy. 




Ze szczytu roztacza się widok sięgający od gór Three Sisters aż po położoną na północy górę Mt. Hood! Tutaj link do filmiku z panoramą.


Mt Jefferson (w środku) & Mt Hood (po prawej)

Pokonanie trasy, z odpoczynkami, tymi na złapanie oddechu i tymi na podziwianie widoków, zajęło nam 5 godzin ale obie byłyśmy wykończone. Pokonałyśmy 721 metrów, wspinając się na wysokość 2,047 mnpm i 16 kilometrów jeśli chodzi o dystans.

Na szlaku spotkałyśmy tylko kilka osób, w większości na rowerach górskich - jestem dla nich pełna podziwu, bo ja ledwie weszłam na szczyt na nogach i nie wyobrażam sobie wjeżdżania na dwóch kołkach.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Świąteczny weekend nad jeziorem Clear Lake

Dzień Niepodległości wypadł w tym roku w sobotę więc wolne z tej okazji mieliśmy w piątek - tutaj tak jest, że jeśli święto federalne wypada w sobotę lub niedzielę, to wolny dzień jest dzień wcześniej lub później. W czwartek wzięłam urlop i pojechałyśmy z Emilią na cztery dni pod namiot na pole biwakowe nad jeziorem Clear Lake. 



Nad jeziorem tym bywaliśmy po wielokroć, obeszliśmy je kilka razy, ale jeszcze tam nie biwakowaliśmy. Zdobyć miejsce w tym pięknym więc szalenie popularnym miejscu graniczy z cudem. Kiedy dokonywałam rezerwacji pół roku temu, w wybranym przez mnie terminie były trzy dostępne miejsca. Kiedy tylko cyferki na zegarze zmieniły się z 6:59 na 7:00 rano "wrzuciłam" do koszyka miejsce numer 23 i stał się cud - nikt inny nie uprzedził mnie o nanosekundę, wygrałam, zdobyłam rezerwację na świąteczny lipcowy długi weekend.




Pojechałyśmy same, mama z córką, zabrałyśmy ze sobą kajaki a że pogoda dopisała, sporo czasu spędziłyśmy na wodzie. 



Emilia wskoczyła do lodowatej wody kilkanaście razy, także w miejscu bijących źródeł, gdzie woda jest najzimniejsza. Ja tylko zanurzyłam stopy i zdecydowanie mi wystarczyło.

Cieszyłyśmy oczy widokami, obserwowałyśmy ptaki a od czasu do czasu wyskakujące ponad taflę wody ryby.






Najwięcej radości sprawiły nam roje motyli, które upodobały sobie kolorowy ręcznik Emilii, uszczęśliwiając właścicielkę.



Jezioro także obeszłyśmy na nogach. Emilia ciekawa była czy pobijemy czas sprzed trzech lat. Nie było z tym najmniejszego problemu, nawet nie spiesząc się zbytnio.





A wieczorem zajadałyśmy się kiełbasą pieczoną nad ogniem, siedziałyśmy przy ognisku aż gwiazdy zajaśniały na niebie.




Pomiędzy tym wszystkim udało nam się poleżeć w hamaku, ja rano, czytając i popijając kawę, Emilia w ciągu dnia. Ja zasypiałam wcześnie, Emilia długo czytała w namiocie przy latarce. 

W piątek zdobyłyśmy Crescent Mountain, ale o tej wyprawie będzie innym razem.

I tak minęły nam cztery dni, w pięknym miejscu, przy fantastycznej pogodzie, żal było wyjeżdżać, ciężko było wrócić do codzienności.


jedyne źródło wody pitnej na biwaku

powrót


niedziela, 28 czerwca 2026

Marys Peak

Na początku czerwca wybrałyśmy się na wycieczkę na szczyt Marys Peak - najwyższy punkt w paśmie Przybrzeżnym o wysokości 1250 m. (Góry Nadbrzeżne to pasmo górskie w zachodniej części stanu Oregon, biegnące równolegle do wybrzeża Oceanu Spokojnego). 



Wybierałam się tam już od dawna a wyglądało to jak w tym wierszu o sójce co się za morze wybierała, zawsze coś stawało na przeszkodzie, przeważnie równie poważnego, jak powody dla których wierszykowa sójka odkładała swoją podróż.

I w ten weekend znalazł się dobry powód, żeby nie jechać. Nocowały u nas dwie koleżanki Emilii, Karina i Stella, więc wiele tego spania nie było. Kiedy obudziłam się o 2:35, w drodze do łazienki zobaczyłam światło w szparze pod drzwiami pokoju Emilii. Myślałam, że dziewczyny zasnęły z zaświeconą lampką, ale kiedy wracając do sypialni chciałam tę lampkę wyłączyć, światło zgasło - czyli panienki nie spały. 
Wstały około 10 rano, widać było, że mocno niewyspane, ale kiedy zapytałam czy chcą ze mną jechać, stwierdziły że tak. Oj powoli im szło to poranne zbieranie się i wyjechałyśmy dopiero około pierwszej po południu a na miejsce jedzie się nieco ponad godzinę.



W pogodne dni ze szczytu Marys Peak można zobaczyć Ocean Spokojny na zachodzie i Góry Kaskadowe (w tym Mt. Rainier i Mt. Hood) na wschodzie przez Dolinę Willamette ale tamta niedziela nie była pogodna. Niska temperatura dobra jednak była dla wędrowania pod górę, aplikacja w telefonie zarejestrowała 466 metrów zdobytej wysokości.


Na szczycie dziewczyny zaległy na łące a po chwili Emilia zasnęła. Pozwoliłam jej trochę pospać ale po pewnym czasie zrobiło mi się zimno - szczyty górskie mają to do siebie, że hula na nich wiatr, a słonko schowane było za grubą warstwą chmur i nie miało jak nas ogrzać. Z niemałym trudem udało mi się dobudzić dziecko i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Zmieniłyśmy nieco trasę i natknęłyśmy się na parking, położony dużo wyżej niż ten, z którego wyruszyłyśmy, raptem 20 minut od szczytu. Pełnym wyrzutu głosem dziecko zapytało, dlaczego nie przyjechałyśmy na ten parking.



Pokonałyśmy nieco ponad 10 kilometrów w trzy godziny. Tym razem obyło się bez zakwasów - najwyraźniej wspinanie się na nawet niezbyt wysoką górkę dwa razy w tygodniu sprawdza się. 

Poniżej kilka zdjęć zrobionych na szlaku.