niedziela, 25 lutego 2024

Wiosenna wizyta mrówek

Obudziły się mrówki, czyli wiosna! 
Wczoraj wybudzone z zimowego snu mrówki wpadły do nas z wizytą. 
Co roku urządzają sobie zwiad, wychodząc ze szpary przy framudze szafy wnękowej na kurtki, wędrują wzdłuż cokoliku do drzwi do sypialni Emilii, zapuszczają się wzdłuż ściany aż do kolejnej szafy wnękowej. 
W tym roku zatrzymały się na porzuconym na środku pokoju opakowaniu po batoniku. Emilia to straszna bałaganiara (jej brat z resztą też) a ja od jakiegoś czasu nie chodzę i nie sprzątam po niej, bo jest już stanowczo za duża, żeby mama za nią sprzątała. Mrówki dokonały tego, czego moje prośby nie były w stanie osiągnąć - wysprzątana podłoga w mgnieniu oka! Rozłożyłam środek na mrówki i dzisiaj nie ma już po nich śladu. Ale wrócą, to pewne. Zawsze wracają, kiedy ma nastąpić diametralna zmiana pogody.

To, że wiosna widać i bez odwiedzin mrówek. Najpierw nieśmiało obwieściły jej nadejście żółte krokusy.



Tych żółtych mam zaledwie kilka i to w takim nierzucającym się w oczy zakątku — nie udało mi się ich złapać w pełnym rozkwicie. 

Potem zakwitły ciemierniki. 



Jak tylko zobaczyłam, że zaczynają kwitnąć, zmobilizowałam się i przygotowałam nową rabatkę, na którą przesadziłam ciemierniki, przy okazji rozsadzając je. Do tej pory rosły sobie na stanowisku dość oddalonym od letniego nawadniania i ten brak wody nie bardzo im służył. Przeniosłam je w miejsce gdzie łatwo je będzie podlewać, ale najpierw musiałam pozbyć się rosnącej tam trawy. 



Mam w planach nieco szerszą rabatkę, ale to zrywanie darni jest dość męczące, więc pozbywam się jej powoli. Najpierw przygotowałam pas na tyle szeroki, by przesadzić nań ciemierniki. Wczoraj zerwałam kolejny pas i przesadziłam w to miejsce piwonie, które już zaczynają puszczać pędy. W miarę możliwości poszerzę tę rabatkę — mam jeszcze kilka roślinek, które chciałabym przenieść w to miejsce.


Kamelia już od jakiegoś czasu była w pąkach, ale nie obiecywałam sobie zbyt wiele, ponieważ co roku w porze jej kwitnienia przychodzą gwałtowne ulewne deszcze niszcząc delikatne kwiaty. W tym roku najpierw potarmosiły krzak gałęzie dębu, które złamały się pod ciężarem lodu (w styczniu). Na szczęście gałęzie oparły się o ogrodzenie kompostownika i zniszczenia nie były zbyt duże. W końcu kamelia zakwitła! Sporo kwiatów i dość ładnych, nieponiszczonych przez deszcz.


Krokusy fioletowe i białe zawsze kwitną później niż te żółte. W końcu nadszedł ich czas. Kwitną przepięknie, całymi kępkami, ponieważ ładnie się już rozmnożyły. Muszę je nieco rozsadzić w tym roku, żeby cebulki miały więcej miejsca.



Powoli zaczynają kwitnąć żonkile. Kilka dni temu zrobiłam zdjęcie pierwszego samotnego rozwiniętego żonkila — cała reszta schowana była w pąkach. 


Dzisiaj zerwałam kilka do wazonu, do towarzystwa przyniesionych ze spaceru bazi.


Wystarczyło kilka słonecznych dni, by forsycja obsypała się kwiatami.



W ubiegłym roku pisałam o nowej rabatce pod kuchennym oknem. Zlikwidowałam trawnik, posadziłam wiosenne kwiaty, które dość ładnie wzeszły. 


Jako pierwsze zakwitły przebiśniegi, pojedyncze, bo tak je posadziłam. 
Z czasem namnożą się i zaczną kwitnąć kępami. 


Dzisiaj zauważyłam, że niebieskie hiacynty zaczynają kwitnąć, ale jeszcze nie rozwinęły się na tyle, by robić im zdjęcia. Ciekawa jestem czy tulipany zakwitną w tym roku, czy muszę jeszcze poczekać. Dla przypomnienia poniżej historyczne zdjęcia sprzed roku.




Jeszcze jesienią zaczęłam wprowadzać w życie kolejny projekt ogródkowy. Wzdłuż chodnika z ulicy do domu zlikwidowałam pas trawnika i ułożyłam w jego miejsce ozdobne płyty kamienne.


Kiedyś kamienie te wyłożone były wokół słupa z koszem do koszykówki, ale ponieważ już go od jakiegoś czasu nie mamy, znalazłam dla nich nowe zastosowanie. Pomiędzy płytami posadziłam skalniaki, a zimą zaczęłam wypełniać luki mchem przeniesionym z innych miejsc. Chwilowo nie prezentuje się to szczególnie pięknie, ale mam nadzieję, że z czasem zacznie wyglądać tak, jak sobie to wyobraziłam. Mam też nadzieję, że za jakiś czas mech obrośnie kamienie i ładnie to będzie wyglądać. Zobaczymy. Przesadzanie mchu to taki mój mały eksperyment ogrodniczy. Przenoszę go z miejsc, gdzie lepiej by go nie było, bo można się na nim poślizgnąć — na przykład. Jak kiedyś pozbędę się kolejnego pasa trawy wzdłuż tych kamieni, przesadzę tam dzwonki.

niedziela, 18 lutego 2024

Bransoletki

Licealny sezon pływacki za nami. 

W tym roku reprezentacja liceum syna nie wypadła aż tak dobrze, jak rok temu na zwodach okręgowych. Krzysiek był mocno załamany, mimo że uzyskał dwa życiowe wyniki – jeden na 50 m kraulem, drugi na 100 m motylkiem. Dopiero kiedy trenerzy z klubu przysłali maila gratulując mu wyników, dotarło do niego, że, mimo że nie przeszedł do kolejnego etapu w lidze licealnej, to jednak uzyskał wyniki, które kwalifikują go do zawodów stanowych, w których do tej pory nie mógł uczestniczyć. 

Jako kapitan drużyny postanowił każdemu członkowi (oraz trenerkom) podarować upominek. W piątkowy wieczór, w pierwszy dzień zawodów okręgowych wymyślił, że dla wszystkich zrobi bransoletki – takie same, różniące się jedynie imieniem. 


Jak łatwo się domyślić, syn wymyślił, ale bez pomocy mamy plan nie zostałby zrealizowany. Pojechaliśmy do sklepu, pomogłam wybrać koraliki, a potem nizaliśmy razem przez dwie godziny. Głowa tego dnia bolała mnie straszliwie i miałam ochotę cisnąć koraliki w kąt, ale czego się nie robi dla dziecka. Nawet jak ono ma już 18 lat. W połowie dołączyła do nas Emilia więc udało nam się skończyć około dziesiątej w nocy. To znaczy ja skończyłam wysławszy uprzednio dzieci do łóżek – Krzysiek musiał się wyspać przed drugim dniem zawodów. 



Rano wstał, pojechał na basen i okazało się, że zapomniał o jednej osobie. Dobrze, że ja miałam na basen dojechać już po rozgrzewce, więc zdążyłam jeszcze dorobić tę jedną brakującą bransoletkę. W sumie było ich 24. Wszystkim bardzo się spodobały. 



Ponieważ koralików zostało sporo, Emilia też zrobiła sobie bransoletkę, choć bez swojego imienia, a potem jeszcze jedną, dla koleżanki (Kennedy).

Bransoletki zgłaszam do lutowej odsłony zabawy u Splocika Rękodzieło i przysłowia albo... 2.

W zasadzie to chyba dobrze się wpisują w oba zaproponowane w tym miesiącu przysłowia:

1. Kto nie kończy roboty, nie jest lepszy od tego, kto jej nie zaczyna.
2. Kochające serce zawsze jest młode.

Bransoletki zgłaszam także do zabawy Coś prostego u Renaty.


W ramach zabawy w lutym wykonujemy prace związane z miłością, obdarowywaniem kogoś bliskiego lub dalszego. Bransoletki wykonane z najczystszej miłości do mojego dziecka a z jego strony, dla ludzi, których darzy sporą sympatią.


Kiedy Splocik i Renata opublikowały lutowe zadania byłam w kropce – nic nie przychodziło mi do głowy, nie miałam żadnego gotowca, żadnych planów, zupełnie nic co by się nadało. Pomysł syna rozwiązał ten problem. (Aczkolwiek, wolałabym, żeby nie wyskoczył z tym pomysłem tak na ostatnią chwilę...)



niedziela, 11 lutego 2024

Weekend na świeżym powietrzu

W zeszły weekend udało nam się spędzić rodzinnie czas na łonie natury i w sobotę i w niedzielę. Było wprawdzie dość chłodno, ale w sobotę pięknie świeciło słońce więc wybraliśmy się na spacer do pobliskiego parku Golden Gardens Ponds. 




Golder Gardens Ponds to miejsce dość często przez nas odwiedzane, położone niedaleko a spacer wokół stawów nie wymaga wysiłku więc świetnie nadaje się na te dni, kiedy forma fizyczna zniżkuje. Tego dnia trzeba nam było zażyć świeżego powietrza, ale bez wyczynów. Zabraliśmy ze sobą koleżankę z wnukiem. Podczas spaceru wspomniałam, że następnego dnia jedziemy na wycieczkę nad ocean i tak wyszło, że koleżanka z wnukiem dołączyli do nas. Tym razem zabrali ze sobą psa – Quinn od czasu do czasu pojawia się na zdjęciach w Okruchach, bo co jakiś czas wędrujemy sobie z koleżanką i jej psem.



Tak więc w niedzielę pojechaliśmy nad ocean na Szlak Amandy. 


To ten sam szlak, którym spacerowaliśmy w lipcu z Krzyśkiem. Emilia zapytała, czy możemy tam pojechać. W lipcu wolała zostać u koleżanki, ale widać ten most wiszący strasznie ją intrygował i chciała go zobaczyć na własne oczy. 
Tym razem pod mostem płynęła woda, choć niewiele. W lipcu koryto strumienia było całkowicie suche. 


Trasa nie jest zbyt długa, ale wędruje się wciąż w dół lub w górę więc nogi się męczą, tętno przyśpiesza, zaczyna brakować tchu. Zwłaszcza jeden odcinek dał nam popalić, zarówno w lipcu, jak i teraz. Po powrocie wszystkich nas bolały mięśnie, nie tylko mnie. 


W połowie drogi szlak przecina strumień. To dobre miejsce na postój, kanapki i baraszkowanie w wodzie, bo Emilii i wnukowi koleżanki nie przeszkadzało zimno – buty całkowicie im przemokły, bo nawet te wodoodporne nie są odporne na wlewającą się wodę od góry. Najważniejsze, że byli zadowoleni, nie narzekali i nie pochorowali się. 

Kiedy dotarliśmy do mostu, pies bał się przejść po rozhuśtanej przez dzieci kładce, ale w końcu dał się namówić. 

Tylko z powodu zbliżającego się zmierzchu i groźby wędrowania przez las po ciemku udało nam się namówić dzieciaki do rozpoczęcia drogi powrotnej. Bardzo chcieli zatrzymać się plaży i zobaczyć zachód słońca. Na plażę dotarliśmy jeszcze za dnia, ale słońce schowało się za chmurami i zachodu niedane nam było podziwiać. Za to był kolejny strumień, w którym można było brodzić i zamoczyć spodnie, bo nurt był bardziej wartki, a i sam strumień głębszy. 


Na sam koniec zatrzymaliśmy się na wspólny posiłek w kanapkarni. 
Zanim zjedliśmy zapadła noc. 

sobota, 3 lutego 2024

Noc seniora na mokro

Od połowy listopada mamy w liceum sezon pływacki. To już ostatni rok mojego syna w liceum więc i ostatni raz reprezentuje szkołę w tej dyscyplinie. Reprezentuje dość dobrze, wczoraj na zawodach wygrał w dwóch kategoriach, a dzisiaj rano okazało się, że jego zdjęcie znalazło się w lokalnej gazecie. 

Ha! (Niestety nie mogłam przeczytać całego artykułu ponieważ nie mam opłaconej subskrypcji.) 



Wczoraj na basenie widziałam faceta z aparatami fotograficznymi, ale myślałam, że to ktoś z którejś ze szkół robi zdjęcia do szkolnego archiwum. 
Ponieważ wczoraj, podczas zawodów, a w zasadzie to w czasie przerwy, odbyło się pożegnanie tych uczniów ostatniego roku liceum, którzy są w drużynie pływackiej. Podobna ceremonia odbyła się kilka miesięcy temu pod koniec sezonu piłkarskiego. (Pisałam o tym tutaj.) Scenariusz podobny: kilka słów o każdym z zawodników, o ich planach na przyszłość, podziękowania, drobne upominki. Jakiś czas temu trenerka poprosiła wszystkich członków drużyny, aby opisali swoich kolegów i koleżanki. To, co znalazło się w tej ankiecie, zostało użyte stworzenia obrazka, kropli wody, wypełnionej tym, jak daną osobę postrzegają koleżanki i koledzy z drużyny. 


Na wesoło, każdy z seniorów otrzymał słoiczek z wodą z basenu, na którym odbywają się treningi, oraz z tym, co w tej basenowej wodzie można znaleźć (plasterki, śmieci, kawałki plastiku, naniesione wiatrem liście, igliwie). Do tego jeszcze szkolny polarowy kocyk oraz białe róże. Ładnie i wzruszająco.




Za tydzień zwieńczenie sezonu, czyli zawody okręgowe. I chyba na tym etapie przygoda z reprezentowaniem szkoły na basenie się zakończy, bo trzeba być bardzo dobrym, aby przejść do kolejnego etapu — zawodów na poziomie stanowym.

Koniec nauki w liceum zbliża się nieubłaganie. Podania na studia złożone. 
Dwa uniwersytety już zaproponowały Krzyśkowi miejsce w szeregach swoich studentów – musi się zdecydować do 1 maja, więc jeszcze jest czas. 
Krzysiek czeka jednak na wiadomość z tych pozostałych uczelni – te decyzje zapadną dopiero pod koniec marca lub na początku kwietnia.


niedziela, 28 stycznia 2024

Małe zamieszanie z lekcjami gry na pianinie

Na początku grudnia dowiedziałam się, że z początkiem lutego Emilkowa pani od pianina wyjeżdża z kraju na kilka miesięcy w podróż służbowo-rodzinną. 
No i masz babo placek! Trzeba szukać kolejnego nauczyciela! Na szczęście pani Grace poleciła mi Społeczny Instytut Muzyczny, działający pod auspicjami lokalnego uniwersytetu. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, ale to właśnie w tej placówce córka pani Grace pobiera lekcje gry na skrzypcach. Trochę potrwało załatwienie wszystkich formalności, ale z początkiem stycznia zaczęłam wozić Emilię na lekcje na uniwersytet. 

Nowa nauczycielka, albo raczej instruktorka, bo taka terminologia obowiązuje w tej instytucji, to doktorantka rodem z Chin. Pierwsza nauczycielka Emilii była Japonką, druga jest Koreanką, obecna, Chinką. Układ jest taki, że kiedy pani Grace wróci już z zamorskich wojaży, Emilia wraca do niej na lekcje. 
O tymczasowej naturze lekcji w ramach Instytutu poinformowałam kierowniczkę zaraz na wstępie. 

Instytut organizuje lekcje w 10-lekcyjne bloki skoordynowane z semestrami na uniwersytecie. Do tego jest jeden tydzień na odrobienie odwołanej lekcji (jeśli zaistnieje taka sytuacja), a potem zaczyna się kolejny 10-tygodniowy blok.

Po pierwszej lekcji Emilia stwierdziła, że pani jest miła. W kolejnym tygodniu zajęcia się nie odbyły, ponieważ całe miasto było skute lodem. W tym tygodniu odbyła się druga lekcja, po której Emilia doszła do wniosku, że jednak tej pani nie lubi. Głównie dlatego, że pani "zadaje tyle pytań," a Emilia nie zna na nie odpowiedzi. Każdy nauczyciel ma swój styl nauczania, a ta pani uważa, że jak dziecko sobie wygugla co dany termin muzyczny oznaczy, to lepiej zapamięta. 
A Emilia chciałaby wszystko podane na tacy. Aby nieco załagodzić konieczność odrobienia tego nowego zadania, zaproponowałam Emilii, żeby założyła nowy dokument Google doc. i do niego skopiowała te wszystkie 5 czy 6 definicji, a ja go potem wydrukuję.

Z parkowaniem na kampusie jest zawsze problem. Miejsc parkingowych niewiele i większość z nich zarezerwowana dla osób posiadających specjalne zezwolenie. Jest kilka parkingów płatnych, ale nie ma gwarancji, że akurat będzie na nich miejsce. Szukamy więc miejsc parkingowych kilka przecznic dalej, na co trzeba zarezerwować nieco czasu, bo przecież nie wiadomo jak długo zajmie nam znalezienie miejsca. Ostatnio znalazłyśmy miejsce natychmiast i to niemal pod budynkiem, w którym Emilia ma lekcję. 
Pół godziny, które nam pozostało do lekcji, spędziłyśmy spacerując po kampusie. Odwiedziłyśmy Cmentarz Pionierów, najstarszy w mieście, pamiątkowy, na którym nie chowa się zmarłych już od prawie stu lat. Emilia jeszcze nie była na takim starym cmentarzu, z omszałymi nagrobkami – szalenie jej się podobało! Sam kampus też, choć zwiedziłyśmy zaledwie mały fragment. Oświadczyła, że właśnie na tym uniwersytecie chce w przyszłości studiować. (Emilia ma dopiero 11 lat). Uniwersytet Oregoński (University of Oregon) został założony w roku 1872, więc raczej nie może się porównywać z Uniwersytetem Jagiellońskim, a nawet z Harvardem (założonym w roku 1636) – poziomem nauczania z resztą też. Nasz lokalny uniwerek plasuje się na miejscu 98 (na 439) w rankingu wyższych uczelni w USA. Natomiast jest na miejscu co przy astronomicznych cenach za akademik nie jest bez znaczenia. Zobaczymy za siedem lat czy Emilia nadal pozostanie przy swym pierwszym wyborze, czy jednak zdecyduje się studiować gdzie indziej o ile nie stwierdzi, że nie ma zamiaru studiować w ogóle.

niedziela, 21 stycznia 2024

W okowach lodu


Tu, gdzie mieszkamy, zimy są bardzo łagodne. Pada deszcz, ale temperatura utrzymuje się przeważnie powyżej zera, a jeśli jeździ się wszędzie samochodem to prawdę powiedziawszy nawet nie potrzebuje się zimowych butów i kurtki. 

Ale raz do roku zima przypomina sobie o nas, wpada z krótką wizytą i pokazuje pazury. Czasem ledwie je wysunie, poprószy śnieżkiem, i szybko zniknie. 
Co kilka lat wpada do nas z mocnym przytupem, pokazuje ostre pazury w całej okazałości a po jej wizycie miasto leczy rany prze wiele tygodni. 
Tak było w tym roku. 


Że nadciąga atak zimy wiadomo było od przynajmniej tygodnia - trąbiły o tym wszystkie media. Ponieważ w sobotę dzieci miały jechać na narty, zakupy zrobiłam już w piątek – chciałam, żeby mieli świeże bajgle i rożki na wyjazd.
Do wyjazdu na narty jednak nie doszło, ponieważ w sobotę rano wszystko pokrywała kilkucentymetrowa warstwa lodu. 


Nocą padał marznący śnieg, deszcz, znowu śnieg, a ujemna temperatura sprawiła, że wszystko to zamarzło w twardą i bardzo śliską skorupę. Do wyjazdu nie doszło ale skoro już dzieci wstały (mimo wolnego dnia), wzięliśmy sanki i poszliśmy na spacer. Wiatr siekł po twarzach marznącym deszczem i pierwszy raz od lat nie musiałam namawiać Emilii do założenia czapki i szalika. W trakcie spaceru zabrała mi nawet mój komin, aby lepiej zabezpieczyć się przed wiatrem. Ja założyłam tego dnia sweter z grubym golfem więc mogłam oddać jej swój komin.


Temperatura spadła mocno poniżej zera, ale śnieg nie padał, cały czas marznący deszcz, więc warstwa lodu stawała się coraz grubsza. Drzewa zaczęły się pod nią uginać, gałęzie łamać, linie wysokiego napięcia zerwane, mnóstwo domów bez prądu, bez internetu. Nie tylko domów, ale i sklepów, szkół, zakładów pracy. Z powodu wypadków autostrada była zablokowana przez 17 godzin. Droga od nas nad ocean zamknięta przez kilka dni. Sporo dróg, głównych i lokalnych, było nieprzejezdnych z powodu zwalonych drzew. 


Sytuacja ta trwała od soboty do wtorku, kiedy to powoli zaczęło się ocieplać. Padał deszcz, który podobno miał przyśpieszyć topnienie lodu pokrywającego wszystko, ale zanim do tego doszło sprawił, że było jeszcze bardziej ślisko. 
W poniedziałek było święto, więc szkoły nie było. We wtorek i środę zajęcia zostały odwołane we wszystkich szkołach, łącznie z uniwersytetem. W czwartek i piątek tylko nieliczne szkoły zostały otwarte – w tym te, do których chodzą moje dzieci. Ponieważ pracuję zdalnie, z domu, ja nie miałam przerwy z powodu ataku zimy. 


W okowach lodu tkwiliśmy pięć dni. My wywinęliśmy się obronną ręką. Cały czas mieliśmy prąd a co za tym idzie i wodę – jak nie ma prądu to automatycznie nie ma u nas wody. W kominku buzował ogień, dwa razy dziennie chodziliśmy na ponad godzinne spacery i w sumie dość miło spędziliśmy razem ten czas. 


Przez kilka dni zamartwiałam się o okno dachowe, bo wyglądało na to, że pękła w nim szyba, ale kiedy stopniał lód, "pęknięcie" znikło. Bardzo mi ulżyło. 
Straty przyszły z innej strony, acz niewielkie. W środę rano okazało się, że trzy gałęzie dębu za domem nie wytrzymały ciężaru pokrywającego je lodu. Spadając, cudem minęły linię zasilającą dom w prąd i kabel dostarczający nam internet. Dwie z tych gałęzi zmiażdżyłyby krzew kamelii, gdyby nie były takie długie – oparły się na ogrodzeniu kompostownika co ocaliło kamelię. Gałęzie były tak ciężkie, że nie dałam rady sama odsunąć ich, dopiero z pomocą Krzyśka odciągnęliśmy je w miejsce, gdzie nie przeszkadzają – spadły tak, że zagradzały mi dostęp do kompostownika. Jak przestanie padać deszcz będę je musiała pociąć i wysprzątać teren za domem – cały trawnik usłany jest połamanymi gałązkami, takimi drobnymi. 


Straty w okolicy są spore. Popękane rury, poniszczone domy i samochody, połamane kończyny, kilka osób straciło życie. W niektórych miejscach prądu nie będzie jeszcze przez wiele dni, a zanim wszystkie połamane i zwalone drzewa zostaną uprzątnięte minie nawet kilka miesięcy. Mam nadzieję, że w tym roku nie będziemy już musieli doświadczać zimy na własnej skórze.





niedziela, 14 stycznia 2024

Nancy

Nancy, chomik, wydostała się z klatki. 

Kilka tygodni temu Nancy zamieszkała w kuchni, ponieważ jej nocny tryb życia zakłócał odpoczynek Emilii. Podczas wakacji nie stanowiło to problemu – Emilia chodziła spać późno, a potem spała do południa, ale wraz z rozpoczęciem roku szkolnego nocne hałasowanie zaczęło być problematyczne. A Nancy potrafiła nieźle się tłuc! Dlatego drzwi do kuchni były zamknięte – żeby pozostali domownicy jej nie słyszeli. 

Pewnej nocy udało jej się podważyć dość ciężkie przeszklone wieko klatki i wydostać się na wolność. Noc spędziła pracowicie, urządzając sobie norkę w szufladzie pod kuchenką. Naznosiła co znalazła chusteczkę higieniczną, instrukcję obsługi, kawałek folii. Widać to wszystko nie wystarczyło, więc odgryzła wiązanie mojego kuchennego fartucha i też zaniosła do swojego nowego gniazdka. A potem zaczęła chomikować zapasy żywności – wszystko, co wpadło pod kuchenkę i nie zostało wyssane przez odkurzacz, kocią karmę, wygryzła nawet sukulent z doniczki i dodała do swoich zapasów. 



Takie pracowite małe zwierzątko – wszystko to w jedną noc! 

Rano obudziła ją Emila robiąca sobie śniadanie. Obudzona Nancy postanowiła opuścić swoje legowisko. Przy okazji wystraszyła nie na żarty Emilię, która przybiegła do mnie z wiadomością, że słyszy jakiś dziwny hałas dobiegający spod kuchenki. Zanim zdążyłam wziąć latarkę, żeby sprawdzić, co takiego urzęduje pod kuchenką, Nancy wychynęła w całej swej słodkiej zaspanej puszystości.

Nancy! Złapałam ją i przytuliłam – przecież mogła wleźć w jakąś dziurę, utknąć i już tam zostać. Kicia mogła stwierdzić, że jednak chomik to smaczna nocna przekąska, mimo że do tej pory nie wykazywała zainteresowania akurat tym gryzoniem. Tyle rzeczy mogło się stać! 

Nancy wyglądała na całą i zdrową, tylko mocno zaspaną. Odetchnęłam z ulgą i umieściłam ją w jej terrarium, na wieko położyłam książkę. 

Wieczorem nie zwróciłam uwagi, że nie hałasuje jak zazwyczaj, że nie przerabia kartonu na wióry, że nie sprawdza co też porabiamy w kuchni. Dopiero następnego dnia zwróciłam uwagę na ten bezruch. Znamienny. Niestety, za swą nocną przygodę Nancy zapłaciła najwyższą możliwą cenę a ja mam poczucie winy, że nie upilnowałam jej. Bo gdyby nie wydostała się z klatki, to nie zjadłaby czegoś co jej zaszkodziło. Mam nadzieję, że nie cierpiało zwierzątko. Kiedy ją znalazłam, wyglądała jakby spała, zagrzebana w swojej norce. 



niedziela, 7 stycznia 2024

Dwie proste torby

W pierwszej odsłonie tegorocznej zabawy Rękodzieło i przysłowia albo ... Splocik zaproponowała przysłowie

Spiesz się z wykonaniem rzeczy pilnych, by spokojnie zabrać się do rzeczy najpilniejszych. 

Od kilku miesięcy przymierzam się do granatowego kardigana, ale ciągle jest coś innego co mnie powstrzymuje przed narzuceniem oczek. Przecież najpierw trzeba skończyć to, co rozgrzebane — ja tak mam, że staram się nie zaczynać niczego nowego, zanim nie skończę tego, co akurat mam w koszyczku z robótką. A kardigan jest mi bardzo potrzebny, zwłaszcza że Emilia zaczyna podbierać mi czarne bolerko, a kiedy tak się zdarza, nie mam niczego w odpowiedniej tonacji. Po wielotygodniowej przerwie od drutów i szydełka postanowiłam zebrać się w sobie, zmobilizować, uprzątnąć drogę do granatowego swetra. Zanim skończę dwa szydełkowe kotki, pokażę zdjęcia dwóch toreb wykonanych już jakiś czas temu. 



Jedna z torebek, czarna, czekała na wyszycie mordki kotka. Usiłowałam to zrobić wczoraj, ale mi nie wychodziło więc sobie dałam spokój. 



Cała czarna też jest ładna. Pierwotnie miała to być torebeczka na cukierki na Halloween. Zrobiona według opisu z Garnstudio

Druga torba to resztkowiec. 



Zużyłam na nią sporo włóczki, na którą i tak nie miałam pomysłu, ale sama torba czy może kosz, nie podoba mi się. W zasadzie to nie wiem co zrobić z obiema. Ta większa przyda się na spakowanie hamaków na wyjazdy pod namiot. Ta mniejsza, może posłuży jako woreczek na prezent. 

Obie torby zgłaszam do zabawy u Splocika oraz do zabawy  Coś prostego u Renaty.


poniedziałek, 1 stycznia 2024

Spacer przedświąteczny


W sobotę przed świętami wybraliśmy się nad ocean. Może nie był to najlepszy pomysł, ponieważ mnie już od środy bolało gardło, Krzyśka właśnie zaczynało boleć, i należało się spodziewać, że niebawem i Emilia do nas dołączy, ale doszłam do wniosku, że zamiast siedzieć w domu i gapić się w ekran telefonu lub komputera, lepiej przespacerować się plażą. 



Pojechaliśmy w jedno z naszych ulubionych miejsc na spacer w jedną stronę laskiem, powrót plażą. Czasami idziemy nieco dalej, do latarni morskiej, ale tym razem nie mieliśmy sił, by wspinać się pod górkę więc wybraliśmy krótszą i mniej wyczerpującą wersję. 



Na plaży było bardzo przyjemnie — rzadko zdarza się taki miły bezwietrzny i ciepły dzień. 

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w chińskiej restauracji i Emilia zjadła pierwszy raz coś z kuchni chińskiej. Do tej pory twierdziła, że nie lubi — oczywiście bez spróbowania.

W święta moje zaziębienie osiągnęło apogeum i bardzo dobrze się złożyło, że do nikogo nie szliśmy ani nie spodziewaliśmy się żadnych gości. Urządziliśmy sobie maraton filmowy, bo tylko na to zostało mi energii po przygotowaniu potraw wigilijno świątecznych. Sprzątanie ogarnął Krzysiek. Jego rozłożyło zaraz po mnie a na końcu Emilię, choć ona najlepiej zniosła ten atak wirusa czy bakterii. Teraz mamy się już w miarę dobrze, choć dzisiaj rano Krzysiek narzekał, że źle się czuje, ale nie wiem, czy to choroba, czy stres i niewyspanie — wczoraj do północy pracował nad podaniami na studia. 

Nowy rok, po porannej mgle, obdarował nas piękną słoneczną pogodą, ale nie wybraliśmy się na żadną wycieczkę, bo Krzysiek nadal siedzi w wypracowaniach a Emilia ma muchy w nosie. Czas bez szkoły wyjątkowo źle jej się przysłużył, zachowuje się okropnie. Kiedy zabrałam jej komputer i telefon to zareagowała taką agresją, że zastanawiam się, czy moje dziecko nie jest uzależnione. Poszłam grabić liście w ogródku, aby się nieco odstresować. No i tak fajnie mi się zaczął ten nowy rok.