piątek, 16 października 2026

ONP: Ruby Beach

Hoh River, Rzeka Hoh,  to ta rzeka, w dorzeczu której rośnie największy las deszczowy strefy umiarkowanej w USA. Rzeka płynie sobie, po nieco ponad stu kilometrach wpada do Oceanu Spokojnego, a nieopodal, trochę na południe, znajduje się kilka słynnych plaż opisywanych i polecanych we wszystkich przewodnikach. My zatrzymałyśmy się przy Ruby Beach.

Ruby Beach


Pogoda nam nie dopisała, dzień był wprawdzie ciepły, ale bardzo pochmurny, więc zdjęcia są ponure i w najmniejszym stopniu nie oddają sprawiedliwości temu miejscu. 




Na plaży natura zebrała niesamowitą kolekcję unikalnych formacji skalnych a jakby tego było mało, mamy jeszcze moc wybielonego słońcem drewna wyrzuconego na brzeg. 

Podczas odpływu można tu obserwować rozgwiazdy, kraby i inne organizmy morskie wśród basenów pływowych, można też dojść na wyspę Abbey, ale dobrze jest sprawdzić przed wyruszeniem jak się układają przypływy i odpływy.




Ponieważ zatrzymałyśmy się na Ruby Beach tylko na trochę, w drodze z jeziora Quinault nad jezioro Ozette, nie planowałam całodniowego pobytu w tym miejscu. Niemniej jednak, nawet przy kiepskiej pogodzie podobało nam się tam tak bardzo, że zabawiłyśmy dłużej niż myślałam. 

Z dość sporego, a jednak straszliwie zatłoczonego parkingu (na którym cudem udało nam się zaparkować, tylko dlatego, że akurat ktoś opuszczał miejsce parkingowe) dochodzi się do plaży już po kilku minutach, w miejsce gdzie potok Cedar Creek wpada do dużego basenu, idealnego do zabawy dla dzieci i rodzin - Emilia prze chwilę rozważała powrót do samochodu po strój kąpielowy i ręcznik, ale bardziej zainteresowały ją skały. 




Z plaży można udać się na północ na kilkukilometrową wycieczkę do Rzeki Hoh, a idąc na południe, podczas odpływu, po pokonaniu mniej więcej takiej samej odległości dochodzi się do potoku Steamboat Creek, z widokiem na Destruction Island i jej latarnię morską. Przyznam, że niebo było tak zaciągnięte chmurami, że myślałam, że oberwanie chmury to tylko kwestia czasu, ale natura tylko pogroziła paluchem. Nie było widać żadnej wyspy.




Szkoda, że nie dane nam było zobaczyć Ruby Beach w słonecznej, z pewnością piękniejszej odsłonie, ale i tak w życiu bywa, nie zawsze dostaje się to co by się chciało.

sobota, 10 października 2026

ONP: Pony Bridge

Szlak doliną Enchanted Valley (Zaczarowana Dolina) określany jest jako jedna z najlepszych tras w Olimpijskim Parku Narodowym – prawie cały szlak biegnie wzdłuż rzeki Quinault i prowadzi przez absolutnie oszałamiający las deszczowy Quinault, z wysokimi drzewami ociekającymi mchem nad głową, ogromnymi pierwotnymi paprociami i kolorowymi polnymi kwiatami – tak daleko, jak okiem sięgnąć.



Wzdłuż szlaku znajduje się również mnóstwo obiektów wodnych, od mostów z bali nad bełkoczącymi strumieniami po przeprawy przez strumienie i niekończące się małe wodospady. Na trasie tej nie ma żadnego wspinania się po skałach ani niczego innego w najmniejszym stopniu technicznego, a najtrudniejszą “przeszkodę” na szlaku stanowią krótkie odcinki intensywnego błota oraz kupki odchodów końskich. 

most zaraz na początku trasy – jeszcze nie Pony Bridge


Przewyższenie jest niewielkie, szlak jest w większości płaski z małymi, pagórkowatymi wzgórzami. Przede wszystkim jest po prostu długi – 24 kilometry w jedną stronę. Aby dotrzeć do końca, do Doliny 10,000 Wodospadów, trzeba sobie zaplanować nocowanie po drodze, a że doliną nie biegnie żadna droga, nawet szutrowa czy leśna, cały sprzęt trzeba zabrać ze sobą w plecaku. Najczęściej jest więc to wyprawa z przynajmniej dwoma noclegami, na którą poza prowiantem trzeba zabrać ze sobą namiot, karimatę i śpiwór. (Trzeba też mieć specjalne pozwolenie.)




My zdecydowałyśmy się tylko na kilkukilometrowy spacer do oddalonego o zaledwie około 4,5 km od parkingu mostu Pony Bridge. 
Pony Bridge przerzucony jest nad głębokim wąwozem którym płynie rzeka Quinault. Widoki zapierają dech w piersiach, turkusowa woda poniżej, zielone paprocie zdobiące skaliste ściany wąwozu. Zdjęcia zrobić trudno bo wąsko i tylko ta przepaść pod stopami ale co nieco widać. Bardzo miły dla oczu spacer.


widok na rzekę Quinault z mostu Pony Bridge





sobota, 3 października 2026

ONP: Maple Glade Trail & Kestner Homestead

Szlak Maple Glade Trail to krótka i łatwa ścieżka wijąca się przez bujny starodrzew umiarkowanego lasu deszczowego, który wyróżnia się tym, że na najmniejszym obszarze świata występują największe, rekordowo duże, gigantyczne wiecznie zielone gatunki drzew (masywne zachodnie cykuty, świerki sitkajskie,  czerwone cedry zachodnie i daglezje). 



Ścieżka jest dobrze utrzymana i dostępna dla większości odwiedzających, w tym rodzin z małymi dziećmi. Można sobie pożyczyć broszurę z opisami poszczególnych ciekawych miejsc na trasie - taki drukowany przewodnik.





Szlak Maple Glade łączy się ze ścieżką prowadzącą do skansenu - dawnego gospodarstwa rodziny Kestnerów - najstarszego zachowanego gospodarstwa wczesnych osadników na tych terenach. 




Pierwotny dom z 1897 roku nie zachował się, został zniszczony przez powódź. Do czasów obecnych zachowała się część domu z lat 1900-1905 wybudowana przez Antona Kestnera, reszta budynku głównego to już lata 1973-1974. 
Na terenie skansenu znajduje się też kilka budynków gospodarczych wybudowanych pomiędzy latami 1920-1980. 
Gospodarstwo w pewnym momencie zmieniło właścicieli aż w końcu w roku 1986 zostało zakupione przez Park i udostępnione do zwiedzania.






Emilia nigdy nie widziała żadnych urządzeń rolniczych, może poza traktorem, tyle co w filmach.




Zdecydowanie najbardziej podobała jej się zdezelowana, przeżarta rdzą furgonetka z ubiegłego stulecia.




O świcie i zmierzchu na terenie gospodarstwa pasą się jelenie. My byłyśmy tam wczesnym popołudniem, za dużo zwiedzających i pora nieodpowiednia. 
Jelenie zobaczyłyśmy jednak w pobliżu następnego dnia, wracając z kolejnej wycieczki. Zauważyłyśmy samochód, który zatrzymał się w miejscu, gdzie nie było nic ciekawego. Ludzie wyszli i z ogromnym poruszeniem gapili się na coś w oddali, na łące poza pasem drzew rosnących przy drodze. W końcu i nam udało się dostrzec całkiem spore stadko jeleni, za daleko jednak by zrobić dobre zdjęcie.





niedziela, 27 września 2026

🧶 Powrót do szkoły

Powrót do szkoły, córki, nie mój, oznacza czekanie. Czekanie podczas lekcji gitary, czekanie na koniec treningu, czekanie podczas zawodów. Czekanie, czekanie, czekanie - minuty, kwadranse, godziny czasu do zagospodarowania. Jeśli wiem, że tego czasu będzie sporo w nieprzerwanym kawałku, słucham książki, idę na spacer, najczęściej łącząc jedno z drugim. Kiedy jednak nie ma takiej możliwości, pora późna a do tego jestem już zmęczona, czas czekania wypełniam czymś prostym, nie wymagającym uwagi i myślenia. 

Lekcje gitary mamy późno, 7:45 wieczorem bo już nie dało się wcisnąć o innej porze a weekend chciałam mieć wolny. W zeszłym roku szkolnym, w czasie tych lekcji sprułam większość udziergów odłożonych w tym celu. Potem znalazłam sobie prościutki projekt - szydełkowe podkładki na stół kuchenny. Powolutku, co tydzień kilka rządków, długi przestój na czas wakacji, powrót wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego.



Zrobiłam je z bawełny odzyskanej z wykonanych kilka lat temu akcesoriów kuchennych, nie używanych, zajmujących miejsce w szufladzie. W nowej formie mają o wiele większe szanse na ujrzenie światła dziennego.



Każda podkładka jest inna, ale to nie ma znaczenia, po prostu potrzebowałam podkładek na zmianę, kiedy te zrobione kilka lat temu i nadal używane wędrują do prania.

Podkładki zgłaszam do wrześniowej odsłony zabawy u Anetty Nici, nitki i niteczki.



We wrześniu mamy dwa motywy przewodnie. Pierwszy to powrót do natury, drugi to powrót do szkoły. W moim przypadku, temat potraktowany nieco przewrotnie ale chyba się kwalifikuje,

niedziela, 20 września 2026

Dzieciowato

Nowy rok szkolny ruszył z kopyta i to jeszcze zanim zaczął się oficjalnie. Emilia, od tego roku już licealistka, zapisała się na biegi przełajowe a treningi zaczęły się już w połowie sierpnia. Bieganie bardzo jej odpowiada, trener jest sympatyczny i podoba mi się jak podchodzi do trenowania drużyny licealnej - bieganie jest dla przyjemności i zdrowia a nie bicia rekordów i kolekcjonowania medali. Natomiast edukuje młodzież w kwestii odpowiedniego odżywiania się, bo raczej nie da się przebiec codziennie 5 km niedojadając.

Emilia dość szybko odnalazła się w grupie biegaczy, nawiązała kilka bliższy znajomości, w tym z koleżanką o dwie klasy wyżej, więc wkroczyła w nowy rok szkolny z tą odrobiną pewności, którą daje przynależność do grupy. 

Pierwsze zawody miały miejsce jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale że my mieliśmy już zaplanowany wyjazd nad ocean (ten, o którym pisałam ostatnio) to Emilia nie pojechała. 

Tydzień temu zawody były w miejscowości oddalonej o ponad dwie godziny jazdy samochodem. Na szczęście jechali autobusem szkolnym, więc tylko odstawiłam dziecko na 6 rano na zbiórkę pod szkołą. Biegi przełajowe mają zawody w soboty więc musiałyśmy wstać o 5 rano w dzień, kiedy zazwyczaj odsypiamy cały tydzień. Nie byłam zachwycona, ale czego się nie robi dla dziecka! Jak już wstałam tak wcześnie, to wykorzystałam poranek na krótki spacer na pobliską góreczkę i udało mi się zrobić kilka ładnych zdjęć.


w drodze na szczyt

na szczycie Spencer Butte bardzo wcześnie rano

Spencer Butte - szczyt


Wczorajsze zawody były na terenie lokalnej uczelni policealnej, wprawdzie po drugiej stronie miasta, ale za to wystarczyło jak dziecię dotarło na miejsce na godzinę przed swoim biegiem. Mimo, że Emilia chciała być nieco wcześniej aby dopingować koleżeństwo to udało nam się trochę pospać rano, budzik okazał się niepotrzebny.

Odstawiłam dziecko na miejsce i pojechałam na pobliską górkę, nieco wyższą niż tydzień temu, akurat w pobliżu. Wybrałam sobie nieco dłuższą trasę bo czasu miałam sporo. Wróciłam na teren zawodów na kilka minut przed rozpoczęciem biegu Emilii (5 km) więc udało mi się obejrzeć dziecko w akcji. Trasa była poprowadzona tak, że z oddali zobaczyłam start, potem dziecko przebiegło koło mnie, a na koniec przeszłam kilkadziesiąt metrów żeby obejrzeć finisz.



Rano dziecko było nastawione, że zostanie na zawodach do końca, ale okazało się, że niezbyt dobrze się czuła i zarządziła powrót do domu. Dzisiaj rano wstała z bólem gardła więc pewnie jakaś infekcja już wczoraj miała wpływ na jej samopoczucie.




Trening są codziennie od poniedziałku do piątku, zawody w sobotę. Do tego raz w tygodniu lekcja gitary, więc grafik dziecko ma napięty. Ja też, bo nadal pełnię funkcję szofera.

Wielu nauczycieli, którzy uczyli Krzyśka, teraz mają zajęcia z Emilią. Ja poznałam nazwiska natychmiast, sami nauczyciele nie omieszkali zapytać Emilię czy Chris to jej brat.

Emilia zapisała się na kilka kółek zainteresowań - spotykają się podczas przerwy obiadowej. Poza tym zaczęła organizować sobie wolontariat - ileś tam godzin wymagane jest aby ukończyć liceum. Najpierw znalazła sobie pisanie kartek dla chorych dzieci w szpitalach (z budującymi wiadomościami dla pacjentów pediatrycznych, zwłaszcza tych z chorobami przewlekłymi, zagrażającymi życiu lub terminalnymi). Poza tym chce znaleźć lokalną organizację w ramach której będzie mogła pomóc sprzątać lokalne lasy, parki, plaże itp. Ta ostatni inicjatywa wiąże się ze zmianą kierunku studiów wybranych przez córkę. Kilka lat temu tak jej się spodobał kampus lokalnego uniwersytetu, że oświadczyła, że to na nim będzie studiować. Potem zmieniła zdanie i stwierdziła, że jednak wybierze się na uczelnię w San Diego aby zostać biologiem morskim. W tym tygodniu nastąpiła kolejna zmiana: studia środowiskowe w Yale. 

Tymczasem Krzysio na studenckim półmetku.

Drugi rok skończył na początku maja ale zaraz następnego dnia poleciał do Europy, na Islandię, na zakończenie całorocznego seminarium Life Worth Living.  Zajęcia Life Worth Living zostały opracowane przez Centrum Wiary i Kultury uniwersytetu Yale (Center for Faith & Culture) ale dość szybko inicjatywa rozszerzyła się poza Yale. Celem programu jest pomoc studentom w zrozumieniu, co to znaczy prowadzić dobre, znaczące życie. Program angażuje studentów o różnorodnych tradycjach filozoficznych i religijnych (judaizm, chrześcijaństwo, islam, hinduizm, buddyzm, konfucjanizm, mądrości rdzennej ludności) aby zgłębiać podstawowe kwestie dotyczące szczęścia, celu, sprawiedliwości i cierpienia. Na uczelni syna co roku na zajęcia w ramach tego seminarium przyjmowane jest 15 osób drugiego roku a po zakończeniu roku akademickiego cała grupa wraz z wykładowcą leci na tygodniową wycieczkę zagraniczną. Co roku gdzie indziej, w tym roku do Islandii. Wycieczka jest całkowicie ufundowana przez uniwersytet.

Kilka zdjęć z tego wyjazdu:







Po powrocie z Islandii dziecię nie przyleciało na kanikuły do domu bo tydzień później zaczynało 10-cio tygodniowy staż na uczelni w katedrze Neuronauki. Musiał opuścić pokój w akademiku w którym mieszkał na drugim roku i przenieść się do innego budynku. Tydzień nic-nie-robienia i praca. Najpierw bardzo dużo czytania i nauki, petem badania, pisanie programu komputerowego, opracowywanie wyników badań zespołu. Syn bardzo zadowolony z tego doświadczenia.

Do domu przyleciał dopiero 1 sierpnia i tylko na niecały miesiąc - nowy rok akademicki zaczął się 27 sierpnia. Czas ten strzelił jak z bicza trzasnął, ani się obejrzałam, już dziecka nie było w domu.

W sierpniu w Oregonie jest bardzo wysokie zagrożenie pożarami, przeważnie jest kilka aktywnych pożarów lasów, więc ogólnie nie jest to najlepszy czas na wyjazdy pod namiot, gdzieś jednak chciałam wybrać się na rodzinny wyjazd. Pojechaliśmy na kilka dni do miejscowości turystycznej Government Camp u podnóża najwyższego szczytu w Oregonie, Mount Hood. Trochę pochodziliśmy po okolicznych szlakach ale też wybraliśmy się do Parku Rozrywki. (W planach relacja z tego wyjazdu.)

Syn już na trzecim roku, zajęcia w toku, już przygotowuje się do pierwszych testów i egzaminów. Pokój ma jednoosobowy, z czego jest bardzo zadowolony. Pracuje jako ratownik na basenie oraz jako korepetytor w ramach laboratorium komputerowego. Na kampusie cały czas coś się dzieje - w tym tygodniu przyjechał z wizytą (odczyt? wykład?) były prezydent Obama. 

Do domu dziecko przyleci na święta Bożego Narodzenia.

sobota, 12 września 2026

Waxmyrtle 2026

Kolejny raz zakończyliśmy wakacje wyjazdem nad ocean, w to samo miejsce co rok temu, i rok wcześniej, i jeszcze wcześniej - Waxmyrtle Campground. 




To już taka nasza tradycja, że długi weekend z okazji Labor Day jedziemy właśnie tam, zazwyczaj z polskimi znajomymi. Wracamy w to miejsce bo dobrze się tam czujemy, miejsce jest ładne i jest co robić. Spacer na plażę, kajakowanie w dół rzeki do oceanu lub w górę do jeziora, a wieczorem ognisko.







Pogoda nie zawsze dopisuje. W tym roku padało chyba więcej niż zazwyczaj, ale pomiędzy opadami trafiły nam się piękne ciepłe i słoneczne godziny w ciągu dnia, akurat w czasie kiedy byliśmy na plaży. Dzieciaki kąpały się w oceanie, także podczas zachodu słońca, no i jeszcze trochę po. Na pole biwakowe wróciliśmy już po ciemku. A zachód słońca był przepiękny.




W okolicy moc krzaków jagód Huckelberry a także grzybów. Zapiekanki z grzybami Chanterelle i serem okazały się przebojem wyjazdu.




Następnego dnia po powrocie zaczęła się szkoła. Za nami pierwszy tydzień i po wakacjach zostało już tylko wspomnienie. I zdjęcia.

czwartek, 3 września 2026

ONP: Irely Lake

Kolejna wycieczka zaczęła się od ponad godzinnej jazdy samochodem, najpierw wokół jeziora Quinault, potem wzdłuż północnej odnogi rzeki Quinault (North Fork Quinault). W pewnym momencie asfalt się skończył i dalej jechałyśmy wyboistą drogą szutrową. Na szczęście było dopiero co po deszczu więc się nie kurzyło. Ruch na drodze minimalny więc mogłam zjeżdżać na lewą stronę żeby ominąć co większe dziury. 

Zatrzymałyśmy się na niewielkim parkingu, z którego wychodzi kilka szlaków a w zasadzie jeden podzielony na odcinki według długości trasy. My tego dnia miałyśmy w planach najkrótszy, do jeziorka Irely Lake.


dystans podany w milach (1 mila = 1.6 km)


Na tablicy wypisano że dystans wynosi 1.1 mili w jedną stronę (1.77 km) ale aplikacja w telefonie zarejestrowała 4.6 km w obie strony.



Trasa była niezbyt wymagająca, w zasadzie cały czas po płaskim (30 metrów przewyższenia) ale za to szalenie malownicza i soczyście zielona.



Leśna wąska ścieżka prowadziła przez zielony las, czasami po drewnianych pomostach, przez kilka strumyków, częściowo wzdłuż Irely Creek, a na liściach przy ścieżce woda po wczorajszym deszczu która nie zdążyła jeszcze wyparować - tego dnia już nie padało, ale nadal było pochmurno, choć ciepło.



Nie spotkałyśmy nikogo, cały las a potem niewielkie jeziorko miałyśmy wyłącznie dla siebie. 


Irely Lake

W okolicach jeziorka, tysiące małych żabek a może ropuszek. Ciężko je było dostrzec w poszyciu a bardzo nie chciałyśmy rozdeptać żadnego maleństwa.

Przy ścieżce wypatrzyłam tzw. Ghost Pipe lub Indian Pipe (Monotropa uniflora) - rzadką roślinę pasożytniczą pozbawiona chlorofilu, tradycyjnie stosowaną do wytwarzania nalewek łagodzących ból, zmniejszających lęk i wspierających nerwy. (Może to być spowodowane tym, że roślina zawiera kwas salicylowy i grajanotoksyny.)



Roślina ta pojawia się w niektórych opowieściach Indian Cherokee o stworzeniu świata. Legenda głosi, że roślina została nazwana indiańską fajką (Indian Pipe) na pamiątkę grupy wodzów którzy kłócili się i nie mogli dojść do porozumienia. Przekazywali sobie świętą fajkę podczas sporu a powinni byli zapalić ją po zawarciu ze sobą pokoju. W końcu Wielki Duch zamienił wodzów w roślinę, Indian/Ghost Pipe. Podobno roślina ta rośnie wszędzie tam, gdzie kłócili się przyjaciele.

sobota, 29 sierpnia 2026

🧶 Żniwa: owsiany Field Sweater

Tu gdzie mieszkam, lato przychodzi wcześniej, pierwsze czereśnie często dojrzewają już pod koniec maja, a kiedy zaczyna się sierpień, w ogródku już jest po malinach, porzeczkach, truskawkach i borówkach ale jeszcze przed winogronami i węgierkami. Owocowa posucha! Z kwiatami też kiepsko, upały skutecznie wymiotły wszelkie kwiecie. Sierpień, trzeci miesiąc bez deszczu, sucho. Moja klimatyczna rzeczywistość nijak ma się do sierpniowego zadania w zabawie u Anetty Nici, Nitki i Niteczki:

Sierpień to pełnia lata, bogactwo kolorów i smaków. To czas hortensji, róż i innych kwiatów... To czas owoców i warzyw... To czas lodów, chłodzących lemoniad i innych letnich przysmaków...



W moim sierpniowym ogródku jedynie pomidory i papryka, ale nie natchnęły mnie do żadnego niteczkowego projektu, prozaicznie się nimi po prostu zajadam.

Miałam włóczkę w takim pustynnym piaskowym kolorze. Dostałam ją dawno temu od Splocika (wygrana w konkursie), ale sweterek Lorelei zrobiony wówczas z tej włóczki zrobił się trochę przyciasny, więc sprułam go i zrobiłam letnią bluzeczkę w piaskowym kolorze, z kłosami zboża - jakiego? Nie wiem, nie znam się, raczej nie pszenica, może owies? Natomiast z pewnością gotowe do żęcia! Zatem żniwa, robótkowe!



Włóczkę wykorzystałam do końca, została mi próbka. Gdybym miała jej nieco więcej to bluzka byłaby nieco dłuższa, ale taka długość w sumie bardzo dobrze pasuje do letnich spódnic. Doszłam do wniosku, że ten kolor pasuje mi do tylu spódnic i spodni, że chyba muszę wybrać się na włóczkowe zakupy.

To moja druga wersja Field Sweater, wcześniej zrobiłam sweter z wełny z długim rękawem, teraz skorzystałam z wersji z krótkim rękawem (opis zawiera wersję z długim i krótkim rękawem). Wprowadziłam też kilka modyfikacji jak choćby kształtowanie talii, lewe oczko z boku udające szew, rząd oczek lewych tuż przed dolną plisą. Przyznam, że ta wersja podoba mi się o wiele bardziej i gdyby nie lenistwo, przerobiłabym wcześniejszy fioletowy z uwzględnieniem zmian zastosowanych w tej wersji. 

Bluzkę zgłaszam do zabawy u Anetty, ale też i u zabawy Małe Dekoracje 2026 u Splocika z racji ozdobnego karczku. No i przecież nie mogę sobie odmówić zgłoszenia pracy wykonanej z włóczki otrzymanej od organizatorki zabawy!



W maju Splocik zaproponowała:

1. Cytat: "Wszystko, co powoduje przyspieszenie krwi, jest prawdopodobnie warte zrobienia". -Hunter S. Thompson

2. Kolor - malinowy i chabrowy

3. Dowolna praca - dekoracja mała, duża lub element dekoracyjny ze wskazaniem jego przeznaczenia.

Tym razem podpisuję się pod numerem trzecim, dowolna praca: ozdobny karczek z włóczki z lekko połyskującą osnową. Chociaż jak tak się chwilę zastanowiłam, to Nr 1 też pasuje.