Drugiego dnia długiego weekendu obudziłam dziewczyny około dziewiątej rano. Trochę potrwało zanim rozbudziły się na tyle, żeby wygrzebać się z łóżka, ale kiedy to już nastąpiło, przygotowały pyszne śniadanko.
Ja wprawdzie zjadłam dużo wcześniej ale nie odmówiłam sobie na deser gofra z truskawkami polanego słodkim skondensowanym mlekiem.
Po śniadaniu wyruszyłyśmy na wycieczkę. 10 minut jazdy i zaparkowałam u podnóża Cape Perpetua na dość sporym parkingu, z którego zaczyna się kilka tras. Na ten dzień miałam zaplanowany szlak Cooks Ridge and Gwynn Creek Trail, na który miałam ochotę już od dawna.
Według opisu pokonanie trasy zajmuje przeważnie 3-4 godziny a ponieważ z domu jedzie się tam przynajmniej 1.5 godziny a nastolatki nie bardzo chcą wstawać rano w wolne od szkoły dni, musiałam sobie zaplanować nocowanie w pobliżu albo samotną wycieczkę. Sama zawsze mogę się tam wybrać ale póki dziecko chce ze mną wędrować, korzystam z okazji.
W długi weekend spodziewałam się zagęszczenia na szlaku, zwłaszcza w turystycznej okolicy ale moje przewidywania nie sprawdziły się. Dopiero w trzeciej godzinie minęliśmy grupę maszerującą w przeciwnym kierunku a pod sam koniec, jeszcze jedną parę. I to tyle, w sumie 6 osób przez ponad trzy godziny na trasie liczącej 11 kilometrów.
Ścieżka prowadzi przez piękny las, najpierw północną stroną grzbietu górskiego - nieco zacienioną, tajemniczą, a w drodze powrotnej, stroną południową - nasłonecznioną, rozświetloną, poprzecinaną licznymi strumykami. Las co i rusz nieco inny, cały czas jednakowo piękny.
Ostatni odcinek trasy prowadzi wzdłuż linii oceanu, ale niestety tuż ponad szosą krajową US-101 i słychać ruch samochodowy. Ale za to można podziwiać widoki o ile pogoda pozwoli.
Kiedy dotarłyśmy do tego punktu akurat się zachmurzyło i strasznie wiało więc nie zatrzymywałyśmy się, a że nogi już nas bardzo bolały, gnałyśmy jak nam obolałe stopy pozwalały do samochodu.
11 kilometrów pokonałyśmy w 3 godziny i 15 minut ale przyznam, dała nam ta trasa popalić. Nie tylko ja byłam obolała (i to przez kilka dni), trzynastoletnie Emilia i Karina też. Po powrocie na kwaterę padłyśmy na łóżka bez sił i nawet jeść nam się za bardzo nie chciało.
Po godzinie, kiedy ja już nieco doszłam do siebie, wyciągnęłam dziewczyny spod koców na pobliską plażę, do której miałyśmy 10 minut na nogach. Pogoda była cudowna, słoneczna, ciepło, co nie zdarza się za często na oregońskim wybrzeżu. Najpierw jeszcze nieco osowiałe, im bliżej wody, tym więcej energii przejawiały dziewczyny, a kiedy doszłyśmy na plażę tylko ja zaległam na kocu z książką. Dziewczyny nie usiadły ani na chwilę i znowu przegnały nas dopiero przypływ i głód (bardziej przypływ niż głód).
Ponieważ Emilia wskoczyła do wody, zanim poszłyśmy na obiadokolację wzięła jeszcze prysznic. Trochę nam więc zeszło i w końcu nie mogłyśmy za długo delektować się posiłkiem o ile chciałyśmy zdążyć na zachód słońca. A szkoda, bo akurat tego dnia mieli wieczór karaoke i wprawdzie żadna z nas nie miała ochoty występować to jednak miło słuchało się popisów innych, całkiem nieźle śpiewali.
Zachód słońca był taki sobie, a raczej go nie było z powodu pasma chmur tuż nad samym horyzontem.
Dzień wcześniej można było podziwiać słońce znikające na horyzoncie ale dziewczynom nie chciało się wychodzić z pokoju i stwierdziły, że obejrzymy zachód słońca "jutro". Może zapamiętają, że w kontekście zachodów słońca jutra może czasem nie być.
Przewiało nas straszliwie, kilka godzin wcześnie biegałyśmy po plaży w krótkich spodenkach, a wieczorem żałowałam, że nie mam zimowej kurtki, czapki, szalika i rękawiczek. Miałyśmy tylko jeden koc, którym osłaniałyśmy się od wiatru.
Mimo to był to wspaniały, pełen wrażeń, bardzo dobrze spędzony dzień, najbardziej udany podczas tego wyjazdu. Wprawdzie okazało się, że moje schodzone kilkuletnie buty wycieczkowe, które przeprowadziły mnie przez tyle kilometrów po szlakach w Oregonie, Waszyngtonie i Kalifornii, muszą odejść na emeryturę ponieważ nie daję rady już w nich chodzić, ale za to nowe, ortopedyczne buty dotarły w ciągu tygodnia i już je nawet wypróbowałam. Dwukrotnie.








