czwartek, 20 maja 2021

Sakrament bierzmowania

Wczoraj, 19 maja, Krzysiek otrzymał sakrament bierzmowania.

Msza była bardzo uroczysta, konsekrowana przez arcybiskupa, i z piękną oprawą muzyczna (okazuje się, że i w maskach można pięknie śpiewać). 
W kościele nie było tłumu, ponieważ do każdego kandydata do bierzmowania przypisano dość ograniczoną liczbę gości, w sumie cztery osoby (wliczając w to bierzmowanego i świadka). Środki ostrożności w postaci masek i zachowania odległości nadal są w naszym kościele przestrzegane.

W czasie mszy zdjęcia robiła jedna z parafianek, ta sama, która zawsze robi zdjęcia podczas kościelnych uroczystości. Za jakiś czas dostanę linka i hasło do tych zdjęć. 

Mój aparat odpoczywał podczas mszy. Za to po mszy, aparat poszalał niemal do wyczerpania baterii. 

Od kilku dni mamy typowy oregoński maj, czyli zimno i mokro. Ale akurat na chwilę przestało padać, niebo nieco się przejaśniło, służąc za piękne tło do zdjęć grupowych i rodzinnych, z arcybiskupem, proboszczem, katechetką, chrzestnymi, znajomymi.

Z arcybiskupem Alexandrem Sample


Pierwszy raz spotkałam osobiście naszego arcybiskupa, zamieniliśmy nawet kilka słów. Z tej krótkiej wymiany zdań dowiedziałam się, że jego mama była w połowie Polką, ale po polsku arcybiskup potrafi jedynie powiedzieć, Niech będzie Pochwalony Jezus Chrystus.

Katechetka, a jednocześnie dyrektor do spraw edukacji religijnej w naszej parafii, zajmuje swoje stanowisko od lat — przygotowywała i Krzyśka i Emilię do pierwszej komunii świętej, a że jest osobą bardzo miłą, bezkonfliktową, lubianą chyba przez wszystkich, nie mogłam sobie odpuścić zdjęcia z nią.

Od lewej; katechetka Mariah, ks. Joaquim Gracias, MY, proboszcz Michel Jeeva Anthony

W końcu to Mariah ciągnęła przez dwa lata wózek pod nazwą "przygotowanie do bierzmowania". Do zdjęcia załapał się przy okazji proboszcz i jego kolega, który przyleciał na kilka miesięcy na nasz koniec świata aż z Rzymu. 

Diakon jakoś tak szybko się ulotnił, a szkoda, bo też go chciałam mieć na zdjęciu w tym dniu — w końcu chrzcił i Krzyśka i Emilię.

A jak już uwieczniliśmy wszystkich oficjeli, to poszaleliśmy ze zdjęciami rodzinnymi. 

19 maja 2021


Robiło się już ciemno i chmury powoli nadciągały (wróciliśmy do domu z gradem), więc zdjęcia może nie są doskonałe, ale chyba dobrze obrazują nastrój chwili.

A dzisiaj, 20 maja, Krzysio dostał pierwszą dawkę szczepionki Pfizera przeciwko Covid-19.

poniedziałek, 17 maja 2021

Czas irysów

Maj to czas, kiedy kwitnie najwięcej kwiatów  — nie tylko w moim ogródku. 
Nie wszystkie udaje mi się złapać obiektywem, wystarczy kilka gorących dni i już nie ma czego utrwalać na zdjęciach. Tak było w przypadku tulipanów. 

Dzisiaj trochę zdjęć wspomnieniowych, jak choćby dzwonków, które przekwitły już jakiś czas temu, i floksów, które jeszcze mają kilka spóźnionych kwiatuszków, ale ich czas już minął.




Przekwitła już też konwalia. Samych roślinek mam kilka, ale ukwiecona była tylko jedna gałązka. Mam nadzieję, że z każdym rokiem będzie ich więcej.


Aktualnie mamy czas irysów. 







Te, które podobają mi się najbardziej, to niebieskie. Zakupione, po zakwitnięciu okazały się, lekko błękitne w pąkach, a kiedy te się rozwinęły, białe. 

Najbardziej plenne są natomiast kremowo-żółtawe. Rosną i przed domem i za domem i ładnie się komponują z różami, które też już zaczęły kwitnąć.





Pomiędzy różami i irysami kwitną orliki. Nad nimi nie da się zapanować — wyrastają, gdzie padną nasionka, a ja im na to pozwalam. Wypełniają wolne miejsca, a jak jest ich za dużo, to wyrywam. Przez lata uzbierała się spora kolekcjach kolorów w dwóch odmianach (jeśli chodzi o kształt kielichów).



piątek, 14 maja 2021

Majówka

Pierwsza majówka za nami.



Kolejny raz wybraliśmy się na dobrze nam znaną Mt. Pisgah, ale nie skorzystaliśmy z żadnego ze szlaków opisanych w aplikacji AllTrails, z której zazwyczaj korzystam. Zamiast tego, marszrutę wyznaczyłam według szlaków widocznych na mapie, ale nie przypisanych do jakiegoś nazwanego w aplikacji.


 
Zaczęliśmy na terenie Arboretum, wzdłuż szlaku Creek Trails. To ścieżki prowadzące wzdłuż brzegów niewielkich, acz szalenie malowniczych strumyczków, przez które przerzucone są mosty, mosteczki, i kładki, zawsze stanowiące nie lada atrakcję. 



Potem przeszliśmy na główny szlak prowadzący na szczyt (Trail #1), ale nie zabawiliśmy na nim zbyt długo — na tyle jedynie, by dotrzeć do odbicia na szlak Oak Savannah Trail. 



Ale to na szlaku numer 1 natknęliśmy się na piękne irysy. 




Takie niebieskie to moje marzenie! 

Po odbiciu na Oak Savannah Trail przenieśliśmy się w inny wymiar — pozbawiony ludzi. Nie spotkaliśmy żadnych innych ludzi aż do samego szczytu, dane nam było, natomiast, obserwować faunę i florę w majowej obfitości. 






Niektóre podejścia były dość wymagające, zwłaszcza w promieniach popołudniowego słońca, więc od czasu do czasu przystawaliśmy dla złapania oddechu i podziwiania widoków.



Trasy na zboczach Mt. Pisgah krzyżują się, łączą, przecinają, rozdzielają. Przechodząc ze szlaku na szlak, na szczyt dotarliśmy szlakiem numer 3. 
Już kiedyś wdrapaliśmy się na górę tą trasą, więc wiemy, że przed samym szczytem jest niewielka ławeczka — we troje ledwie się na niej mieścimy, ale za to widoki są przecudne. 


Na samej górze wszystkie ławki przeważnie są zajęte, a dodatkowo, tym razem zaczynały się zbierać chmury, a że prognoza pogody głosiła opady począwszy od godziny szóstej wieczorem, nie zabawiliśmy na szczycie długo i wyruszyliśmy w drogę powrotną. 



Aby sobie nieco urozmaicić drogę, wybraliśmy jeszcze inną ścieżkę— taką, którą jeszcze nie wędrowaliśmy. Okazało się, że poprowadziła nas przez las. Gdybym trasę znała, to tędy wędrowalibyśmy pod górę, chronieni od upału cieniem lasu, a wracalibyśmy odkrytym zboczem. Ale trasy wcześniej nie znałam, więc w cieniu wędrowaliśmy, kiedy słońce i tak już schowało się za chmurami. 

Dość bardzo bolały mnie uda od tego podchodzenia i schodzenia po stromiźnie. Dało się we znaki to, że już dość długo nie zaliczyliśmy bardziej wymagającej trasy. Pod koniec miałam problem z utrzymaniem się na nogach — każde zgięcie w kolanach groziło zwaleniem z nóg i ostatni odcinek, na szczęście po płaskim, szłam niemal na prostych nogach, prawie bez zginania. Dzieci też były bardzo zmęczone, ale wiosenne okoliczności natury i tak przeważyły, a zachwyt wymazał wspomnienie zmęczenia.



wtorek, 11 maja 2021

Mój buraczek, mój czerwony

Bywa, że po jakimś czasie sweter nam się opatrzy, znudzi, przestaje nam się podobać. Jak się da, pruję takie swetry i przerabiam na nowe. Często włóczka czeka dość długo, zanim otrzyma nowe życie. 
Tak było w przypadku ciemnoczerwonej bawełny, kupionej na eBayu 14 lat temu. Rok leżakowała, zanim zrobiłam z niej ażurowy sweterek (ten). 
Z czasem, kiedy przytyłam, nie podobałam się sobie w tym sweterku — niestety, bezlitośnie podkreślał te zbędne kilogramy, więc leżał w szafie nieużywany, aż go sprułam. 
I dalej leżał, choć w postaci czerwonych kłębków. 
Od kilku lat chciałam coś z tej buraczkowej czerwieni wydziergać, ale jakoś nie miałam dobrego pomysłu, aż wpadła mi w rękę książka "modern top-down knitting" Kristiny McGowan. 
Tylko jeden ze wzorów zwrócił moją uwagę, soho smocked dress. Ale zamiast sukienki, postanowiłam zrobić sobie top. Sukienka była bez rękawów, a ja postanowiłam, że moja bluzka będzie je miała.



Zaczęłam według opisu na rozmiar M, ale bardzo szybko, bo już na wysokości biustu (a to jeden z tych wzorów robionych od góry) zaczęłam wprowadzać modyfikacje. Z każdym okrążeniem modyfikacji przybywało, więc książkowy model okazał się bardziej inspiracją. 



Autorka zalecała, żeby w wypadku dorabiania rękawów, skorzystać z rad zawartych na stronicach książki. Niestety po trzeciej próbie dałam sobie spokój i poszukałam w sieci jak zrobić rękawy: 1) dobierając oczka wzdłuż otworów na rękawy; 2) techniką rzędów skróconych. W ten sposób trafiłam na archiwalny wpis Fiubździu (tutaj) i rady w nim zawarte okazały się bardzo przydatne. Główki rękawów są idealne, choć nie udało się tego uchwycić podczas sesji zdjęciowej. (Zdjęcia robiła Emilia i jak na ośmiolatkę i tak spisała się fantastycznie w roli fotografa.) Kluczową okazała się wskazówka, by nabierać oczka co drugi rząd wydzierganego korpusu (tył-przód).



Sweterek robiłam na drutach 3.25 mm a jedynie ściągacz rękawów na drutach 2.5 mm. Całość waży 403 gramy. Zostało mi bardzo niewiele włóczki, kilka metrów.



W dniu, w którym był czas na robienie zdjęć, słońce świeciło mocno, za mocno na dobre zdjęcia, ale myślę, że widać na nich, że bluzka wyszła dobrze. 
Jestem z niej zadowolona.

sobota, 8 maja 2021

Soft Bread Pretzels

Na zajęciach w szkole Krzysiek piekł precle. 
Część zjadł jeszcze w szkole, ale kilka przyniósł do domu.
Pochłonęłyśmy je z Emilią w mgnieniu oka. Bardziej smakowały nam te posypane solą niż cynamonem. Na szczęście Krzysio przyniósł też przepis, więc dzisiaj rano piekłam precle. (Wydruk przepisu nie zawiera informacji z jakiej publikacji pochodzi.)



Składniki:
  • opakowanie suchych drożdży (2 i 1/4 łyżeczki)
  • 1 i 1/3 szklanki wody o temperaturze 40-46 C (105-115 F)
  • 1 łyżka cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 3 1/2 - 4 szklanek mąki
  • 1 jajko
  • 1 łyżka wody
  • 2 łyżki grubo zmielonej soli lub cynamonu
Wykonanie:
  • Nagrzać piekarnik do 220 C (425 F), wysmarowaść tłuszczem blachy do pieczenia.
  • Wlać wodę do dużej miski, wsypać drożdże, i dobrze wymieszać.
  • Stopniowo, cały czas mieszając, dodawać cukier, sól, i mąkę aż ciasto będzie jedynie lekko klejące.
  • Przełożyć ciasto na stolnicę i wyrabiać, dodając mąkę, aż ciasto będzie odchodzić od ręki. (5-7 minut)
  • Uformować z ciasta wałek, pociąć na 16 części.
  • Z każdej części formować cienki wałek o długości ok. 40 cm.
  • Precle zwijamy według tej instrukcji (albo jak nam się podoba):


  • Roztrzepać jajko z łyżką wody, posmarować precle, posypać solą lub cynamonem.
  • Piec 15-20 minut.

Ja zrobiłam 4 duże precle i 8 małych. Duże piekłam 20 minut, małe 15 minut.



Wszystkie były pyszne!

środa, 5 maja 2021

Dereń, bzy, powojniki

Dzisiaj kolejny wpis ogrodowy, nadal w kwestii drzew i krzewów, ale bardziej kolorowo.



Od jakiegoś czasu kwitnie dereń. Pięknie wygląda na tle błękitu nieba, ale mi bardziej podoba się na tle nieba zachmurzonego, najlepiej, jeśli te chmury są bardzo szaro-bure.



Kwitną też bzy — wszak to maj! 



Z czterech posiadanych kwitną dwa. Wprawdzie nigdy nie kwitną wszystkie w tym samym czasie, ale coś mi się wydaje, że te dwa pozostałe raczej już w tym roku nie zakwitną. A zawsze mi się wydawało, że co jak co ale bzy kwitną zawsze. A tu okazuje się, że niekoniecznie.



Za to powojniki kwitną mi zawsze, choć w różnym czasie, w zależności od odmiany. Teraz akurat kwitną te białe. 



Dwa z nich oplatają pnie ostrokrzewów, jeden wisi na płocie, a ten czwarty ma bardziej tradycyjną drabiniastą podpórkę. Ten na płocie rośnie sobie w sąsiedztwie bzu — oba upiększają nieco płot, choć to chyba określenie mocno na wyrost.




Fioletowy powojnik, który, gdy kupowany, miał mieć kolor niebieski, zaskoczył mnie swym kwiatem, bo już ze dwa lata temu spisałam go na straty i opłakałam. A tu nagle odbił, nie wiadomo jak i kiedy, wspiął się po podpórce jaśminu pnącego i zakwitł pod oknem sypialni — i tak go właśnie przyuważyłam, wyglądając o poranku przez okno.


Tak wyglądał kilka dni temu, dzisiaj już w pełnej krasie.



Kolor, tak naprawdę, to coś pomiędzy tymi dwoma zdjęciami, ale zdecydowanie nie jest to niebieski.

niedziela, 2 maja 2021

Ogrodniczo (drzewka i krzewy)

W marcu dokonałam kolejnych zakupów w sklepie ogrodniczym. Chciałam kupić kilka gatunków malin, ale te, które mnie zainteresowały, zostały już wykupione. I jak to w takich sytuacjach bywa, kupiłam coś innego: agrest i dereń jadalny.

Agrest

Agrest, na fali wspomnień z dzieciństwa, a dereń jadalny, bo akurat był promowany, a jak się nieco wgłębiłam w temat, doszłam do wniosku, że przyda mi się kolejna roślina, której owoce zawierają tak wiele substancji korzystnych dla zdrowia, jak witamina C czy polifenole. 
Tu też nieco się spóźniłam i tych najbardziej chodliwych odmian już nie było, więc ostatecznie kupiłam po jednym drzewku z gatunków Yellow Cornelian Cherry i Red Star Cornelian Cherry
Zanim dostawa dotarła do mnie, zrobiło się ciepło i trochę się bałam czy rośliny przyjmą się, zwłaszcza że tym razem nie były w doniczkach, a korzenie były jedynie zabezpieczone wilgotnymi wiórami. Na szczęście proces ukorzeniania się przebiegł chyba prawidłowo, bo drzewka wypuściły już liście i wygląda na to, że dobrze im na nowych stanowiskach. Kiedy robiłam zdjęcia, listeczki były jeszcze maleńkie i nie do końca byłam pewna, jak się sprawy będą miały i zdjęć nie zrobiłam.

Agrest za to załapał się na zdjęcie, głównie z powodu szoku na widok kwiatów na jedynej gałązce — nie spodziewałam się, że zakwitnie w miesiąc po posadzeniu!

Aronia

Zaskoczyły mnie także kwiatostany na posadzonych jesienią aroniach, czarnym bzie, i Huckelberry.

Czarny Bez


Opis przy zakupach wyraźnie zaznaczał, że rośliny te kwitną dopiero dwa lata po posadzeniu a tu taka niespodzianka! Zwłaszcza że krzaczek Huckelberry jest maleńki, nie przekracza 15 centymetrów, ale te kilka kwiatuszków ma.

Huckelberry

Jeden z czarnych bzów został zadeptany podczas przycinania dębu, ale wydaje mi się, że już odbija — coś tam mikroskopijnego zielonego widać i to raczej nie jest mech ani żaden chwast. Oznaczyłam kijkiem, przykazałam dzieciom uważać i nie zadeptać ponownie, podlewam i czekam. Może jednak odbije.

Jabłoń


W ubiegłych latach jabłonka obsypana byłam kwiatami, ale nie w tym roku. Zakwitła, ale kwiatów było zauważalnie mniej. Zobaczymy, jak się to przełoży na zbiory. 

W tym roku spryskałam wszystkie owocowe drzewka środkami organicznymi. 
W ubiegłych latach, jabłka miały sporo parchów i robaczków, a czereśnie gniły od środka, zanim dojrzały. Teraz rosną w oczach, z dnia na dzień widać różnicę, więc już niedługo będę wiedziała, czy te opryski przyniosły pozytywny skutek, czy nie.

Czereśnie

Drzewa czereśni rozrosły się na tyle, że można rozpiąć między nimi hamak — ku uciesze dzieci!

Emilia w hamaku — widok przez krzewy borówki amerykańskiej.

Pięknie kwitną też krzewy porzeczek, borówki amerykańskiej, i maliny — wszystkie one to już kilkuletnie rośliny.