Wybraliśmy się nad ocean by podziwiać King Tide (w wolnym tłumaczeniu Przypływ Królewski). King tide nie jest terminem naukowym, oznacza szczególnie wysoki przypływ, występujący podczas nowiu lub pełni księżyca, gdy Księżyc znajduje się w najbliższym punkcie względem Ziemi (tzw. perygeum). Najbardziej spektakularne Przypływy Królewskie występują gdy Ziemia znajduje się najbliżej Słońca, około 2 stycznia każdego roku.
Podziwianie ogromnych fal, zwłaszcza rozbijających się o skalne nabrzeże stanowi lokalną atrakcję i dość łatwo można znaleźć informację o której godzinie nastąpi punkt kulminacyjny przypływu. W tę sobotę było to między 11:30 a 1 po południu, trzeba było więc wstać i wyruszyć wcześnie, może nie o świcie, ale bez budzika nie obeszło się.
Prognoza pogody niestety nie była zbyt optymistyczna więc zabraliśmy ze sobą parasole, kurtki przeciwdeszczowe i ubrania na zmianę. Trafiliśmy w niezbyt ulewne okienko - wprawdzie padało, ale tylko trochę. Dopiero kiedy już mieliśmy wracać rozpadało się na dobre.
Udało nam się znaleźć miejsce na parkingu tuż przy widokowym skalistym odcinku wybrzeża w okolicy przylądka Cape Perpetua z asfaltowanymi ścieżkami, z których, z bezpiecznej odległości mogliśmy podziwiać piękno i potęgę natury.
Spouting Horn przypominający gejzer, widzieliśmy już wcześniej, ale widok wody wypluwanej z ogromną siłą z podwodnej jaskini zawsze stanowi ogromną atrakcję.
Ponieważ byliśmy niemal u podnóża masywu przylądka Cape Perpetua, wjechaliśmy na górę. Przy lepszej pogodzie weszlibyśmy na nogach, ale kapuśniaczek przekształcił się w porządny deszcz, i nikt z nas nie miał ochoty taplać się w błocie na stromej ścieżce.
Pomimo deszczu, ciągnęłam kurtkę aby syn mógł zrobić mi kilka zdjęć w nowym swetrze - skończyłam go tydzień wcześniej i czekałam na dobrą pogodę, żeby zrobić zdjęcia. Pogoda nie była najlepsza, ale za to okolica wspaniała. Efekt, zarówno moich poczynań rękodzielniczych jak i sesji w deszczową pogodę, zaprezentuję niebawem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz