Od lat piekłam chleb w domu, w specjalnej maszynie. Wrzuca się wszystkie składniki i nastawia program a cztery godziny później chleb jest gotowy. Chleb ten piecze się na drożdżach więc kilka miesięcy temu przerzuciłam się na chleb na zakwasie. Procedura może nie jest zbyt skomplikowana ale jednak nie tak prosta jak w przypadku chleba na drożdżach, ale za to chleb na zakwasie podobno zdrowszy, o niższym indeksie glikemicznym, bez dodatku cukru a do tego wszystkiego smakuje jak chleb, który pamiętam z dzieciństwa.
Trochę mi zajęło opanowanie podstaw. Pierwsze bochenki były niedosolone lub przesolone, zbyt mocno przypieczone lub zbyt blade. Ale nawet takie wadliwe znikały natychmiast, zanim jeszcze zdążyły wystygnąć a mi ostawała się pięteczka.
W końcu dopracowałam swoją metodę i chleb wychodzi tak jak powinien.
Pierwsze chlebki były z białej mąki chlebowej, późniejsze już z mieszanki 20% mąki z pełnego przemiału i 80% białej. Zmieniłam też foremki i zamiast dwóch małych chlebowych, do których nie mam przykrywek i musiałam używać folii aluminiowej, używam teraz okrągłego naczynia żaroodpornego, jednego z pierwszych kupionych po przyjeździe do Oregonu ponad dwadzieścia lat temu. Mój chlebek jest więc okrągły.
Po pierwszym zachłyśnięciu się chlebem na zakwasie Emilia doszła do wniosku, że woli jednak białe bułeczki. Pamiętam, że w jej wieku też takie wolałam. W związku z tym piekę chleb raz w tygodniu i wystarcza do następnego wypieku. Ostatnio nawet pofolgowałam sobie i zjadłam całą chrupiącą skórkę bo kto mi zabroni? Smakowała lepiej niż czekoladki!
Można u nas kupić chleb na zakwasie z kilku piekarnii, które są zlokalizowane dość daleko od nas no i taki chleb jest bardzo drogi ($8-12 za nieduży bochenek). Przywiezienia chleba z piekarni nie daje jednak takiej satysfakcji jak upieczenie własnoręcznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz