niedziela, 29 września 2024

Wycieczka rowerowa

Wybrałyśmy się z Emilią na przejażdżkę rowerową. 

To Emilia mnie wyciągnęła. Nie jeździłam na rowerze od kilku lat, ale tej umiejętności akurat się nie zapomina. 

Ponieważ aktualnie nie posiadam własnego roweru, pojechałam na Krzyśkowym. Kask też musiałam sobie pożyczyć od dzieci, bo mój gdzieś się zapodział. Kilka lat temu sprawiłam sobie na żądanie Emilii piękny biały kask rowerowy, ale nie udało nam się go znaleźć w garażu. 

Przejażdżka była nader udana. Niedaleko domu jest taka jedna ścieżka rowerowa, która doprowadziła nas do pobliskiej ostoi dzikiej przyrody, Meadowlark Praire. Betonową dróżką, wyniesioną ponad łąki zalewowe i moczary, można spacerować albo jechać na rowerze. Pieski tylko na smyczy. 

W tamtą stronę jechałyśmy pod wiatr. Przysiadłyśmy na ławeczce, aby nieco odpocząć a przy okazji zrobiłyśmy kilka zdjęć. 


Z powrotem, mając wiatr w plecy, jechało się szybciej, łatwiej, i przyjemniej. 

Pięknie spędzony czas z córką. Obu nam się podobało, więc jak tylko pogoda będzie dopisywała, to będziemy się wypuszczać na podobne wypady rowerowe.

niedziela, 22 września 2024

Nowa lampa, nowe zasłony

Odmalowałam ostatnio swoją sypialnię. Przy okazji wymieniłam lampę, która została jeszcze po poprzednich właścicielach, a która nigdy mi się nie podobała – straszne paskudztwo! 


Trochę się namęczyłam ze zdemontowaniem, ale poradziłam sobie sama. 

Przy zamontowaniu nowej musiałam poprosić o wsparcie sąsiada. Nowa lampa miała drucik uziemienia, ale w suficie nie było odpowiednika, do którego tenże drucik należałoby podłączyć. Podobno w starych domach tak jest, dawniej nie dbano o uziemienie. Sąsiad doradził jak rozwiązać problem uziemienia. 

Potem okazało się, że śruby od kompletu są za grube do umocowania w suficie. Na szczęście mam w garażu pojemnik z różnymi śrubkami i udało się znaleźć pasujące zamienniki. Lampa została zainstalowana.


Lampa ma możliwość regulowania światła – od typowo neonowego po bardziej naturalne, ma też możliwość przyciemniania no i oczywiście ma wmontowany wiatrak. A do tego jest dość ładna.

Drugą dość sporą zmianą była wymiana zasłon. Stare miały już prawie 19 lat i od zawsze stanowiły rozwiązanie tymczasowe – ot materiał zaobrębiony i zawieszony. Opatrzyły mi się już bardzo dawno temu, ale nie mogłam się zdecydować na kolor nowych. Zdjęłam te stare zasłony przed malowaniem i natychmiast się ich pozbyłam, żeby już ich nie zawiesić ponownie po malowaniu. 

Kiedy opróżniałam szafę, natknęłam się na materiał kupiony na wyprzedaży garażowej. Podobał mi się wówczas, podoba mi się nadal. 


Niezbyt duży kawałek lnu, zdecydowanie nienadający się na odzież. Wystarczyło na zasłony, ale tak na styk. Mocowanie zasłon musiałam dosztukować z innego materiału. 

Przejrzałam półkę z różnościami i wygrzebałam stary obrus, w którym wiewiórki wygryzły kilka dziurek, kiedy obrus został na stole na tarasie. Mimo że mocno sprany, oryginalny wzór w szeroką kratę bardzo mi pomógł w przycinaniu i zszywaniu pasków, z których zrobiłam mocowanie zasłon – nie wiem, jak się fachowo określa to, w co wsuwa się drążki karnisza. 


Udało mi się uszyć zasłony tak, że obie części mają taką samą długość – to dość spore osiągnięcie jak na mnie. Jestem z siebie zadowolona, a nowa oprawa okna bardzo mi się podoba. 




Zasłony zgłaszam do zabawy u Renaty Coś Prostego – we wrześniu tematem przewodnim jest recykling. Stary obrus przerobiony na akcesoria do zasłon plus materiał, którego ktoś inny nie chciał – mam nadzieję, że się wpisze w temat zabawy.



niedziela, 15 września 2024

Swing Hill i pomidory

Trochę zmian u mnie ostatnio i jeszcze więcej stresów — a to wszystko w związku z pracą. Zanim zabiorę się za pisanie na ten temat, muszę nabrać dystansu. 

Dzisiaj, w ramach relaksu, oderwania od jakichkolwiek obowiązków, wybrałyśmy się z Emilią na spacer. Niezbyt długi, w sumie godzinka przebierania nogami, tyle że chociaż wdrapałyśmy się na niewielki pagórek Swing Hill. Pagórek z huśtawką odwiedzamy co jakiś czas, to jedno z ulubionych miejsc moich dzieci w nieco dalszej okolicy. 




Po powrocie czekały na mnie przetwory — pomidory i śliwki węgierki. 
W kwestii przetworów docieram do mety. Jabłka, czarny bez, i aronia — wszystko co zebrane w ogródku — zagospodarowane. Jedynie pomidory i śliwki mam jeszcze w takiej ilości, że zdecydowanie za dużo do zjedzenia na bieżąco. Winogrona, papryka, fasolka szparagowa — jeszcze są, ale już niewiele.

czwartek, 5 września 2024

🍂 Jesienna dekoracja

Początek września przyniósł nam falę upałów. Poranki są dość przyjemne, ale popołudniami jedziemy na klimatyzacji, bo jednak za ciepło. 

Ponieważ nieubłaganie nadciąga jesień, a nadarzyła się okazja tematycznych zakupów, choć jeszcze liście na drzewach zielone, zrobiłam sobie ozdobny jesienny stożek, który ustawiłam przy drzwiach wejściowych. 

Odwróciłam do góry nogami podpórkę do pomidorów (w kształcie stożka), druty, które wbija się do ziemi, zebrałam gumką. Taki stojak oplątałam jesiennymi girlandami, które kupiłam na kweście na rzecz szkoły. 

Myślałam, że wystarczy mi tych girland na dwa takie stożki, ale okazuje się, że jednak powierzchnia do zakrycia spora i wystarczyło tylko na jeden i to nie do końca. Niezakryte dziury zasłoniłam przypinanymi sztucznymi kwiatami słonecznika, a stronę od ściany zostawiłam taką nieco dziurawą, bo i tak nie widać. 

Ozdobę tę wykonałam kilka dni temu, kiedy jeszcze lato było w pełni, bo akurat miałam czas i ochotę. Emilia wytknęła mi tę rozbieżność z porą roku, ale stwierdziłam, że jeszcze dwa tygodnie i natura dostosuje się do mojej dekoracji — dzisiaj wypatrzyłam pierwsze żółte liście na czereśni. 

Jesienny stożek zgłaszam do zabawy u Splocika Małe Dekoracje, mimo że sama dekoracja nie taka znowu mała. 

🍂

piątek, 30 sierpnia 2024

Siódma klasa

Kolejny rok szkolny. 

Siódmą klasę Emilia zaczyna w nowiusieńkim, oddanym do użytku 27 sierpnia budynku. Wybrałyśmy się na uroczystość otwarcia, po której obejrzałyśmy sobie szkołę. 



Emilia odebrała plan lekcji, przywitała się z nauczycielami (w większości nowymi), sprawdziła swoją szafkę, zapozowała do szkolnego zdjęcia, i nadrobiła zaległości towarzyskie. 

Nowa szkoła jest śliczna — wysokie, przestronne, dobrze oświetlone sale lekcyjne, piękne duże sale gimnastyczne, biblioteka, stołówka, osobna sala dla orkiestry i chóru, Góry Kaskadowe wymalowane na ścianach. Do tego zadbano o system bezpieczeństwa. Szkoła ma też klimatyzację ku radości i uczniów i personelu.





Emilia gotowa do rozpoczęcia nauki — ma nawet nowy plecak! Wybrany spośród przynajmniej setki plecaków oglądanych w pięciu różnych sklepach. Segregator, przybory do pisania — wszystko spakowane, czeka na pierwszy dzień szkoły.

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Czereśnie w alkoholu

Czereśnie dojrzewają wszystkie na raz, przemijają szybciutko - mało czasu, żeby je wszystkie zjeść. Dżemy czereśniowe cieszą się u mnie w domu ogromnym powodzeniem, ale w tym roku poza dżemami porwałam się na mały alkoholowy eksperyment. A to pod wpływem koleżanki, która w zeszłym roku zrobiła czereśnie (z mojego ogródka) w alkoholu i obdarowała mnie jednym słoiczkiem. Koleżanka użyła Brandy, ale ja miałam inny alkohol zalegający w spiżarce i postanowiłam sprawdzić, czy jeszcze nadaje się do spożycia. 

Z alkoholem tym było tak: 
Kilkanaście lat temu (17-19) u sąsiada mieszkała córka z rodziną, a kiedy się wyprowadzili, okazało się, że zięć zostawił baterię napoczętych butelek wódek smakowych (waniliowych, brzoskwiniowych itp.). Sąsiad nie pije alkoholu, a że nie wyrzuca niczego, przytargał te butelki do mnie. Ja wprawdzie nie piję wódki, ale stwierdziłam, że do czegoś się przydadzą — prędzej czy później. 

Butelki stały w spiżarce przynajmniej 15 lat. Aż sprawdzałam w internecie jak długo może stać napoczęta butelka wódki i okazuje się, że długo. 

Wódka brzoskwiniowa przypadła do gustu koleżance, która odwiedza mnie dwa razy do roku. Inne okazały się pomocne, kiedy w kominku nie chce się rozpalić. 

Na wódkę o smaku mrożonej herbaty nie było chętnych i jakoś do tej pory nie znalazłam żadnego zastosowania. Stwierdziłam, że co mi szkodzi wykorzystać ją do zalania czereśni? 

Umyte i wydrylowane czereśnie w słoiki, zasypane cukrem, zalane wódką o smaku mrożonej herbaty. Odstawione w kąt. (Powinno być w chłodne miejsce, ale latem takowe u nas jedynie w lodówce a tam już upchane były jabłka od sąsiadki.) Mają tak stać od jednego do sześciu miesięcy. Po pięciu tygodniach otworzyłam jeden z trzech słoików. Takie coś to się chyba nazywa nalewka — może ktoś kto się zna podrzuci właściwą nazwę. Wyszło słodkie jak likier — zdecydowanie za dużo cukru nasypałam. Smak dobry (poza tą słodkością) - w ogóle nie czuć oryginalnego smaku wódki (czyli słodkiej herbaty). Kolor przepiękny, nie od wódki, bo ta była barwy cieniutkiej herbatki. Szkoda, że tylko trzy słoiki zrobiłam.



Czereśnie w alkoholu zgłaszam do zabawy u Renaty Coś prostego (w sierpniu: coś pysznego). 





piątek, 23 sierpnia 2024

Krzyś już w akademiku

Krzyś już na uczelni. 

Tutejszym zwyczajem jest odstawienie dziecka do akademika. Wyruszyliśmy w poniedziałek bardzo wcześnie rano. Na lotnisko odwiózł nas kolega Krzyśka. Mimo moich obaw, stawił się o trzeciej nad ranem jak obiecał. Potem trzy loty — wszystkie bez znacznych opóźnień. Na lotnisku w Syracuse, 3 strefy czasowe do tyłu, wylądowaliśmy o dziewiątej wieczorem. Odebrałam zarezerwowany wcześniej samochód i pojechaliśmy na zakupy. Stwierdziłam, że poduszkę, kołdrę, pościel, kosmetyki, proszek do prania i kosz na pranie kupimy na miejscu, bez sensu targać to w walizkach. Chyba nie dane mi jeszcze było robić zakupów o 10 w nocy. Nie byliśmy jedyni w sklepie — wielu innych studentów znalazło się tam w tym samym celu co my (w okolicy jest kilka uczelni). 
W motelu zjawiliśmy się o jedenastej w nocy. Prysznic, ustawienie budzika i spanie. 

We wtorek wstałam o siódmej ranu czasu lokalnego, czyli o czwartej rano czasu domowego. Właściciele motelu najwyraźniej uważają, że pączki i sok pomarańczowy to wspaniałe śniadanie, ale my z Krzyśkiem mamy zdanie całkowicie odmienne w tej kwestii, więc śniadanie kupiliśmy po drodze i zjedliśmy podczas jazdy na uniwersytet — godzinę od motelu. Krzyśkowi bardzo zależało, żeby zjawić się jako pierwszy w trzyosobowym pokoju i zaklepać sobie pojedyncze łóżko — nie chciał spać na piętrowym, ani na dole, ani na górze. Udało mu się! 




Pomogłam mu pościelić łóżko, wypakować rzeczy i poukładać w szufladach i w szafie. Zwiedziliśmy budynek, zlokalizowaliśmy łazienki, świetlicę, pralnię. Zapoznaliśmy się z pozostałymi lokatorami. Potem wypuściliśmy się nieco dalej, do punktu odbioru poczty i paczek, na stołówkę, gdzie Krzysiek zjadł obiad. Ja sobie odpuściłam, ponieważ mój żołądek nadal dochodził do siebie po samolotowych hulankach. Potem udaliśmy się na zaplanowane spotkania — Krzysiek na swoje, ja na swoje. Jeszcze trochę zwiedzania, tym razem obejrzeliśmy sobie bibliotekę, a w czytelni przeczekaliśmy deszcz. 


Po południu Krzysiek już ledwie stał na nogach, ale jeszcze udaliśmy się na obiadokolację dla studentów, którym przyznano stypendium AMS (Alumni Memorial Scholarship). Co roku stypendium to otrzymuje 15 osób i okazuje się, że jest to ogromne wyróżnienie. I pewnie dlatego jedliśmy nie na szkolnej stołówce a w budynku, w którym stołuje się kadra akademicka a samo jedzenie zostało przywiezione z restauracji, bardzo smaczne! 


Nieubłaganie nadszedł czas pożegnania. Popłakałam się, wyściskałam dziecię, dziecię wyściskało mnie, jeszcze kilka razy pożegnaliśmy się w ten sposób i w końcu wsiadłam do samochodu i odjechałam w kierunku motelu. 

Padłam po ósmej, przespałam osiem godzin, co nie zdarza się często, i obudziłam się na godzinę przed budzikiem, czyli o czwartej rano. Piętnaście minut jazdy na lotnisko, zwrot samochodu, śniadanie na lotnisku. Tym razem tylko dwa loty, więc żołądek w lepszym stanie. Słuchawek nam nie dali więc obejrzałam drugą cześć Diuny bez dźwięku, jedynie z napisami. W zasadzie to w samolocie jest tak głośno, że i tak niewiele słychać przez słuchawki więc i tak zawsze mam włączone napisy. Z lotniska do domu przywiozła mnie koleżanka. Wieczorem zaczęło mnie boleć gardło — a dzisiaj choruję sobie już na całego.

piątek, 16 sierpnia 2024

Kartka na dziesiątą rocznicę ślubu

Na dziesiątą rocznicę ślubu wysłałam bratu i bratowej własnoręcznie wykonaną kartkę. 


Projekt dość prosty, niemal ascetyczny, 10 serduszek na sznureczkach zebranych razem w pierwszych literach imion Kuby i Oli. Może powinno być OK (Ola i Kuba), ale nie chciałam, żeby wyglądało jak angielskie ok. Może mogłoby być AJ lub JA (Aleksandra i Jakub), ale przecież ja się tak do nich nie zwracam, poza tym AJ za bardzo kojarzy się z ajajaj a JA — wiadomo! 
Przestawiałam sobie te literki i stanęło na KO — mimo że zaraz mi się wyrwało jak kurze ko ko ko..


Rocznica ślubu dopiero pod koniec sierpnia, ale kartka dotarła już na miejsce to mogę ją pokazać.

Kartkę zgłaszam zabawy Rękodzieło i przysłowia albo...2 u Splocika. 


Sierpniowe wytyczne:
1. Przysłowie: Lepiej dzień pomyśleć, niż cały tydzień bezcelowo pracować.
2. Cytat: "Kochaj to, co robisz i rób to, co kochasz. Pasja jest kluczem otwierającym drzwi do radości i dostatku". - David Cuschieri

Kartkę mogłam kupić w sklepie, ale że taka zabawa papierem sprawia mi frajdę, to zaserwowałam sobie godzinkę przyjemności. 

niedziela, 11 sierpnia 2024

Memorial Weekend 2024: Big Obsidian Flow

Big Obsidian Flow, "najmłodszy" strumień lawy w stanie Oregon, to jedno z najbardziej imponujących miejsc w Newberry National Volcanic Monument.

Obsydian nie jest rzadkością – to czarne szkło można znaleźć w wielu miejscach na całym świecie. Powstał w wyniku szybkiego ochłodzenia lawy, był używany przez tubylcze plemiona do produkcji narzędzi takich jak groty strzał, ostre noże, a nawet narzędzia chirurgiczne.

Chociaż obsydian nie jest aż tak rzadki, jednak okazja podziwiania go w miejscu naturalnego występowania nie zdarza się często – stąd zapewne ogromna popularność tego miejsca. W długi majowy weekend ludzi na tym krótkim (1.5 km) szlaku było sporo, pomimo zalegającego śniegu.

Szlak zaczyna się na parkingu i początkowo prowadzi przez zacieniony las. 
Ta część trasy jest prawie płaska, ubita i bardzo łatwa do przejścia.

Po opuszczeniu ochrony lasu zaczynają się schody, które wiodą na szczyt obsydianowego potoku. Po lewej stronie znajdują się Lost Lakes, czyli zestaw trzech małych jezior na skraju Big Obsidian Flow. 

Big Obsidian Flow: widok ze szczytu schodów na Lost Lakes

Chociaż w sumie są trzy jeziora, z tego szlaku widać tylko jedno pełne jezioro i część drugiego. Trzecie jezioro można zobaczyć tylko po pokonaniu szlaku Lost Lake Trail, ale tego dnia i z nadal dość grubą pokrywą śniegu odpuściliśmy sobie ponad dziesięciokilometrowy spacer, zwłaszcza że Emilia nie miała okularów przeciwsłonecznych, a ich brak dał się jej bardzo we znaki. Białe obłoczki nie przesłaniały słońca a połacie śniegu odbijały jego promienie, oślepiając bezlitośnie Emilię. Momentami szła z zamkniętymi oczami i wtedy prowadziłam ją za rękę.

Metalowe schody, na szczęście, nie ciągnął się w nieskończoność, pomagają na stosunkowo krótkim odcinku wspiąć się 15 metrów. Są w miarę bezpieczne, ale trzeba uważać, bo łatwo potknąć się i spaść, zwłaszcza schodząc - kiedyś były poręcze z obu stron schodów, jednak podczas naszej wizyty większości poręczy brakowało. Przypuszczam, że to siły natury je porwały, ale mogę się mylić.


Mniej więcej w połowie drogi w górę jest mały taras widokowy, z którego rozciągają się całkiem ładne widoki. Zasapani wspinaniem się po schodach w górę, widoki te podziwialiśmy dopiero w drodze powrotnej.

Po dotarciu na szczyt schodów ścieżka nadal się trochę wznosi, zanim dotrze do pętli. Pętla przebiega wokół tylko niewielkiej części Big Obsidian Flow. 

Wzdłuż trasy znajdują się tablice informacyjne objaśniające historię tego obszaru, sposoby wykorzystania obsydianu na całym świecie, a także rodzaj flory i fauny występujących tutaj w określonych porach roku. Ta część szlaku jest całkowicie odsłonięta, nie ma drzew, które zapewniłyby choć odrobinę cienia, ale za to nic nie przesłania panoramy. Na trasie rozmieszczonych jest kilka ławeczek, więc można przysiąść i kontemplować. 

Big Obsidian Flow: widok na jezioro Paulina Lake

Nie przywieźliśmy do domu ani odrobinki obsydianu – nie wolno zabierać nawet okrucha. Wprawdzie nikt nam kieszeni nie sprawdzał, ale łatwo sobie wyobrazić jak szybko obsydianowy pagórek zrównałaby się z ziemią, gdyby każdy odwiedzający zabrał ze sobą odrobinę obsydianu!


środa, 7 sierpnia 2024

🏊 Zawody Pływackie Big Kahuna

Miniony weekend spędziliśmy w Coos Bay nad oceanem – dzieci po raz trzeci wzięły udział w zawodach Big Kahuna w tej miejscowości. 


Zawody Big Kahuna Open  to zdecydowanie moja ulubiona impreza sportowa, w której uczestniczą moje dzieci. Wszystkim nam odpowiada połączenie współzawodnictwa sportowego z życiem towarzyskim. Tak jak w poprzednich latach w sobotnie popołudnie spotkaliśmy się większą grupą na plaży w Zatoce Zachodzącego Słońca. Wieczorem dzieci grały w gry z koleżankami z sąsiedniego namiotu. I wszystko byłoby super, gdyby nie to, że w piątkowe popołudnie przyszło nam udać się na ostry dyżur do lokalnego szpitala. 

Krzysio poczuł się źle, a po pływaniu dostał nudności i zbladł jak ściana. Ból w okolicy kości ogonowej, który pojawił się kilka dni wcześniej, nasilił się tak, że nie można go było już lekceważyć. Okazało się, że to zapalenie tkanki łącznej podskórnej. Antybiotyki (dwa różne) zdążyliśmy wykupić tuż przed zamknięciem apteki. Zapytana o pływanie, lekarka stwierdziła, że o ile Krzysio będzie się czuł na siłach, to może pływać, nie ma obawy o zarażenie innych. 
Nie odpuścił sobie, poza jedną konkurencją, popłynął we wszystkich zaplanowanych, choć bardzo go to wyczerpało, nie chciał nawet słyszeć o zrezygnowaniu. 

Wróciliśmy do domu w niedzielne popołudnie, a w poniedziałek nad ranem obudził go ból tak silny, że znowu pojechaliśmy na ostry dyżur, już lokalnie, do szpitala, w którym Krzysiek się urodził. Do tego czasu infekcja zogniskowała się na powierzchni skóry w postać czyraka, który lekarz przeciął, a kiedy część ropy wyciekło, ból nieco zelżał. W piątek Krzysio ma iść do przychodni na kontrolę. Z dnia na dzień czuje się lepiej, ale nie wygląda, by miało to przejść szybko. Najważniejsze, że nie doszło do zakażenia krwi czy sepsy. 

Takie oto dodatkowe atrakcje mieliśmy w tym roku na zawodach pływackich. Jeśli chodzi o samo pływanie, to obojgu poszło dość dobrze. Emilia załapała w końcu bakcyla i stwierdziła, że nawet jej się podoba branie udziału w zawodach i chciałaby częściej. Krzysiek dodatkowo wziął udział w sztafecie zwariowanego kapelusza z trzema koleżankami. Wygrali!


wtorek, 30 lipca 2024

🧶Siateczka

Ostatnio więcej słucham niż czytam. Tyle spraw do ogarnięcia a dzień nie chce się wydłużyć. Nawet gdyby udało się dodać kilka godzin do każdej doby, czy wystarczyłoby sił na zagospodarowanie dodatkowego czasu? Trzymanie oczu otwartych czasami wydaje się wszak ponad siły. 

Słucham sporo książek, a że najłatwiejszy dostęp mam przez aplikację na telefonie powiązaną z lokalną biblioteką, to słucham po angielsku. (Niestety nie mają niczego po polsku.) Idąc na spacer lub pracując w ogródku nie zawsze mam gdzie wsunąć telefon – projektanci odzieży strasznie nas kobiety dyskryminują projektując ubrania bez kieszeni a przecież nie w każdej sytuacji targamy ze sobą torebkę! Wyobraźcie sobie jak przycinam sekatorem forsycję z torebką zawieszoną w zgięciu łokcia! 

Mam torbę "nerkę", ale jest stanowczo za duża dla jednego telefonu komórkowego więc zrobiłam sobie taką niewielką torebeczkę, do której mieści się telefon i niewiele więcej. 




Pasek jest na tyle długi, by móc torebkę zawiesić i przycisnąć do ciała łokciem z drugiej strony by za bardzo nie dyndała podczas szybszego marszu. Wykończyłam techniką wypatrzoną ostatnio na Instagramie. Zapewne ma jakąś nazwę i pewnie niejedna dziewiarka zna ten sposób wykańczania dzianiny, ale dla mnie to nowość. (Nie wiem jak długo link będzie działał bo świat wirtualny rządzi się swoimi prawami.) 

Torebeczkę zgłaszam do dwóch zabaw. Jedna z nich to Rękodzieło i przysłowia albo...2 u Splocika. 


Moja bardzo niedoskonała torebeczka pasuje do cytatu:

"Tak wielu z nas wierzy w perfekcję, a przecież ona wszystko niszczy. Idealne jest wrogiem nie tylko dobrego, ale też wrogiem tego, co realistyczne, co możliwe i co zabawne". - Rebecca Solnit

Druga zabawa to Coś prostego u Renaty. 


W lipcu, w związku z igrzyskami olimpijskimi robimy siatki – w wyniku skojarzeń siatkówka (dyscyplina olimpijska) – siatka. Moja siatka jest maciupeńka, ale spełnia cel, do jakiego każda siatka jest przeznaczona.

W torebeczce ukrył się na chwilę telefon córki, bo mój, dla którego siateczka została wykonana, pracował robią zdjęcia.

sobota, 27 lipca 2024

W lipcowym ogródku

W tym roku wprowadziłam kilka zmian w warzywniku. Doszłam do wniosku, że posiadane drewniane grządki skrzynkowe są jednak za płytkie. Normalnie byłyby ok, ale nie lubię, kiedy ziemia sięga krawędzi, a wypełnione do połowy wysokości nie zapewniały odpowiedniej grubości warstwy gleby.

Ponieważ obie skrzynki miały ten sam wymiar, ułożyłam je jedna na drugiej, skręciłam i w ten sposób otrzymałam jedną wyższą skrzynkę. W wolne miejsce ustawiłam dwie mniejsze skrzynki, metalowe, zakupione przez internet do własnoręcznego montowania. 


Ze skręceniem nie było problemu, ale kiedy zaczęłam je wypełniać ziemią doszłam do wniosku, że jednak kupiłam za wysokie. A teraz w zależności od dnia i nastroju nadal tak uważam albo dochodzę do wniosku, że takie wyższe są dobre. W tym roku wypełniłam je ziemią tylko na tyle, żeby wystarczyło, a za rok dosypię więcej świeżej ziemi. W związku z tym pomidorki rosną sobie otoczone parawanem.
 

Chyba im to odpowiada, bo wyrosły dorodne, zaczęły już dojrzewać i nawet kilka już zjedliśmy.


W tym roku miałam trochę własnej rozsady, potem dostałam 20 sztuk rozsady od jednej koleżanki, kilka sztuk od innej, a na koniec od trzeciej, której nawaliło biodro i musiała zrezygnować z wszelkich upraw a zakupione sadzonki (pomidory, papryka, cynie) przekazała mnie. 

W tej sytuacji pojawił się problem: gdzie to wszystko posadzić? Miejsca mało, nie było wyjścia i posadziłam trochę za gęsto, ale że ziemię dopiero co zakupiłam, to wszystko rośnie. Pomidory, dla których zabrakło miejsca w grządkach skrzynkowych, posadziłam w większe donice i też dość dobrze rosną. 

Podczas jednego ze spacerów natknęłam się na wystawione przy krawężniku sadzonki ogórków z prośbą o przygarnięcie. O ile w minionych latach nigdy nie udawały mi się ogórki, o tyle te przygarnięte radzą sobie bardzo dobrze a okazały się dość smaczne. 


Nie udał mi się groszek zielony, ale chyba za późno go wysiałam. Za to ładnie rośnie fasolka szparagowa, przezimowana w domu papryka (już kilka owoców zjedzonych) oraz to, co samo się wysiało: słoneczniki, cukinia, squash. 




Nasionka wyrzucone na kompostownik pewnie rozniosły po ogrodzie ptaszki, ale efekt bardzo mnie cieszy. Obie z Emilią lubimy placki z cukinii robione tak jak placki ziemniaczane. 

Przezimowane papryki mają już piękne owoce a te posadzone w tym roku (rozsada otrzymana od koleżanki) dopiero kwitną. W tym roku też postaram się przechować przez zimę kilka sztuk.


Jesienią posadziłam drzewko figowe, ponieważ okazuje się, że Emilia lubi figi. Kilka dni temu odkryłam zawiązki owoców!



W tym roku miałam bardzo mało porzeczek za to pięknie obrodziły jagody – w zeszły roku było dokładnie na odwrót. 

Agrest też się udał w tym roku. Mam tylko jeden krzaczek po to, żeby dzieci wiedziały co to jest agrest i jak wygląda. Malin było troszkę, tak do pojedzenia, chyba muszę je nawieźć na wiosnę. 

Zakwitły też cynie otrzymane od koleżanki. Ładnie komponują się z białymi kwiatkami wrotyczu (czy tak się odmienia?)  maruna – to na nowej rabatce przed domem, nad którą zaczęłam pracować tej wiosny. Teraz wygląda tak:


A wcześniej wyglądała tak:


Jeszcze wcześniej rosła w tym miejscu trawa. 

Dwie cynie posadziłam przy jaśminie pnącym, który dostałam na urodziny. 



Jaśmin przyjął się i zaczął piąć się po podpórce. I jaśmin i obie cynie oglądam sobie przez okno kuchenne popijając rankiem kawę. 

U nas nadal ciepło, choć już nie tak piekielnie gorąco. Nadal bezdeszczowo, choć zaliczyliśmy jedną burzę. Nie napadło wiele, następnego dnia trzeba było podlewać jak co dzień.