niedziela, 22 lutego 2026

🧶 serce . . . miłość . . . ciepło . . . zima

Dawno, dawno temu, na przełomie lat 2008 i 2009, zrobiłam sobie zielony sweter, Cabled Crewneck. W pracę włożyłam sporo serca, z efektu byłam bardzo zadowolona, sweter darzyłam miłością wielką a służył mi przez kilka zimowych sezonów. Tak długo, jak prałam go ręcznie. 

Pewnego dnia zaufałam zapewnieniom instrukcji obsługi ówcześnie posiadanej pralki, postanowiłam nieco ułatwić sobie życie i sweter wyprałam korzystając z funkcji "pranie ręczne". I tak oto pozbyłam się jednego z ulubionych swetrów, który z tego cyklu "pranie ręczne" wyszedł w nowej, sfilcowanej formie i rozmiarze odpowiednim dla większej lalki.

Mimo upływu lat nie zapomniałam o tamtym swetrze i w końcu postanowiłam sobie zrobić remake.

Włóczkę kupiłam rok temu, ale u mnie z włóczką to jak w porządnej winnej piwniczce - musi swoje odleżeć zanim się za nią zabiorę. Ponieważ włóczka DROPS Nepal jest grubsza od tej zielonej sprzed lat, to i wynik nieco inny. 




Nie obeszło się bez kilku zmian w stosunku do opisu, między innymi rękawy zrobiłam zwykłym splotem pończoszniczym no i powtórzeń motywu jest mniej. 

Trochę nagimnastykowałam się intelektualnie nad płynnym przejściem wzoru w plisę dekoltu ale chyba udało mi się znaleźć dobre rozwiązanie.




Myślałam, że pół kilograma mi wystarczy ale się myliłam. Dokupiłam jeszcze jeden, 50-gramowy motek z nadzieją, że po niemal roku odcień z zupełnie innej partii nie będzie diametralnie odbiegał kolorystycznie. Kiedy przesyłka dotarła, a przyszło mi na nią czekać ponad dwa tygodnie, porównywałam w kiepskim świetle grudniowym, przy sztucznym oświetleniu i w pokoju, i w kuchni - przy świetle każdej posiadanej żarówki i wyszło mi na to, że nawet w okularach nie jestem w stanie dopatrzeć się różnicy. Cud!




Skończyłam sweter. Okazało się, że rękawy nieco przykrótkie. Przedłużyłam. Teraz są ok. Mogłyby być nieco dłuższe, tak chowające palce, ale musiałabym dokupić kolejny motek, więc już takie zostaną. 

Dziergało się przyjemnie i dość szybko bo na drutach 5 mm (ściągacze i plisy na drutach 4 mm).

Dość szybko trafiła się okazja na zdjęcia, podczas wyjazdu nad ocean na początku stycznia. Pogoda wprawdzie była beznadziejna, ale i tak tło lepsze niż styczniowy ogródek za domem. Poświęciłam się nawet i ustawiłam się do zdjęcia w deszczu ale za to z oceanem w tle.




Zdjęcia tym razem robił syn. Potem te zdjęcia "nabierały mocy" na twardym dysku aż do dzisiaj.

Mieliśmy kilka fal zimna, nie takiego jak w Polsce, bardziej odpowiednie dla naszego położenia geograficznego, i w te dni właśnie sweter sprawdza się fantastycznie. Jest mi w nim cieplutko i przytulnie. Jedyne zastrzeżenie jakie mam to że włóczka się dość mocno mechaci, mocnej niż inne włóczki. 

Sweter zgłaszam do zabawy u Anetty:



Sweter stworzony z sercem, na fali wspomnień "utraconej miłości", ciepły, zimowy - wydaje mi się, że taka interpretacja wpisuje się w lutowe wytyczne. 🧶

czwartek, 19 lutego 2026

💖 Prezent walentynkowy

W walentynki wybrałyśmy się razem z Emilią na zakupy spożywcze. Zazwyczaj jadę do sklepu w czasie treningu Emilii na tym bardziej oddalonym od domu basenie, ale córcia stwierdziła, że w lutym musi sobie zrobić przerwę od pływania więc w tym miesiącu jeździmy na zakupy razem. Tym sposobem Emilia może sobie wybrać to co będzie jadła a w tej kwestii mamy bardzo odmienne upodobania.

Emilia wkładała do wózka swoje ulubione produkty, ja swoje. Dołożyłam woreczek migdałów w czekoladzie z komentarzem To mój prezent walentynkowy dla Ciebie. Emilia bardzo się ucieszyła bo migdały w czekoladzie uwielbia. 

Po powrocie do domu i wypakowaniu zakupów Emilia szukała czegoś w spiżarce i doszła do wniosku, nie bez racji, że straszny tam bałagan. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie skończyło się na krytyce - córka stwierdziła, że zrobi w spiżarce porządek!

Najpierw wszystko ze spiżarki powyciągała, układając na stole, a kiedy zabrakło na nim miejsca, na krzesłach i na podłodze. 




W tym momencie wycofałam się z kuchni, zaszyłam się w najbardziej oddalonym od spiżarki miejscu czyli w sypialni, i zabrałam się za kojącą nerwy czynność - robienie na drutach.

Nie wiem ile czasu minęło, ale w końcu Emilia oświadczyła że skończyła.

Kiedy przyszłam do kuchni, nie tylko wszystko w spiżarce było pięknie uporządkowane, ale i sama kuchnia, zwłaszcza w okolicach spiżarki, też, bo jak Emilia stwierdziła, trochę się nabrudziło przy tym sprzątaniu.




Emilia objaśniła mi co gdzie teraz jest  i na czym opiera się nowy system przechowywania zapasów w spiżarce. Te same produkty, które zajmowały kilka pojemników, przesypała do jednego, przeterminowane - wyrzuciła, półki wymiotła i wymyła. Swoje objaśnienia zakończyła stwierdzeniem To mój prezent walentynkowy dla Ciebie. 💖

niedziela, 15 lutego 2026

Rocznica

 Dzisiaj przypada 25 rocznica śmierci mojej mamy.

Wspomnienia i stare zdjęcia.




niedziela, 8 lutego 2026

Grypa i styczniowy wyjazd nad ocean

Tak jak rok temu, w pierwszą lutową niedzielę, wylądowałam z Emilią w przychodni - na szczęście mamy jedną pediatryczną otwartą w sobotę i niedzielę. Emilia czuła się kiepsko już w piątek ale w kolejne dni było coraz gorzej i nie wyglądało to na zwykłe przeziębienie. 

Pielęgniarka zaordynowała test jeszcze zanim do gabinetu dotarła lekarka a 20 minut później był już wynik - grypa! Cały zeszły tydzień dziecko spędziło w domu, w łóżku. Co ciekawe, ja się od niej nie zaraziłam (a rok temu rozłożyło mnie na amen).

Tak więc zeszły weekend, mimo że piękny i słoneczny, spędziłyśmy w domu, a ten - też, bo leje jak z cebra.

Wracamy więc do jeszcze styczniowego wyjazdu nad ocean, na który zabrałyśmy ze sobą koleżankę Emilii. Kiedy dotarłyśmy na parking, ocean wyglądał tak.


Carl G. Washburne Memorial State Park Day Use Area


Ale zamiast na plażę, najpierw poszłyśmy na spacer naszym ulubionym nadmorskim szlakiem.


China Creek Trail

China Creek Trail

China Creek Trail


Karina jeszcze tam z nami nie była i odkrywała nam już znane miejsca z ogromnym entuzjazmem. 

Na jednym z mostków zatrzymałyśmy się na nieco dłużej bo dziewczyny postanowiły zagrać w Misie-Patysie. Nie mogły znaleźć suchych patyków a mokre natychmiast szły na dno, więc zamiast patyków, ścigały się liście.

Nie obeszło się bez wspięcia się na ulubione drzewo w pobliżu plaży. Dziewczynom tak się na nim spodobało, że chyba byśmy tam zostały do nocy gdyby nie nadciągnęły inne dzieci, młodsze od moich trzynastolatek, i zaczęły tęsknym wzrokiem spoglądać na drzewo, więc dziewczyny zeszły, zwalniając najniższe gałęzie.

Na plażę dotarłyśmy około trzeciej po południu, w najcieplejszej porze dnia. 

Ja ucięłam sobie drzemkę na nagrzanym piasku, dziewczyny pobiegły nad wodę.


Hobbit Breach


Kiedy już się wybawiły, do samochodu wróciłyśmy plażą.

Potem zatrzymałam się jeszcze kilka razy na chwilę przy drodze żeby zrobić zdjęcia bo rzadko zdarza się by nad naszym oceanem pogoda była tak cudowna.


Heceta Beach

Heceta Head Lighthouse



Na koniec zatrzymałyśmy się w sklepie by kupić coś do zjedzenie bo dziewczyny bardzo zgłodniały. Ponieważ Karina jest na diecie bezglutenowej z racji podejrzewanej celiakii, a Emilia postanowiła dostosować się do koleżanki, stanęło na smażonych ćwiartkach ziemniaków oraz sushi. Takie ciekawe kulinarne połączenie kultur. 

Zakupy zabrałyśmy do zjedzenia w samochodzie w drodze powrotnej bo już zapadał zmrok a do domu jeszcze było tak półtorej godziny jazdy. Po zjedzeniu, zmęczone spacerem, zabawą na plaży, z pełnymi żołądkami, dziewczyny zasnęły.