Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sutton, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania sutton, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 sierpnia 2021

Sutton Creek Trail

Rok temu wyruszyliśmy szlakiem Sutton Creek Trail zupełnie nieprzygotowani, bez jedzenia, jedynie z kilkoma snakami. Ponieważ piesza wycieczka połączona została z kilkugodzinnym pobytem na plaży, na kemping wróciliśmy wygłodniali i niemal słaniając się na nogach. (Relacja z tamtego dnia tutaj.) 

Sutton Creek

W tym roku przygotowaliśmy się lepiej, zabraliśmy kanapki i sporo wody, zakładając, że posiedzimy dłużej na plaży. Pogoda dała nam prztyczka w nos — nad oceanem wiał porywisty wiatr, a pas przybrzeżny przykrywała gęsta warstwa chmur. Nie pchaliśmy się przez wydmy, ale znaleźliśmy sobie przytulne miejsce nad potokiem, w miarę osłonięci od wiatru i na granicy nisko zalegających chmur. 

Sutton Creek


To była chyba dobra decyzja, bo kiedy w drodze powrotnej maszerowaliśmy odcinkiem trasy najbliżej oceanu, nawet w nadmorskim lesie wiało tak, że niemal zwalało nas z nóg! 

Sutton Creek Trail


Bardzo podoba mi się ta trasa. Prowadzi przez niezbyt gęsty las, blisko oceanu, ale wędruje się głównie po igliwiu, tylko krótki odcinek prowadzi po piasku, więc spacer jest przyjemny i niezbyt męczący.

Sutton Creek Trail & Alder Dunes Day Use Trail

W połowie trasy, tam, gdzie schodzą się pętle "ósemki", przerzucono nad potokiem mostek — to zawsze spora atrakcja. Tego mostu dzieci nie próbowały kołysać! 

Naniosłam trasę tego szlaku na mapkę z trasą z dnia poprzedniego, żeby pokazać lokalizację obu tras względem siebie. Widać, że oba szlaki zazębiają się na krótkim odcinku. Dzieci natychmiast to zauważyły. Dodatkowo oba szlaki zahaczają o drzewo z liną i wydmę idealną do zbiegania.



wtorek, 18 sierpnia 2020

Sutton Creek Trail

Plan był taki, by rano przespacerować się szlakiem Sutton Creek Trail, a po obiedzie wybrać się na plażę.


Na szlak wyruszyliśmy zgodnie z planem. Mimo bliskości oceanu i wydm, prowadzi on nadmorskim lasem, ścieżka jest zacieniona, a drzewa osłaniają przed wiatrem. (Przez cały nasz pobyt bardzo wiało.) Po godzinie dotarliśmy do miejsca, z którego odbija ścieżka na punkt widokowy Holman Vista.


Z drewnianego pomostu roztaczają się wspaniałe widoki na okolicę; oceanu jednak dostrzec nie można - przsłaniają go dość wysokie wdymy.


Z tarasu widać potok Sutton Creek więc postanowiliśmy zboczyć nieco ze szlaku i sprawdzić czy uda nam się przeprawić przeprawić przez wodę i dojść do oceanu. Poza mną, wszyscy uczestnicy wyprawy przeszli na drugą stronę potoku po pniu zwalonego drzewa.


Ja przeprawiłam się wpław, a w zasadzie przeszłam, brodząc w wodzie nie sięgającej kolan.

Szlak został niemal całkowicie zagarnięty przez wydmy, chość wystają z nich jeszcze słupki z niebieskimi rombami oznaczające trasę. Po krótkim marszu i męczącej wspinaczce na szczyt wydmy, dotarliśmy na plażę Baker Beach.


Dzieci natychmiast pognały na dół, ale ja pozostałam na górze - nie wiem czy dałabym radę wdrapać się z powrotem na tę wydmę!


Jak okiem sięgnąć, poza nami, nie było nikogo. Całe wydmy i plażę mieliśmy dla siebie.

Dzieci natychmiast zorganizowały sobie zabawę - budowały konstrukcje z kawałków drewna wyrzuconych na brzeg, zbierały muszle, zbiegały z wydmu lub turlały się po nich.


Ja chłonęłam piękno, majestat, ale i spokój otoczenia.


Trchę zabawiliśmy tam, ale że nie mieliśmy ze sobą prowiantu na cały dzień a jedynie na przdpołudniowy spacer, trzeba było pomyśleć o powrocie.
Przez wydmy, przey rzeczkę, wróciliśmy na szlak, nie gubiąc żadnego z sześciorga dzieciaków.


Byliśmy wszyscy mocno zmęczeni, ale nie mieliśmy innego wyjścia jak przczłapać resztę trasy (około godziny) do kempingu. Po powrocie Emilia padła na koc, Krzyś zaległ w hamaku. Trochę potrwało zanim odzyskaliśmy siły, ale też sporo przeszlimy tego dnia - sam szlak to 9 kilometrów a do tego jeszcze całe to bieganie po wydmach! Wieczorem nikt nie miał problemów z zasypianiem...


Na ten wyjazd pod namiot wybrała się z nami rodzina najlepszej koleżanki Emilii - obie dziewczynki były przeszczęśliwe, że w końcu mogły ze sobą spędzić tyle czasu.  Jeszcze nigdy z tą rodziną nie byliśmy dalej niż nad lokalną rzeką, ale muszę przyznać, że wyjazd udał nam się bardzo, i obie rodziny zgodne są co do tego, że musimy jeszcze się gdzieś razem wybrać. Dodam jeszcze, że Maria i Felippe pochodzą z Meksyku, więc posługują się językiem hiszpański, ja rozmawiam z dziećmi po polsku, a między sobą posługiwaliśmy się językiem angielskim. Pod względem lingwistycznym było więc bogato - i zabawnie.

sobota, 15 sierpnia 2020

Na pochyłe drzewo

Nad ocean wybraliśmy się na kemping Sutton Creek Campground.

Przez lata unikałam tego miejsca ponieważ, po poprzedniej tam bytności, pozostały mi niezbyt miłe wspomnienia. Ale kiedy dzieci zapragnęły pojechać nad ocean zabrałam się za poszukiwania jakiegoś miejsca i miałam nielada problem by coś znaleźć - albo wszystko było już zarezerwowane, albo wolne miejsca były na kempingu na który wybieramy się na początku września, albo kemping usytuowany był zbyt blisko ruchliwej szosy. I tym oto sposobem stanęło na Sutton Creek. Na dodatek było tylko jedno wolne miejsce w terminie przypadającym na nasz wyjazd, A13, które we końcu zarezerwowałam.

Po przyjeździe nie byłam tym miejscem zachwycona - zbyt otwarte, bez żadnej prywatności, ale temu dało się szybko zaradzić. Wystarczyło odpowiednio zaparkować samochody by przejęły rolę parkanu chroniącego nieco przed wścibskimi spojrzeniami ciekawskich.

Po rozbiciu namiotu, w oczekiwaniu na znajomych, którzy mieli do nas dołączyć dopiero wieczorem, udaliśmy się na mały rekonesans. Obeszliśmy pętlę A (tę, gdzie obozowaliśmy, w sumie jest ich cztery, A-D) i nawet udało mi się zidentyfikować miejsce sprzed kilku lat. A kiedy zaczęliśmy obchód pętli B  natknęliśmy się na szlak, więc porzuciliśmy zwiedzanie kempingu i ruszyliśmy sprawdzić dokąd ścieżka nas zaprowadzi.


Przez mostek, przez lasek, wzdłuż potoku - dotarliśmy do wydm, które ciągną się szerokim pasem wzdłuż wybrzeża.

Nad ścieżką - pochylone drzewo, na które ktoś kiedyś wdrapał się i zawiesił linę.
I właśnie ta lina odczarowała moje przykre wspomnienia sprzed lat i sprawiła, że spojrzałam na miejsce nieco cieplej.



Spędziliśmy w tym miejscu sporo czasu, i pierwszego, i ostatniego dnia.



Dzieci (w sumie sześcioro) po kolei bujały się na linie a Krzysio nawet wspinał się po niej.


Po bujaniu się na linie i wspinaniu na drzewo przyszła kolej na skoki. 


Na szczęście nikt nie zrobił sobie krzywdy.

Jeszcze kilka metrów w górę i docierało się na szczyt ogromnej wydmy, z której dzieciaki zbiegały w dół.


Wspinaczka w górę mozolna i wyczerpująca, ale nie dla młodocianych! Wiadomo że dzieciaki dysponują niemal niespożytymi zasobami energii - miały okazję nieco się jej pozbyć, ale musiałyby chyba cały dzień tak biegać po wydmach żeby się naprawdę zmęczyć.


Krzyś potraktował chodzenie po wydmach jako zaprawę przed wyprawą w góry na Diamond Peak. (KLIK, KLIK)

c.d.n

sobota, 7 września 2013

Koniec lata pod namiotem

Wakacje zakończyliśmy jeszcze jednym wyjazdem pod namiot.
Razem z polskimi znajomymi wybraliśmy się na kemping na wybrzeżu Sutton Campground. Do plaży było wprawdzie dość daleko (ponad 3 km), ale to oddalenie od wody przekładało się na wyższą temperaturę powietrza w dzień i w nocy. (Tutaj można sobie obejrzeć jak wygląda Sutton Campground.)

Tym razem pojechaliśmy tylko na dwa dni, choć cała reszta towarzystwa biwakowała o jeden dzień dłużej.

Pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe, Krzyś został "sprzedany" - znajomi szli na długi spacer nad ocean i zabrali ze sobą nasze dziecko. Mąż dokończył rozbijać namiot, a wtedy położyłam Emilię spać i mogłam się nacieszyć ciszą, spokojem, i pięknem otaczającej nas przyrody.

Krzysia długi spacer i zabawa na wydmach zmęczyły, ale i poprawiły mu apetyt. Siły mu wróciły bardzo szybko, i wraz z innymi dziećmi zaczął biegać i wrzeszczeć - jednym słowem szaleć na całego. Mąż coś tam go upominał, ale zwróciłam mu uwagę, że to bardzo stosowne miejsce i czas na tego typu zabawę. Gdzieś się te dzieciaki muszą wyszaleć, prawda? No to gdzie, jak nie w lesie?


Wieczorem było też ognisko, pieczone kiełbaski, ziemniaki, i do tego odpowiednie polewki.

W nocy Emilia dała taki koncert, że wszystkich obudziła - mocny akcent na koniec sezonu. Poza tym i ona bawiła się doskonale.


Drugiego dnia, w drodze powrotnej, zatrzymaliśmy się na plaży. Było wyjątkowo ciepło jak na ten zakątek Ameryki Północnej. Tak ciepło, że pozwoliłam Emilii taplać się w wodzie, z czego z rozkoszą skorzystała. A potem wytarzała się w piasku. I tę sekwencję powtórzyła kilkakrotnie. Niestety aparat zostawiłam w samochodzie, czego do tej pory żałuję, bo i Emilia i Krzyś tak wspaniale się bawili, tak radośnie, że żal, że nie zostało to uwiecznione. Trudno.

W tym roku koniec już z wyjazdami pod namiot. Trzy razy z rocznym dzieckiem to wystarczająco dużo. Sprzęt wyczyszczony i schowany na stryszku, gdzie poczeka do przyszłego sezonu. Nam zostają wspomnienia i może jeszcze jakieś ognisko na rozgrzanie jesiennych dni. 

niedziela, 1 sierpnia 2021

Na wydmach

Na kolejny wyjazd pod namiot udaliśmy się nad ocean, w to samo miejsce, gdzie byliśmy pod koniec maja (relacje z poprzednich pobytów na Sutton Creek Campground ), ale ty m razem czas spędzaliśmy nieco inaczej. Też trochę pochodziliśmy, ale po szlakach, do których wystarczy się przespacerować, samochód więc stał nieużywany do dnia wyjazdu. 
Jak tylko ustawiliśmy namiot, zaraz odwiedziliśmy ulubione drzewo z liną, a właściwie z dwiema linami. 



Do jednej nadal przyczepiona jest deska i deska ta służy bardziej za huśtawkę, kilka metrów dalej (ale nadal na tym samym drzewie) ktoś zamocował nową, grubą linę i nie tylko moje dzieci miały używanie! Na linie można się bujać, linę można też rozbujać, by sprawdzić, jak wysoko sama pofrunie. Krzyśkowi udało się nią owinąć pień drzewa, na którym lina jest zawieszona, więc potem wchodził na to drzewo, by linę odplątać. 



Tuż obok znajduje się idealna wydma do zbiegania. Sztuką jest, by zbiec jak najszybciej na sam dół i się nie przewrócić. 



Dzieci moje dokonały tej sztuki po wielokroć. Jak się tak wyhasały po wydmach, to apetyt im dopisywał. Wieczorem wcinały smażone nad ogniskiem kiełbaski i pieczone w popiele ziemniaki. Najprawdopodobniej były to ostatnie w tym sezonie ogniska, ponieważ w związku z suszą i ogromnym zagrożeniem pożarami, na coraz większych obszarach lasów wprowadzane są zakazy palenia ognisk, obejmujące także wyznaczone miejsca na kempingach. 



Aby nacieszyć się ogniem na zapas, ognisko rozpalaliśmy też i rano, a co za tym idzie, kiełbaski wcinaliśmy także na śniadanie. 

Kemping nie leży nad samym oceanem, do którego jest jeszcze w linii prostej jakieś 3 kilometry. Tym razem zachód słońca postanowiliśmy obejrzeć na wydmach. Słońce zachodziło za chmurami, które wyglądały jak woda. 



Wiatr hulał przeraźliwie, a nie był za ciepły, więc się zaziębiłam. A dzieci, nie.

środa, 4 sierpnia 2021

Alder Dunes Day Use Trail

Kilka godzin oczekiwania na przyjazd znajomych, którzy mieli do nas dołączyć wieczorem, wykorzystaliśmy na spacer. W niewielkiej odległości od pola namiotowego, na którym się rozbiliśmy, jest inny obiekt, Alder Dune Campground, i to właśnie do niego powędrowaliśmy przez wydmy i nadmorski lasek, szlakiem Alder Dunes Day Use Trail.


Najpierw trzeba przejść przez mostek nad potokiem Sutton Creek. Most jest drewniany, a nagrzane słońcem deski roztaczają charakterystyczny zapach. 

A moje dzieci wymyśliły sobie, że ten most rozbujają, i nawet im się to do pewnego stopnia udało. W pewnym momencie przegoniłam ich z mostu, ponieważ zaczęłam się obawiać skutków tej zabawy — i dla dzieci i dla samego mostu!


Kolejna atrakcja na trasie to lina — na mapie zaznaczona gwiazdką. A potem to już same nudy, nic tylko przebieranie noga za nogą, głównie po wydmach, tylko od czasu do czasu po igliwiu. 


Spacer może i niezbyt odległy, ale z racji piaszczystego podłoża, dość męczący. W dodatku akurat mocno przygrzało słońce i zrobiło się bardzo ciepło, a Emilia cierpiała właśnie na katar. Akurat tego dnia miała ten katar najgorszy i dość jej doskwierał. Za to następnego dnia już jej niemal wcale nie dolegał. 


Upał, katar Emilii, przedzieranie się przez wydmy, to wszystko sprawiło, że po dotarciu nad oczko wodne przy Alder Dune Campground, odechciało nam się dodatkowych eksploracji i wróciliśmy dokładnie tą samą trasą, choć, wracając, wydała nam się ona krótsza. Dużo po drodze często odpoczywaliśmy, nie przepuściliśmy żadnej ławce!