czwartek, 8 sierpnia 2013

W śpiworze

Jadąc pod namiot mocno obawiałam się o spanie Emilii w śpiworze.
Tata kupił jej śliczny różowy, dla małych dziewczynek - i do tego ciepły, dość znanej firmy. Ale czy te zalety przekonają naszą małą Pyzunię do spania w nim? Bo Emilia zazwyczaj preferuje pozycje nie krępujące jej swobody - nawet podczas nocnego odpoczynku! Zaraz po zaśnięciu Kruszynka zagarnia sporą część łóżka:


Po jakimś czasie przewraca się na brzuch, nóżki podciąga pod siebie i wypina kuperek do góry.


Obie pozycje ciężkie do przyjęcia w kokonie śpiwora.

Ułożyłam Emilię na rozpiętym śpiworze, i dopiero kiedy zasnęła, zapięłam oba suwaki, z tym że jeden nie do końca.


Podstęp udał się połowicznie. Po mniej więcej godzinie Emilia zdołała się wykopać ze śpiwora, więc musiałam procedurę powtórzyć. I tak przez całą noc. Może bym tak nie cudowała, ale rączki Małej były zimne jak lód, więc raczej nie było jej za gorąco.

Pierwszej nocy Emilia budziła się 3-4 razy, czyli była to jedna z typowych lepszych nocy. Drugiej nocy budziła nas co godzinę - jak w typową gorszą noc. Spanie pod namiotem nie przeszkadzało jej, poza tym, że z braku ciemnych zasłon, ranek nastał dla niej wcześniej niż w zaciemnionym pokoju i urządziła nam wczesną pobudkę - pierwszego dnia o 5.50, drugiego o 6.40.

Gorzej było ze spaniem w ciągu dnia - Emilia żywiołowo reagowała na odgłosy wydawane przez ptaki - te wszystkie krakania i ćwierkania zdawały się być na wyciągnięcie ręki, dużo bliżej i głośniejsze niż w domu.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Devils Churn & Spouting Horn

Na oregońskim wybrzeżu poranki przeważnie bywają mgliste, wilgotne, i dość ponure. Dopiero koło południa, a częściej koło pierwszej lub drugiej popołudniu, słońce osusza mgły i zaczyna być przyjemnie. Nie inaczej było podczas naszego ostatniego pobytu nad oceanem. Nie stanowiło to dla nas zaskoczenia, garderobę mieliśmy przygotowaną odpowiednią i tylko zdjęcia robione przed południem nie są zbyt piękne, ale cóż, nic na to nie da się poradzić.

Kolejną atrakcją w pobliżu kempingu, którą postanowiliśmy zobaczyć była Diabelska Maselnica, czyli Devils Churn. Ponieważ moje zdjęcie nie pokazuje dobrze tego miejsca, proponuję zerknąć tutaj - to zdjęcie na Wikipedii.

 Devils Churn, Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA
Na przestrzeni tysięcy lat, fale wydrążyły w bazaltowym nabrzeżu wąskie długie wcięcie. Prawdopodobnie najpierw była to jaskinia, której sklepienie z czasem zawaliło się. Podczas przypływów, fale nie tylko kotłują się groźnie w wąwozie, ale wyrzucają wysoko w górę fontanny wody. Tablice ostrzegają, że miejsce to jest dość niebezpieczne. My byliśmy tam w czasie odpływu i do tego bardzo uważaliśmy - udało nam się nie wpaść i diabeł z nas masła nie mógł zrobić.

Od Diabelskiej Maselnicy prowadzi kilka wyasfaltowanych ścieżek, które można przebyć spacerówką z dzieckiem, choć teren wznosi się i opada, więc trzeba w pchanie włożyć trochę wysiłku. Ze względu na Emilię wróciliśmy na biwak, a dopiero po obiedzie wybraliśmy się do Visitors Center a stamtąd na spacer do kolejnej atrakcji, Spouting Horn.

Kilka lat temu trafiliśmy na otwarcie centrum, ciasteczka pamiętam do dzisiaj. Krzyś jest już na tyle duży, że zainteresowały go ekspozycje, zwłaszcza, że, jak w wielu amerykańskich miejscach tego typu, większość rzeczy można wziąć do ręki a nie tylko obejrzeć. Najbardziej spodobała mu się skrzynka z otworami, w które wkładał ręce i miał zgadnąć jakich to przedmiotów, związanych z tematyką morską, dotyka. Potem mógł podnieść wieczko i sprawdzić czy miał rację.

Moją uwagę przyciągnął stół, na którym zebrano w wazonikach aktualnie kwitnące okazy, które można napotkać w okolicy, lub takie, które mają w tej chwili owoce. Przy każdej roślince była informacja czy to roślinka tutejsza, czy sprowadzona, czy jadalna, czy trująca. Niespodziankę okazała się informacja, że jagody rośliny, o której myślałam, że jest trująca, jest są jak najbardziej jadalne. A te czerwone kuleczki, które bardzo podobały się Emilce, i których nie pozwoliłam jej wkładać do buzi, okazały się jednak szkodliwe. Jak mi powiedział pracownik centrum - nie trujące, ale wywołujące dolegliwości żołądkowe.

Spacer do Spouting Horn przebiegł podobnie jak wycieczka na Cape Perpetua. Krzyś gnał do przodu, Emilia zmierzała w przez siebie obranym kierunku pchając spacerówkę. Kierunek nie zawsze zgadzał się z tym obranym przez resztę rodziny za to było głównie z górki, więc ja występowałam w charakterze głównego hamulcowego.

Spouting Horn, Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA

Dotarliśmy na miejsce. Spouting Horn to fontanna zasilana morską wodą.
Im wyższy stan wody, tym gejzer bardziej okazały. Ponieważ my trafiliśmy na porę między odpływem a przypływem, niewiele zobaczyliśmy. W centrum sprawdziłam sobie godziny przypływów i wieczorem pojechałam tam jeszcze raz żeby obejrzeć owo cudo na własne oczy.

Ciekawe. Jak wylatuje woda to tak fajnie fuka. A sama woda wygląda bardziej jak para, taka jaką kiedyś dawały lokomotywy. Znalazłam na uTube filmik - tutaj można go sobie obejrzeć.



Ja też nagrałam podobny, ale jeszcze nie opanowałam przenoszenia nagrań z kamery na komputer.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Cape Perpetua

Na szczyt przylądka Cape Perpetua, wznoszący się 240 mnpm można wejść na nogach szlakiem St. Perpetua Trail, ale można też wjechać tam samochodem. W przeszłości wchodziliśmy na szczyt na własnych nogach ale także woziliśmy się autem. Nawet już kiedyś pisałam o naszych odwiedzinach w tym miejscu, na poprzednim blogu -  tutaj link.

Tym razem ambitnie postanowiliśmy podreperować nieco kondycję (a jeśli chodzi o Krzysia - pozbyć dziecko nadmiaru rozsadzającej go energii), i zapakowawszy Emilię do nosidełka, ruszyliśmy w górę na nogach. Mimo, że to niecałe 2 km, to jednak ostro pod górę i szybko dostaliśmy zadyszki. Na dodatek było dość parno, więc ze mnie pot lał się strumieniami. Jak było do przewidzenia, Krzyś biegł pod górę jakby spacerował po płaskim.

Tak mniej więcej w połowie drogi Emilia zaczęła protestować. Wyjęta z nosidełka trochę szła z mamą za rączkę. Szła dość chętnie, choć niekoniecznie w obranym przez rodziców kierunku. No bo niby dlaczego w tym kierunku (w górę) a nie na przykład w bok? A w bok przepaść. A tak w ogóle to po co iść, jak można sobie usiąść na środku szlaku i rysować w piachu paluszkami?

Rodzice nie bardzo chcieli ustąpić, dziecko coraz bardziej protestowało, aż w końcu tak się rozdarło, że pozwoliłam Małej trochę pobabrać się w piachu a w tym czasie odbyliśmy z mężem krótką naradę. Tata wrócił na dół po samochód, ja powolutku doszłam z dziećmi na szczyt - nie zajęło to długo, bo byliśmy niemal u celu.

Na górze, główną atrakcję stanowi widok na oregońskie wybrzeże - w pogodny dzień można podziwiać nawet 110 km linii brzegowej! A pogoda trafiła nam się śliczna, widoczki zostały odpowiednio uwiecznione.

Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA

Kolejna atrakcja to kamienna budowla (schron?), z której, podczas drugiej wojny światowej amerykańscy żołnierze wypatrywali japońskich łodzi podwodnych.

Cape Perpetua Shelter observation point, Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA

Krzyś usiłował wejść na dach budowli, potem przerzucił się na okienko.


Emilia oczywiście usiłowała robić to co starszy brat.


Tam więc poczekaliśmy na tatę. Jak tylko zaczęliśmy odwrót, zaczęły się problemy - Emilia ponownie miała odrębne plany i poglądy na tę sprawę. Udało nam się dotrzeć do samochodu i problemy się skończyły.

Następnego dnia uwieczniłam wzniesienie przylądka z dołu.

Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA

Nawet ja nie jestem w stanie wypatrzeć na nim kamiennego schronu - wojskowi inżynierowie spisali się widać jak należy, dobrze go ukrywając.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać nieco więcdej na temat Cape Perpetua to podaję link - niestety tekst jest wyłącznie po angielsku.

piątek, 2 sierpnia 2013

Giant Sitka Spruce

Tuż obok kempingu Cape Perpetua Capeground biegnie szlak Giant Spruce Trail, który prowadzi do bardzo starego świerka sitkajskiego (Giant Sitka Spruce), liczącego sobie podobno 550 lat.

Giant Sitka Spruce, Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA
Szlak, poprowadzony dawną ścieżką indiańską (tak przynajmniej gdzieś przeczytałam), jest dość łatwy do pokonania. Wpakowałam Emilię do nosidełka i razem z Krzysiem przespacerowaliśmy się obejrzeć wiekowe drzewo. Tata w tym czasie miał rozbić namiot i zagospodarować obozowisko, co poszło mu szybko i sprawnie pod nieobecność dzieci plątających się pod nogami, usiłujących "pomagać".

Cała wycieczka zabrała nam pół godziny - dobrze utrzymana ścieżka prowadzi przez stary las, a po drodze można podziwiać kilka nieco młodszych okazów niż ten, czekający na nas na końcu szlaku, choć i tak liczących sobie kilkaset lat.

Giant Spruce Trail, Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA

Na zdjęciu powyżej widać jedno z takich drzew, za mostkiem. Na mostku stoi Krzyś - tak dla porównania, żeby lepiej było widać jak potężne jest drzewo w tle.

Pradawny świerk jest rzeczywiście ogromny, wysoki na 56 metrów, o obwodzie pnia liczącym 12 metrów. Krzyś bez większych przeszkód przechodził pod jego korzeniami.

Giant Sitka Spruce, Cape Perpetua Scenic Area, Oregon, USA

Przy okazji dowiedziałam się, że drzewo to ma takie korzenie ponad ziemią nie dlatego, że woda wypłukała ziemię, ale dlatego, że wyrósł na spróchniałym pniu innego drzewa. W miarę upływu czasu zwalony pień, tzw nurse tree (nie znam polskiego odpowiednika,) rozsypał się całkowicie, a korzenie nowego drzewa pozostały zastygłe jakby nadal oplatały pień, który dał im życie.

Ponieważ wycieczka do leciwego świerka była taka łatwa i krótka, jeszcze tego samego dnia poszedł drzewo obejrzeć tata. Zabrał ze sobą Krzysia jako przewodnika. Ostatniego dnia ponownie zabrałam dzieci i odbyliśmy tę samą wycieczkę jeszcze raz - tym razem, aby tata mógł spokojnie zwinąć obozowisko.

środa, 31 lipca 2013

Pod namiotem: Cape Perpetua Campground

W niedzielę wybraliśmy się na kilka dni pod namiot.
Sami, bo wszyscy nasi znajomi w Polsce.
Tym razem padło na kemping Cape Perpetua, miejsce, które oglądaliśmy z mężem osiem lat temu, i w które zawsze planowaliśmy kiedyś się wybrać.
I to kiedyś właśnie nadeszło.

Kemping położony jest nad potokiem Cape Creek, u podnóża wzniesienia Cape Perpetua, dość blisko oceanu, choć nie nad samym Pacyfikiem. Mocno zalesiona kotlinka chroni przed zimnym powietrzem znad oceanu.

Kemping cieszy się wśród turystów sporym powodzeniem jako świetna baza wypadowa - pobliski system szlaków, głównie leśnych, liczy 23 mile, a wybrzeże jest mocno urozmaicone. W kolejnych wpisach mam zamiar przedstawić kilka miejsc, które nam dane było zobaczyć.

Miejsce nr 30, jak wiele innych miejsc na Cape Perpetua Campground, jest ładnie odgrodzone zielenią od innych miejsc, tak, że nie widać innych turystów. Miejsce niewielkie, na jeden większy namiot, ewentualnie na dwa mniejsze. Stół biwakowy, palenisko. Po wodę pitną trzeba się przejść, ale niedaleko.


Od tyłu, kilka metrów lasku i potok, ukryty pod zielonym baldachimem.
Potok stanowił ogromną atrakcję dla Krzysia, który biegał po zwalonych pniach wiszących nad wodą, budował z kamieni przejścia na drugi brzeg i tamy, wspinał się po dość stromych brzegach przedzierając się przez chaszcze i zarośla.


Zabawę miał przednią, tylko szkoda, że nie miał rówieśnika do wspólnego hasania, bo choć Krzysiowi z rodzicami bawiło się świetnie, to dla rodziców aż tak wielkiej atrakcji to skakanie nie stanowiło.

Za potokiem, strome zbocze, a na zboczu jeden ze szlaków. W ciągu dnia, co jakiś czas, słyszeliśmy zmierzających nim wędrowców. Ostatniego dnia, tuż przed odjazdem, poszłam z dziećmi zrobić z tego miejsca zdjęcie naszego obozowiska.


Jak się dobrze przyjrzeć, to w tej masie zieleni widać nasz samochód i męża. Namiot był już zwinięty i spakowany.

Miejsce ładne, ale wyjazd ten zmęczył mnie. Emilii nie można było spuścić z oka na moment, nawet jak spała to sprawdzałam, czy się w śpiworze jakoś tak nie odwróciła, żeby się mogła udusić. O spaniu Emilii będzie jeszcze, dziś napiszę jedynie, że pospać nam nie dała.

Udało nam się Małej upilnować - nie zrobiła sobie krzywdy, choć starała się bardzo.

Krzysia roznosiła energia, a z braku rówieśników, truł gitarę rodzicom. Jeden rodzic zajmował się jednym dzieckiem, drugi, drugim. Czasem udało się jednemu z nas wciągnąć w coś dwójkę, choć przy takiej różnicy wieku to dość trudne. O odpoczynku, w przypadku moim i męża, nie było mowy.

wtorek, 30 lipca 2013

Zapiekanka z cukinii z krakersami

W połowie lipca ogródek zaczął obdarowywać mnie cukiniami - jedną dziennie. W poprzednich latach często robiłam lazanię z cukinii, ale chyba mi się przejadła i nie bardzo mam ochotę. Ciasto z cukinii wprawdzie smaczne, ale te kalorie! Tutaj znalazłam ciekawy przepis na cukinię zapiekaną z krakersami. Wprawdzie nie trzymałam się ściśle przepisu, ale to, co mi wyszło, było przepyszne. Tego lata objadam się zatem cukinią tak właśnie przyżądzoną.

Zapiekanka z cukinii z krakersami

Składniki

ilość porcji : 10 
520 g żółtej cukinii w plasterkach
80 g posiekanej cebuli
 35 pokruszonych maślanych krakersów
120 g startego żółtego sera (np. cheddar)
2 jajka
180 ml (3/4 szkl.) mleka
 60 g roztopionego masła
1 łyżeczka soli
 czarny mielony pieprz do smaku
 2 łyżki masła


Sposób przygotowania

Przygotowanie: 20min.  ›  Gotowanie: 30min.  ›  Gotowe w: 50min. 
1.   Nagrzać piekarnik do 200°C.
2.   Włożyć cukinię i cebulę do dużej patelni, wlać niewielką ilość wody i postawić na średnim ogniu. Przykryć i gotować około 5 minut, lub aż cukinia będzie miękka. Odcedzić i włożyć do dużej miski.
3.   W średniej misce wymieszać pokruszone krakersy z tartym serem, a następnie połowę tej mieszanki wsypać do ugotowanej cukinii z cebulą. W małej miseczce roztrzepać razem jajka i mleko i dodać do cukinii. Wlać do tego 1/4 szklanki roztopionego masła i doprawić solą i pieprzem. Rozprowadzić wszystko równo na dnie naczynia do pieczenia, posypać pozostałą mieszanką krakersów i sera i porozkładać na wierzchu 2 łyżki masła w małych kawałeczkach.
4.   Piec w nagrzanym piekarniku przez 25 minut, aż zapiekanka się zarumieni.

Smacznego!

czwartek, 25 lipca 2013

Helena biała

Na pierwsze urodziny, wśród wielu pięknych prezentów, Emilka otrzymała także kilka mięciutkich moteczków włóczki Zitron Polo, z których mama miała za zadanie coś wydziergać. Trzy motki białej włóczki i jeden beżowej, 140 m/100 gr, 60% bawełna, 40% akryl.

Zerknęłam w notatki i sprawdziłam ile mi wyszło włóczki na dwa ostatnie sweterki dla Małej, i wydumałam, że 150 gram powinno wystarczyć, bo nie miałam ochoty na nic dwukolorowego - nie ma to jak bielutki sweterek dla małej dziewczynki. I do tego jeszcze ażurowy. Wprawdzie koleżanka ostrzegała, że włóczka jest mało wydajna, ale ja z uporem maniaka lubię uczyć się na własnych błędach i postanowiłam zaryzykować. Tylko koncepcji nie miałam. Poszukałam więc na Ravelry. Wpisałam nazwę włóczki, zaznaczyłam, że ma to być sweterek dla dziecka i dostałam całkiem sporo propozycji. I tak oto trafiłam na istne cudo, Helenę Alison Green Will.


Zachorowałam i po prostu musiałam wydziergać Helenę dla Emilki. W kąt poszły inne robótki, książki, i inne sprawy typu spanie w nocy.


Wybrałam sobie rozmiar 12-18 miesięcy, druty 3.5 i 2.5 mm i zaczęłam przerabiać oczka.


Okazało się, że z tej włóczki wyszedł mi sweterek w rozmiarze na 2 lata (albo nawet i na 3 lata), ale robiłam z innej włóczki niż autorka. Lepiej za duży niż za mały - Emilia z pewnością kiedyś do niego dorośnie.


Na taki duży sweterek 150 gram włóczki to jednak trochę za mało. Skróciłam sweterek o jedno powtórzenie motywu ażurowego i dzięki temu wystarczyło mi włóczki, którą zużyłam w całości - został mi może metr, a może półtora metra.


Z opisu wykonania wynika, że pierwotnie sweterek miał być zapinany na guziki, a troczki pojawiły się, kiedy autorce nie udało się znaleźć odpowiednich guzików. Ja postanowiłam zaryzykować z guzikami, choć przyznaję, że w sklepie miałam ten sam problem - za nic nie mogłam znaleźć takich, które by mi odpowiadały. Włóczka niby biała, ale ta biel nieco złamana, nie śnieżna, ale do kremowego odcienia daleko. W związku z tym żadne białe guziki nie pasował. Kupiłam więc przeźroczyste, takie, których prawie w ogóle nie widać i chyba tak jest dobrze.


Zakochałam się w tej Helenie. Na dodatek włóczka Zitron Polo jest cudownie miękka, rozkosz podczas dziergania a i Emilii musi być miło ją dotykać, bo jak sobie gotowy sweterek wisiał na wieszaku i cieszył oczy moje swoim wdziękiem, co i rusz córeńka sweterek tak długo szarpała, aż ściągnęła, a potem usiłowała sama go włożyć. Sama jeszcze nie potrafi, więc musiałam jej pomagać, ale za ciepło jest, żeby chodzić w swetrze, nawet jeśli to sweter ażurowy, no i trochę szkoda mi było, żeby nim wycierała podłogi. W końcu sweterek musiałam schować przed Emilią.


Zdjęcia pochodzą z dwóch sesji. Pierwsza, podczas zmieniania wody w akwarium (z zielonym pojemnikiem na wodę) - przed blokowaniem. Druga, z kamerą - po blokowaniu. Przed blokowaniem sweterek wydawał się trochę za duży, po blokowaniu okazało się, że jest sporo za duży.
Będzie na przyszły rok.


wtorek, 23 lipca 2013

Zabawki dla dzewczynki, zabawki dla chłopca

A moje dzieci mają w nosie czy dana zabawka przeznaczona jest dla chłopca czy dla dziewczynki. Emilia z upodobaniem bawi się Krzysinymi samochodami i wczuwając się z całych sił imituje odgłosy silnika - brrrum, brrrum!

Każdą nową zabawką Emilii musi się najpierw wybawić Krzyś. Nawet lalką. Emilia dostała taką płaczącą - Krzyś lulał ją, tulił i "uspakajał", a w końcu położył spać w Emilkowym łóżeczku i kazał mi być cicho, żeby nie obudzić dzidziusia.

Zdjęcie pod spodem przedstawia typowy u nas widok.


Krzyś bawi się zabawką siostry, Emilia, zabawką brata. I jakoś się dogadują w większości przypadków, bo jednak nie zawsze - cudów nie ma.

niedziela, 21 lipca 2013

Dzieci lubią guziki

Kilka dni temu zerknęłam do starych wpisów na poprzednim blogu, żeby sobie porównać, co też Krzyś wyczyniał, kiedy był w wieku Emilii. I wychodzi na to, że niemal to samo co teraz Emilia. Tak samo urządzał nam "porządki" w szufladach i na półkach, lubił się gonić - choć teraz to Krzyś goni się z Emilią wyręczając rodziców. Najchętniej tak ganiają się wokół fotela. Najpierw na czworakach, teraz już w pozycji pionowej.

Emilia także bardzo lubi muzykę, i... sprzątanie - kiedy tylko zobaczy szmatkę w moich rękach, zabiera mi ją i sama zaczyna czyścić cokolwiek ja czyściłam.



Kiedy tylko usiłuję przeczesać szczotką włoski Emilii, zabiera mi szczotkę i usiłuje czesać moje włosy - przeważnie nie tą stroną co trzeba... Usiłuje sama czyścić sobie uszka patyczkami do czyszczenia uszu, a kiedy dorwie chusteczkę higieniczną, przykłada mi ją do nosa i wydaje dźwięki naśladujące siąkanie.

Jeśli ktoś miałby ochotę poczytać o poczynaniach Krzysia, kiedy miał 13 miesięcy, czyli tyle co Emilia teraz, to zapraszam tutaj.

Ostatnio Emilia dopadła dawno zapomnianej przez Krzysia "zabawki" - pudełko z guzikami.


Są to dokładnie te same guziki, które swego czasu fascynowały Krzysia. Nie mógł się im oprzeć, wysypywał z pudełka, z wkładaniem było nieco gorzej, guziki znajdowałam wszędzie, najczęściej pod meblami. Teraz, z równą fascynacją, zabawie oddaje się młodsza siostra.

Ale są i pewne różnice w rozwoju moich dzieci. Krzyś zaczął mówić dość późno i najpierw wymyślał własne określenia, Emilia natomiast już  teraz zaczyna używać pewnych słów - ku mojemu ogromnemu zdziwieniu. I nie chodzi mi o słowa "mama" , "tata",  czy nawet " bye bye". Emilia ładnie wypowiada takie słowa jak: woda, pies, but, bam oraz angielskie ball. Przy czym "woda" to każda ciecz, a skarpetki to także "buty". Ale pies to pies i nie ma co do tego żadnych wątpliwości - Emilia uwielbia psy i często czatuje przy płocie licząc na to, że psy sąsiadów akurat wypuszczone są do ogrodu i podbiegną pomerdać dla niej ogonem.

Sprytna ta moja córeczka. Zaskoczyła mnie ostatnio - ponownie. Podniosła z podłogi papierek. Mówię do Emilii:
 
- To śmieć córeczko, trzeba go wyrzucić do kosza. 

A Emilia idzie do kuchni i usiłuje otworzyć szafkę pod zlewem, gdzie, jak w wielu domach, trzymamy kosz na śmieci. Szafki nie dała rady otworzyć, ale to, że zrozumiała o co chodzi - bardzo mnie zdumiało.

Emilia wykazuje także sporą empatię, zwłaszcza jeśli chodzi o starszego brata. Kiedy on płacze, płacze i ona. Kiedy Krzyś zaczyna się śmiać, śmieje się Emilia. Kilka dni temu, na placu zabaw, Krzyś bawił się w piratów. Wszedł do zjeżdżalni-rury i zaczął wzywać pomocy - oczywiście była to zabawa, ale Emilia o tym nie wiedziała. Przejęła się tym, że bratu dzieje się krzywda, zaczęła płakać, wykazywać oznaki zdenerwowania i dopiero kiedy Krzyś wyszedł z rury i przestał wzywać pomocy, uspokoiła się, podeszła do brata i przytuliła go. Aby wykluczyć przypadek, po kilku minutach Krzyś znowu wszedł do rury i zaczął wzywać pomocy - reakcja Emilii była taka sama. 

piątek, 19 lipca 2013

Nowa wyściółka do fotelika rowerowego Emilii

Fotelik na rowerek, który dostałam dla Emilii, sprawdza się dobrze, ale materiał, z którego wykonano wyściółkę z czasem mocno się zużył i trzeba było szybko znaleźć zamiennik. Postanowiłam zrobić nową wyściółkę sama, z tego co mam w domu, ponieważ wyjazd do sklepu po materiał z dwójką dzieci to ponad moje siły i zawartość portfela. Sklep ma w asortymencie nie tylko tekstylia, ale materiały do wszelkich możliwych robótek i innych hobby i już zanim do niego wejdziemy, Krzysiowi się oczy świecą z radości, Emilia po wejściu doznaje amoku otoczona taką ilością śliczności, a ja przejawiam symptomy, które można zauważyć u obojga moich dzieci naraz, tyle, że do kwadratu.

Poszperałam więc w kilku pudłach i pudełkach, wyszperałam biały polar i melanżową włóczkę, i na wzór starej wyściółki, powstała nowa.


Dwie warstwy polaru obszyłam na maszynie zwykłą białą nitką. Potem obrzuciłam ręcznie igłą - tym razem melanżową włóczką. Szydełko za nic nie chciało przebić się przez materiał - nie wiedziałam, że polar taki zwarty! Bo określenie, że tak gęsto tkany chyba nie ma tutaj zastosowania. Sama nie wiem - aż tak dokładnie się nie przyglądałam.

Jak już miałam podstawę, przeszłam na szydełko - jedno okrążenie półsłupków, jedno okrążenie oczkami rakowymi i gotowe. Jeszcze tylko troczki i resztka włóczki zużyta do końca.


Wyściółka spełnia swój cel dość dobrze, a testujemy ją codziennie, bo poranne przejażdżki rowerowe wprowadziłam do stałego wakacyjnego harmonogramu dnia. I ja, i oba moje słoneczka, bardzo je polubiliśmy.

środa, 17 lipca 2013

Drugi poziom

W poniedziałek miało miejsce doniosłe wydarzenie w życiu mojego siedmioletniego przystojniaka-Krzysia. Został przeniesiony do wyższej grupy na karate, na poziom drugi. Kategoria wiekowa od 4 do 11 lat jest podzielona na trzy poziomy. To spore wyróżnienie, bo Krzyś na karate zaczął chodzić niedawno, z początkiem marca, ale że bardzo się stara, jego zapał, samo zaparcie, a co za tym idzie, również i postępy, zostały zauważone przez Mistrza.


Krzyś został poproszony o przyjście na trening poziomu bardziej zaawansowanego w celu obserwacji, żeby sprawdzić, czy sobie poradzi. Wiedział, że od tego wiele zależy, więc starał się bardzo, i wypadł dobrze, mimo, że był najmniejszy i najmłodszy.


Oficjalnie został przeniesiono na poziom drugi, czego wizualną oznakę stanowi czarny koniuszek pasa. Pęka z dumy! Sukces odpowiednio uczczciliśmy ku wielkiemu zadowoleniu młodego Karateki.

Jakiś czas temu, Krzyś dostał nawet odpowiednią koszulkę od mojego brata i bratowej - przód i tył na zdjęciach powyżej, ale bez twarzy, bo Krzyś robił bardzo głupie miny i wyszedł fatalnie. A koszulkę bardzo lubi.


Pod wpływem karate i pływania Krzyś nabrał sprężystości ruchów, dorobił się mięśni, nie takich jak kulturysta, ale widać, że dziecko nie spędza dni na fotelu przed telewizorem tylko się sporo rusza. Jest szczuplutki, ale dobrze wygląda - mam nadzieję, że za młodu wejdą mu w krew sporty i aktywny tryb życia i nadwaga, tak powszechna już nie tylko w USA, nie będzie mu grozić.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Rodzinna wycieczka rowerowa, która nie doszła do skutku

Dostałam od koleżanki krzesełko rowerowe dla Emilki, takie do przyczepienia na bagażnik. Najpierw wydawało mi się, że roczne dziecko jest jeszcze za małe na wycieczki rowerowe, ale potem doszłam do wniosku, żeby spróbować i zobaczyć czy rzeczywiście. Mąż sprzęt zamontował, kask, w kolorze stosownym, został zakupiony, i Emilia została poddana próbie odwagi. Mama też - od ładnych paru lat nie jeździłam na rowerze a tu od razu bach - z dodatkowym obciążeniem!

Próba przebiegła pomyślnie. Pojechałam z obojgiem dzieci do pobliskiego parku, w drodze powrotnej Emilia zasnęła bo akurat nadeszła pora drzemki. Zadowoleni rodzice zaplanowali więc rowerowy wyjazd rodzinny nad rzekę, który miał się odbyć kilka dni później. Aparat fotograficzny miał uwiecznić tę doniosłą chwilę - we czwórkę na rowerach! Razem!

Wszystko zapowiadało się dobrze. Tata dopompował koła, prowiant został zapakowany, włosy Krzysia ułożone na obfitej porcji żelu, Emilia, w kasku na głowie, usadowiona gdzie trzeba.


Po chwili dziecko zaczęło wyrażać swe niezadowolenie, przypisane przedłużającemu się postojowi więc natychmiast wyruszyliśmy. Daleko nie ujechaliśmy - niezadowolenie dziecięcia pogłębiało się z każdym przejechanym metrem. Emilia podkręcała też i fonię, a żeby dobitniej wyrazić swoje zdanie na temat wspólnej wycieczki, trzy razy w ciągu dziesięciu minut sama ściągnęła sobie kask. Zdolna bestyjka!


Coż było robić! Trzej, mocno rozczarowani członkowie rodziny, oraz najmłodsza, zadowolona, latorośl, powrócili do domu po kwadransie. Niecałym. Tata niósł Emilię na rękach prowadząc swój rower. Doszliśmy do wniosku, że widać Mała jednak nie lubi jeździć na rowerze. Trudno!

Kilka dni później wieszałam w ogródku pranie a mała baraszkowała obok. W pewnym momencie wyrwała do stojącego pod płotem roweru i zaczęła szarpać krzesełko rowerowe. Podniesiona na ręce domagała się włożenia do krzesełka i usiłowała sama nałożyć sobie kask, a kiedy postawiłam ją na ziemi, zaczęła płakać i wyraźnie widać było, że ma ochotę na przejażdżkę. Zachcianka została spełniona. Kilka razy, bo okazuje się, że Emilia uwielbia jeździć na rowerze i jeśli rowery nie są schowane do szopki, gna do nich swoim niepewnym krokiem i sama usiłuje wspinać się, nie ważne czy na mój, czy na rower Krzysia. A ja zachodzę w głowę co stanowiło przyczynę protestu tamtego dnia: temperatura (oj było gorąco!), pora dnia, ogólne zmęczenie - licho wie. Teraz jeździmy prawie codziennie, ale rano, przed drzemką, i mamy frajdę. Szkoda tylko, że nie ma z nami taty. Jak wróci z delegacji to może jednak uda nam się rodzinna wycieczka rowerowa nad rzekę.

sobota, 13 lipca 2013

czwartek, 11 lipca 2013

Dzień trzeci: Umqua River Lighthouse & Lake Marie

Następnego, trzeciego dnia naszych mini wakacji, Krzyś wstał bardzo zmęczony po nocnej eskapadzie. Niewyspany, a co za tym idzie, w złym humorze, opryskliwy i krnąbrny. Dzień zapowiadał się fatalnie, ale w końcu nie było aż tak źle.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w parku stanowym Umpqua Lighthouse State Park, przy najstarszej w Oregonie latarni morskiej, Umpqua River Lighthouse, która, jak wszystkie oregońskie latarnie morskie, nie imponuje wysokością, ale i tak jest ładniutka.

Umqua River Lighthouse, Umpqua Lighthouse State Park, OR

Tuż obok znajduje się punkt obserwacyjny, z którego można wypatrzeć wieloryby. Nam się wprawdzie nie udało żadnego dostrzec, ale Krzyś za to pobawił się lornetą i naobserwował fal aż mu się znudziło.


Spod latarni udaliśmy się nad pobliskie jeziorko Lake Marie.

Lake Marie, Umpqua Lighthouse State Park, OR

Wokół jeziorka prowadzi urokliwa ścieżka, a spacer nią (około 1.5 km) to sama rozkosz dla oczu.

Emilia tego dnia podróżowała w lektyce, czyli w specjalnym nosidełku, które kupił dla niej tata.


Mimo, że akurat na tym zdjęciu tego nie widać, Mała lubi, kiedy ją noszą w nosidełku, i zazwyczaj minę ma taką:


 Uprzejmy rybak zrobił nam rodzinne zdjęcie i ruszyliśmy zielonym tunelem.


Ciekawi byliśmy ile czasu zajmie nam obejście jeziorka, bo choć byliśmy tutaj z mężem dziewięć lat temu i Lake Marie obeszliśmy, to nie pamiętaliśmy ile czasu nam to zajęło. Z dziećmi, przerwą na karmienie Emilii i sesyjkę zdjęciową przy okazji - niecałe 40 minut.


Mieliśmy w planach jeszcze jeden postój i obiad w restauracji, ale że w drodze oba nasze słoneczka zasnęły, pognaliśmy prosto do domu, ciszę podczas jazdy ceniąc sobie wyżej niż rozkosze podniebienia. Dzieciaki bezbłędnie wyczuły, że dojeżdżamy do domu - najpierw obudziła się Emilia i włączyła syrenę a to obudziło Krzysia. Na szczęście byliśmy już w domu.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Dzień drugi: Cape Arago & Sunset Bay

Drugiego dnia z rana wybraliśmy się na deptak w Coos Bay położony nad rzeką Coos River. Emilia koniecznie chciała chodzić sama (aktualnie jej chód przypomina chód zombie) to sobie pochodziła - - do czasu kiedy postanowiła przygarnąć radyjko bezdomnego a z pomysłu raz powziętego dziecię nie rezygnuje.


Krzyś, z kolei, uparł się, żeby wtargnąć na którąś z zacumowanych łódek i nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie można. W końcu podziałało porównanie z samochodem i pytanie, czy chciałby, żeby ktoś obcy bez pytania wszedł sobie do naszego samochodu.


Drugi dzień naszych wakacji wypadał 4 lipca, czyli dokładnie w Dzień Niepodległości. Deptak nad rzeką, jak każdy zakątek USA, zdobiły flagi - dumnie łopoczące na wietrze.

Mieliśmy w planach zahaczenie o muzeum pociągów, ale Krzyś uparł się, żeby dojść do niego piechotą, deptakiem prowadzącym wzdłuż rzeki. Tata twierdził, że to za daleko. Ponieważ Emilia właśnie zrezygnowała z samodzielnego przemieszczania się i wpakowała się do wózka, dla świętego spokoju poszłam z dziećmi na nogach a mąż miał dojechać samochodem.

My wylądowaliśmy na opłotkach jakiejś firmy, bo ścieżka wcale nie prowadziła do muzeum a donikąd - na końcu asfaltu widniała tablica z informacją, że w tym oto miejscu kończy się miejski deptak nadbrzeżny. Dobrze, że firma nie była ogrodzona żadnym płotem to jakoś na przełaj dotarliśmy do głównej ulicy i do awaryjnego miejsca spotkania z mężem - na wszelki wypadek ustaliliśmy gdzie się spotkamy jakbyśmy do muzeum nie dotarli. Dodam, że ja swój telefon zostawiłam w samochodzie, bo przecież mieliśmy tylko przejść się deptakiem wszyscy razem. Emilia uznała moment za stosowny do przypomnienia, że to pora jej drzemki o czym musiało dowiedzieć się całe miasto, ale na szczęście niebawem nadjechał mąż, krążący między deptakiem, muzeum, a miejscem awaryjnego spotkania.

Rodzina w kąplecie!


Ruszyliśmy dalej, na pobliski przylądek Arago. Położony na teranie Parku Stanowego Cape Arago, zachwyca swoim dzikim pięknem. Kiedy tak się stoi i patrzy w tę przepaść pod nogami, na wodę kotłującą się na ostrych skałach, to czuje się swą małość w porównaniu z potęgą natury. Robaczki marne jesteśmy i tyle!

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie mieliśmy dzieci, zaraz po tym jak przeprowadziliśmy się do Oregonu, odwiedziliśmy z mężem Cape Arago. Dziewięć lat temu zachwyciło nas tak samo jak teraz.

Oczywiście Emilia zasnęła tuż przed dotarciem na miejsce, więc najpierw ja z Krzysiem poszliśmy na punkt widokowy rozejrzeć się nieco i zrobić kilka zdjęć, a przy okazji przyjrzeć z bliska parze harleyowców biorących ślub na przylądku. Potem ja wróciłam do samochodu, do Emilii i lektury, a tata zabrał syna na wyprawę.


Zeszli dziką ścieżką w dół urwiska na plażę widoczną po prawej stronie na zdjęciu powyżej. Ja bym się bała, ale chłopcy byli zachwyceni przygodą. Obaj.

Po ich powrocie, a przebudzeniu Emilii, szybciutko pojechaliśmy na najbliższą plażę. Gnaliśmy "na syrenie", bo Emilia po godzinnym okresie bezruchu i spokoju musiała rozprostować kości a pasy w foteliku jej na to nie pozwalały, trzeba było więc wyrazić swój protest - im głośniej, tym lepiej!

Dobrze, że do Sunset Bay Beach było naprawdę blisko, słuchu więc nie straciliśmy. Aparat został w samochodzie a my oddaliśmy się taplaniu się w strumyku wpadającym tutaj do oceanu i grzebaniu w piachu. Do hotelu wróciliśmy uwalani po uszy a piasek mieliśmy wszędzie. Wiadomo jak to po pobycie na plaży. Ale potrzebę plażowania zaspokoiliśmy na jakiś czas.

W hotelu tata uciął sobie drzemkę, Krzyś oglądał kreskówki, Emilia rozpracowywała wentylator a mama podelektowała się herbatką. Wieczorem tata zabrał Krzysia i pojechali na deptak, ten, który odwiedziliśmy rano, w celu podziwiania pokazu sztucznych ogni. Pokaz miał się zacząć dopiero o 22.00, ale chłopcy pojechali wcześniej, żeby sobie zająć dobre miejsca, pooglądać występy lokalnych artystów, no i żebym mogła w ciszy i spokoju położyć Emilię spać. Wrócili pełni wrażeń a Krzyś zasypiał na stojąco. Dobrze, że kazałam mu się wykąpać (i wypłukać piasek) przed wyjściem. Jeszcze z zamkniętymi oczami coś mi tam opowiadał aż zasnął w pół słowa.

c.d.n.

niedziela, 7 lipca 2013

Krótkie wakacje - dzień pierwszy: Bastendorff Beach

Z okazji Dnia Niepodległości mąż miał cały tydzień wolnego, a w zasadzie, z weekendami, wyszło tego 11 dni. Już od dawna planowaliśmy wyjazd wakacyjny na ten czas, niestety, jak to bywa często w życiu, wystłpiły pewne kąplikacje, i wakacje zostały zredukowane do trzech dni. Trudno, lepsze trzy dni niż nic.

Pojechaliśmy nad ocean, w okolice Coos Bay i North Bend. Pierwotnie mieliśmy jechać pod namiot, ale zmęczeni remontem łazienki postanowiliśmy jednak zanocować w hotelu, tym bardziej, że męża ostatnio bardzo pobolewała noga - nawet wybrał się w tej sprawie do lekarza.

Przygody zaczęły się w trakcie jazdy, bo powróciła choroba lokomocyjna Krzysia - trzy razy zatrzymywaliśmy się awaryjnie, raz kapkę za późno, ale na szczęście dziecko miało w ręku worek, więc obyło się bez konieczności sprzątania samochodu.

Nareszcie dojechaliśmy. Hotel sieci, w której najczęściej się zatrzymujemy ulokowany został pomiędzy dwiema bardzo ruchliwymi ulicami, i choć żal nam było basenu, poszukaliśmy nieco spokojniejszego miejsca. GPS zaprowadził nas vis a vis restauracji, w której podają bardzo dobre chińskie jedzenie, restauracji, w której zatrzymujemy się na obiad przejeżdżając przez North Bend. Po ulokowaniu się w hotelu, spacerkiem wybraliśmy się na obiad.

Pokój hotelowy okazał się wielką atrakcją zarówno dla Krzysia, który mógł sobie pooglądać kanały z kreskówkami dostępnymi tylko w kablówce (w domu mamy jedynie ogólno dostępny darmowy pakiet bez takich bajerów), jak i dla Emilii, która z miejsca dorwała się do nawiewu powietrza, kręciła kurkami, ustawiła grzanie na maksimum (widać uznała, że za zimno w pokoju) i nie dała się oderwać od wentylatora - na szczęście nie udało się jej go zepsuć. Potem kolejno dokładnie sprawdziła każdą nową dla niej rzecz, łącznie z walizką, w której z upodobaniem grzebała.


Po obiedzie pojechaliśmy na najbliższą plażę - Bastendorff Beach. Plaża szeroka, czyściutki piasek, słonko ślicznie świeciło i było zadziwiająco ciepło. Zanim dojechaliśmy na miejsce, Emilia zasnęła w samochodzie. Wyciągnęłam książkę i zabrałam się za lekturę. Tata zabrał Krzysia na plażę. Najpierw puszczali latawce, trochę pogrzebali w piachu, aż w końcu wybrali się na dłuższy spacer.


Zdążyłam przeczytać 60 stron zanim Emilia obudziła się, a wtedy razem poszłyśmy na plażę. Chwilę pobawiłyśmy się w łopatką, pstryknęłam kilka zdjęć, a potem odniosłam cały sprzęt do samochodu i spacerowałyśmy. Spacerowaniu w wykonaniu Emilii polega na robieniu kółeczek o średnicy 1-3 metrów. I  tak krążyłyśmy aż do powrotu chłopaków ze spaceru.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na placu zabaw w Bastendorff Beach State Park, a na kolację zjedliśmy najgorszą w życiu pizzę.

c.d.n.