środa, 29 listopada 2023

Wzgórze z huśtawką

Ostatnio nietęgo z moją kondycją fizyczną. Dzieci uprawiają sporty a ja nie. Kiedyś, chociaż chodziłam po Emilię do szkoły, ale gimnazjum jest położone dalej od domu. Skapcaniałam i ostatnio czułam się wielce zmęczona, a przecież niewiele w sumie robiłam. Ponieważ pogoda była piękna w ostatni dzień długiego weekendu z okazji święta dziękczynienia, zaproponowałam dzieciom spacer – niezbyt długi ani męczący, taki, któremu i ja podołam. Ostatnio mało mamy czasu na takie wspólne wypady z racji bardzo bogatego harmonogramu obojga – i Emilii i Krzyśka. Ciągle coś, piłka nożna, pływanie, popisy muzyczne, przedstawienia, a jak zdarzy się weekend bez niczego, to akurat leje jak z cebra. 

Pojechaliśmy do parku Howard Buford i weszliśmy na wzgórze z huśtawką. Swing Hill to jedno z naszych ulubionych miejsc. Ranek tej niedzieli był mroźny, ale pojechaliśmy dopiero po obiedzie. Do tego czasu nieco się ociepliło, choć po północnej stronie wzgórza, w miejscach, gdzie promienie słońca nie docierają, trawa, liście, paprocie nadal były oszronione. Emilia zachwycała się bez końca! 





Na wzgórzu niespodzianka – ktoś wymienił starą huśtawkę (i liny i siedzisko), a do tego zamontował obok drugą, na krótszej linie. 



Przespacerowaliśmy się, nałapaliśmy słonka w duszę, zrelaksowaliśmy się. Dobrze nam zrobił ten rodzinny spacer, nie tylko jeśli chodzi o kondycję fizyczną. 




Wspomnienia zebrane w filmik z oprawą muzyczną Lullaby na cztery ręce - grają Emilia z panią od pianina.

niedziela, 26 listopada 2023

Święto Dziękczynienia

Czwartkowy poranek wstał mglisty, zimny, ponury. Najchętniej nie wychodziłoby się spod kołdry. Musiałam jednak wstać, ponieważ obiecałam upiec ciasta na obiad świąteczny z okazji Święta Dziękczynienia. Upiekłam ciasto dyniowe oraz ciasto gruszkowe na jogurcie, a potem jeszcze dyniowe ciasteczka, mocno przyprawione typowo piernikowymi przyprawami korzennymi, ale te ostatnie to już dla nas. 

W końcu i dzieci wstały, spakowaliśmy się i pojechaliśmy. Do znajomych mamy 1.5 godziny jazdy w jedną stronę. W połowie drogi zaczęło się przejaśniać i bardzo szybko zrobiła się przepiękna złota opromieniona słońcem jesień. Jechaliśmy przez tereny rolnicze, z lasami w oddali, więc sceneria była malownicza. Trzymałam ręce na kierownicy i nie robiłam zdjęć, więc nie mogę się podzielić tymi widokami. 



Koleżanka jest Polką, ale rodzina jej męża mieszka w pobliżu – większość, niektórzy mieli mniej więcej tak daleko, jak my. Przy stole zasiadło 17 osób. 


Był tradycyjny indyk (ważący ponad 10 kg), ale też i szynka (ważąca niewiele mniej). Do tego słodkie ziemniaki, zwykłe ziemniaki, szparagi, brukselka, marchewka, żurawiny oraz sos robiony na bazie tłuszczu, który wyciekł z indyka podczas pieczenia: gravy. Sos był przepyszny i choć było go bardzo dużo, zniknął bardzo szybko. 

Potem były ciasta i lody, a kiedy już nie mogliśmy się ruszać z przejedzenia, dzieci zajęły się sobą: gry komputerowe, gry planszowe oraz pianino, bo okazało się, że jedna z dziewczynek niedawno zaczęła grać na pianinie i obie z Emilką spędziły dobrą godzinę przy instrumencie. Wprawdzie nie zabrałyśmy nut, ale utwory, które obecnie gra Emilia w większości zapisały się już w pamięci – chyba sama była tym zaskoczona. 

Dorośli też się bawili. Najpierw zagraliśmy w grę na bazie szarad. Nie pamiętam nazwy, ale wygląda to tak: do odgadnięcia jest zestaw słów (tyle słów ile grających), trzy rundy, w każdej rundzie te same słowa, ale w innej kolejności. Za pierwszym razem trzeba słownie opisać słowo klucz, w drugiej rundzie przedstawia się słowo niewerbalnie, w ostatniej rundzie mówi się jedno słowo – oczywiście nie to, które pozostali mają zgadnąć. Czasu jest niewiele – w każdej rundzie tylko pół minuty. A jak się zgadnie i zmieści w czasie, to jeszcze jest rzut specjalną kostką i może się okazać, że punkt przejmuje system. Bo grają wszyscy razem do jednej bramki przeciwko systemowi. Po pierwszej rundzie system wygrywał. W drugiej rundzie trochę się ogarnęliśmy a w ostatniej rundzie wyszliśmy na prowadzenie i pokonaliśmy system. Potem graliśmy w jeszcze inne gry.

Dobrze się bawiliśmy. Zostaliśmy na noc, co było zaplanowane. W związku z tym Kicia została na noc sama w domu. Latem, kiedy jest ciepło, zostaje w ogródku a sąsiedzi przychodzą ją nakarmić. Teraz jest za zimno, więc postanowiłam zaryzykować i zostawić ją w domu z nadzieją, że skorzysta z kuwety (a nie dywanu). Do tej pory nigdy nie korzystała z kuwety – nad ranem przychodziła mnie obudzić, kiedy chciała wyjść na zewnątrz, mimo że miała kuwetę. Do domu wróciliśmy dopiero w piątek wieczorem. Mądra Kicia nie zapaskudziła ani dywanu, ani kanapy czy fotela – grzecznie skorzystała z kuwety, ale jak tylko wróciliśmy, powróciła do swoich zwyczajowych wycieczek do ogródka z otwieraniem drzwi na żądanie. Ale teraz już wiem, że możemy ją zostawić na dłużej w domu.

czwartek, 23 listopada 2023

Same piątki

We wtorek odbyły się coroczne spotkania z nauczycielami w obu szkołach moich dzieci. W gimnazjum i liceum zapisuje się na dziesięciominutowe rozmowy z wybranymi nauczycielami. Ponieważ zauważyłam w poprzednich latach, że większość nauczycieli ma więcej miejsc niż chętnych, postanowiłam spotkać się ze wszystkimi nauczycielami moich dzieci. Nie było ich tak dużo, bo niektórzy nauczają dwa lub nawet trzy przedmioty. W liceum można sobie było wybrać czy się chce pofatygować osobiście do szkoły, czy spotkać na zumie, w gimnazjum była tylko jedna opcja – osobiste stawienie się w budynku szkolnym.

Trochę się obawiałam co usłyszę na temat Emilii – oceny ma świetne, ale początek gimnazjum nie był najlepszy pod względem zachowania. Na szczęście to się poprawiło a wszyscy nauczyciele zgadzają się, że Emilia jest grzeczna i uprzejma, i bardzo zdolna. Wszyscy też przyznali, że wprawdzie na początku Emilia sprawiała trochę kłopotów, ale zastosowane środki zaradcze przyniosły pożądany skutek. Środki te różnią się pomiędzy pedagogami, ale mają jeden mianownik – przeniesienie na inne miejsce w klasie. W gimnazjum uczniowie nie wybierają sobie miejsca w klasie, to nauczyciel wyznacza im miejsca. 
Jedna z nauczycielek przyznała, że narzucenie szybszego tempa wyeliminowało sporo problemów w tej akurat grupie uczniów, inna nauczycielka wprowadziła zmiany do programu swojego przedmiotu, tam, gdzie to możliwe i nie narusza koniecznej sekwencji oczywiście. Zamiast wykonywać pewne zadania blokami po kilka godzin, wprowadza rotację – to urozmaicenie, skrócenie jednorazowego bloku tematycznego też poprawiło zachowanie uczniów. Czyli jak dzieciaki nie mają czasu się nudzić na lekcji, to nie gadają i nie przeszkadzają. Cieszę się, że Emilia ma nauczycieli, którzy szukają rozwiązania problemów, a nie jedynie obwiniają o wszystko uczniów. Mam nadzieję, że poprawa zachowania Emilii nie jest chwilowa, i już tak pozostanie. 

Miło mi było słuchać pochwał córki, miło mi było słuchać peanów na temat syna. Nauczyciele Krzyśka zgadzają się, że myśli logicznie, wyciąga wnioski i że zazwyczaj wyprzedza grupę o kilka kroków, wykazując się dojrzałością ponad swój wiek. W zasadzie to nie musiałabym spotykać się z jego nauczycielami, ale kto nie lubi jak mu chwalą dzieci? To taki piękny prezent na obchodzone dzisiaj Święto Dziękczynienia.

poniedziałek, 20 listopada 2023

Różowe kropki


W niezmierzonych zasobach internetu, a konkretnie na Instagramie, natknęłam się na tutorial jak zrobić takie plastyczne kropki jak na zdjęciu powyżej. Kiedyś gdzieś widziałam chustę z czymś takim, więc postanowiłam spróbować odtworzyć to, co zapamiętałam z tamtej fotografii. Na projekt zużyłam kilka ponapoczynanych motków różnych włóczek – każda inna, a łączyło je to, że od lat zalegały i nie miałam pomysłu, na co je wykorzystać. 


Chusta trochę nie wyszła, nawet po wypraniu i blokowaniu, rozłożona na płasko nie układa się tak, jakbym sobie tego życzyła, ale po owinięciu szyi wygląda dobrze. 


Zdecydowanie podoba mi się połączenie koloru szarego i szaro niebieskiego z cyklamenowym. Biały załapał się, bo motek szarej włóczki pod koniec okazał się melanżem przechodzącym w złamaną biel, to dorzuciłam resztkę innej włóczki w niemal identycznym odcieniu, choć o innej strukturze. 


Włóczki w sumie nie było zbyt wiele, więc to taka mała chusta, ot, nieco niekształtny szalik, ale zadanie swoje spełnia – opatula szyję i chroni przed chłodem. A nastała i u nas pora na tego typu dzianiny.





piątek, 17 listopada 2023

Pełnoletność



17-11-2023
18 lat
Krzysztof - pełnoletni



poniedziałek, 13 listopada 2023

Papryka: eksperyment ogrodniczy

Czas grabieni liści zaczął się już dość dawno temu. Grabienie liści relaksuje mnie, jest coś kojącego w tej prostej czynności. Dąb za domem jest ogromy, liście lecą z niego przez kilka miesięcy, ale po ostatnich wichurach już połowa spadła. 

Jesień przyszła do nas z przytupem — żadne tam stopniowe ochładzanie! Pewnego dnia spadł grad, a zaraz potem kilka nocy z przymrozkami kończąc definitywnie sezon ogródkowy. Wiedząc, że nadchodzą przymrozki, zebrałam ostatnie pomidory i paprykę, która późno, ale jednak wydała nieco owoców. Zrobiłam nawet pamiątkowe zdjęcie — pierwszy raz udało mi się wyhodować w ogródku paprykę.


Przez przypadek natknęłam się na filmik na temat przechowywanie papryki (rośliny) zimą w domu. Nie wiedziałam, że papryka jest rośliną wieloletnią, choć przyznam, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Po obejrzeniu filmu postanowiłam spróbować przechować kilka roślin w domu. Przesadziłam do doniczek i przycięłam zgodnie z zaleceniami. 


Najpierw wstawiłam doniczki do garażu, ale przy przymrozkach w garażu też robi się dość zimno. Powyżej zera, ale chyba nie wystarczająco ciepło dla papryki. Przeniosłam więc doniczki do małej łazienki. Wsadziłam je do dużego plastikowego pojemnika, żeby nie musieć kursować pomiędzy garażem i łazienką a poza tym najpierw rozważałam wyniesieni ich do garażu jak się nieco ociepli, ale chyba zostaną w łazience do wiosny. Zobaczymy, co wyniknie z tego eksperymentu.

piątek, 10 listopada 2023

Skinner Butte w niedzielne popołudnie

Słoneczna październikowa niedziela aż prosiła się o jakiś spacer lub dłuższą wycieczkę tyle, że strasznie nam się nie chciało. Mnie i Krzyśkowi, ponieważ Emilia była u koleżanki. W końcu jakoś wzajemnie zmobilizowaliśmy się i podjechaliśmy do najbliższego wzniesienia. Niestety nie było miejsca na maleńkim parkingu, a nie lubię zostawiać samochodu na poboczu szosy. 

Zmiana planów. 

Postanowiliśmy pojechać nad rzekę i zdobyć pagórek w środku miasta, Skinner Butte, w najstarszym miejskim parku w naszym mieście. 

Nad rzeką parking jest ogromny, a w zasadzie jest ich kilka. Swego czasu często tam jeździliśmy na plac zabaw, ale te czasy już za nami. 
Skinner Butte nie jest zbyt wysoki (208 mnpm), akurat na takie leniwe niedzielne popołudnie. 


Pochodziliśmy po dróżkach, spojrzeliśmy na miasto z góry. Przy wspaniałej pogodzie świetnie widać było inne okoliczne pagórki, na które się wspinamy (Spencer Butte, Mt. Pisgah). 



Potem pojechaliśmy do sklepu, bo Krzyśkowi potrzebna była nowa kurtka zimowa a po udanych zakupach na pizzę. Zmęczeni byliśmy to nam bardzo smakowała. (Wydaje mi się, że bardziej zmęczyły nas jednak zakupy...)

niedziela, 5 listopada 2023

Bączek albo Pszczółka (Maja)

Halloween – święto, którego ja bardzo nie lubię (ze względów osobistych, nie religijnych), ale uwielbiane przez dzieci. Choć Krzysiek już jakby wyrósł i z przebieranek i ze słodyczy. Zdarza mu się, że go najdzie nieprzebrana ochota na słodycze, ale na co dzień unika. 
W zeszłym roku urządzili sobie w Halloween ze znajomymi seans filmowy, w tym roku pracował nad aplikacją na studia. 

Emilia to zupełnie inna historia. Temat Halloween zaczął się w połowie września, kiedy to nasi sąsiedzi zaczęli ustawiać stosowne dekoracje na trawniku przed domem. Emilia rozmieściła kilka drobiazgów w domu, ale szybko znudziła się dekoracjami i zaczęła planować wraz z Kennedy kostiumy. 

Tematem żyły ponad miesiąc co rusz zmieniając koncepcje, w końcu stanęło, że będą martwymi panną i panem młodym. Ubrania zostały zakupione w sklepie z używaną odzieżą, a potem oblane sztuczną krwią i ubrudzone brązowym cieniem do powiek. 

W pracy miałam tego dnia tematyczną imprezę a do tego wiedziałam że się nie wykręcę od chodzenia za cukierkami z Emilią, więc też musiałam mieć jakiś kostium. W pracy był zalecany, choć po fakcie okazało się, że w zasadzie prawie wszyscy to zalecenie olali. Szef stwierdził, że jest przebrany za szefa, jego żona miała diabelski ogon i rogi, ale to nie przebranie – ona je po prostu przykrywa czapką niewidką na co dzień. 

Moje przebranie zostało wydziergane przeze mnie na drutach. 


Amerykanie orzekli, że jestem bączek a Polacy, że Pszczółka Maja. 


Kamizelkę zrobiłam obszerną, bo miała być założona na puchową kurtkę. Do tej pory dziwię się, że tak idealnie wycyrklowałam z rozmiarem. Robiona od dołu w okrążeniach do otworów na ręce. 

Czułka trochę mi nie wyszły i co rusz opadały, ale w sumie takie nieco zwariowane dodawały przebraniu uroku. Zrobiłam je z opaski do włosów, włochatych drucików i pomponów. Nie udało mi się znaleźć czarnej opaski do włosów ani drucików, ale też jakoś szczególnie nie starałam się – po prostu poszłam do dolarówki i kupiłam co tam było.


Przebranie zgłaszam do listopadowej odsłony zabawy u Splocika Rękodzieło i przysłowia albo... bo ładnie obrazuje cytat (nr 2):
1. Co robisz dobrego, co robisz złego, wszystko do ciebie wróci.
2. „Zacznij tam, gdzie jesteś, użyj tego, co masz, zrób, co możesz.” - Artur Asie


Po okolicy chodziliśmy sporą grupą, z Kennedy, jej bratem i bratankami, oraz mamami tychże. 


Niektóre domy były udekorowane w stylu iście holiwódzkim – jak w filmach tematycznych. Dom z najbogatszą wystawą w okolicy ściągał tłumy oraz ekipę telewizyjną. My też tam udaliśmy się, bo po ponad miesiącu przejeżdżania obok za dnia chcieliśmy zobaczyć jak to wygląda wieczorem. Filmik poniżej.



środa, 1 listopada 2023

Konkurs Sonatinowy

W połowie października Emilia wzięła udział w konkursie sonatinowym. 
Konkurs odbywa się co dwa lata, a organizowany jest przez Oregońskie Stowarzyszenie Nauczycieli Muzyki (Oregon Music Teachers Association). Młodzi muzycy konkurują na dziesięciu różnych poziomach, grając z pamięci sonatinę wybraną dla danego poziomu przez OMTA. Pani od pianina zapisała Emilię na poziom piąty: Sonatina w C dur, Op. 20 Nr 1 Friedricha Kuhlaua. 

Emilia nie występowała przed żadną publicznością od grudnia 2019 roku, przed jurorami – nigdy. Zdziwiłam się, kiedy zdecydowała się wziąć udział w konkursie, ale kiedy w dniu imprezy niemal rozpłakała się i oświadczyła, że nie zagra i chce wracać do domu – zupełnie nie byłam zaskoczona. To już bardziej pasowała do mojej córki. 

Konkurs odbywał się w budynku wydziału muzyki naszego lokalnego uniwersytetu. Na kilka dni przed konkursem spotkałyśmy się tam z panią od pianina, która oprowadziła nas po budynku. Zakradłyśmy się do kilku sal i Emilia miała okazję pograć na znajdujących się tam fortepianach. W dniu konkursu okazało się, że grała w jednej z tych sal, choć nie na instrumencie, który jej najbardziej odpowiadał. 

Grała jako pierwsza. Nie chciała, abym weszła z nią do sali, więc zaczekałam na zewnątrz. Zza zamkniętych drzwi jakość dźwięku nie była powalająca, ale co nieco słyszałam. Zdenerwowane dziecko nie zagrało tak dobrze, jak wiem, że potrafi. Po wyjściu stwierdziła, że miała tak spocone ze zdenerwowania ręce, że jej się palce ślizgały po klawiszach. Dziecko było bardzo przybite i mocno zawstydzone, przekonane, że wypadło fatalnie. 

Tydzień później dotarła do nas ocena opisowa jej występu wystawiona przez jurorkę. Ze zdumieniem czytałyśmy niemal same pozytywy. Kilka uwag odnośnie tego, co mogłoby być lepiej zagrane z końcową uwagą, że ogólnie pięknie i miło dla ucha zagrane. Emilia wyglądała na bardzo zaskoczoną – chyba jednak oceniła siebie zbyt krytycznie. 

Wprawdzie Emilia stwierdziła, że nienawidzi tej sonatiny i już jej nigdy w życiu nie zagra, ale nie chciałabym, aby tyle trudu, który włożyła w opanowanie utworu, tak po prostu poszło w zapomnienie. Nie mam nagrania z czasu tuż przed konkursem, kiedy Emilia grała utwór naprawdę dobrze, głównie dlatego, że moja córka nie lubi, kiedy nagrywam, kiedy gra. Czasem udaje mi się coś uwiecznić ukradkiem, ale często nie mam akurat telefonu pod ręką. Nagrywam, ponieważ w miarę upływu czasu nagrania te pokazują jak spore postępy dziecko zrobiło – to bardzo motywujące dla samej zainteresowanej. Mam nagranie z września, jeszcze z kilkoma błędami, ale już grane z pamięci. Postanowiłam zilustrować tym nagraniem kompilację zdjęć z naszego lipcowego pobytu w parku narodowym Crater Lake National Park. Miłego słuchania i oglądania!

 

środa, 25 października 2023

Crater Lake: Strajk na trasie na szczyt Garfield Peak

Tablica informacyjna  na początku szlaku.


Szlak na szczyt Garfield Peak w Parku Narodowym Crater Lake to jedna z piękniejszych tras (a także jedna z bardziej popularnych). Z każdym zakosem panorama poszerza się, coraz piękniejsza, porażająca swym ogromem. Niemal cały czas wędruje się z widokiem na Jezioro Kraterowe a z góry fantastycznie widać całe jezioro, z obiema wyspami (Wizard Island i Phantom Ship) oraz Góry Kaskadowe. Choć przyznam, że widoki zdecydowanie lepiej podziwia się w drodze powrotnej, idąc w dół, z całym majestatem jeziora przed oczami. Idąc w górę, jezioro widzimy głównie z boku. 

Trasa zaczyna się przy budynku schroniska i to tam zaparkowałam samochód. Dziewczyny kręciły nosami, chciały zostać w schronisku z telefonami komórkowymi. Ponieważ nie zgodziłam się, uprzykrzały wędrówkę jak się dało. Ociągały się, co kilka kroków zatrzymywały się, by odpocząć, wymyślały powody do narzekania. Ale kiedy natknęły się na niestopniały śnieg, cudem odzyskały siły! Po pokonaniu 2/3 trasy pod górę zastrajkowały i oświadczyły, że dalej nie idą.


Strajk na szlaku. 
Widok na Wizard Island.

Bardzo zależało mi, żeby wejść na sam szczyt wzniesienia, które zdobyłam 18 lat temu, podczas jednej z pierwszych wycieczek po sprowadzeniu się do Oregonu. Dziewczyny w nosie miały moją podróż sentymentalną i wspomnienia! Ja nie chciałam odpuścić, zwłaszcza że do szczytu było już bardzo blisko, pannice zaparły się jak osiołki. 


Krzysiek też chciał zdobyć szczyt więc w końcu zrobiliśmy tak, że on pobiegł na górę sam a my w tym czasie wlokłyśmy się noga za nogą pod górę, wyprzedzane przez wszystkie ślimaki. W drodze powrotnej Krzysiek przejął dziewczyny i razem zeszli na dół. Ja poszłam sama na szczyt, choć nie biegłam jak mój syn. 

Na szczycie Garfield Peak.

Szczyt zdobyłam, o zrobienie zdjęć poprosiłam innych piechurów. 

Widok na Phantom Ship ze szczytu Garfield Peak.

Widok na Wizard Island ze szczytu Garfield Peak.

Z jeziorem za plecami.

Muszę przyznać, że bardzo miło schodziło mi się w ciszy i spokoju, słuchając szumu wiatru zamiast narzekań. 

Pod schroniskiem dziewczyny spotkała przykra niespodzianka – zamiast wyżerki w restauracji dostały kanapki, wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę powrotną. Od zawsze układ jest taki, że do restauracji po takiej wycieczce idziemy jak zostaną zjedzone kanapki i jak Emilia nie uprzykrza innym życia na trasie. Pierwszy warunek mogłabym jeszcze pominąć, bo do domu mieliśmy trzy godziny jazdy samochodem więc kanapki zostałyby zjedzone, ale pannice były tak wredne tego dnia, że nagradzanie ich obiadem w restauracji nie wchodziło w grę. Ciekawe, że nie przyszło im do głowy, że jak będą takie nieuprzejme dla mnie to mogę im się zrewanżować tym samym. Szok! Jak to? Mama niemiła? 11 lat to najwyższy czas by dotarło do przemądrzałych główek przesłanie powiedzenia Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. 

Pannice obraziły się na amen więc przynajmniej w drodze powrotnej był spokój. Nauczka z tego wyjazdu jest taka, że więcej nie zabieramy koleżanki Emilii na tego typu wyjazd. Nie lubi chodzić, sama przyznała, że wyjazd nie podobał jej się, to niech siedzi w domu. Nie ma sensu uszczęśliwiać innych na siłę.



poniedziałek, 23 października 2023

Noc seniora

Krzysio jest już w ostatniej klasie liceum. Tutaj nie ma matury, więc nie mogę napisać, że jest w klasie maturalnej. Tutaj mówi się, że jest w dwunastej klasie — nie zaczyna się odliczania od początku w gimnazjum, a potem w liceum. Najczęściej na ucznia ostatniej klasy mówi się "senior". 

Ostatni rok w liceum mojego "seniora" więc zaczyna się seria wszelkich "ostatnich", na przykład ostatni sezon w licealnej drużynie piłkarskiej. Zwyczajem jest, że "seniorzy" zostają w ten czy inny sposób uhonorowani, choć różni się to pomiędzy sportami i innymi zajęciami. Przed jednym z ostatnich meczów ligi licealnej, podczas tak zwanej "Senior Night", zostali uhonorowani odchodzący zawodnicy. Jeszcze we wrześniu odbyła się sesja fotograficzna drużyny. Zdjęcia z tej sesji zostały powiększone w formie banerów, przyczepione do płotków i ustawione wzdłuż murawy. 


Każdy z odchodzących zawodników przygotował krótką notkę o sobie z uwzględnieniem planów na przyszłość (po ukończeniu nauki w liceum), ze zwyczajowymi słowami podziękowania – rodzicom, trenerom itp. Krzysio podziękował mamie za to, że go zawsze wspiera. Może było tam jeszcze coś, ale w natłoku emocji niewiele do mnie dotarło. Notkę odczytywał spiker podczas prezentacji wobec wszystkich obecnych na szkolnym stadionie. Zawodnicy otrzymali upominek i kwiaty, były robione zdjęcia i tylko pogoda nie dopasowała się do ogólnie panującego nastroju – lało jak z cebra! 

Nie zostałam na meczu – wzięłam kwiaty i prezent i pojechałam do domu. 


Po powrocie Krzyśka po meczu do domu okazało się, że dostał butelkę termiczną ze swoim imieniem i numerem, jaki w tym roku ma na koszulce. 


Z następnego treningu wrócił do domu z banerem. Na odwrocie trener i inni zawodnicy napisali kilka słów od siebie.

Ostatni rok w liceum to też czas składania podań na studia – zanim się skończy liceum, już się stara o przyjęcie na wybrane uczelnie. Krzysiek ma listę, kilkanaście instytucji, a mierzy wysoko – większość z tych szkół przyjmuje kilku (6-10) kandydatów na stu i tak naprawdę nie do końca wiadomo co, w takim podaniu jest najważniejsze, i decyduje o przyjęciu. Kandydatów mają tylu, że mogą sobie wybierać do woli – raczej nie minę się z prawdą jak napiszę, że wszyscy starający się o przyjęcie to bardzo dobrzy uczniowie ze wysokimi średnimi. Stawka wysoka, więc denerwuję się bardzo, chyba nawet bardziej niż sam zainteresowany. Jest kilka terminów składania podań a przekładają się one na terminy powiadomień o przyjęciu (lub nie). Nerwowe miesiące przede mną!

wtorek, 17 października 2023

Sweter w paski

Na urodziny (w marcu) dostałam włóczkę – od koleżanki, która wie, że taki prezent zawsze mnie ucieszy. Włóczka nie byle jaka, bo merino (Cascade 220 Superwash Merino, 201 m/100gr) i do tego taka, że można ją prać w pralce. Super! Jakiś czas temu wspomniałam, że chciałabym sobie zrobić sweter w szaro-białe paski – i właśnie w tych kolorach włóczkę dostałam. Pełnia szczęścia! 


Trochę trwało, zanim doprecyzowałam szczegóły, między innymi ile rzędów ma mieć każdy pasek, ale w końcu narzuciłam oczka na druty i poleciałam z robótką. 


Szło wolno, bo zawsze coś wypadnie i ostatnio na przyjemności jakby mniej czasu, ale jak mnie rozłożyło choróbsko, to jak tylko miałam siły utrzymać druty, przerabiałam okrążenie za okrążeniem.


Ponieważ włóczki było 600 gram, stwierdziłam, że wystarczy na taki nieco większy i luźniejszy sweter i do tego z golfem, żeby mi było cieplej. Zaczęłam właśnie od golfu, który ma dwie warstwy. Jak już był odpowiednio długi, to złożyłam go na pół i przerobiłam oczka na drucie z oczkami z początku robótki. Potem poleciałam dość standardowo na okrągło od góry. 


Rękawy są długie, aby można było swobodnie schować w nich całe dłonie bez naciągania swetra. Pod koniec korpusu okazało się, że jednak szarej włóczki nie wystarczy mi na taki koncept, jaki był w założeniach, ale że nie miałam ochoty pruć, bo poza tym sweter wychodził dość dobrze, to ostatni szary pasek jest węższy, a potem poleciałam na biało, wykorzystując niemal do końca i tę włóczkę. 


Po wypraniu i wysuszeniu okazało się, że sweter jest fantastyczny! Milusieńki (choć na ramionach nieco podgryza), cieplutki, ale lekki (nie czuć tych 600 gram) a do tego rzadko udaje mi się tak dobrze wycelować z rozmiarem. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wyglądam w nim szczupło, choć w minionym roku sporo przytyłam (12 kg). 


Jest to aktualnie mój ulubiony sweter, tylko jak na złość jesień mamy dość ciepłą więc okazji do zakładania grubszej dzianiny za bardzo nie mam. 
Ale ochłodzi się z pewnością i to niebawem. 


Sweter w paski zgłaszam do dwóch zabaw. Do październikowej odsłony zabawy Rękodzieło i przysłowia albo . . . u Splocika, bo przyjaciół mam niewielu, ale jak widać – dobrych. To drugie przysłowie jest w moim przypadku tak oczywiste, że chyba nawet nie ma co wspominać, że ja jak ten koń, nie odpoczywam nigdy: 

1. Książek, jak i przyjaciół powinno być niewiele, ale za to dobre.
2. Wóz odpoczywa zimą, sanie latem, koń nie odpoczywa nigdy.


Druga zabawa, do której zgłaszam sweter to Link Party u Renaty.