niedziela, 26 kwietnia 2026

Dziecko w pracy

W mojej pracy co roku organizowana jest impreza "Przyprowadź Dziecko do Pracy" (Bring Your Child to Work Day) dla nieletnich w wieku od 7 lat (chyba do 18, ale w tej chwili nie jestem pewna). W nazwie ma "dzień", ale tak na prawdę to tylko pół dnia i potem należy dziecię odstawić do szkoły lub domu. Uczestniczyłyśmy w tej imprezie z Emilią już rok temu ale jakoś mi umknęło i nie napisałam nic w zeszłym roku to dzisiaj kilka słów o tegorocznej edycji.

Zaczęło się o ósmej rano śniadaniem oraz powitaniem wygłoszonym przez Naczelnego. Potem był segment na temat śmieci i recyklingu - małoletni uczestniczyli w kwizie tematycznym. Na tablicy pojawiŁ się kod QR i zanim starszaki załapały o co biega, młodzież już była zalogowana a na tablicy, jedno po drugim, wyskakiwały imiona uczestników zabawy. Czy wiecie, że w USA rocznie wyrzuca się do śmieci jedzenie o równowartości $500 na osobę? Moja rodzina mocno zaniża tę kwotę. Pytania były tak sformułowane, że nie tylko dzieci dowiedziały się wielu ciekawych rzeczy.

Na koniec tej części pani od bezpieczeństwa i higieny pracy przeprowadziła z nami kilkuminutową sesję rozciągania.

Potem wyszliśmy na zewnątrz w dwóch grupach. Pierwsza grupa bawiła się w zabawę "Czerwone światło, zielone światło" z wykorzystaniem prawdziwej sygnalizacji świetlnej ustawionej na trawniku.


Druga grupa podeszła do płotu oddzielającego teren zakładu od pobliskiej drogi i mierzyła prędkość przejeżdżających samochodów. Niektórzy rodzice też się załapali!



Potem grupy zamieniły się miejscami.

Następny przystanek poświęcony był jakości wody oraz skarbom natury jakie można znaleźć w naszych okolicach. Najpierw dzieci usiłowały usunąć plamy oleju z wody - jak łatwo się domyślić, miały z tym sporo problemu mimo różnych dostępnych materiałów i opcji. Zgodnie doszły do wniosku, że prościej jest nie dopuścić do zanieczyszczenia wody niż potem te zanieczyszczenia usuwać. 

Kiedy głównie młodsze dzieci taplały się w wodzie usiłując usunąć plamy oleju (kuchennego), ja podziwiałam rosnące obok różaneczniki. 


W nagrodę za swe wysiłki, dzieci zostały nagrodzone bulwami Kamasji - lokalnej byliny porastającej podmokłe łąki. Bulwy Kamasji są jadalne i od wieków stanowiły ważne źródło pożywienia dla rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej. 

Część prezentacji poświęcona była lokalnym moczarom i podmokłym łąkom i dlatego w wazonie stały kwiaty na tychże łąkach uzbierane. W osobnym pojemniku dzieci mogły rzucić okiem na wodę przyniesioną z mokradła, z roślinnością i kijankami, a w drugim pojemniku, węża. Gopher snake to powszechnie występując na terenie Ameryki Północnej niejadowity wąż często mylony z grzechotnikiem. 






Kolejne punkty programu realizowaliśmy już w dowolnej kolejności choć naturalnie podzieliliśmy się na małe podgrupy według działów w pracy. Emilia i ja najpierw udałyśmy się do warsztatu, w którym produkuje się znaki drogowe, tabliczki z nazwami ulic i inne znaki i oznaczenia.


W zeszłym roku Emilia dostała dość spory znak, taki jaki ustawia się u wlotu ulicy z jej nazwą, tyle, że na znaku znajdowało się imię Emilii. W tym roku dzieci dostały mniejsze tabliczki z imionami.

Jedną z większych atrakcji i w zeszłym roku i w tym stanowiło gaszenie gaśnicą małego pożaru. 


Pożar nie był prawdziwy, ale płomienie jak najbardziej, tyle że kontrolowane przez panią, która odkręcała i zakręcała kurek z dopływem gazu. Każde dziecko musiało najpierw uruchomić gaśnicę, dokładnie tak jak by to miało miejsce w przypadku prawdziwego pożaru. Każde po kolei miało problem z zerwaniem plomby a potem z uruchomieniem samej gaśnicy - trzeba bardzo mocno nacisnąć.

Atrakcją, na którą Emilia bardzo się cieszyła, było malowanie domków dla ptaków. Nie prawdziwych, takich niewielkich, dekoracyjnych.



W zeszłym roku dzieci malowały rzeczne otoczaki, w tym roku domki dla ptaków. Dorośli mogli na chwilę przysiąść i dać odpocząć zmęczonym nogom.

Na ostatnim stanowisku stały dwie ciężarówki, jedna w z wywrotką, druga z cysterną na wodę, wykorzystywana do czyszczenia strumieniem wody pod ciśnieniem. W zeszłym roku Emilia weszła do kabiny ciężarówki, pociągnęła za sznurek syreny, ale w tym roku nie miała na to ochoty. Zaczynała boleć ją noga a dokładnie mały palec u stopy, którego kość jeszcze się nie do końca zrosła. 

W Wielkanoc, skacząc na trampolinie, Emilia uderzyła stopą w metalową część i dzień ten zakończyłyśmy wizytą na pogotowiu ratunkowym. Prześwietlenie ujawniło pękniętą kość. Podobno takich urazów nie zabezpiecza się gipsem. Emilia dostała kule oraz taśmę, żeby przymocować obolały palec do tego obok. Pierwszy tydzień był najbardziej bolesny, i z racji palca, ale też i dlatego, że do chodzenia o kulach korzysta się z innych mięśni, które zaczęły boleć już pod koniec pierwszego dnia. Ale teraz już jest dobrze i kule poszły w odstawkę.

Ostatnim punktem programu była pizza, na którą cieszyli się wszyscy, i dorośli i dzieci - byliśmy już porządnie głodni więc bardzo smakowała! Po posiłku odwiozłam Emilię do domu i wróciłam do pracy. Niektórzy wzięli sobie urlop na tę drugą połowę dnia ale ja, skoro już i tak wstałam rano, wolę zostawić sobie urlop na kiedy indziej, na poranne dospanie. 

1 komentarz:

Antonina pisze...

Arcyciekawa impreza i bardzo pouczająca, gratuluję udziału.