piątek, 15 września 2023

Mount Scott w Parku Narodowym Crater Lake

Mount Scott, mały stratowulkan, usytuowany na południowo-wschodnim zboczu Jeziora Kraterowego jest najwyższym punktem w Parku Narodowym Crater Lake i dziesiątym najwyższym szczytem w Oregonie. Ma około 420 000 lat.

Opis trasy prowadzącej na szczyt znaleziony w przewodniku nie odstraszał, 450 metrów od podnóża na szczyt rozciągnięte na 4 km (w obie strony 8 km, szlak zaczyna się na wysokości 2342 mnpm, szczyt 2723 mnpm) – bułka z masłem! Kiedy jednak zajechaliśmy na parking i spojrzeliśmy w górę, dziewczyny zaczęły jęczeć i błagać o zmianę planów. Ja też zwątpiłam, czy damy radę, ale wstyd mi było się wycofać z podjętej decyzji. Widok na Mount Scott z parkingu przytłacza, góra wydaje się ogromna!

Mount Scott, Crater Lake National Park

Walcząc z pokusą zarządzenia odwrotu jeszcze przed startem nie pomyślałam o zrobieniu zdjęcia, to powyżej zrobiłam już po powrocie. Bo jednak nie ugięłam się perswazjom dziewczyn i własnemu przerażeniu. 


Zaraz przy parkingu stoi tablica informacyjna z trasą naniesioną na zdjęcie – ścieżka prowadzi zakosami i kiedy już ją pokonaliśmy, okazało się, że nie było wcale tak źle. Najbardziej dało nam popalić słońce, przed którym nie było w zasadzie jak się schować ponieważ drzewa porastające zbocza nie są na tyle rozłożyste i gęste by zapewnić cień. Dobrze, że wyruszyliśmy w miarę wcześnie to jeszcze nie było tak gorąco. Bardzo współczułam osobom wspinającym się pod górę kiedy my już schodziliśmy. 

Po 10 minutach od opuszczenia parkingu okazało się, że koleżanka Emilii nie uzupełniła wody w swojej butelce i wyruszyła na trasę niemal bez wody. Zostawiłam dziewczyny z Krzyśkiem w cieniu jednego z nielicznych drzew i wróciłam do samochodu po wodę. Więcej falstartów nie było.


 
22 lipca na szczytowej grani leżały resztki śniegu. Szlak ten był zamknięty jeszcze dwa dni wcześniej właśnie z powodu zalegającego śniegu. 



Widok roztaczający się z tego miejsca dodał nam sił i energii i raźno ruszyliśmy do wieży strażniczej (zamkniętej) i punku oznaczonego jako szczyt. W przewodniku przeczytałam, że to jedyne miejsce, z którego możny złapać całe jezioro w jednym ujęciu aparatu fotograficznego (zwykłym ujęciu, niepanoramicznym). 


Posiedzieliśmy trochę na szczycie, podziwiając widok i odpoczywając. Na terenie parku raczej nie ma zasięgu, ale w tym miejscu akurat był i koleżanka Emilii zadzwoniła do mamy. Udało nam się wypatrzeć samochód pozostawiony na parkingu u podnóża – mała biała kropka trzecia z lewej. Na zdjęciu chyba nie da się go zidentyfikować – drogę, przy której jest parking, ledwie widać.

Mimo że dopiero co stopniał śnieg, wiatry i słońce wysuszyły całą wilgoć i po wodzie nie pozostało nawet wspomnienie. Czas tuż po stopnieniu śniegu to czas kwitnienia kwiatów – kolorowe akcenty ożywiające wulkaniczny krajobraz. Zdjęcia zrobiłam już w drodze powrotnej.






niedziela, 10 września 2023

Wrześniowe lato

U nas nadal lato. Wprawdzie już nie upalne, ale nadal ciepłe i bezdeszczowe, więc trzeba wszystko podlewać. Ciągle jeszcze mam pomidory, choć krzaczki mocno podsuszone. W tym roku przeprowadziłam eksperyment i wyhodowałam sobie pomidory z nasion z pomidorów kupionych w sklepie. Wzeszły dość szybko, potem miały trochę zastoju w indywidualnych doniczkach, ale po przesadzeniu do gruntu (lub do większych donic kiedy zabrakło miejsc na grządkach) ruszyły z kopyta i po jakimś czasie okazało się, że piękniej obrodziły niż inne krzaczki. W przyszłym roku też poeksperymentuję, zobaczymy, co z tej zabawy wyjdzie. 

Posiałam też nasiona wydłubane ze sklepowej papryki, ale nie obrodziły. Jedna właśnie zaczyna kwitnąć – trochę późno, ale podobno można paprykę przechować w domu przez zimę – zobaczymy czy mi się uda. Dostałam jedną sadzonkę papryki od koleżanki i ta roślina obdarowała mnie dwiema super ostrymi papryczkami. Jedna już skończyła w kuchni, druga jeszcze zielona na krzaku. 


W tym roku postanowiłam jeszcze wypróbować trzy siostry, czyli wysiałam razem dynię, kukurydzę i fasolę. Kukurydza nie wzeszła wcale – pewnie wydziobały ją ptaszki. Fasolka (szparagowa) ładnie obrodziła, dynie niby rosły i kwitły, ale jak przyszło co do czego, to się skończyło na dwóch okazach.


Za to pomiędzy pomidorami wzeszło coś, co okazało się małą ozdobną dynią. 


Albo nasionko przywędrowało z kompostownika, albo zasiane przez Naturę. Szkoda, że tylko jedna ta dynia, bo ładniutka. 

Winogrona (i jasne i ciemne) i śliwki nie zawiodły w tym roku. Są też jabłuszka, robaczywe, jak co roku, mimo nadzienia - smaczne, ale na zdjęcia się nie załapały. Jasne winogrona bardzo słodkie w tym roku, pyszniutkie!





czwartek, 7 września 2023

Dwa spacery

Tuż obok siebie usytuowane są dwa kempingi, po dwóch stronach rzeki i wiodącej wzdłuż niej drogi. Do Waxmyrtle trzeba zjechać z drogi i przejechać mostem – to na ten kemping zazwyczaj jeździmy. Kilka lat temu byliśmy na tym drugim, Lagoon. 

Oba ośrodki są pod tym samym zarządem, ale na jednym z nich miejsca są dostępne jedynie w ramach rezerwacji (W), na drugim (L) jest pula miejsc, których się nie rezerwuje – jak się przyjedzie i są wolne, to można rozbijać namiot. Na Lagunie trzeba zapłacić za drugi samochód, na Waxmyrtle dwa samochody są wliczone w cenę, a cena ta jest taka sama za miejsce na obu kempingach. Kemping Lagoon położony jest nad starorzeczem i jeśli się chce pływać kajakiem po rzece Siltcoos, to trzeba te kajaki przetransportować. Upatrzone przez nas miejsca na Waxmyrtle, które sobie rezerwujemy, położone są nad samą rzeką. 

Powodów, dla których wybieramy Waxmyrtle, jest więc kilka, ale jest jedna rzecz, której ośrodek ten nie ma. Szlak prowadzący wokół kempingu Lagoon jest krótki, ale uroczy i bardzo mi się podoba. Minęło sporo lat, od kiedy ostatnio dane było się nam nim przespacerować (osiem), choć w planach był co roku. Tym razem udało się je zrealizować. Osiem lat to zbyt długo by dzieci cokolwiek pamiętały, więc odkrywały miejsce na nowo.


Kiedy już zamknęliśmy pętlę, zamiast wracać do namiotu, postanowiliśmy pójść na plażę obejrzeć zachód słońca. To właśnie wtedy zrobiłam zdjęcie, które zamieściłam poprzednio. 

Zanim wróciliśmy na kemping, zrobiło się już prawie ciemno. Na moście zrobiłam zdjęcie na rzekę w kierunku oceanu. 


Pierwszy zachód słońca obejrzeliśmy na plaży, do której można dojechać samochodem, po prawej stronie rzeki. Po lewej stronie rzeki też można dojść do plaży i tradycyjnie co roku wybieramy się tam szlakiem Waxmyrtle Trail, tyle że na tej plaży w czasie lęgowym zagrożonego wyginięciem gatunku ptaków (do 15 września) można przebywać jedynie na mokrym piasku. Wiemy o tym i nie przeszkadza nam to. Tę plażę rezerwujemy sobie do grzebania w piasku tuż przy falach, spacer po obmywanym falami piasku i zbieranie muszelek. Plażowanie pełną gębą dozwolone jest na tej drugiej plaży. Szlak Waxmyrtle Trail zaliczyliśmy w sobotę. 


Szliśmy bardzo długo, bo po drodze znaleźliśmy mnóstwo przepysznych jagódek Huckleberry — łasuchowaliśmy i nie mogliśmy się oprzeć aromatycznej pokusie. 



Nad oceanem nie zabawiliśmy super długo—przyszedł przypływ i zaczął nas wypierać coraz bliżej terenu odgrodzonego dla ptaszków. Dzieci wybawiły się i nie protestowały, kiedy zapadła decyzja o powrocie. Chyba też zgłodniały, bo przecież borówki, nawet w sporej ilości, to raczej przekąska a nie posiłek. 

Na mapce poniżej zaznaczyłam obie trasy, piątkową wokół Laguny i na zachód słońca (na zielono) oraz sobotnią szlakiem Waxmyrtle Trail (na bordowo).



poniedziałek, 4 września 2023

Odwaga

Pierwszy weekend września to, jak już wspominałam, długi świąteczny weekend. Pierwszy wrześniowy poniedziałek to Labor Day, czyli Święto Pracy, a nieoficjalnie – zakończenie sezonu letniego. Dla nas to zazwyczaj ostatni wakacyjny wyjazd pod namiot i tak jakoś od lat się składa, że przeważnie jedziemy nad ocean, bardzo często w to samo miejsce, Waxmyrle Campground, nad rzeczką Sitcoos, o jakąś milę od plaży. W tym roku właśnie tam byliśmy, wróciliśmy kilka godzin temu. 

Jak się jest nad oceanem to oczywiste jest, że spędza się czas na plaży, ale że pod nosem jest i rzeka, to od jakiegoś czasu zawsze były i kajaki. 
W poprzednich latach inne rodziny przywoziły i pozwalały nam korzystać. W tym roku tak wyszło, że jechaliśmy mniejszą grupą, z tylko jedną zaprzyjaźnioną rodziną. Oni kajaków nie mają. Moje dzieci mają kajaki, ale nigdy ja ich nie musiałam przewozić więc mój samochód nie był przystosowany do transportu tego typu sprzętu. W zasadzie to nie był przystosowany do transportu niczego na dachu bądź doczepionego z tyłu. Czas przeszły jak najbardziej na miejscu, ponieważ zmieniło się to w zeszłym tygodniu. Doszłam do wniosku, że weekend będzie o wiele bardziej atrakcyjny dla dzieci jak poza plażą będą miały możliwość popływania po rzece, zwłaszcza że bardzo lubią kajakować. 
Kupiłam więc relingi dachowe a do tego bagażnik do transportu kajaków. 


Pierwsze relingi okazały się niewypałem — w instrukcji brakowało kilku punktów a link odsyłał do strony internetowej zupełnie nie związanej z motoryzacją, o montowaniu relingów nie wspominając. Odesłałam, kupiłam inne. 
Z tymi już nie było problemu, zamontowaliśmy je z Krzyśkiem dość sprawnie. Nie wiedzieliśmy, w jakiej odległości od siebie mają być zamontowane, ale ta informacja znalazła się w pudełku z bagażnikiem dla kajaków, który kupuje się osobno i montuje na relingach. Nie zdążyliśmy przetestować całości przed wyjazdem i przyznam, że kiedy już spakowaliśmy się w piątek, załadowaliśmy kajaki na samochód, zabezpieczyliśmy najlepiej, jak potrafiliśmy i mieliśmy wyruszać, byłam mocno zestresowana. Tyle możliwości, żeby coś poszło nie tak, tyle wątpliwości, czy wszystko zamocowane i zabezpieczone jak należy. 

tuż przed wyjazdem

Był tylko jeden sposób, by się przekonać – wyruszyć w trasę. I tak zrobiliśmy. Jechałam dość powoli, jak zalecane było w instrukcji – nie miałam ochoty obserwować we wstecznym lusterku, jak mi z dachu spadają kajaki i lądują na samochodach jadących za mną. Większość kierowców utrzymywała bardzo rozsądną odległość, co się dość rzadko zdarza. Pewnie też stała im przed oczami wizja kajaków lądujących im nagle na masce. Półtorej godziny później zaparkowaliśmy na zarezerwowanym miejscu.

na miejscu

Dojechaliśmy na miejsce szczęśliwie, bez wypadków, nie gubiąc niczego, i nawet nikt na nas nie zatrąbił, że jedziemy za wolno. Stres był ogromny, ale jestem bardzo dumna z siebie, że przezwyciężyłam strach, przełamałam obawy i odważyłam się no coś jeszcze niedawno niewyobrażalnego. 

Dzieci ucieszyły się jeszcze bardziej, choć muszę przyznać, że ich wiara w moje możliwości jest niezachwiana. Ucieszyły się, że mogą pływać po Siltcoos River i do tego w swoich własnych kajakach bez pożyczania i dostosowywania się do innych. Pierwsze co zrobili na miejscu, to wskoczyli w kajaki i popłynęli w górę rzeki. Dopiero po powrocie z ich rekonesansu rozbiliśmy namiot i rozwiesiliśmy hamaki.

dzieci na Siltcoos River zaraz po przyjeździe na miejsce

Cała ta sprawa z transportem kajaków na moim niewielkim autku i przełamanie strachu dość dobrze wpisuje się we wrześniową tematykę zabawy Rękodzieło i przysłowia albo... u Splocika, więc niniejszym zgłaszam niniejszy wpis. Wrześniowy cytat:
Nie bądź w swoich działaniach zbyt bojaźliwy i wybredny. Całe życie to jeden wielki eksperyment. Im więcej będziesz eksperymentować, tym lepiej. (Ralph Waldo Emerson)

  


Więcej na temat wyjazdu będzie następnym razem, bo jest już dość późno a jutro ja do pracy a Emilia do szkoły (Krzysiek ma jeszcze jutro wolne). 
Na koniec – zdjęcie zachodu słońca nad oceanem.

zachód słońca w piątek, 1 września 2023


piątek, 1 września 2023

Za chwilę powrót do szkoły

Ostatni tydzień wakacji, ale już żyjemy szkołą. W obu placówkach, w gimnazjum Emilii we wtorek, w liceum Krzyśka w czwartek, wydawane były plany lekcji, numery szafek i kody do nich, robione były szkolne zdjęcia. Krzysiek zapłacił też sobie za pozwolenie na parkowanie na szkolnym parkingu oraz dostał przybory szkolne. W tym roku wszyscy uczniowie naszego okręgu dostają je za darmo. W poprzednich latach musiałam uiścić opłatę, w zamierzchłej przeszłości było jak w Polsce – rodzice kupowali dzieciom na własną rękę. Podoba mi się system, w którym wszystkie dzieci mają segregatory, kredki, długopisy, i ołówki tej samej firmy – z powodów dość oczywistych. Jedynie dla Emilii musiałam kupić segregator zamykany na zamek błyskawiczny. Długo wybierała, bo musiał być czarny i bez żadnych kolorowych wstawek, ale że nie znalazłyśmy takiego w ofercie (w cenie do zaakceptowania), zdecydowała się w końcu na niezbyt rzucające się w oczy szare wstawki. No i uparła się na mechaniczny ołówek, ale kiedy oznajmiła mi, że jeszcze potrzebuje sterty nowych ubrań, to usłyszała kategoryczne NIE. Ubrań ma tyle, że mogłaby obdzielić przynajmniej trzy inne osoby i nie uważam za stosowne wymieniać całej garderoby jedenastolatki tylko dlatego, że akurat wypada początek nowego roku szkolnego. 



Szkolny sezon piłkarski zaczął się już jakiś czas temu, a w tym tygodniu Krzysiek miał już dwa mecze, jeden u siebie, drugi na wyjeździe. 

W tym tygodniu Emilia miała pierwszą po wakacyjnej przerwie lekcję gry na pianinie. Czerwcowo-lipcowy kryzys nieco ustąpił. Dziecko nadal się buntuje, ale chyba obie zrobiłyśmy postępy w nie doprowadzaniu się wzajemnie do szału. Kwestia pianina została rozegrana dyplomatycznie przy współudziale pani nauczycielki i Emilia nadal gra, ku mojej ogromnej radości, tym większej, że właśnie nauczyła się Dla Elizy. To było jej zadanie na lato. 

Pierwszy weekend września to u nas długi weekend, tradycyjne zakończenie sezonu letniego i wakacji. W poniedziałek mamy święto, więc wolne. Emilia zaczyna zajęcia we wtorek (ale tylko pół dnia, co mojej córce bardzo się nie podoba, bo chciałaby pójść do szkoły na cały dzień) - to jej pierwszy rok w gimnazjum. Krzysiek zaczyna ostatni rok nauki w liceum w środę. Treningi na basenie powinny się zacząć w pierwszym lub drugim tygodniu września.

Lato minęło, jak z bicza strzelił.

wtorek, 29 sierpnia 2023

"Trzy razy pomyśl, zanim coś zrobisz, a nie będziesz żałował swych czynów."



"Trzy razy pomyśl, zanim coś zrobisz, a nie będziesz żałował swych czynów." 

To jedno z sierpniowych przysłów u Splocika a do niego moja praca – szal, szaliczek, otulacz. 

Jak niemal każda dziewiarka pozostałości włóczkowych po większych projektach mam sporo. Biorąc do ręki jeden z zielonych kłębuszków, pomyślałam, że zrobię sobie z niego szalik. Taki podobny jak lata temu dostałam od ... Splocika ... tylko motyw wykorzystałam inny – Berry Cluster z Knitting on the Edge Nicky Epstein. 



Najpierw (1) miało być prosto, bez niewłóczkowych dodatków, ale potem pomyślałam (2), że może jednak ozdobię ten wzór zielonymi koralikami, które kiedyś Emilia strasznie zapragnęła, a po jakimś czasie rzuciła w kąt, aż w końcu stwierdziła, że już ich w ogóle nie chce. Nawet wypatrzyłam w necie sposób na wrabianie tych koralików bez nawlekania na nitkę, wystarczy cienkie szydełko, taki sprytny sposób. Efekt był taki sobie, a poza tym zabrakło mi tych koralików, mimo że wydawało się, że było ich tak dużo, więc pomyślałam jeszcze raz (3) i wymyśliłam, że będzie bez koralików, za to z nieco zmodyfikowanym wzorem – na styku powtórzeń schematu. 



Tak oto powstał mój zielony szalik, który zgłaszam do zabawy Rękodzieło i przysłowia albo...  u Splocika, a także do zabawy Link Party u Renaty. 


 


Ponieważ jeszcze jest ciepło, za ciepło na tego typu udziergi, po sesji zdjęciowej szalik powędrował do mojej "zimowej" szuflady.



Szal ma 150 cm długości i waży 62 gramy. Zrobiłam go na drutach 5 mm z włóczki Troitsk Yarn троицкая пряжа Alpaka (Альпака) 190 m/50 gram.


Jeszcze mam jeden 50-gramowy motek tej włóczki - i pomysł na zużytkowanie go.



sobota, 26 sierpnia 2023

Na azymut

Wyjeżdżając pod namiot, zawsze sprawdzam dostępne w okolicy szlaki. Zazwyczaj korzystam z aplikacji AllTrails. Planując pobyt nad Waldo Lake, natknęłam się na zapis trasy, która miała w nazwie Hidden Lake czyli Ukryte Jezioro. Oczek wodnych o tej nazwie jest w Oregonie kilka, o ile nie kilkanaście. W podsumowaniu znalazłam informację, że trasa tej wycieczki wyniosła 8 kilometrów czyli długość jak najbardziej odpowiednia dla mnie (w górzystym terenie). Kiedy jednak zaczęłam czytać recenzję, okazało się, że tylko część tej trasy biegnie wytyczonym szlakiem, a potem autor zszedł ze szlaku i poszedł przez dzicz w kierunku jeziora i wzniesienia obok. 

Trochę bałam się iść sama z dziećmi trasą, na której wiedziałam, że nie spotkam nikogo. Jakby się nam coś stało, to nikt by nas nie znalazł! Znam jednak jedną osobę, która jak najbardziej pisze się na takie wyprawy i tak się składało, że miała być z nami nad Waldo Lake. Dzień przed wyjazdem wysłałam linka z opisem trasy i zapytaniem, czy się z nami wybierze. Odpowiedź brzmiała, że trasa wygląda ciekawie i warto ją zaliczyć. 

Wybraliśmy się w sobotę: dwa pięćdziesięcioletnie wapniaki i młodzież 16-20 lat (trzy sztuki). Od namiotu do punktu wyjścia było do przejechania 10 kilometrów. Kolega z córką pojechali na rowerach, ja z Krzyśkiem i jego kolegą, synem znajomych, podjechaliśmy samochodem. 

Trasa zaczyna się nad jeziorem Charlton. Kilka lat temu w miejscu tym szalał pożar, niszcząc piękny stary las. Ścieżka prowadząca z parkingu do jeziora biegnie granicą między strawionym przez pożogę lasem a nietkniętą częścią pięknego starodrzewu. 

Charlton Lake

Umówiliśmy się, że znajomy z córką dojadą na rowerach do miejsca, w którym szlak odbija od jeziora Charlton i tam zaczekają, aż dotrzemy do nich na nogach. Długo na nas nie musieli czekać bo leśną ścieżką nie da się szybko jechać na rowerze a my, piechurzy, narzuciliśmy sobie dość dobre tempo. Szło się dobrze – niemal po płaskim terenie. Po odbiciu od jeziora, ale jeszcze na wyznaczonym szlaku, znaleźliśmy krzaki, w których schowaliśmy rowery i dalej poszliśmy już wszyscy na nogach.

Miałam zrzut ekranu z trasą znalezioną w AllTrails, ale był malutki i nie do końca byliśmy pewni, w którym miejscu odbić ze szlaku. Zasięgu w tym miejscu nie było. Górę, przy której wiedzieliśmy, że jest jezioro, do którego zmierzamy, widzieliśmy, ale w linii prostej musielibyśmy najpierw stracić sporo wysokości idąc w dół, tylko po to, żeby za chwilę wdrapywać się ponownie pod górę.

Kolega zaproponował, żebyśmy poszli wzdłuż zbocza nie tracąc w ten sposób wysokości. Pomysł na pozór dobry, ale kiepsko się idzie zboczem, kiedy nie ma na nim wytyczonej ścieżki, teren jest żwirowaty, nogi grzęzną w tym żwirze, osuwają się, zapadają. W tym miejscu lasek był dość rachityczny i drzewa nie dawały osłony przed promieniami słońca. Przebrnęliśmy, jak się potem okazało, ten najgorszy odcinek, i ruszyliśmy już prosto pod górę. Dość ostro pod górę. 

Któreś z nas wdepnęło w gniazdo leśnych pszczół. Kiedy zobaczyłam tę chmarę bzykaczy, adrenalina dodała mi skrzydeł – dawno tak nie gnałam i to pod górę. Jedna mnie dziabnęła – ślad mam do dziś ale już nie boli. Zasapani, zlani potem, dotarliśmy do ukrytego jeziorka. Ci, co mieli stroje kąpielowe, wskoczyli do wody, reszta moczyła nogi. 

Hidden Lake

Woda krystalicznie czysta, cieplejsza niż w Waldo Lake ponieważ mniejszy i płytszy zbiornik, więc woda szybciej się nagrzewa. 

Ja i kolega Krzyśka postanowiliśmy poczekać nad wodą, a reszta towarzystwa ruszyła na szczyt Gerdine Butte (1979 mnpm, tafla wody jeziorka 1888 mnpm). Usadowiłam się na kamieniu i mocząc nogi w wodzie, obserwowałam ich wspinaczkę. Potem położyłam się na zielonym mchu na polanie przy jeziorze, gdzie pewnie jeszcze kilka tygodni temu była woda - zanim wyparowała. 


Po 45 minutach znowu spotkaliśmy się wszyscy nad wodą, a po chwili ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze pojawił się na chwilę zasięg, więc załapałam w aplikacji dokładną trasę, którą usiłowaliśmy powielić i już się jej trzymaliśmy. 


Z powrotem szło nam się zdecydowanie szybciej! Rowery znaleźliśmy bez problemu, znajomy z córką wskoczyli na siodełka ale do parkingu dotarliśmy niemal w tym samym czasie. Potem ich wyprzedziliśmy na asfalcie, już jadąc samochodem. 

Wycieczka okazała się krótsza niż spacer dnia poprzedniego do Betty Lake, ale ponieważ szliśmy pod górę, bardziej mnie zmęczyła. 


Przygoda spodobała się wszystkim uczestnikom, ale nie wiem czy (lub kiedy) zdecyduję się na coś podobnego. Pewniej czuję się formalnym szlaku, gdzie można liczyć, że w razie czego ktoś się kiedyś pojawi. 

Pragnienie przygody zaspokoiłam na kilka następnych lat.

środa, 23 sierpnia 2023

Betty Lake Trail

Kiedy już urządziliśmy się na polu namiotowym nad jeziorem Waldo Lake, koleżanka stwierdziła, że idzie się przejść. To ja z nią. Dzieci już sobie znalazły zajęcie w towarzystwie rówieśników. 

Myślałam, że przespacerujemy się brzegiem jeziora maksymalnie do godziny, więc nie zabrałam ze sobą niczego, zwłaszcza butelki z wodą. (Bardzo tego potem żałowałam.) 

Wokół jeziora biegnie szlak Jim Weaver Loop Trail (znany także jako Waldo Lake Trail #3590), którym można obejść całe jezioro. Koleżanka planowała zaliczyć tę trasę następnego dnia. Ja się wahałam – dołączyć do niej czy nie. Miałam w planach inną, krótszą trasę, Betty Lake Trail, o czym powiedziałam koleżance. 

Doszłyśmy do miejsca, gdzie szlaki się rozchodzą – w prawo szlak wokół jeziora, w lewo Betty Lake Trail.

- To jest ten szlak, który zaplanowałam sobie na jutro. – Oznajmiłam.
- A bardzo pod górę? – Zapytała koleżanka.
- Nie wiem na pewno, ale chyba nie bardzo.
- No to chodźmy.
- To chodźmy.

I poszłyśmy. 

Howkum Lake

Szlak nie bardzo był pod górę, troszkę, jak to w lesie w górzystym terenie. Trasa prowadzi do jeziora Betty Lake, ale po drodze minęłyśmy kilka innych oczek wodny i sadzawek, jedno z nich bez wody o tej porze roku, ale z bujną szuwarową roślinnością. O bliskości stojącej wody przypominały nam komary, które postanowiły zjeść nas żywcem tego popołudnia. Bardziej smakowała im koleżanka, którą podziabały nawet przez nogawki spodni. Mnie się też dostało, ale zdecydowanie mniej. 

Doszłyśmy w końcu do Betty Lake, ale że zrobiło się późno, zawróciłyśmy, nie idąc dalej wzdłuż jeziora. O posiedzeniu nad wodą i odpoczynku nie było nawet mowy – wiadomo, komary. I tak gawędząc, przemaszerowałyśmy ponad 9 kilometrów. 




Następnego dnia nie obeszłyśmy jeziora Waldo Lake. To 30 kilometrów a koleżankę rozbolało kolano – może za rok nam się uda, jak się przygotuję psychicznie do tego przedsięwzięcia. 

Następnego dnia wybrałam się za to na inną wycieczkę, w innym towarzystwie, ale o tym będzie następnym razem.

niedziela, 20 sierpnia 2023

W Zatoce Cieni nad jeziorem Waldo Lake

Miniony weekend spędziliśmy nad jeziorem Waldo Lake. Jest to naturalne jezioro alpejskie w Górach Kaskadowych, położone na wysokości 1650 mnpm (wyżej niż Morskie Oko), ósme co do wielkości jezioro w Oregonie (a drugie co do wielkości naturalne jezioro niealkaliczne) o powierzchni 25 km2 i głębokości 130 m–drugie najgłębsze jezioro w Oregonie. (Jezioro nosi imię polityka, sędziego, i działacza na rzecz ochrony przyrody z Oregonu, Johna B. Waldo.) 

Wieczór nad Waldo Lake

Jezioro ma wyjątkowo czystą wodę z bardzo małą ilością materii organicznej. Nie zasila go żadna rzeka, potok, czy choćby strumień, nic, co niosłoby ze sobą jakiekolwiek składniki odżywcze wymagane dla wzrostu roślin. W związku z tym w pogodny dzień można zobaczyć dno na głębokości do 36,5 m – jest to jedno z najczystszych jezior na świecie. Przez wiele lat jezioro było zarybiane pstrągami co dwa lata, aż do 1990 roku, kiedy to zaniechano tej praktyki, by zachować przejrzystości wody. Na jeziorze nie wolno pływać łodziami z silnikami spalinowymi. Dozwolone są łodzie zasilane silnikami elektrycznymi, ale na wodzie królują kajaki, deski do wiosłowania, a podczas naszego pobytu wypatrzyłam też kilka kanu i jedną żaglówkę.

Jedyną wadą tego miejsca są komary. W lipcu jest ich tyle, że nie da się wytrzymać. W sierpniu jest już nieco lepiej, ale sierpień to czas, kiedy w północno-zachodniej Ameryce płoną lasy i cała okolica zasnuta jest dymem. 
W dniu naszego wyjazdu jakość powietrza była dobra, prognoza nie przewidywała pogorszenia, ale na miejscu okazało się, że wiatry powiały w inną stronę i naniosły dymu i już nie było tak ładnie jak by mogło być. 

Strata widoków – pal licho, już tak kiedyś byliśmy, widoki podziwialiśmy, ale gorsze to, że przez trzy dni oddychaliśmy powietrzem naniesionym znad pożarów, bardzo niezdrowym. Przyznam, że to zakłóciło mi radość z pobytu w tak uroczym miejscu i w przemiłym towarzystwie. Prawda jest taka, że pojechaliśmy, bo był to jedyny termin, jaki udało się zgrać czterem rodzinom na wspólny wyjazd.


Trzy dni minęły na pływaniu kajakami, łowieniu ryb, kąpaniu się w jeziorze, grzebaniu w piachu na plaży, i wędrowaniu szlakami. Wieczorami młodzież grała w gry a starszaki-wapniaki rozmawiali przy gazowym palenisku – od kilku tygodni obowiązuje całkowity zakaz palenia ognisk, ale wolno używać paleniska gazowe oraz kuchenki turystyczne.

Wieczorem, nad wodą, kiedy już zaszło słońce, ale nie zrobiło się jeszcze całkiem ciemno, obserwowaliśmy nietoperze. Założyliśmy, że polują na komary. Bardzo im kibicowaliśmy!

środa, 16 sierpnia 2023

Piknik na koniec sezonu pływackiego, pożary, i zadymienie

Do minionego weekendu lato mieliśmy bardzo znośne. Było ciepło, jak to latem, ale temperatura nie przekraczała trzydziestu stopni, a nocą przyjemnie się ochładzało i zdarzało się, że nad ranem trzeba się było przykryć kołdrą. 
W weekend i do nas dotarła fala upałów a wraz z nią, pożary lasów, tak że obecnie niemal cały Oregon zasnuty jest dymem, a jakość powietrza jest tak fatalna, że zalecane jest unikanie przebywania na zewnątrz. Jedynie nad oceanem jest w miarę dobrze. 

W niedzielę było jeszcze znośnie. Wprawdzie zrobiło się już gorąco, ale jakość powietrza była jeszcze nie najgorsza. Tego dnia odbył się klubowy piknik na zakończenie sezonu — nad pobliskim jeziorem. Piknik zaczął się w południe, ale oficjalna część (ceremonia wręczenia nagród i dyplomów) zaplanowana była na drugą po południu. Do tego czasu kto dotarł na miejsce, wskakiwał do wody dla ochłody. Dzieciaki, nastolatki, dorośli, pluskali się w wodzie, ciesząc się swoim towarzystwem. Ciężko ich było wyciągnąć z wody, ale na szczęście trenerzy mają posłuch i podczas pikników.

Każdy członek klubu otrzymał bardzo poważny certyfikat, a także niepoważny papierowy talerz z wypisanym tytułem kategorii, w której nagroda została przyznana. Krzysio dostał talerzyk w kategorii Hard Worker (ciężko pracujący), co dość dobrze oddaje jego podejście do pływania. Emilia otrzymała talerzyk w kategorii Relay Saver (zbawca sztafety) - bo dzięki niej podczas ostatnich zawodów klub mógł wziąć udział w sztafecie w jej kategorii wiekowej — dziewczyny zdobyły trzecie miejsce! 

Przyznano też kilka statuetek za specjalne osiągnięcia, a jedną z nich otrzymał Krzysiek za największy postęp w porównaniu do ubiegłego sezonu. Co ciekawe, rok temu dostał statuetkę w tej samej kategorii.


Potem były zdjęcia, w tym to najważniejsze, grupowe, i tort, po spałaszowaniu którego dziatwa wróciła do wody. Jeszcze trochę zabawiliśmy nad jeziorem, ale nie zostaliśmy do samego wieczora, bo jednak było za ciepło, a do tego zaczął nas męczyć dym.

niedziela, 13 sierpnia 2023

Ogród botaniczy Shore Acres

O parku stanowym Shore Acres State Park słyszałam już dawno, ale jakoś do tej pory nie złożyło się, żeby go odwiedzić, mimo że w okolicy byliśmy kilka razy. W końcu wybraliśmy się tam w sobotnie popołudnie po zawodach w Coos Bay.

Shore Acres, wybudowana w 1910 roku posiadłość dla Louisa J. Simpsona, barona drzewnego hrabstwa Coos i syna magnata żeglugowego Asy Meade Simpsona. Po pożarze w 1921 roku i stratach finansowych, które zniszczyły jego posiadłości, Simpson sprzedał ziemię stanowi Oregon w 1942 roku w celu wykorzystania jej jako park. Miejsce to było początkowo używane jako stacja radarowa przez armię amerykańską podczas II wojny światowej i wycofane ze służby w 1948 roku; zabudowania na posesji służyły jako koszary, a po wojnie zostały rozebrane. Państwo, które w latach 1956-1980 nabyło dodatki parkowe od innych właścicieli, rozpoczęło renowację ogrodu w 1970 roku.

Ogród botaniczny obejmuje 2 hektary, w tym działkę do testowania róż i staw z liliami japońskimi. Chłopcy ucięli sobie drzemkę na trawniku, Emilia i ja obejrzałyśmy chyba wszystkie kwitnące na początku sierpnia kwiaty.










Posiadłość Simpsonów stała pierwotnie bardzo blisko oceanu, na wysokim klifie. Dzisiaj w tym miejscu jest punkt widokowy.