Wróciłyśmy z Emilią z wakacji w Parku Narodowym Olympic. W parku tym byliśmy już dwa lata temu, z Krzysiem, a w tym roku pojechałyśmy same, w inne zakątki tego ogromnego parku.
Dzisiaj postaram się opisać, w wielkim skrócie, bardziej ogólnie, gdzie, co, i kiedy, a w miarę możliwości czasowych, będę opisywać bardziej szczegółowo.
Pierwsza mapa pokazuje gdzie w USA znajduje się Park Narodowy Olympic:
Na drugiej mapie, poniżej, zakreśliłam gdzie byłyśmy w tym roku. W większości byłyśmy na terenie lasów deszczowych (klimatu umiarkowanego), które należą do najlepiej zachowanych przykładów tego typu ekosystemów w Ameryce Północnej, a przy okazji charakteryzują się rocznymi opadami rzędu 355–424 cm oraz umiarkowanymi temperaturami, które rzadko spadają poniżej zera lub przekraczają 27°C. Podczas naszego pobytu, temperatura była bardzo przyjemna, 20-24 °C w dzień i 10-13 °C w nocy. Kilka słonecznych dni, kilka pochmurnych, jeden pełen burz i ulew.
Pierwsze pięć nocy spędziłyśmy nad jeziorem Quinault, kolejne trzy noce nad jeziorem Ozette. Biwakowanie, spanie w namiocie, baza wypadowa dla wycieczek po okolicy.
| Lake Quinault |
| Ozette Lake |
Nad jeziorem Quinault mogłam dokonać rezerwacji, co też uczyniłam, na pół roku przed wyjazdem. Miejsce numer 19 wygląda tak.
Pierwszy dzień to pakowanie i podróż - pięć godzin jazdy samochodem. Po przyjeździe rozbiłyśmy namiot i udałyśmy się na rekonesans. Emilia najpierw wykąpała się w jeziorze a potem w potoku Willaby Creek, tuż przy biwaku.
| Willaby Creek |
Woda w potoku potwornie zimna, więc ograniczyłam się do robienia zdjęć i podziwiania widoków (i odwagi córki) z mostku.
Potem pojechałyśmy sprawdzić w jakich godzinach są dostępne odpłatne prysznice w ośrodku kilka kilometrów dalej (płatne prysznice, pralki, suszarki, sklepik), a wieczorem bujanie się w hamakach (jeden uszyty tuż przed wyjazdem), ognisko i kiełbaski.
Drugiego dnia zdobyłyśmy szczyt Colonel Bob a po powrocie pojechałyśmy pod prysznic. Na koniec - ognisko.
Trzeciego dnia o 5:40 rano obudził nas grzmot pierwszej tego dnia burzy, a było ich kilka, przez cały dzień. Trochę czekałyśmy aż przestanie padać, starając się wykorzystać czas pomiędzy opadami. Udało się zobaczyć największy na świecie świerk oraz wodospad Merriman Falls. Droga do kolejnego miejsca okazała się zamknięta, więc podjechałyśmy do lokalnego posterunku straży leśnej żeby wypytać jak dotrzeć w miejsca, które miałam na liście. Podczas rozmowy z bardzo miłą panią lunęło jak z cebra. Ulewę przeczekałyśmy częściowo oglądając pamiątki w sklepiku, a potem przeskoczyłyśmy do lokalnego muzeum po drugiej stronie ulicy.
Trochę się przejaśniło więc wyruszyłyśmy na pobliski szlak, a w zasadzie dwa nieco zazębiające się, króciutki Quinault Rain Forest Nature Trail i dłuższy Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop. Ledwie wyruszyłyśmy, rozpętała się kolejna burza więc wędrowałyśmy po lesie deszczowym w czasie burzy. W połowie, kiedy woda wylewała się Emilii z butów, stwierdziłyśmy, że jednak wystarczy tej przygody, wróciłyśmy do namiotu, przebrałyśmy się i pojechałyśmy do pobliskiego punktu z suszarkami. Wrzuciłyśmy przemoczone ubrania do suszarki i poszłyśmy na kolację do restauracji po drugiej stronie ulicy.
Dzień czwarty powitał nas mżawką ale potem przestało padać. Aby dotrzeć do szlaku prowadzącego do jeziora Irely Lake musiałyśmy objechać całe jezioro Quinault ale czego się nie robi jak się ma odpowiednią motywację. W drodze powrotnej obejrzałyśmy kolejny niewielki wodospad Bunch Falls a na koniec przespacerowałyśmy się ścieżką przyrodniczą Maple Glade Nature Trail która łączy się ze starym i dawno temu porzuconym gospodarstwem rolnym rodziny Kestnerów które można sobie zwiedzić. Zwiedziłyśmy. Na koniec dnia prysznic (25 centów za minutę), ognisko, smażenie kiełbasek.
Piątego dnia sporo się nachodziłyśmy. Najpierw ponownie objechałyśmy całe jezioro żeby powędrować lasem deszczowym do mostu Pony Bridge nad rzeką Quinault River. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się w miejscu polecanym przez przewodniki, July Creek Picknicking Area, i do tej pory zachodzimy w głowę dlaczego to miejsce jest tak polecane. Parking, ubikacja, stół piknikowy, półkilometrowa alejka - nic szczególnego. Nie zatrzymałyśmy się tam długo, w planach miałyśmy pizzę w drodze do szlaku, którego połowę przewędrowałyśmy podczas burzy.
| Quinault River |
Pizza była pyszna, najedzone przeszłyśmy drugą połowę Quinault Loop, Wright's Canyon, and Gatton Creek Loop. Emilia stwierdziła, że bardziej jej się podobał spacer w deszczu. Dobrze, bo miałam lekkie wyrzuty sumienia z racji ciągania dziecka po lesie kiedy rzucało żabami.
Ponieważ w końcu przejaśniło się, Emilia stwierdziła, że na koniec chce się wykąpać w jeziorze - był to nasz ostatni wieczór nad jeziorem Quinault.
Następnego dnia, szóstego, spakowałyśmy się, wyprysznicowałyśmy się i ruszyłyśmy nad jezioro Ozette. Sama jazda zajmuje prawie trzy godziny, ale że szosa dochodzi do oceanu na pewnym odcinku, to zatrzymałyśmy się na sławnej plaży Ruby Beach a potem jeszcze w miasteczku Forks na obiad.
Nie można dokonać rezerwacji miejsc nad jeziorem Ozette. Biwak jest niewielki, 15 miejsc na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Nieopodal znajduje się też prywatny ośrodek Lost Resort, na terenie którego można rozbić namiot. Wprawdzie koszt jest dwa razy wyższy, ale za to nie odmawiają potrzebującym, więc mimo, że nie miałyśmy rezerwacji, nie przejmowałam się za bardzo bo nawet w tym miejscu na końcu świata były opcje noclegowe. Zajechałyśmy na miejsce około czwartej po południu i na biwaku Ozette Campground było kilka wolnych miejsc. Wybrałyśmy sobie miejsce numer 12.
| Ozette Campground, #12 |
Przyznam, że jeszcze nie biwakowałam w tak zadbanym, wręcz wymuskanym miejscu. Wprawdzie do toalety trzeba było się pofatygować dość daleko, do punktu wyjścia szlaku przy budynku, w którym kiedyś urzędowała straż leśna, ale za to toaleta była czyściutka, z bieżącą wodą, mydłem, oświetlona - tak jak i biwak, jedna z najczystszych i najbardziej zadbanych toalet jakie widziałam podczas naszych wyjazdów pod namiot.
| toalety (budynek po lewej) |
Z miejscem udało nam się. W niedzielne popołudnie, kiedy przyjechałyśmy, było wprawdzie kilka wolnych miejsc, ale zapełniły się one dość szybko. W poniedziałek i wtorek, mimo, że kilka miejsc zwolniło się rano, do wieczora ponownie zapełniły się i każdego dnia kilka samochodów odjeżdżało z kwitkiem, nie znalazłszy wolnego miejsca.
Pierwsza noc nad jeziorem Ozette okazała się straszliwie zimna. Zdziwiło nas to, bo ogólnie noce były na tyle ciepłe, że Emilia spała na śpiworze a ja tylko przykryta śpiworem. Tego wieczora znad oceanu nadeszła mgła, temperatura spadła tak, że para leciała nam z ust. Miałyśmy sporo ubrań, które nawkładałyśmy na cebulkę a dodatkowo narzuciłyśmy na śpiwory koce.
Na szczęście tylko jedna noc okazała się zimna. W powietrzu było jednak cały czas sporo wilgoci a rano tyle rosy na trawie, że buty natychmiast przemakały. Wyruszając na szlak zostawiałyśmy je na słońcu żeby wyschły. Raz zapomniałam i zostawiłam je pod tropikiem namiotu i wieczorem musiałam je suszyć przy ognisku.
Biwak Ozette to też pierwsze miejsce gdzie nie dało się nazbierać drewna na ognisko. Teren przy jeziorze porastały trawy i szuwary a do lasu po drugiej stronie szosy nie dało się udać na tyle dyskretnie, by nie zwrócić uwagi - na tablicy wywieszono informację o zakazie zbierania drewna, więc drewno kupiłyśmy w pobliskim Lost Resort. Tam też można było skorzystać z pryszniców za opłatą, ale woda pachniała bagnem, więc skorzystałyśmy tylko raz.
Siódmego dnia naszych wakacji wybrałyśmy się na szlak Ozette Triangle (Trójkąt Ozette) - nazwa bierze się z kształtu pętli trasy, trójkąta. Wróciłyśmy bardzo zmęczone. Wzięłyśmy prysznic w pobliskim Lost Resort ale nie miałyśmy już siły na ognisko. Ani zbytniej ochoty okadzać się dymem tuż po kąpieli. Wieczór spędziłyśmy czytając (Emilia przeczytała trzy książki z serii o Harrym Potterze podczas tego wyjazdu, w tym tę liczącą 900 stron). Na koniec poszłyśmy na spacer nad jezioro i podziwiałyśmy piękny zachód słońca.
Dnia ósmego, wcześniej niż w pozostałe dni, wsiadłyśmy w samochód i pojechałyśmy na sam czubeczek półwyspu Olympic. Najpierw zatrzymałyśmy się w Muzeum Indian Plemienia Makah w Neah Bay. Obejrzałyśmy sobie eksponaty, poczytałyśmy o historii tych terenów i zamieszkujących je ludów i kupiłyśmy wejściówkę upoważniającą nas do wstępu na teren Rezerwatu ponieważ właśnie tam się udawałyśmy - najpierw na polecaną w przewodnikach plażę Shi Shi a potem na najbardziej na północny zachód wysunięty punkt kontynentalnej części Stanów Zjednoczonych, Cape Flattery.
Wieczorem, zmęczone i bardzo głodne zatrzymałyśmy się na kolację w punkcie gastronomicznym. Z nazwy restauracja, z wyglądu bardziej bar plus kelnerki. Mimo że byłam głodna jak wilk, jedzenie nie smakowało mi. Może kucharz miał już dość tego dnia i zwisało mu co na temat jego umiejętności myślą kolejni turyści?
Na ostatnim odcinku drogi do biwaku natknęłyśmy się na jelonka stojącego na środku drogi, w klasycznej pozie, zastygły w bezruchu, spoglądający na zbliżający się samochód. Dobrze że jechałam powoli bo inaczej nie wyhamowałabym. W końcu zwierzę wybudziło się, i w kilku pełnych gracji susach zniknęło w lesie.
Nieubłaganie nadszedł ostatni dzień naszych wakacji, dziewiąty.
Nie spieszyłam się z porannym wstawaniem bo i tak trzeba było zaczekać aż namiot wyschnie a słońce opierało się o tropik około dziewiątej rano. Pakowanie poszło nam sprawnie bo przecież mamy już niemałą wprawę.
Po kilku godzinach jazdy zatrzymałam się przy jednej z polecanych plaż, ale Emilia, którą postój wybudził z drzemki, nie miała ochoty na spacer. Nie nalegałam, z Ozette do domu miałyśmy osiem godzin jazdy. Zatrzymałyśmy się jednak na późny obiad w restauracji, którą Emila wyszukała w necie. Fajne miejsce, U Kuzyna na Wsi, wystrój stylizowany zgodnie z nazwą, a jedzenie smaczne. Kiedy ruszałyśmy z parkingu, zaświeciła mi się kontrolka, żeby sprawdzić przednie światło. Nie działało. I takie to zakończenie wyjazdu napisało nam życie.
Reszta drogi minęła nam już bez przygód a kiedy zajechałyśmy pod dom czekał już nas nas komitet powitalny czyli sąsiedzi, którzy opiekowali się Kicią podczas naszej nieobecności. Miło, jak ktoś czeka kiedy wracasz do domu z wyjazdu.
