sobota, 16 lutego 2019

Styczniowa czapka

Jak mam czas to sobie zaglądam w wirtualne zakątki, to tu, to tam, czasem cichutko, bez śladu znikam, czasem wystukam parę słów, czasem się zainspiruję. W styczniu trafiłam na zabawę Jeden motek u Kamili z Otulove. Zamysł taki, by z jednego motka wydziergać czapkę według podanego opisu.

Ponieważ w ten sposób wcześniej żadnej czapki nie zrobiłam -  spróbowałam.


Wykorzystałam resztki posiadanych włóczek w czterech kolorach. Wyszła całkiem zgrabna dziecięca czapeczka. Emilia ma już nieco za dużą głowę na takie bobaskowe udziergi, więc w roli modelki wystąpiła choinka, bo zdjęcie zrobiłam już dość dawno temu. Po choince już nie zostało nawet wspomnienie, bo teraz królują walentynkowe serduszka.

Druty 3 i 3.25 mm, 40 gram resztek.

W lutowym odcinku Kamila proponuje zabawę w mitenki na okrągło. 

środa, 13 lutego 2019

Obietnica świstaka

Świstak obiecał nam wczesną wiosnę w tym roku.

Wkrótce po jego przepowiedni znacznie się ochłodziło. Wprawdzie nie aż tak jak w innych częściach kraju i temperatura pozostała powyżej zera (w skali C), raptem kilka razy w nocy spadła poniżej.

Prognoza pogody narobiła dzieciom nadziei na śnieg. Wypatrywali tego śniegu, biegali do okien, i jednego dnia rano rzeczywiście spadło - ociupinkę.
Napadało tyle co kot napłakał i nawet zajęć w szkole nie odwołali z tego powodu. Obudziłam dzieci wcześniej tego dnia żeby mogły choć chwilę pobawić się śniegiem przed wyjściem do szkoły. Udało im się zebrać trochę białej paćki z samochodu i ulepić mini bałwanka. Przy okazji, w ciągu pół godziny, przemoczyli wszystko co mieli na sobie.

Do południa po śniegu nie zostało nawet wspomnienie.

A prognoza nadal dawała nadzieje - jak do tej pory, płonne.

W niedzielę prze godzinę poprószyło, leniwie, drobinkami tak mikroskopijnymi, że znikały zanim dotarły do ziemi. Temperatura była i nadal jest zbyt wysoka na śnieg.

Kiedy reszta kraju niknie pod zaspami i trzęsie się z zimna, u nas pada deszcz a temperatury mamy bardziej jesienne niż zimowe. Śnieg możemy sobie oglądać w telewizji i na zdjęciach:

  

 
 

Albo się świstakowi pomyliło, albo czeka nas niebawem gwałtowne ocieplenie i nadejście wiosny. W ogródku oznaków wiosny niewiele. WAprawdzie żonkile i tulipany powoli wyrastają, ale do zakwitnięcia im daleko. Krokusów wogóle jeszcze nie widać.

sobota, 9 lutego 2019

Sukienka

Emilia wyrosła ze sweterka, który zrobiłam jej rok wcześniej, ale że włóczka wcale nie wyglądała na zniszczoną mimo wielokrotnego prania, to sweterek sprułam, dobrałam resztki innych motków, i zabrałam się za robienie nowego swetra.

Robiłam od góry, i kiedy już przeszłam na dzierganie w okrążeniach, to jak mi wpadły kulki w ręce, tak się same kolory dobierały. Ja pilnowałam jedynie, aby okrążenia wypadały mi naprzemiennie, raz jeden rodzaj włóczki, raz drugi.
I tylko rękawy przypilnowałam, żeby kolory ułożyły się tak samo. A że przy okazji słuchałam audiobuka, to się  zasłuchałam i zagapiłam. Nie zauważyłam, że ten sweter wyszedł mi nieco przydługi. Niby i tak miał być na wyrost, i do tego do leginsów, ale nawet wziąwszy pod uwagę te założenia coś mi wyglądało, że mimo wszystko za długie to to. Wykończyłam jednak motki, które akurat były w robocie i dosłuchałam do końca czego tam akurat słuchałam a potem zawołałam dziecko i zarządziłam przymierzanie. I okazało się, że przez przypadek i gapiostwo, wyszła mi niezła sukienka.


W dodatku sukienka świetnie sprawdza się w praniu a że dół rękawów jest dość wąski to nie rzuca się w oczy, że są jeszcze przydługie - sukienka powinna więc jeszcze trochę posłużyć.


Emilii bardzo odpowiada to, że jest taka milutka, mięciutka i puchata, niczym jakaś przytulanka.


Cieszę się, że nie muszę tego wszystkiego pruć, bo prucie tej cyklamenowej i szaroróżowej włóczki to kara straszliwa. Wiem, bo zużyłam szalik, za którym Emilia nie przepadała i nie używała. Zamiast leżeć w szufladzie, przerobiłam na sukienkę. Ale najpierw musiałam go spruć - zajęło mi to chyba tyle czasu co wydziergane połowy sukienki.


Paski ułożyły się same, bez mojego wpływu, ale cieszy mnie, że wyglądają jak wynik celowego planowania. Jak już wspomniałam, na przemian przerabiałam dwa rodzaje włóczki: Plymouth Yarn Oh My (biała i lila) z tego sprutego sweterka, oraz Trendsetter Yarns Blossom w kolorze brudnego różu i cyklamenową Trendsetter Yarns Zucca, które zostały mi po tym projekcie.
Coś tam się jeszcze doplątało na pojedyncze okrążenia ale w ilości znikomej i do tego nawet nie wiem co to była za włóczka.

Po zważeniu okazało się, że sukienka waży 364 gramy. Druty 4 mm.

środa, 6 lutego 2019

Druciki na zębach i bolący brzuszek

W piątek powrócił na uzębienie Hultajstwa aparat korekcyjny - to w ramach drugiego etapu korekty zgryzu. Tym razem odrutowane ma i górę i dół.
Przez pierwsze kilka dni bolało go na tyle mocno, że zastanawiałam się czy by go nie zabrać do ortodonty, ale że z każdym dniem ból malał, nie pognałam na złamanie karku, a wczoraj już było dobrze. Teraz mam w domu nastolatka pełną gębą, z drucikami na zębach, z pryszczami na nosie, z początkami mutacji, i z huśtawkami emocjonalnymi. Burza hormonalna rozhulała się na całego i ciężko się uchronić przed gradobiciem.

Dzisiaj siedzimy sobie z Emilią w domu. Poranek rozpoczął się od narzekań córki na ból brzucha, ale że Ona bez przerwy skarży się na ból którejś części ciała, więc najpierw zignorowałam tę kolejną linijkę z jej niekończącej się litanii. Zazwyczaj prościej ustalić co ją akurat nie boli niż wysłuchiwać przydługiej listy dolegliwości. Pomyślałby kto, że ma o 90 lat więcej niż te swoje sześć i pół.
Ale kiedy zwymiotowała, a potem jeszcze raz, zatrzymałam ją w domu.
W chwilę po powiadomieniu szkoły, że Emilia jest chora, zrobiło jej się lepiej. Już przed południem nabrała apetytu i z nawiązką nadrobiła stracone śniadanie. Trochę jej wydzielałam te porcyjki ryżu w obawie, że żołądkowi zbyt duży wrzut może się nie spodobać, ale wygląda na to, że niepotrzebnie.

Wychodząc wczoraj z pracy zabrałam plik papierów ponieważ istniała możliwość że spadnie śnieg i odwołają zajęcia w szkole a robota jest terminowa i musi zostać skończona do jutra. Śnieg nie spadł, ale popracowałam w czasie gdy Emilia dochodziła do siebie. W pracy pomagała mi Kicia - gdzieżby przegapiła coś tak ciekawego i niecodziennego!





niedziela, 3 lutego 2019

Szlaban na elektronikę

Zastosowałam ostatnio dzieciom szlaban na elektronikę: dwa tygodnie bez tabletów, komputera czy iPoda.

Głównym powodem kary dla Krzyśka było opuszczenie się w nauce.
Nie oddał jednego z zadań, mimo że mu przypominałam kilka razy, aż w końcu było za późno (dwa tygodnie po terminie). Zadanie domowe zaczął odwalać na odczepnego, byle szybciej dorwać się do gier komputerowych i na efekty, głównie z matematyki, nie trzeba było długo czekać.

Schowałam komputer i tablety, i zapowiedziałam, że jak oceny wrócą do takich jakie mają być, to sprzęt wyjdzie z ukrycia.

W przypadku Emilii, natomiast, dość łatwo daje się zauważyć prostą zależność pomiędzy fatalnym zachowanie a czasem spędzonym z tabletem w ręku. Przerażają mnie jej napady już nie zwykłej złości, ale wręcz furii kiedy przegra jakąś grę - zbyt przypomina to zachowanie osoby uzależnionej aby przejść nad tym obojętnie. Dodatkowo przestała czytać - a to jest jej stałym zadaniem domowym.

Dwa tygodnie minęły zanim Krzysiek poprawił ocenę z matematyki. Przy okazji lepiej mu poszło też i na teście z Science - jako jeden z trzech uczniów siódmej klasy (ok. 130) zaliczył go na 100%. Wystarczyło, że troszkę powtórzył materiał przed testem. Niewiele, bo nawet nie zauważyłam kiedy zaglądał do notatek.

Te dwa tygodnie były czasem dobrym, czasem wielu chwil spędzonych razem, we troje, na żartach, wygłupach, zabawie i wspólnym oglądaniu filmów.
Okazało się, że Emilia potrafi się jeszcze bawić zabawkami, że książki są na tyle ciekawe, że nawet sześciolatka potrafi czytać przez bitą godzinę, do ostatniej strony. Krzysiek, po tygodniach przerwy, też zaczął czytać.
Okazało się też, że moje dzieci nadal potrafią korzystać z wyobraźni a ogródek za i przed domem stanowi niezmiernie żyzną glebę dla ich fantazji.
W domu ucichły kłótnie, pyskówki i awantury, które dziwnym zbiegiem okoliczności wywołuje u moich dzieci kontakt z tabletami i komputerem.

W piątek wieczorem dzieci dostały z powrotem tablety i komputer ale na pewnych warunkach. Między innymi, wolno dzieciom z nich korzystać jedynie w dni, w które nie ma zajęć szkolnych, po wykonaniu wszystkich obowiązków, i do godziny 7 wieczorem.

Już w sobotę doszło do pierwszych niesnasek, wzajemnego dokuczania sobie, dogryzania, opryskliwości i wrzasków. Także wobec mnie.
Emilia tak się wkurzyła, że nie może przejść jakiegoś poziomu, że zaczęła rzucać tabletem. Na szczęście upadł na miękką kanapę, a potem na dywan. Mało brakło a Krzysiek spóźniłby się na mecz koszykówki, bo nie mógł oderwać się od gry komputerowej.


Wieczorem schowałam ponownie komputer i tablety.

Dzisiaj niedziela, dzieci pozbawione elektroniki, najpierw bawiły się w ogródku.
Z kijami w rękach eksplorowały nieznane krainy. Zgodnie, bez kłótni, razem. Potem Emilia zamieniła kanapę w fort, a Krzysiek ćwiczył rzuty do kosza.

Przeraża mnie, z jaką łatwością moje dzieci wpadają w sidła zastawiane przez twórców gier komputerowach, jak nie potrafią się oderwać od komputera czy tabletu, odłożyć na bok, jak świat wirtualny staje się treścią ich życia, spychając wszystko inne na margines. Czy zdołają zahartować się, pozbyć się tej słabości zanim wejdą w dorosłe życie? Czy zaraz po opuszczeniu domu rodzinnego dopadną ich macki wirtualnych pokus? Skoro z taką łatwością ulegają uzależnieniu od elektroniki, czy będą potrafili oprzeć się innym potencjalnym uzależnieniom?

czwartek, 31 stycznia 2019

W kwestii wielkiej wagi

Należę do grupy osób nieustannie zmagających się z nadwagą. Czasem większą, czasem mniejszą, ale niechciany tłuszczyk przylgnął do bioder, brzucha i ud,  i nie potrafię się go pozbyć. Lubię jeść, po jedzenie sięgam zarówno w sytuacjach stresowych jak i czytając książkę.

Co jakiś czas, kiedy przestaję się mieścić w posiadane ubrania, porywam się desperacko na jakąś dietę - z różnym skutkiem. Do tej pory udało mi się tak naprawdę znaleźć jedną dietę, z której wyników jestem zadowolona - jest to dieta warzywno-owocowa (odmiana postu leczniczego) Dr Ewy Dąbrowskiej.

Pod koniec lata zastosowałam tę dietę, wytrzymując około miesiąca, i udało mi się zrzucić 12 funtów, czyli 5.4 kg. Po zaprzestaniu diety wróciły 2 funty (0.9kg) a potem, w listopadzie i grudniu, kolejne 3 funty (1.35kg) ale mimo to, rok 2018 zakończyłam o 12 funtów (5.4kg) lżejsza, niż go rozpoczynałam.
To cieszy, ale nie satysfakcjonuje. Zamiary były po dwakroć takie, a nadzieje jeszcze większe.

Tuż przed końcem roku w ręce wpadła mi książka "The Fast Diet" (polskie wydanie "Dieta Dr. Mosleya"propagująca ideę zgodną z dietą doktor Dąbrowskiej. Różnica polega na aplikacji - 2 dni poszczenia w tygodniu, kiedy to należy zmieścić się w 500 kaloriach (600 w przypadku mężczyzn.)

Dwa dni w tygodniu, i do tego niekoniecznie pod rząd, jestem w stanie pościć.

Ruszyłam 2 stycznia.

Na początku było trudno. 500 kalorii to jednak niewiele. Raz nawet nie wytrzymałam i objadłam się wieczorem dość znacznie. Z każdym tygodniem jest jednak łatwiej, tym łatwiej, że odkrywam takie kombinacje niskokalorycznych pokarmów, które dają mi największe poczucie sytości a do tego są smaczne, więc w mniejszym stopniu odczuwam to niedojadanie jako poświęcenie a coraz bardziej jako troskę o siebie i swoje zdrowie.

Po czterech tygodniach widać już pierwsze rezultaty: 7 funtów czyli 3.15 kg. Może wyniki te nie powalają na kolana, ale za to mieszczą się wspaniale w zakresie uważanym zgodnie przez lekarzy jako zdrowe i zalecane tempo utraty wagi. No i przeszłam z drugiej na czwartą dziurkę w pasku!

16 stycznia ruszyła u mnie w pracy kolejna, już chyba czwarta, edycja naszego pracowego Biggest Loser, więc jestem teraz podwójnie zmotywowana by nie załamać się i wytrwać w poście. W odchudzaniu pomaga i to, że od czasu, gdy odkryłam u siebie alergię na kakao, w zasadzie przestałam jeść słodycze. Nieczekoladowe łakocie to już zdecydowanie nie to co czekolada, czekoladki, lody czekoladowe, ciasteczka czekoladowe, Nutella, budyć czekoladowy, itp, itd.

A na koniec, przewrotnie, zdjęcie Kici na bieżni:


poniedziałek, 28 stycznia 2019

Roller Coasters raz jeszcze

Zanim skończy się styczeń chciałabym pokazać ostatni ubiegłoroczny projekt - szydełkowe podkładki Roller Coasters, robione według tego samego wzoru co te: KLIK.



16 podkładek pod kubeczki, 4 pod mniejsze garnki i naczynia żaroodporne, oraz 2 pod największe posiadane naczynia wymagające ustawienia na czymś kiedy gorące.


Zrobiłam je z bawełny ze sprutego swetra, który zrobiłam dawno dawno temu - stanowczo za krótki. Zle się czuję w tak krótkich sweterkach i koszulkach i dlatego udzierg przeleżał na półce lata całe, aż w końcu postanowiłam przerobić go na coś innego. Pierwotnie planowałam połączyć tę włóczkę z jakimś akrylem i zrobić nowy sweter, ale potem zmieniłam zdanie i dzięki temu powstały podkładki, wykończone muliną do wyszywania, której też mam spore zapasy, więc pobawiłam się kolorami.

Po zważeniu okazało się, że całość waży 560 gr.


Podkładki powstawały na przestrzeni kilku miesięcy jako dorywczy projekt, najczęściej zabierany do torebki. Jak już skończyłam, jeszcze trochę czasu minęło zanim zrobiłam zdjęcia a potem zaczęłam rozmyślać coby tu z nimi zrobić bo mi aż tylu nie trzeba. Podarowałam je wszystkie koleżance z pracy - akurat obchodziła trzydzieste urodziny a do tego niedawno przeprowadziła się z niewielkiego mieszkania do domu, więc ma je gdzie porozkładać, a lubi mieć podkładki w tych wszystkich miejscach, do których zdarza jej się zawędrować z kubkiem w ręku. Kubek też dostała, bo wiem, że lubi kubeczki też.


piątek, 25 stycznia 2019

Sopelki

Foto wspomnienie ulotnej chwili przy wodospadzie podczas sylwestrowego wyjazdu na sanki.





wtorek, 22 stycznia 2019

Robótkowe podsumowanie roku 2018

Wprawdzie został mi jeszcze jeden projekt do zaprezentowania, ale zanim to uczynię, podsumowanie robótkowe roku 2018.

Robótkowo był to rok czapek (5), swetrów (7), i testów (4), oraz drutów, z zaledwie kilkoma projektami szydełkowymi.

Wszystkie testy były dla Amanity - jestem wielką fanką jej projektów.
Udział w tych testach dał mi wiele. Przede wszystkim uwierzyłam w siebie, w swoje umiejętności i możliwości. Okazało się, że potrafię zmobilizować się i tak zorganizować czas i obowiązki, by wywiązać się z testu na czas, skończyć sweter w ciągu 3-4 tygodni, i że udzierg ten nadaje się do noszenia.

W ubiegłym roku zrobiłam dla siebie cztery swetry oraz trzy sweterki dla Emilii. Z tych ostatnich nie jestem specjalnie zadowolona, za to z tych dla siebie - bardzo. Do tej pory było na odwrót. Jeden z moich swetrów wyszedł mi za duży i mam zamiar zrobić go jeszcze raz, tak o dwa rozmiary mniejszy.

Wszystkie udziergi zeszłoroczne zsumowały się do 3966 gr włóczki, z czego 3523 to włóczka z zapasów a 443 gr zakupiona. Pomimo zużycia 3,5 kg zapasów nie widać za bardzo ich uszczuplenia, więc spokojnie mogę nadal dziergać i swetry dla siebie, i dla Emilii, i czapki, i na co tam mi jeszcze przyjdzie ochota lub potrzeba.



sobota, 19 stycznia 2019

Lorelei

Lorelei - jakże wdzięczna nazwa wzoru! Wzoru swetra, pięknego, jak nazwa. Moja Lorelei powstała w ramach testu dla Amanity pod koniec ubiegłego roku.


Bardzo lubię wzory Agaty - łączą w sobie prostotę z pięknem niewielkich ale misternych i pięknych elementów ozdobnych. I taka jest też Lorelei - splot pończoszniczy i ozdobny karczek. Ale za to jaki ten karczek!


W zależności od koloru i struktury włóczki mogą to być fale, rybie łuski, muszle, albo misterne draperie. Ja dostrzegam w nich podobieństwo do splotu łańcuszka - tego co na zdjęciu, stąd moje skojarzenia z draperiami.


Czerwona włóczka leżała i czekała na swoją kolej ponad 10 lat. Zdjęcia robiłam w grudniowy ponury dzień i nie udało mi się oddać koloru nawet obrabiając zdjęcia na komputerze. Jest to dość ciemny czerwony, taki z lekka buraczkowy. Od dawna chciałam mieć taki sweter, nie tylko na święta Bożego Narodzenia, a że skończyłam 20 grudnia, to świetnie się złożyło.


Ciekawa jest konstrukcja swetra. Najpierw robimy karczek - w poprzek, potem dorabiamy górę i lecimy w dół swetra, całkowicie bezszwowo. Rękawy też robione bezszwowo.


Tym razem udało mi się dobrać rozmiar idealnie i jestem z mojej wersji Lorelei szalenie zadowolona. Wprowadziłam dwie niewielkie modyfikacje: przedłużyłam rękawy i zrobiłam nieco bardziej zamknięty dekolt, dodając 3 okrążenia.

W niedzielę ruszył KAL na Ravelry. Jeśli ktoś chciałby dołączyć do grupy dziergających Lorelei, podaję link: KLIK. Termin - 31 marca. Ja chyba zrobię sobie jeszcze jedną Lorelei, także ten KAL bardzo mi na rękę.

Garść informacji:
  • włóczka Troitsk Yarn Москвичка, 50% wełna, 50% nylon; 200 m/50 gram; zużycie: 315 gram (1260 metrów);
  • druty: 2 mm i 2.5 mm;
  • wzór: Lorelei by "Amanita" Agata Mackiewicz
  • zdjęcia by Hultajstwo




środa, 16 stycznia 2019

Czytelnicze podsumowanie roku 2018

Połowa stycznia - czas najwyższy na podsumowania minionego roku.
Zaczynam od podsumowania czytelniczego.

W 2018 roku przeczytałam 31 książek, częściowo tradycyjnych, częściowo e-buków, większość po polsku, kilka po angielsku. Do tego wysłuchałam 25 audiobuków co razem daje wynik 56. To o dziesięć książek mniej niż w roku 2017, ale z wyzwania czytelniczego na Goodreads wywiązałam się z nawiązką - zadeklarowałam przeczytanie 54 książek.


Dokładna lista przeczytanych i odsłuchanych książek znajduje się w zakładce Książki.

Na mojej liście jest kilka pozycji, których poza mną, nikt inny na Goodreads nie zaznaczył jako przeczytane w roku 2018 (Cezary Chlebowski "Reportaż z tamtych dni", Waldemar Łysiak "Ostatnia kohorta"), ale udało mi się też załapać na książkę bardzo popularną w ubiegłym roku (R. J. Palacio "Wonder").

Szalenie wciągnął mnie kwartet neapolitański Eleny Ferrante. Tak bardzo, że odłożyłam w czasie, na kiedyś, przeczytanie ostatniego tomu bo boję się, że akcja potoczy się w nie tym kierunku, co bym sobie życzyła i za bardzo bym to przeżyła. Tak, aż tak emocjonalnie usidliła mnie ta lektura!

Z książek robiących mocne wrażenie, skłaniających do przemyśleń - "Us against you" Fredrika Backmana, chyba jeszcze nie została przetłumaczona na język polski.

Inne serie, które pochłonęłam z ogromną przyjemnością to W Trójkącie Beskidzkim  Hanny Greń, wszystkie przetłumaczone na język polski powieści Lindy Holeman (ostatnią skończyłam już w tym roku), kilka pozycji Remigiusza Mroza, oraz trylogia Elizabeth Chadwick o Eleonorze Akwitańskiej.

Od jakiegoś czasu w oko wpadają mi książki na temat "co by było gdyby."
Nie wiem czy ten nurt ostatnio cieszy się większą popularnością, czy akurat ja natrafiam częściej na tego typu książki, ale wysłuchałam cztery (z sześciu) książek Marcina Ciszewskiego z serii www i moim zdaniem są rewelacyjne.

niedziela, 13 stycznia 2019

Koszmarny piątek

W piątek, o 11.11, otrzymałam wiadomość wysłaną przez szkołę mojego syna, że budynek został zamknięty, a na żądanie policji, uczniowie nie mogą opuszczać klas lekcyjnych, które zostały zamknięte na klucz. Dodano także, że żadnemu z uczniów nic się nie stało. Na koniec - prośba by nie przychodzić do szkoły ani nie dzwonić tylko czekać na kolejne wiadomości.

Zaalarmowana treścią, otworzyłam stronę internetową lokalnej stacji telewizyjnej.

Pierwsza wiadomość na ten temat zwaliłaby mnie z nóg, gdybym nie siedziała:

Na terenie szkoły są policja oraz karetki pogotowia, a świadkowie twierdzą, że słyszeli strzały. Przed szkołą, od frontu widać żółtą taśmę policyjną. Nic jeszcze nie wiadomo na temat ofiar.


Pół godziny od wydarzenia już nadawali na żywo. Choć chyba lepiej by było gdybym w ogóle tego dnia nie sprawdzała wiadomości i żyła sobie w nieświadomości.

Całe dwie godziny przyszło mi czekać na nieco mniej enigmatyczne obwieszczenie, i te dwie godziny, pełne domysłów i spekulacji, łatwe dla mnie nie były - mimo wielokrotnych zapewnień, i na stronie szkoły, i w wiadomościach, że żadnemu uczniowi nic się nie stało.

W końcu rzecznik policji wystąpiła przed kamerami i dowiedzieliśmy się nieco więcej: strzały padły, na zewnątrz budynku, wszyscy uczniowie i personel szkoły bezpieczni.

Coraz więcej szczegółów zaczęło docierać, odnośnie samego zdarzenia ale także i sytuacji w szkole, uczniów i nauczycieli. Dzieci zostały w szkole do końca dnia. Ponieważ przed głównym wejściem toczyło się dochodzenie i parking był zablokowany, zorganizowano punkt odbioru dzieci w pobliskim kościele.

Po rozmowach z Krzysiem oraz kilkoma innymi osobami muszę przyznać, że w tej kryzysowej sytuacji szkoła spisała się wzorcowo. Zapewne pomogły im szkolenia, które od kilku lat są przeprowadzane w szkole, oraz wcześniej uzgodniona współpraca z pobliskimi placówkami (kościół) na wypadek sytuacji kryzysowych.

Personel zareagował natychmiast, dzieci też spisały się na medal - przez pierwsze dwie godziny musiały siedzieć w absolutnej ciszy, i mimo, że to wbrew naturze nastolatków - zastosowały się, zachowując powagę w tej trudnej sytuacji. Mimo, że tak do końca nie wiedzieli, czy to kolejne ćwiczenia, czy rzeczywista potrzeba. Po dwóch godzinach, kiedy już policja dała przyzwolenie na poluzowanie środków bezpieczeństwa, nadal pozostali w klasach, ale mogli już rozmawiać a nauczyciele zaczęli puszczać im filmy.

Moje dziecko utknęło na pięć godzin w klasie z algebry, czyli z ośmioklasistami, w klasie najbardziej oddalonej od wejścia do szkoły. Powiedział mi, że słyszał tylko krzyki (małego dziecka) ale nie strzały. Nie wiedział, jak i inni uczniowie, co się dzieje, ale wszyscy bali się. Zachowali spokój i nikt nie panikował ani nie histeryzował. Co się działo w innych klasach, nie wie, ponieważ nie wolno nikomu było opuszczać klas lekcyjnych, jedynie za potrzebą oraz na obiad do szkolnej stołówki, na który poszli pod eskortą.


W końcu dowiedzieliśmy się wszyscy co nieco na temat samego zajścia.
W ten piątkowy poranek doszło w szkole do scysji na temat praw do opieki nad jednym z uczniów. Szkoła wezwała policję na pomoc. Policja przybyła i zaczęła wyprowadzać awanturującego się ojca na zewnątrz budynku. W trakcie tej czynności wydobył on broń, wywiązała się walka i policja go zastrzeliła - tuż przy drzwiach frontowych, ale już na zewnątrz. Zdarzenie miało miejsce podczas trzeciej lekcji, wszyscy uczniowie byli w klasach. Żaden uczeń ani pracownik szkoły nie został poszkodowany. (Fizycznie . . . )

A dzisiaj na stronie stacji telewizyjnej zaczęły się pojawiać komentarze robiące z zastrzelonego męczennika (ponieważ został zastrzelony przez policję) z całkowitym przemilczeniem faktu, że człowiek ten zamierzał wkroczyć z bronią w ręku do szkoły pełnej uczniów.  Strasznie mnie te komentarze zbulwersowały.

Podaję link do strony lokalnej stacji telewizyjne z kolejnymi aktualizacjami KLIK, z zastrzeżeniem, że nie wiem jak długo będzie aktywny.

Nie jestem w stanie pisać na temat strony emocjonalnej tego wydarzenia, uczuć i emocji nadal kłębiących się w głowie, i mojej, i moich dzieci, zwłaszcza syna.

czwartek, 10 stycznia 2019

Pierwsza robótka w roku 2019

Jak byliśmy na sankach, zwróciłam uwagę Krzysiowi, że ma czapkę tył do przodu. Okazało się, że założył ją tak celowo - "wyrósł" już ze swojej kriperowej czapki, więc nosi ją tak, żeby nie było widać motywu z Minecraft. Dodatkowo naciągnął na czapkę kaptur kurtki, ale było tak zimno, że ja też tak zrobiłam, i to wcale nie po to by ukryć swoją czapkę.

Żeby się dziecię nie męczyło (wszak niełatwo być nastolatkiem!) postanowiłam zrobić mu nową czapkę.


Dałam włóczki do wybrania, wypytałam o to jak ma wyglądać, podczas dziergania konsultowałam grubość każdego paska co do jednego okrążenia.


Czapka miała być gruba - no to jest.  Mam nadzieję, że będzie ją nosił i chronił głowę przed chłodem.


Garść informacji:
  • 86 gram nieoznakowanych włóczek z zapasów
  • druty 5 mm
  • 64 oczka, tubular cast-on + ściągacz podwójny
Pierwsza robótka roku 2019 ukończona! Jeszcze mam dwa zaległe udziergi ubiegłoroczne do pokazania, ale i na nie przyjdzie czas - już niedługo!

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Oj, nie spisała się w tym roku poczta . . .

Oj, nie spisała się w tym roku poczta! Niezależnie od kraju a nawet kontynentu - nawaliła!

W to, że kartka od Splocika została wysłana nie wątpiłam, ale poczta, po obu stronach Atlantyku, urządziła nam obu w tym roku test na cierpliwość i wiarę. Ja cierpliwie czekałam, Splocik już powoli traciła wiarę, że przesyłka dojdzie.

Doszły obie, i moja kartka do Splocika i przesyłka od Splocika do mnie, bo w kopercie, poza przestarannie ręcznie wykonaną kartką były jeszcze inne cudeńka. Może drobne rozmiarowo, ale ogromne pod względem wartości niemierzalnych wagą i centymetrem.


Zawieszki jeszcze sobie trochę powiszą na choince.


Zakładkę musiałam schować, bo by mi ją zaraz Emilia podebrała.


W kopercie były jeszcze notesiki dla moich dzieci, ale nie załapały się na sesję, zbyt szybko wywędrowały do pokoi moich wielce zadowolonych pociech.

Nie tylko poczta miała poślizg w tym sezonie świątecznym. Amarylis, który miał zakwitnąć na święta, zakwitł po, i właśnie teraz okrasza swym pięknem smutną refleksję, że czas wysypiania się, odpoczywania i niewiele-robienia właśnie się skończył.


Od dzisiaj wracamy do zwykłego trybu szkoła/praca. Dobrze, że i dzieci lubią swoje szkoły, i ja lubię swoją pracę!

piątek, 4 stycznia 2019

Sylwestrowy wyjazd na sanki

I tak, jak już wspomniałam, w sylwestrowy poranek wybraliśmy się na sanki. Dotarliśmy na miejsce na tyle wcześnie by załapać się na jedno z nielicznych już miejsc na parkingu - wielu innych rodziców wpadło na podobnie genialny pomysł wymęczenia swoich pociech.

widok ze szczytu górki

Na górce było dość tłoczno, ale jak zawsze, ruch w górę i dół sam się naturalnie regulował, podobnie samo zjeżdżanie - wszyscy grzecznie czekali aż poprzednik zjedzie, żeby na siebie na wzajem nie wpadać.


Dzieci natychmiast zabrały się za saneczkowanie, ale po jakimś czasie Emilia miała nieco dość, jej krótsze nóżki szybciej zmęczyły się wdrapywaniem na górkę, więc przez jakiś czas bawiłyśmy się u jej podnóża. Ktoś wcześniej wybudował śnieżny fort, Emilia usiłowała go nieco wzbogacić, ale że zimno było przeraźliwie to i śnieg się nie lepił. Za to pięknie skrzypiał pod butami - oj dawno nie słyszałam tego dźwięku!

maluchy dwa

Jak zawsze z bagażnika wywędrowała saperka bo przecież kopanie w śniegu to taka atrakcja! Emilka wykopała sobie dołek, wsadziła do niego tyłek i stwierdziła, że teraz jej tak ciepło!


Ja starałam się dreptać jak najwięcej, bo moje podobno ciepłe zimowe buty okazały się nie aż tak ciepłe, ale na szczęście miałam w samochodzie drugą parę wełnianych skarpet. Dzieci cały czas twierdziły, że im ciepło - rzeczywiście ręce miały ciepłe, nawet jak biegały bez rękawiczek, choć czapek nie ściągały. Krzyś na chwilę ściągnął ale po paru minutach sam włożył z powrotem. Szalika nie ściągnął ani na chwilę.


Po prawie trzech godzinach ściągnęłam Krzysia z górki, mimo że świetnie się bawił z nowo poznanymi kolegami, i poszliśmy na spacer do wodospadu. Obiecałam Emilii, że ją pociągnę na sankach, ale do wodospadu dzieci ciągnęły się nawzajem - na zmianę.

spacer do wodospadu Salt Creek Falls

Najpierw Krzyś gnał na złamanie karku ciągnąc Emilię, potem Emilia, w tempie ślimaczym, ciągnęła brata. Udawało jej się posuwać do przodu bo było z górki. Ja szłam stałym tempem i podczas kolejek Emilii najpierw się z nimi równałam, potem nieco wyprzedzałam. Radości i śmiechu było co niemiara, udzielały się też mijanym spacerowiczom.

W końcu dotarliśmy do wodospadu.

Salt Creek Falls, OR

Śniegu nie było zbyt wiele, więc można było podejść bezpiecznie do barierki.


Bywało, że śniegu napdało tyle, że górna część barierki sięgała jedynie do połowy łydki a wówczas strach było się do niej zbliżać - małe potknięcie i można było polecieć w przepaść, 100 metrów w dół. Emilia, mimo barierki, minę miała nietęgą kiedy pozowała do zdjęcia z tą przepaścią w tle - co i rusz się oglądała, czy aby nie stoi za blisko.

Podeszłam bliżej wodospadu i zrobiłam zdjęcie na tę samą barierkę - widać pionową ścianę poniżej. I tak jest do samego dna.


W drodze powrotnej trochę ciągnęłam Emilię, a nawet i Krzysia - w końcu obiecałam! Zjedliśmy, wypiliśmy ciepłą herbatę i dzieci wróciły na górkę. Do końca razem już zjeżdżali a bawili się tak dobrze, że niemal siłą musiałam ich zaganiać do samochodu. Udało się wyjechać o 3.45, już  jakiś czas po tym jak słońce schowało się za linią drzew.

W ciągu dnia, w promieniach słońca, śnieg na drodze roztopił się mimo niskiej temperatury, ale kiedy tylko słońce przestało operować, woda zaczęła zamarzać i bardzo się bałam jazdy po takiej ślizgawicy, w dół, z tymi przepaściami tuż za barierką. W porównaniu z ogromem gór te barierki wyglądają dość licho . . .
Niby drogi posypane żużlem, ale ryzykować nie chciałam.
Bez żadnych ekscesów dojechaliśmy do domu, tak wymęczeni, że jeszcze następnego dnia dochodziliśmy do siebie.

wtorek, 1 stycznia 2019

W drodze

Witajcie w Nowym Roku! Niech będzie dobry i piękny a pod wieczór każdego z jego 365 dni niech na waszych buźkach gości uśmiech!

Sylwester 2018 - w drodze na sanki

Rok 2019 przyszedł do nas mroźną choć bezśnieżną nocą, a jego pojawienia się nie zauważyłam aż do rana - pogrążona w głębokim smacznym śnie. Śnie tak mocnym, że nawet huk fajerwerków nie był w stanie mnie z niego wybudzić.
A spało się tak dobrze, i mi i dzieciom, ponieważ sylwestrowy dzień spędziliśmy szalejąc na sankach. Do zjazdów z górki doszedł jeszcze spacer do pobliskiego wodospadu, a potem jeszcze trochę z górki za pazurki, tak że po powrocie do domu cała nasza trójka ledwie zdołała doczołgać się do kanapy.

Sylwester 2018 - w drodze na sanki

Trochę pomógł nam gorący prysznic, ale tych sił na długo nie wystarczyło.
Krzyś strasznie chciał przywitać nowy rok o północy. Dla Emilii pora nie miała znaczenia, ważne było to, że będzie prawdziwy szampan tylko bez alkoholu (gazowany sok winogronowy.) Kompromis osiągnęliśmy dość szybko i wznieśliśmy toast noworoczny o północy czasu wschodnio-amerykańskiego (21.00 u nas.) Po każdym łyku szampana, przeszczęśliwa Emilia przybiegała obsypać mnie pocałunkami a tak promieniała radością, że postanowiłam serwować im tego szampana i z innych okazji, np. urodzin. Jeszcze przez godzinę pooglądaliśmy relację z zabawy w Nowym Yorku a potem udaliśmy się do łóżek. Tak mi się wydaje, że to ja odpłynęłam najszybciej.

Sylwester 2018 - w drodze na sanki

Ostatni poranek starego roku opatulił się i wszystko wokół gęstą mgłą, a brak słońca i mrok nastrajał dość ponuro, ale prognoza pogody zapowiadała bezchmurne niebo w górach. I rzeczywiście, 40 kilometrów od domu ujrzeliśmy błękit nieba, a zalesione pagórki opromienione porannym słońcem tak nas zachwyciły, że zatrzymałam się, by zatrzymać to piękno na nieco dłużej.

Na tym odcinku droga biegnie wzdłuż zbiornika zaporowego, w którym obecnie wody jest niewiele, raptem odrobina na samym dnie, ale jest ona tak czysta, że trzeba się dobrze przyjrzeć, by dostrzec linię oddzielającą brzeg zbiornika od odbicia. Pomiędzy zbiornikiem a szosą biegnie linia kolejowa - tory widać na pierwszym zdjęciu.

A o tym jak bawiliśmy się na sankach będzie następnym razem.

sobota, 29 grudnia 2018

Ostatni wpis w tym roku

Ponieważ koniec roku tuż tuż i to mój ostatni wpis w 2018 roku, niech więc będzie on wesoły. A co bawi Motylka, Hultajstwo i Kruszynkę? Kto niezmiennie rozczula, pociesza i swą obecnością przepędza wszelkie smutki? Ano Kicia nasza kochana! I to Kici właśnie wpis ten jest poświęcony.



W Boże Narodzenie wstąpili do nas na chwilę sąsiedzi. Sąsiad miał w kieszeni latarkę ze światełkiem laserowym i z rozmowy przeszliśmy na zabawę z Kicią. Goniła za tym światełkiem, aż postanowiłam uwiecznić tę zabawę. Teraz już wiem za czym muszę się obejrzeć, bo zwykłymi kocimi zabawkami nasz futrzak się nie interesuje.



Zawzięcie natomiast atakuje pilniczek do paznokci ilekroć go używam.

Kicia co i rusz wynajduje sobie nowe miejsca do drzemki. Wystarczy na chwilę ściągnąć koszyk z półki by natychmiast wpasowała się w opróżnione chwilowo miejsce:


Udaje jej się nawet wcisnąć za wysuniętą szufladę i wtedy muszę czekać z jej wsunięciem do czasu aż nasza Kitty zakończy kocie eksploracje wnętrza komódki. Najchętniej sypia jednak na papierze - otwartych książkach, dokumentach, zadaniu domowym, papierowych torbach, w kartonowych pudełkach. Ale ostatnio ucina sobie też drzemki na swoim kocim drzewku, które kupił dla niej jakiś czas temu Krzyś.

środa, 26 grudnia 2018

Poświątecznie

Święta minęły nam w tym roku wyjątkowo spokojnie, bez nerwów, stresu, urazów, żalu czy niespełnionych oczekiwań. Tak dobrych świąt nie przeżyłam od lat, chyba od czasu, kiedy śWięta spędzaliśmy z mamą i bratem w domu rodzinnym.

Dzieci zdumiały mnie w Wigilijny poranek niepomiernie. Kiedy już wstały, a spały bardzo długo, oznajmiłam im, że mają posprzątać swoje pokoje a ze zmianą pościeli to im pomogę. Posprzątały, bez nagabywania, bez przypominania, bez ostrzegania o karze, tak same z siebie. W ciągu godziny pokoje aż lśniły, pościel została zmieniona, poodkurzałam (podłogi umyłam, kiedy dzieci jeszcze spały) i do południa było po sprawie - jeszcze nigdy tak szybko się nie uwinęliśmy!

Wigilię spędzaliśmy u znajomych - swój przydział kulinarny miałam już gotowy, więc z niczym spieszyć już się nie musiałam. Do domu wróciliśmy późno, bo świętowało nam się wspaniale. Prezentów otwieranie odbyło się dopiero w niedzielę po kościele - zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. A jak już prezenty zostały odpakowane, to niektóre trzeba było poskładać by można było je użytkować.


A jak zaczęliśmy składać, to się zrobiło popołudnie i zamiast świątecznego obiadu jedliśmy niedzielne resztki. Dzieciom to nie przeszkadzało - Krzysiek nie mógł się doczekać aż ostatnia śrubka w jego prezencie zostanie dokręcona i będzie mógł już ćwiczyć rzuty do kosza.


Trochę zabawy z tym składaniem było, a potem jeszcze trzeba było wyrównać teren i nasypać piasku do podstawy, by całość stała stabilnie. Emilii udzieliło się podekscytowanie brata.


Podstawowe narzędzia były dołączone. W kwestii pozostałych potrzebnych ewentualnie narzędzi problem został z góry rozwiązany - pod choinkę dostałam od sąsiadów wspaniały zestaw narzędzi i teraz moje możliwości samodzielnego usuwania usterek i napraw w domu znacznie się poszerzyły (do przedwczoraj posiadałam jedynie młotek, śrubokręt płaski i krzyżak.)


Nie pamiętam już kiedy prezent sprawił mi tyle radości co ten zestaw narzędzi! Z pewnością nie ucieszyłabym się tak z biżuterii - nawet z najdroższymi diamentami!

Emilia przez cały czas biegała w pobliżu i radość nie dała jej ustać spokojnie w miejscu - źródełko tego szczęścia trysnęło z jednej z paczuszek pod choinką w postaci upragnionego i wyczekanego Hatchimalsa.



Kiedy już zaczął zapadać zmrok, zabawa z zewnątrz przeniosła się do domu. Zamiast w koszykówkę, dzieci grały w warcaby, które Emilia dostała w prezencie od sąsiadów.


Aż się zdziwiłam, że nie umknęły do swoich pokoi z tabletami/komputerami a tak zgodnie bawiły się po staroświecku. Nawet telewizji nie włączyliśmy w Boże Narodzenie! Za to słuchaliśmy muzyki z płyt. I jeszcze trochę posiedzieliśmy razem czytając - to kolejna analogia do świąt zapamiętanych z dzieciństwa, kiedy tak sobie razem siedzieliśmy w ciszy po gwarnym świętowaniu i czytaliśmy.

Kicia też dostała swój prezent -  kocie łakocie, za którymi przepada, a kiedy dzieci grały, ucięła sobie drzemkę w pobliżu.


Dzisiaj wprawdzie już po amerykańskich świętach, w telewizji podają informacje gdzie można oddać niepotrzebne już choinki (ciekawe jak szybko tutaj zapomina się o 12 dniach świąt z kolędy "Twelve Days of Christmas"!) ale ja mam urlop i dzisiaj i jutro, więc nastrój świąteczny u nas trwa.