poniedziałek, 16 października 2017

Modrowronka kalifornijska i sowa

Emilia, bawiąc się w ogródku, wypatrzyła sowę. Sowa siedziała sobie kilka posesji dalej, i nie wiem jakim cudem udało się mojemu dziecku dostrzec ją pomiędzy gałęziami drzew. Sowa doskonale zdawała sobie sprawę z naszej obecności, oraz z faktu, że stanowi przedmiot naszego zainteresowania.


Była uprzejma zaczekać aż przybiegłam z aparatem i zrobiłam zdjęcia, dopiero kiedy miałam ich już kilka, odleciała.


Pooglądałam w internecie zdjęcia sów występujących w północno-zachodniej Ameryce i wydaje mi się, że mógł to być puszczyk plamisty, ale nie jestem pewna.

Jesienią sporo różnych ptaszków odwiedza nasze trawniki w poszukiwaniu pożywienia. Dzieciom podobają się niesamowicie modrowronki kalifornijskie.


Modrowronki żywią się między innymi żołędziami a w naszym ogrodzie rośnie wszak dość potężny dąb, który obfitością żołędzi przyciąga, jak widać, nie tylko wiewiórki.

piątek, 13 października 2017

Liście

Lecą liście z drzew, dzieci je grabią, zbierają w jedną stertę, otaczają deskami - twierdzą, że to ich jesienny basen.


Mają zajęcie a przy okazji robią coś pożytecznego - to połączenie nie występujące w naturze zbyt często. Ale żeby nie było zbyt pięknie, to jak już zgrabili wszystkie liście to do tego basenu wrzucili Kicię - i dziwili się, że jej się zabawa nie spodobała.

Październik to także czas, kiedy wyciągamy pudło z dekoracjami na Halloween i powoli dekorujemy dom. Krzyśkowi już nie zależy, ale teraz Emilia wkroczyła w wiek, kiedy sezonowe dekoracje jawią się jako jedna z rzeczy najważniejszych w życiu. Na razie przyozdobiliśmy dom na zewnątrz.


Na zdjęcie nie załapała się ogromna dynia przywieziona z farmy już po zrobieniu zdjęcia.


Wewnątrz na razie zawisł jedynie wieniec z nietoperzami, i gdzieniegdzie pojawiły się tematyczne naklejki, za to dzisiaj kupiliśmy słodycze dla tych, którzy zdecydują się zastukać do naszych drzwi 31 października

*               *               *

W ogródku kwitnie jeszcze trochę kwiatów, ale już niewiele. Natomiast nadal jemy pomidory, które w tym roku obrodziły wyjątkowo obficie. Pierwsze pomidorki dojrzały pod koniec lipca, ostatnie jeszcze zrywamy. Nie pamiętam tak długiego sezonu na pomidory, a na dodatek przez cały czas zbiory były mniej więcej równomierne - nie wystąpił wysyp pomidorów w krótkim czasie, tylko przez te wszystkie tygodnie niemal przez cały czas dojrzewało ich tyle samo. Zdecydowanie był to u nas rok pomidorowy. W kwestii innych warzyw i owoców szału nie było. Tylko porzeczki nie zawiodły, więc udało mi się zrobić sporo drzemów i zamrozić trochę czarnej porzeczki. Innych owoców było ledwo na pojedzenie.

wtorek, 10 października 2017

Na farmie

 

Jak październik, to wybieramy się na farmę. Mamy tę swoją ulubioną, i choć w przeszłości, za namową innych, odwiedzaliśmy i inne, to w tym roku skończyliśmy z eksperymentami i wybraliśmy się w miejsce, które lubimy najbardziej.


Z ogromną radością dzieci zaliczyły wszystkie dobrze sobie znane atrakcje jak labirynt z kostek słomy, labirynt na polu kukurydzy, zagroda z kozami, kojce z królikami, prosiaczkami i drobiem.


Wśród kóz w tym roku znalazła się także owieczka - Emilia zachwycała się miękkością jej runa, a owca z cierpliwością znosiła pieszczoty wszystkich dzieci.


Emilia nie byłaby sobą, gdyby jednego z koziołków nie chwyciła za rogi.
Na szczęście dla Emilii zwierzę nie było w nastroju bojowym.

Jedna z kóz najwyraźniej nie przepada za małoletnimi homo sapiens - uciekała przed Emilią oraz innymi małymi dziećmi, pozwalała jednak głaskać się dorosłym. Pozwoliła się też pogłaskać Krzyśkowi ale dopiero po długich podchodach, powolnym i spokojnym przybliżaniu się z unikaniem gwałtownych ruchów. Kiedy Emilii zobaczyła, że brat głaska tę kozę, zaraz przybiegła - koza uciekła.


Kiedy dzieci zniknęły w labiryncie na polu kukurydzy, ja porobiłam trochę zdjęć. Przepięknie kwitną jeszcze cynie, kosmosy, oraz zatrwian wrębny.


W tym roku na farmie zastaliśmy nową atrakcję - lokomotywę, na którą dzieci mogły się wspiąć. Wszystkie po kolei ciągnęły za sznurek dzwonka, a że dzieci było sporo, to dzwon dzwonił i dzwonił...


Na farmie można za opłatą pojechać wozem na pole by wybrać sobie dynie. Dynie są też zebrane wzdłuż płotu przy sklepie i to tam moje dzieci wybrały sobie jedną - ogromną! Przy okazji kupiliśmy jabłka, gruszki, arbuzy i melony, jedne z ostatnich pomidorów gruntowych - wszystkie sprzedawane warzywa i owoce uprawiane są na tejże farmie.


Do tego kupiliśmy jeszcze świeżo wyciśnięty sok z jabłek - pyszność nad pysznościami!  


Dzieci jeszcze trochę pobiegały wśród makiet udających płyty nagrobne - Emilia udawała umarlaka bardzo sugestywnie.

sobota, 7 października 2017

Październikowe pływanie

W październiku, po dwumiesięcznej przerwie, Emilia ponownie zaczęła uczęszczać na lekcje pływania. Tym razem udało mi się upolować miejsce na najbliższym, oddalonym o kilometr, basenie, więc nie musimy jechać przez pół miasta w godzinach szczytu tracąc na dojazd 45 minut. Jesteśmy na basenie w ciągu pięciu minut. Emilia jest zachwycona także z tego powodu, że chodzi na ten sam basen co Krzysiek chodził latem - ma to dla niej ogromne znaczenie.


Zajęcia prowadzi pan (na zdjęciu w dolnym prawym rogu), dzieci przepływają już kilka metrów bez podtrzymywania przez instruktora, a skoki pod koniec lekcji odbywają się w najgłębszej części basenu i ze słupka - wcześniej dzieci skakały w najpłytszej części basenu i tylko z brzegu.

Jakby tych powodów do Emilkowego szczęścia było mało, w październiku Krzyś nie chodzi na karate ani dżudo więc po basenie nie musimy gnać na złamanie karku by go odebrać z dodżo. Mamy czas na dłuuugi prysznic po lekcji.

Za pierwszym razem Emilia namydliła się trzy razy, włącznie z włosami, za drugim, już tylko dwa, ale i tak dobrze, że miałam druty i siedziałam nieopodal i dziergałam bo inaczej chyba bym oszalała czekając aż się dziecko nacieszy tym gorącym prysznicem.

wtorek, 3 października 2017

Kocyk Tęczowe Stópki

Ponad rok temu natknęłam się na Ravelry na kocyk Rainbow Footsteps (KLIK), skontaktowałam się z autorką, Agatą Piasecką, i otrzymałam opis do przetestowania.

Zabrałam się za dzierganie z wielką ochotą i na początku szło mi nieźle, choć wolno, z powodu ogromnej ilości oczek na drutach. Kocyk jest dwustronny i ma dwie warstwy, które robi się równocześnie - każdy rząd w przypadku mojego kocyka oznaczał 354 oczka a przerobienie go zajmowało mi 20-25 minut.


Po drodze co i rusz wyskakiwały inne projekty do wydziergania, albo nachodziła mnie nagła i nieodparta potrzeba ukończenia jakiegoś dziergadła i wówczas kocyk szedł na jakiś czas w odstawkę. Sprzyjał temu także fakt, że nie było na horyzoncie żadnego bobaska, którego mogłabym obdarować kocykiem.

Początkowo zamierzałam wydziergać wersję podstawową, czyli 7 x 7 (siedem kwadratów w każdym z siedmiu rzędów) ale po drodze zabrakło mi włóczki.



Zanim zaczęłam dziergać, kupiłam po dwa motki w obu kolorach i kiedy niemal kończyłam piąty rząd, zabrakło mi tej melanżowej. Nie zabrakłoby, gdyby nie to, że jest jej w motku mniej niż fioletowej. Informację tę można znaleźć na etykiecie, ale ja sprawdziłam tylko banderolę na włóczce fioletowej i założyłam, że skoro to ta sama włóczka tylko inny kolor, metraż jest ten sam.


Dokupiłam trzeci motek włóczki melanżowej, skończyłam piąty rząd, a kiedy dotarłam do 3/4 rzędu szóstego, zabrakło mi z kolei włóczki fioletowej.

Kiedy w końcu dotarłam do sklepu, tak mi się wydawało, że motek trzymany w dłoni ma nieco inny kolor, ale pewność uzyskałam dopiero po powrocie do domu i przyłożeniu do robótki. Różni się i to bardzo!


Nie miałam ochoty dociekać, czy istnieją dwa dość podobne odcienie fioletu, czy w przeciągu miesięcy, odkąd zaczęłam pracę nad kocykiem, Lion Brand zmieniła paletę barw. Sprułam to co miałam w szóstym rzędzie i zakończyłam robótkę po pięciu rzędach.

Kocyk i tak wyszedł dość spory bo 85 na 110 cm, tyle, że stópki spacerują na nim w poprzek - mają krótszą trasę do przebycia.


Kocyk jest dość czasochłonny, ale efekt jest świetny. Bardzo podoba mi się pomysł na dwie prawe strony (po drugiej stronie jedynie układ kolorystyczny kwadratów jest odwrotny). Tak bardzo, że poczyniłam już inne próby wykorzystania tego pomysłu w innych projektach. (Tak powstała myjka do ciała, ale nie z dziecięcymi stópkami a dinozaurami.) Same stópki też urzekają.

Opis jest porządnie wykonany a pakiet, z którego korzystałam zawierał zarówno schematy wszystkich kwadratów ze stópkami (4 różne schematy stópek) jak i dokładną rozpiskę rzędu po rzędzie - tak jak to lubią i powszechnie stosują w Ameryce. (Ja akurat nie jestem fanką takich opisów - wolę schematy.)

Emilii kocyk bardzo się podoba, ale go nie dostanie. W końcu wśród znajomych pojawiło się maleństwo, na razie jeszcze w zaciszu mamusinego inkubatora i płci nieznanej, ale kiedy już będzie wiadomo czy to Ona czy On, koleżanka dostanie do wyboru jeden z trzech kocyków - możliwe, że zechce właśnie Stópki. 

Garść informacji:
  • włóczka fioletowa: Baby Soft Solid (Lion Brand), 60% akryl, 40% poliamid; 420 m/140 gram; zużycie: 280 gram (840 metrów);
  • włóczka melanżowa:  Baby Soft Print (Lion Brand), 60% akryl, 40% poliamid; 336 m/113 gram; zużycie: 240 gram (716 metrów);
  • druty: 2,5  mm;
  • wymiary: 85 x 110 cm
  • wzór: Rainbow Footsteps by Agata Piasecka

piątek, 29 września 2017

Jezienne rozgrywki


Koniec lata i początek jesieni to czas piłki nożnej. Sezon nie jest długi, trwa raptem dwa miesiące i wydaje mi się, że jest bardziej intensywny niż wiosenny.


Kwalifikacje przegapiliśmy, bo Krzysiek był w tym czasie jeszcze w Polsce. Został przypisany do jednej z drużyn na podstawie szkoły, do której chodzi - żeby grać z kolegami, chłopakami, których choć trochę zna. Większość chłopców w tej drużynie gra razem już od jakiegoś czasu, ale nie tylko Krzysiek jest (był?) nowy. Zgrał się z chłopakami dość szybko, w czym wydatnie pomogło to, że wielu z nich znał wcześniej, ze szkoły podstawowej, albo widuje w obecnej szkole.


Na początku września chłopcy rozegrali sześć krótkich meczy w ramach tzw. gymboree - nie mam pojęcia co to takiego ale domyślam się, że to taki mini turniej, na podstawie wyników którego drużyny zostały rozdzielone do poszczególnych grup (złotej, srebrnej i brązowej). Ponieważ chłopcy wygrali pięć z sześciu meczy, dostali się do grupy złotej. Niby powód do radości, ale także powód do zmartwień i frustracji, ponieważ cztery z sześciu drużyn w grupie złotej to drużyny klubowe. Grające w nich dzieciaki trenują w niemal niezmienionym składzie od kilku lat, przez cały rok (a nie tylko przez 3 miesiące w roku), są zgrani i po prostu świetni. Jak łatwo się domyślić, bordowe koszulki dostają straszne cięgi, choć wcale źle nie grają.


Dzisiaj przegrali, ale 4:5 a przeciwnicy bardzo musieli się starać, bo wcale nie było tak, że od początku mieli przewagę - mecz był bardzo wyrównany.


Tym razem treningi odbywają się w pobliskim parku, więc nie musimy jeździć na nie samochodem. Czasem idziemy na nogach, czasem jedziemy na rowerach. Tuż obok boiska jest plac zabaw, na którym młodsze rodzeństwo piłkarzy bawi się razem i do tego dość zgodnie.


Niestety dwa z ośmiu meczy są na wyjazdach, w miejscowościach oddalonych o 60 i 80 minut jazdy samochodem. Pierwszy z nich (zdjęcia na podsuszonej murawie) mamy za sobą. Kolejny - w najbliższą niedzielę. Po niedzielnym meczu będziemy na półmetku rozgrywek. Sezon kończy się pod koniec października i chyba do marca trzeba będzie zaczekać na kolejny.

wtorek, 26 września 2017

Życioteka

ulubiona seria
Do tej pory często było tak, że w czasie kiedy Krzysiek był na karate albo na dżudo, ja z Emilią jechałyśmy do biblioteki by wypożyczyć książki dla mnie czy dla Krzyśka. Przy okazji Emilia zawsze wybierała sobie jakieś DVD z bajkami. A że teraz Emilia umie już trochę czytać, to zabrałam ją do tej części biblioteki gdzie są książeczki dla dzieci, które zaczynają samodzielnie czytać. Emilia wybrała sobie pokaźny stosik - na szczęście ilość wypożyczanych książek nie jest limitowana.


Kilka książeczek ja pomogłam jej wybrać - to te, które zapamiętałam kiedy zaczytywał się nimi Krzyś. Emilii też bardzo się podobają.

Po powrocie do domu Emilia zorganizowała sobie w kąciku za fotelem własną lifebrary. (Po angielsku "biblioteka" to "library", ale Emilia z uporem powtarza "life-brary" - stąd ta "życioteka.")

Lifebrary

Ponieważ nie ma profesjonalnego stojaka na książki, wybebeszyła łóżeczko dla lalek i na nim poustawiała książki:


Wygląda na to, że Emilia połknęła czytelniczego bakcyla - książki przyniesione z biblioteki czyta chętnie a te najbardziej ulubione - wielokrotnie.
Z co trudniejszymi wyrazami muszę jej pomóc, ale Emilia ma dobrą pamięć i sporo nowych, nawet trudnych, wyrazów szybko zapamiętuje.
Trochę nam się zmieniła wieczorna rutyna bo teraz to Emilia chce mi czytać w łóżku przed snem. Staram się więc, żeby być w łóżku wcześniej by starczyło nam czasu i na Emilkowe czytanie po angielsku i na czytanie po polsku.

sobota, 23 września 2017

Kocie łowy

Idzie jesień - widać to po ilości myszy przynoszonych do domu przez Kicię.
Zazwyczaj nie pozwalamy jej wnosić tego co upolowała do środka, ale czasem nie zauważę, jak choćby przedwczoraj, że trzyma w pysku mysz, i uda jej się wnieść zdobycz do salonu. Żeby było zabawniej, mysz jeszcze żyła, i nie wiem czy była sparaliżowana ze strachu, czy Kicia zadbała o to, by mysz nie była w stanie uciec. Kiedy zobaczyłam ruszającą się mysz, przestraszyłam się, że ucieknie między zabawki Emilii, gdzieś za szafę czy inny mebel - no i narobiłam niezłego rabanu. (Jakoś nie uśmiechało mi się czekanie aż mysz zostanie ponownie złapana przez kota albo w pułapkę, a zanim by się to stało, ileż szkód mogłaby narobić! ) Kicia na mnie spojrzała, rezolutnie chwyciła mysz w zęby i ewakuowała się na zewnątrz - drzwi balkonowe były nadal otwarte.

Kicia łapie myszy dość często, ale ich nie je, jedynie chwali się nimi przed nami - zazwyczaj wyrzucam je do kosza, chyba, że Kicia wyniesie mysz w sobie jedynie znane miejsce. (Przeważnie pozostawia je pod jabłonką bądź na wycieraczce. Raz zdarzyło jej się zostawić maleńką myszkę w moim bucie.) Natomiast z ptaszkami ma się sprawa inaczej. Bo ptaszki też stają się łupem Kici, ale te trofea znikają w żołądku zainteresowanej. Żal mi ptaszków, ale kot to jak by nie było zwierzę dzikie i nie ma co walczyć z instynktem. No i jak mam jej wytłumaczyć, że może łapać obrzydliwe myszy a smakowitych ptaszków - nie?

Latem złapała sobie takiego małego szaraczka, przyniosła w swoje ulubione miejsce spożycia (pod jabłonką) i tak długo miauczała, aż oderwałam się od lektury i przyszłam sprawdzić co się dzieje. Nie wystarczyło, że zobaczyłam, musiałam pogłaskać i pochwalić Kicię i dopiero wówczas przestała miauczeć i zabrała się za jedzenie.


Zjadła ptaka niemal całego, wraz z piórami - został tylko łebek!

Teraz, kiedy Kicia zjada zauważalnie mniej jedzenia z puszki już się nie martwię, że coś jej dolega. Już wiem, że tego dnia zapewne sama zadbała o wyżywienie.

środa, 20 września 2017

Orkiestra szkolna

W gimnazjum, w ramach zajęć szkolnych, Krzyś mógł sobie wybrać czy chce śpiewać w chórze, grać w orkiestrze lub chodzić na zajęcia z wychowania fizycznego. Na cokolwiek by się zdecydował, zajęcia odbywają się codziennie, od poniedziałku do piątku.


Ponieważ jeśli chodzi o aktywność fizyczną, Krzyś jest w dość dobrej sytuacji i niemal każdego dnia ma albo dżudo, albo karate, a sezonowo także piłkę nożną i pływanie/piłkę wodną, więc decydując się na orkiestrę dokonał, moim zdaniem, dość dobrego wyboru.



W minionych latach wielokrotnie usiłowałam go namówić na naukę gry na jakimś instrumencie, ale zawsze odmawiał. Teraz, dla odmiany, podszedł do kwestii gry z ogromnym entuzjazmem.


Orkiestra w szkole Krzyśka gra na instrumentach dętych.
W pierwszym tygodniu szkoły pani prowadząca orkiestrę prezentowała poszczególne instrumenty, opowiadała o nich, a w drugim tygodniu wieczorem uczniowie i ich rodzice zostali zaproszeni do szkoły w celu wypróbowania różnych instrumentów co miało pomóc w podjęciu decyzji odnośnie wyboru instrumentu. Do pomocy zostali zaproszeni lokalni muzycy oraz osoby prowadzące orkiestry w innych szkołach.


Krzysiek zmierzył się z klarnetem, fletem, perkusją, ksylofonem, tubą, puzonem, trąbką i saksofonem. Okazało się, że dobrze wypadł w niemal wszystkich przypadkach, więc miał twardy orzech do zgryzienia przy wyborze. Najpierw zawęził pulę do saksofonu, tuby i fletu aż ostatecznie zdecydował się na flet. (Ciekawe jak bardzo przyczyniła się do tego świadomość, że mama, w jego wieku, grała właśnie na flecie poprzecznym.) 

Instrument można wypożyczyć za opłatą ze szkoły albo z jednego z lokalnych sklepów muzycznych. Kiedy już zdecydowałam się na opcję szkolną, koleżanka z pracy zaskoczyła mnie niesamowicie proponując pożyczenie nieodpłatnie fletu, na którym grała w swoich latach szkolnych. Stwierdziła, że zna Krzyśka na tyle, że wie, że o instrument będzie dbał.

I tak oto w naszym domu zagościła muzyka. Pierwsze lekcje gry polegają na nauce poprawnego dmuchania. Jak na razie najlepiej wychodzi to mi (jeszcze), zaraz za mną plasuje się Emilia, a na końcu Krzyś, który jednak robi słyszalne postępy. Emilia zaskoczyła mnie totalnie biorąc do rąk flet i wydobywając właściwy dźwięk za pierwszym dmuchnięciem. Talent czy przypadek?

niedziela, 17 września 2017

PUR: Kapcie

Robiąc na szydełku pled (KLIK), tak mi się spodobało machanie szydełkiem, że postanowiłam zrobić sobie też i kapcie.

Przejrzałam wszystkie włóczkowe resztki i korzystając z dawnych notatek szybciutko zrobiłam dwie pary kapci.

Udało mi się zużyć resztki i resztunie kilku włóczek. Jeszcze trochę zostało, ale że entuzjazm stopniał, to skończyło się na dwóch parach.

Pierwsza para, robiona nitką potrójną:




Druga para, robiona nitką podwójną:




Aktualnie używam tej drugiej pary bo jeszcze jest w miarę ciepło a pierwsza para jest grubsza i cieplejsza.

czwartek, 14 września 2017

Gimnazjum


pierwszy dzień szkoły

Emilia zaczęła naukę w szkole podstawowej, a Krzyś w gimnazjum.

Pierwszego dnia rano, przed wyjściem z domu, niezbyt chętnie ustawił się do zdjęcia. Przed domem okazało się jednak, że inni małoletni sąsiedzi też pozują do zdjęć, więc już z mniejszą łaską dziecię ustawiło się przed aparatem i nawet się uśmiechnęło. 

O ile Emilia chętnie, i bez zbędnej zachęty, dość dokładnie relacjonuje przebieg każdego dnia spędzonego w szkole, o tyle z jej brata, tradycyjnie, ciężko cokolwiek wyciągnąć. W najlepszym wypadku, na 15 sekund zanim wysiądzie z samochodu by udać się na trening, rzuci mimochodem "We learned about molecules today." ("Dzisiaj uczyliśmy się o molekułach.") A zaraz potem wysiada i koniec tematu.

Ale kilka faktów jest mi znanych.

Po pierwsze, na zajęcia z matematyki chodzi razem z klasą siódmą. (To akurat wiem, bo zadzwonili do mnie sze szkoły jeszcze w sierpniu.) W szkole, na około setkę szóstoklasistów, po przeanalizowaniu danych otrzymanych ze szkoły podstawowej, tylko czwórce zaproponowano lekcje ze starszą klasą. Sytuacja ta bardzo mnie cieszy bo są szanse, że dziecko nie będzie się w szkole nudzić. Również dzięki temu, że w końcu ma Science (elementy fizyki, chemii, nauka o ziemi itp.), czyli coś co Krzyśka bardzo interesuje - to właśnie podczas zajęć z tego przedmiotu uczą się o molekułach.

W ramach Social Studies zaczyna się w końcu przygoda z historią i geografią - w szóstej klasie od poznania cywilizacji starożytnych.

W ramach wyboru pomiędzy chórem, orkiestrą i wychowaniem fizycznym, Krzyś postawił na orkiestrę, ale bardziej szczegółowo napiszę o tym następnym razem.

W gimnazjum są już normalne 55-minutowe lekcje, a pomiędzy nimi 3-minutowe przerwy. Tylko przerwa połączona z lunchem jest dłuższa - półgodzinna. Lancz, tak jak w szkole Emilii, jest bezpłatny. W niewielu szkołach nie trzeba płacić za południowy posiłek, więc bardzo się cieszę, że akurat w szkołach moich dzieci tak jest.

Do szkoły (i ze szkoły też) Krzyś jeździ autobusem szkolnym. Do szkoły podstawowej chodził na nogach. Wprawdzie brakuje nam jakieś 200 metrów by formalnie zakwalifikować na dowóz do szkoły, ale że w autobusie jest sporo wolnych miejsc, zostałam zapewniona, że dziecko może korzystać ze szkolnego transportu - więc korzysta.

poniedziałek, 11 września 2017

Pierwsze dni w zerówce

Emilia oficjalnie rozpoczęła edukację szkolną.

Wprawdzie rok szkolny dla większości uczniów rozpoczął się we wtorek 5 września, ale w naszym okręgu szkolnym zerówkę zaczyna tzw. "smart start": w pierwszym tygodniu dzieci idą do szkoły tylko raz (połowa dzieci we wtorek, połowa w środę), podczas zajęć są uważnie obserwowane a potem, na podstawie tych obserwacji, dzielone są na dwie grupy. W czwartek i piątek odbywają się spotkania nauczycieli z rodzicami zerówkowiczów.
(Poniedziałek był dniem wolnym z okazji Labor Day.)

6 września 2017 r. - przed wyjściem do szkoły

Jeszcze podczas zapisywania Emilii do zerówki, w sierpniu, rozmawiałam z jedną z potencjalnych wychowawczyń Emilii, która doskonale zna też Krzysia a samą Emilię pamięta jeszcze w wózku, kiedy odprowadzałam Krzysia do szkoły. Tak nam się zgadało na temat umiejętności Emilii i odniosłam wrażenie, że pani chciałaby mieć pannę Emily w swojej klasie.
I ma.
Ja też jestem zadowolona, bo rozmowa z panią CJ pozostawiła pozytywne wrażenie.

Tego pierwszego dnia w szkole sprawdzono u Emilii znajomość języka angielskiego (zaznaczyłam w ankiecie, że w domu rozmawiamy po polsku i w takich wypadkach sprawdzenie poziomu opanowania języka angielskiego przeprowadzane jest obowiązkowo) - nikogo raczej nie zdziwiło, że test ten Emilia zdała bardzo dobrze. Dość dobrze wypadła też ze swoją umiejętnością czytania i to mimo dość długiej przerwy (od połowy lipca miała prawdziwe wakacje od samodzielnego czytania i pisania), tak dobrze, że czytania będzie się uczyła z pierwszą klasą. Cieszy mnie to niezmiernie bo oznacza to, że nasza, i jej i moja, ciężka praca w ubiegłym roku nie poszła na marne oraz, że dziecko nie będzie się w szkole nudziło wałkując materiał doskonale już opanowany. Przynajmniej w zakresie nauki czytania, bo w kwestii matematyki to całkiem inna historia.

Dopiero dzisiaj, 11 września, tak naprawdę rozpoczęła się w miarę normalna edukacja szkolna Emilii.

Do szkoły Emilia jeździ na rowerze - w zeszły piątek opanowała jazdę bez kółek pomocniczych i umiejętność tę doskonali z ogromnym zapałem.



Zajęcia świetlicowe zaczynają się o 8.10 i o tej godzinie oddałam Emilię pod opiekę pani bibliotekarki (świetlica dla młodszych dzieci mieści się w bibliotece właśnie) - i ta pani doskonale zna i Emilię i Krzyśka. (Ilekroć bywałam w szkole towarzyszyła mi Emilia, więc w zasadzie cały personel szkoły zna Emilię od oseska.)


Emilia zabrała się za rysowanie a mama dostała tylko szybkiego buziaka - żadnych łez czy też przeciągającego się przytulania.

Emilia od dawna czekała na to, kiedy i ona, tak jak starszy brat, zacznie chodzić do szkoły, więc raczej nie dziwi to, że w szkole bardzo jej się podoba i to w zasadzie wszystko, choć najbardziej chyba jednak plac zabaw. Coś tam nawet zjadła na lunch - i w tym roku wszystkie dzieci w szkole dostają lunch i snaki za darmo.

piątek, 8 września 2017

Długi weekend nad oceanem - ostatni biwak w tym roku

Ledwie dzieci wróciły z Polski, dwa dni spędziły w domu i wybraliśmy się pod namiot nad ocean. Oczywiście nie pojechaliśmy sami, ale z całą naszą polską grupą - 6 rodzin. Tym razem zarezerwowaliśmy sobie miejsca, więc nie musieliśmy się spieszyć. Dotarliśmy o 2.30 a w godzinę później dzieci już biegały po plaży.

Siltcoos Beach, OR

Tego pierwszego dnia wiał porywisty wiatr i było dość chłodno, za to powietrze było przejrzyste i bez dymu. Po godzinie, przewiana i zmarznięta, przeniosłam się w zaciszny zakątek na wydmie a dzieci znalazły sobie nową zabawę: wdrapywały się na szczyt wydmy by potem zbiec na sam dół. Niespożyte zapasy energii pozwoliły im kontynuować zabawę przez ponad godzinę - po dziesiątym zbiegnięciu przestałam liczyć.

Siltcoos Beach, OR

Usiadły do zdjęcia na moją prośbę - wcale nie były zmęczone.

Tego pierwszego dnia, w piątek, plaża była pusta. W sobotę, następnego dnia, było zupełnie inaczej. Na plaży pojawiło się więcej osób a także dym.
Niestety wiatr wcale nie zelżał w stosunku do piątku a jedynie zmienił kierunek, nawiewając dym znad płonących lasów. Mieliśmy ze sobą parawan, który nieco ochronił nas przed chłodem.

Chłopaki duże i małe grały w piłkę nożną na piasku, wszyscy bawili się w piachu, a starszaki po kolei wkładali jedyną piankę do serfowania jaką dysponowała nasza grupa. Deski do serfowania wprawdzie nie mieliśmy, ale dzięki piance możny było wejść do wody i nie obawiać się hipotermii.

Niestety zapomniałam zabrać ze sobą tego dnia aparatu - został na krzesełku przy ognisku, więc zdjęć z tego dnia z plaży nie ma.

Mam za to kilka zdjęć z porannego spaceru, na jaki zabraliśmy dzieci ścieżką prowadzącą z kempingu do oceanu. Szlak biegnie częściowo wzdłuż rzeki Siltcoos.

Siltcoos River, OR

Niestety, z powodu zadymienia podziwianie widoków było mocno ograniczone.


Krzyś tradycyjnie wdrapywał się na każde możliwe drzewo a Emilia tradycyjnie marudziła, narzekała i domagała się noszenia na rękach ewentualnie na barana.


A że miała pod ręką tatę i brata, to tak długo jęczała, aż się panowie zlitowali.

W niedzielę pojechaliśmy na plażę Heceta w pobliżu Florence.
Cechą charakterystyczną tamtej plaży jest ogromna ilość drewna wyrzucanego przez fale na piasek. Od niewielkich kawałków bo ogromne kłody, grube pnie wiekowych drzew.

Heceta Beach, OR

Kolejni plażowicze używają tego drewna do budowy najróżniejszych szałasów i domków.  Wszystkie nasze dzieci spędziły kilka godzin na wspaniałej zabawie rozbudowując zastany już szałas. Tego dnia było ciepło, ale nadal błękit nieba przesłaniał dym - ta szarość na zdjęciu to właśnie zadymienie.

Niemal siłą trzeba było dzieci wywlekać z plaży - żołądki dorosłych domagały się konkretnego posiłku, ale dzieci zaabsorbowane zabawą, głodu nie odczuwały.

*          *          *

Znajomi przywieźli pożyczone od przyjaciół kajaki - jedną dwójkę i jedną jedynkę - więc po kolei wszyscy zainteresowani próbowali swoich sił w kajakowaniu po rzece Siltcoos.


Krzyś też wybrał się, w poniedziałkowy poranek, z kolegą Maciejem.
Popłyną też z nimi tata Maćka, więc byłam spokojna, że w razie jak by się coś stało, chłopcy nie są sami.

Siltcoos River, OR

Nic się nie stało, tylko nachlapali wody do środka, więc musieli się po powrocie przebrać w suche rzeczy. Ale bardzo się im podobało.

Długi weekend minął jak z bicza strzelił i trzeba było wracać do domu.
Z każdą pokonywaną milą dym wokół nas gęstniał i stan powietrza się pogarszał.

To był już ostatni biwak w tym roku. Na kolejny przyjdzie nam poczekać do następnego lata.