Dzisiaj przypada 25 rocznica śmierci mojej mamy.
Wspomnienia i stare zdjęcia.
Tak jak rok temu, w pierwszą lutową niedzielę, wylądowałam z Emilią w przychodni - na szczęście mamy jedną pediatryczną otwartą w sobotę i niedzielę. Emilia czuła się kiepsko już w piątek ale w kolejne dni było coraz gorzej i nie wyglądało to na zwykłe przeziębienie.
Pielęgniarka zaordynowała test jeszcze zanim do gabinetu dotarła lekarka a 20 minut później był już wynik - grypa! Cały zeszły tydzień dziecko spędziło w domu, w łóżku. Co ciekawe, ja się od niej nie zaraziłam (a rok temu rozłożyło mnie na amen).
Tak więc zeszły weekend, mimo że piękny i słoneczny, spędziłyśmy w domu, a ten - też, bo leje jak z cebra.
Wracamy więc do jeszcze styczniowego wyjazdu nad ocean, na który zabrałyśmy ze sobą koleżankę Emilii. Kiedy dotarłyśmy na parking, ocean wyglądał tak.
| Carl G. Washburne Memorial State Park Day Use Area |
Ale zamiast na plażę, najpierw poszłyśmy na spacer naszym ulubionym nadmorskim szlakiem.
| China Creek Trail |
| China Creek Trail |
| China Creek Trail |
Karina jeszcze tam z nami nie była i odkrywała nam już znane miejsca z ogromnym entuzjazmem.
Na jednym z mostków zatrzymałyśmy się na nieco dłużej bo dziewczyny postanowiły zagrać w Misie-Patysie. Nie mogły znaleźć suchych patyków a mokre natychmiast szły na dno, więc zamiast patyków, ścigały się liście.
Nie obeszło się bez wspięcia się na ulubione drzewo w pobliżu plaży. Dziewczynom tak się na nim spodobało, że chyba byśmy tam zostały do nocy gdyby nie nadciągnęły inne dzieci, młodsze od moich trzynastolatek, i zaczęły tęsknym wzrokiem spoglądać na drzewo, więc dziewczyny zeszły, zwalniając najniższe gałęzie.
Na plażę dotarłyśmy około trzeciej po południu, w najcieplejszej porze dnia.
Ja ucięłam sobie drzemkę na nagrzanym piasku, dziewczyny pobiegły nad wodę.
| Hobbit Breach |
Kiedy już się wybawiły, do samochodu wróciłyśmy plażą.
Potem zatrzymałam się jeszcze kilka razy na chwilę przy drodze żeby zrobić zdjęcia bo rzadko zdarza się by nad naszym oceanem pogoda była tak cudowna.
| Heceta Beach |
| Heceta Head Lighthouse |
Na koniec zatrzymałyśmy się w sklepie by kupić coś do zjedzenie bo dziewczyny bardzo zgłodniały. Ponieważ Karina jest na diecie bezglutenowej z racji podejrzewanej celiakii, a Emilia postanowiła dostosować się do koleżanki, stanęło na smażonych ćwiartkach ziemniaków oraz sushi. Takie ciekawe kulinarne połączenie kultur.
Zakupy zabrałyśmy do zjedzenia w samochodzie w drodze powrotnej bo już zapadał zmrok a do domu jeszcze było tak półtorej godziny jazdy. Po zjedzeniu, zmęczone spacerem, zabawą na plaży, z pełnymi żołądkami, dziewczyny zasnęły.
Dzisiaj pochwalę się swoim najważniejszym osiągnięciem minionego roku. Jestem z niego dumna bo wymagało ode mnie nie tylko wysiłku czysto fizycznego, ale też systematyczności a przede wszystkim walki z lenistwem i zmęczeniem a raczej wieczornym znużeniem.
Kilka lat temu zaczęłam ćwiczyć z wykorzystaniem aplikacji FitOn. Na koniec roku, jak wiele innych aplikacji, FitOn podsyła mi podsumowanie. Przyznam, że jestem bardzo dumna z podsumowania minionego roku. Udało mi się wkomponować trening w 279 dni. Kiedy pominiemy wyjazdy i letnie upały - to w zasadzie niemal każdego dnia.
W niektóre dni ćwiczyłam krócej, w inne nieco dłużej, czasem dobierałam sobie kilka krótszych zestawów a czasem porywałam się na dłuższe i bardziej wymagające a w sumie zebrało się 497 treningów (8142 minuty). 24% tych ćwiczeń to były treningi siłowe. W poprzednich latach największy odsetek stanowiły medytacja i rozciąganie.
Aplikacja oferuje nie tylko indywidualne treningi ale i całe zestawy tzw. "challenges". Posiadacze konta mogą skomponować swoje własne kompilacje, dla siebie albo podzielić się nimi z innymi. W zeszłym roku uczestniczyłam w 163 takich wyzwaniach - i je ukończyłam. Niektóre wymagały osiągnięcia określonej ilości kroków w danym miesiącu, inne skupiały się na treningach - trzeba było wykonać albo wszystkie treningi z podanej listy albo wymaganą ilość - zazwyczaj w określonym czasie.
Na początku roku porwałam się na najbardziej ambitne wyzwanie jak do tej pory "365 treningów w roku 2025". Zestaw obejmował różne rodzaje, długości i stopnie trudności. Udało mi się zmieścić w czasie i wykonać wszystkie. I to właśnie z tego osiągnięcia jestem tak bardzo dumna, zwłaszcza że na koniec zostały mi same najdłuższe i najtrudniejsze ale nie zrezygnowałam, dobrnęłam do końca.
W tym roku też jest dostępne podobne wyzwanie ale sobie odpuściłam. Nadal ćwiczę codziennie ale już bez presji.
Na koniec przysłowie arabskie, które bardzo mi się podoba:
Zabawy blogowe motywują nie tylko mnie. Fajnie, że jest kilka osób w wirtualnym świecie skłonnych poświęcić czas na ich organizację bo funkcje administracyjne może i niewidoczne ale pochłaniają jednak masę czasu. Ogromne podziękowania dla tych Dobrych Dusz, które w przeszłości organizowały dla nas robótkowe zabawy oraz dla tych, które obecnie organizują takowe lub zabiorą się za to w przyszłości. Wasz wysiłek jest doceniany!
Tym wpisem inauguruję udział w nowej zabawie, Nici, Nitki i Niteczki u Anety.
W styczniu tworzymy misie, zimy, śniegi lub wstawiam dowolną niteczkową pracę.
Zima w kontekście dziewiarskim kojarzy mi się z szalikami i czapkami. Szalików ci u mnie dostatek ale wszak od przybytku głowa nie boli a szalik opatulający szyję chroni przed bólem gardła. Mam w szufladzie chusty mniejsze i większe, szale do drapowanie, ozdobne, wielokolorowe, a także niewielkie szaliczki "funkcjonalne", których celem jest li i jedynie opatulenie szyi i zmieszczenie się pod zapiętą kurtką. Do tej kategorii należy szaliczek, który dzisiaj prezentuję i zgłaszam do zabawy.
Powstał z resztek pozostałych po wykonaniu tego swetra. Sweter zrobiony dwiema nitkami przerabianymi razem, w szaliku zastosowałam te same włóczki naprzemiennie, zmieniając nitkę co dwa rzędy.
Długość szaliczka zdeterminowała ilość jednej z włóczek, kiedy się skończyła, drugą nitką zamknęłam oczka. Po kilkakrotnym użyciu szaliczek się nieco wydłużył. Bardzo dobrze wygląda w połączeniu z tym swetrem, po którym zostały mi resztki - w szczególnie chłodne dni w pracy wypełnia mi przestrzeń pomiędzy szerokim szalowym golfem a szyją, chroniąc przed przeciągami. Taka mała ale za to bardzo praktyczna rzecz.
Dzisiaj podsumowanie wędrowania i pieszych wycieczek w roku 2025.
Aplikacja, której używam, wygenerowała mi śliczne zestawienie w różnych kategoriach ale zacznijmy od porównania z latami poprzednimi.
Rok 2025 okazał się lepszy od kilku poprzednich, tylko w roku 2020 osiągnięcia były lepsze. Pierwszy wykres pokazuje czas, przy czym 341 godzin to czas przewędrowany od założenia aplikacji na telefonie, a w samym roku 2025 było to prawie 63 godziny!
Jak widać w październiku nie udało mi się wybrać na żadną pieszą wycieczkę, ale za to w lipcu i sierpniu trochę się nachodziłam - w lipcu byliśmy na wakacjach w Parku Narodowym Lassen w Kalifornii.
Właśnie zauważyłam, że wykresy nie pokazują stycznia i grudnia, ale nie chce mi się marnować czasu na dochodzenie dlaczego. W grudniu wybrałam się na kilka wycieczek, w tym z synem. Zanim wrócił na studia po przerwie świątecznej (wczoraj), 5 stycznia, w ostatni dzień ferii Emilii, wybraliśmy się na rodzinną wycieczkę na pobliską Mt. Pisgah.
| Mt. Pisgah |
Na Mt. Pisgah byliśmy już wiele razy, ale dopiero teraz spotkaliśmy tam kojota.
Przy samej ścieżce, na tyle blisko by uwiecznić na filmie i zdjęciach ale z zachowaniem bezpiecznej odległości.
Dzisiaj, korzystając z przepięknej pogody wybrałyśmy się na kolejną wycieczkę, choć już bez syna, który do akademika dotarł cały i zdrowy - tym razem bez opóźnień i przygód na lotnisku. Dla towarzystwa zabrałyśmy ze sobą koleżankę Emilii, Karinę.
Nieco ponad godzinę jazdy samochodem zajęło nam dotarcie do szlaku prowadzącego do wodospadu Trestle Creek Falls (który widziałyśmy już wcześniej). Kolejna godzina i trochę i doszłyśmy do wodospadu.
Bardzo mnie zdziwiło że w piękną słoneczną niedzielę na szlaku prawie nikogo nie było. Spotkaliśmy jedynie trzy inne grupy piechurów i pierwszy raz nikt nie wchodził nam w obiektyw przy robieniu zdjęć.
Wybraliśmy się nad ocean by podziwiać King Tide (w wolnym tłumaczeniu Przypływ Królewski). King tide nie jest terminem naukowym, oznacza szczególnie wysoki przypływ, występujący podczas nowiu lub pełni księżyca, gdy Księżyc znajduje się w najbliższym punkcie względem Ziemi (tzw. perygeum). Najbardziej spektakularne Przypływy Królewskie występują gdy Ziemia znajduje się najbliżej Słońca, około 2 stycznia każdego roku.
Podziwianie ogromnych fal, zwłaszcza rozbijających się o skalne nabrzeże stanowi lokalną atrakcję i dość łatwo można znaleźć informację o której godzinie nastąpi punkt kulminacyjny przypływu. W tę sobotę było to między 11:30 a 1 po południu, trzeba było więc wstać i wyruszyć wcześnie, może nie o świcie, ale bez budzika nie obeszło się.
Prognoza pogody niestety nie była zbyt optymistyczna więc zabraliśmy ze sobą parasole, kurtki przeciwdeszczowe i ubrania na zmianę. Trafiliśmy w niezbyt ulewne okienko - wprawdzie padało, ale tylko trochę. Dopiero kiedy już mieliśmy wracać rozpadało się na dobre.
Udało nam się znaleźć miejsce na parkingu tuż przy widokowym skalistym odcinku wybrzeża w okolicy przylądka Cape Perpetua z asfaltowanymi ścieżkami, z których, z bezpiecznej odległości mogliśmy podziwiać piękno i potęgę natury.
Spouting Horn przypominający gejzer, widzieliśmy już wcześniej, ale widok wody wypluwanej z ogromną siłą z podwodnej jaskini zawsze stanowi ogromną atrakcję.
Ponieważ byliśmy niemal u podnóża masywu przylądka Cape Perpetua, wjechaliśmy na górę. Przy lepszej pogodzie weszlibyśmy na nogach, ale kapuśniaczek przekształcił się w porządny deszcz, i nikt z nas nie miał ochoty taplać się w błocie na stromej ścieżce.
Pomimo deszczu, ciągnęłam kurtkę aby syn mógł zrobić mi kilka zdjęć w nowym swetrze - skończyłam go tydzień wcześniej i czekałam na dobrą pogodę, żeby zrobić zdjęcia. Pogoda nie była najlepsza, ale za to okolica wspaniała. Efekt, zarówno moich poczynań rękodzielniczych jak i sesji w deszczową pogodę, zaprezentuję niebawem.