| Ruby Beach |
Pogoda nam nie dopisała, dzień był wprawdzie ciepły, ale bardzo pochmurny, więc zdjęcia są ponure i w najmniejszym stopniu nie oddają sprawiedliwości temu miejscu.
Na plaży natura zebrała niesamowitą kolekcję unikalnych formacji skalnych a jakby tego było mało, mamy jeszcze moc wybielonego słońcem drewna wyrzuconego na brzeg.
Podczas odpływu można tu obserwować rozgwiazdy, kraby i inne organizmy morskie wśród basenów pływowych, można też dojść na wyspę Abbey, ale dobrze jest sprawdzić przed wyruszeniem jak się układają przypływy i odpływy.
Ponieważ zatrzymałyśmy się na Ruby Beach tylko na trochę, w drodze z jeziora Quinault nad jezioro Ozette, nie planowałam całodniowego pobytu w tym miejscu. Niemniej jednak, nawet przy kiepskiej pogodzie podobało nam się tam tak bardzo, że zabawiłyśmy dłużej niż myślałam.
Z dość sporego, a jednak straszliwie zatłoczonego parkingu (na którym cudem udało nam się zaparkować, tylko dlatego, że akurat ktoś opuszczał miejsce parkingowe) dochodzi się do plaży już po kilku minutach, w miejsce gdzie potok Cedar Creek wpada do dużego basenu, idealnego do zabawy dla dzieci i rodzin - Emilia prze chwilę rozważała powrót do samochodu po strój kąpielowy i ręcznik, ale bardziej zainteresowały ją skały.
Z plaży można udać się na północ na kilkukilometrową wycieczkę do Rzeki Hoh, a idąc na południe, podczas odpływu, po pokonaniu mniej więcej takiej samej odległości dochodzi się do potoku Steamboat Creek, z widokiem na Destruction Island i jej latarnię morską. Przyznam, że niebo było tak zaciągnięte chmurami, że myślałam, że oberwanie chmury to tylko kwestia czasu, ale natura tylko pogroziła paluchem. Nie było widać żadnej wyspy.
Szkoda, że nie dane nam było zobaczyć Ruby Beach w słonecznej, z pewnością piękniejszej odsłonie, ale i tak w życiu bywa, nie zawsze dostaje się to co by się chciało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz