Nie planowałam wizyty w Muzeum Lake Quinault ale gdzieś trzeba było przeczekać ulewę.
Muzeum jest prowadzone przez wolontariuszy, po wejściu przywitała nas drobna osóbka mocno po osiemdziesiątce. Kiedy ja z nią rozmawiałam, Emilia dopadła instrument przypominający pianino, ale przyciskanie klawiszy nie dawało żadnych dźwięków. Pani wskazała na inny instrument w przeciwnym rogu pomieszczenia i stwierdziła, że tamto pianino działa i Emilia może sobie na nim pograć. I moja córka, która od prawie dwóch lat już nie chodzi na lekcje gry na pianinie, usiadła przy instrumencie i zagrała z pamięci co tam ostatnio grała w domu.
Potem zwiedziłyśmy muzeum, niewielkie, ale dość ciekawe.
Eksponaty najbardziej przyciągające uwagę na parterze to dwie łodzie wyścigowe Indian Ameryki Północnej o długości ponad sześciu metrów: “Hoquat” i “Quinault”. Właścicielami łodzi jest rodzina James udostępniająca je muzeum. W tym samym pomieszczeniu znajduje się sporo innych eksponatów z życia Indian zamieszkujących dawniej te tereny, np. kosze indiańskie różnej wielkości.
W pokoju od tyłu, replika kuchni sprzed lat. Duża, czarna kuchenka, lodowa skrzynka, stara pralka i szafka.
Moją uwagę zwróciła wystawa łyżeczek z różnych stron świata, a wśród nich ta jedna z orłem i nazwą kraju, POLAND.
Kąt przy schodach prowadzących na piętro poświęcony jest historii wycinki drzew, która stanowiła źródło utrzymania dla małych społeczności otaczających obszar jeziora Quinault: makieta, zdjęcia, narzędzia.
W muzeum poświęcono też miejsce na ekspozycję zdjęć, mundurów i medali weteranów lokalnych społeczności. W jednej z gablot wystawiona jest suknia ślubna zrobiona z materiału spadochronu, nieco pożółkła po latach.
Roboty ręczne, tkactwo, szydełkowanie, robienie na drutach, szycie, haft zajmują sporo miejsca na piętrze. Obok sukienek z przeszłości (kilka z nich ozdobionych ręcznym haftem) stoją zdjęcia modelek prezentujących owe suknie. W tym samym pomieszczeniu znajdują się także działająca maszyna do szycia Singer, krosno stołowe i zabytkowa maszyna dziewiarska.
Także na poddaszu - pokój dziecięcy, z ręcznie wykonanymi dekady temu zabawkami, ubrankami, meblami.
No i jeszcze pomieszczenie z narzędziami rolniczymi z przeszłości - szczypce do siana, siodła juczne, latarnie naftowe, kamienie szlifierskie i wiele innych.
Kiedy zeszłyśmy na parter, Emilia ponownie zasiadła do pianina. Okazało się, że pamięta fragment jeszcze jednego utworu. Na pianinie leżały nuty, pani wolontariuszka wybrała ze sterty jeden utwór i dała Emilii do zagrania. Mimo że w tym momencie w muzeum było już dość sporo zwiedzających (nie tylko nam przyszło do głowy przeczekać deszcz w gościnnych progach muzeum), Emilii wcale nie przeszkadzało, że tyle osób przysłuchuje się kiedy ona usiłuje zagrać nieznany sobie utwór. A może to głowa jelenia (?) z porożem dodała jej odwagi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz