środa, 24 maja 2023

Orliki

Wybrałam się dzisiaj w odwiedziny do koleżanki, która co roku zaopatruje mnie w rozsadę pomidorów. Zawsze staram się jej odwdzięczyć, choć nie jest to łatwe, ponieważ koleżanka mieszka za miastem i jelenie traktują jej ogród jak prywatną jadłodajnię. Niektórych roślin już nie sadzi, ale okazuje się, że orlików jelenie jej nie zjadają. Nie wiem, czy to dlatego, że nie gustują w tych roślinach czy może dlatego, że mają spory wybór smaczniejszych opcji. Posłałam koleżance zdjęcia wszystkich moich orlików z zapytaniem, które jej się podobają, i dzisiaj jej zawiozłam te, które wskazała (dwa ostatnie). 









Do orlików dołączyłam mój mały eksperyment ogrodniczy — rozsadę papryki, ale o tym będzie kiedy indziej.

Na koniec zdjęcie mojej małej suszarni. 


Wiosna to dobra pora na zbiór i suszenie liści na zimowe lecznicze herbatki. 
Na zdjęciu widać liście czarnego bzu, borówki amerykańskiej, mięty, i czarnej porzeczki. Czarny bez, posadzony dwa lata temu, podrósł już na tyle, że można rwać liście i nie widać by ubyło na krzaku. W zeszłym roku zbiór był mniejszy i susz skończył się w połowie zimy. Mam nadzieję, że na kolejną zimę będziemy lepiej zaopatrzeni.

niedziela, 21 maja 2023

Wiosenne kwiaty, a rabatka - skończona

Wiosna tak szybko mija! W panującym upale kwiaty momentalnie przekwitają. 

Dzisiaj kilka fotek tego, co już przeminęło.
Biały powojnik zawsze kwitnie jako pierwszy, dopiero po nim kwitnie powojnik purpurowy i fioletowy.









I jeszcze zdjęcie na dom z ulicy.


Zakończyłam prace nad nową rabatką pod oknem kuchennym. Jeszcze miesiąc temu rosła tam trawa jak na zdjęciu poniżej. 


Jednego dnia zerwałam połowę darni i wyglądało to tak:


Wczoraj dokończyłam. Zerwałam resztę darni, naniosłam ziemi, rozmieściłam cebulki, zasypałam ziemią. 


Przydałoby się posypać trocinami albo korą, ale to może poczekać. O tej porze roku jest wiele pilniejszych prac w ogródku. Teraz pozostaje mi cierpliwie czekać do przyszłej wiosny, kiedy pijąc w kuchni poranną kawę będę mogła kontemplować piękno przebiśniegów, hiacyntów, różowych tulipanów oraz białych i różowych dzwonków.

Wykluł się już kolejny pomysł rabatkowy, także związany z usuwaniem części trawnika, ale w jego miejsce mam zamiar przesadzić irysy, piwonie, i jeszcze kilka innych roślin, których nazw dzisiaj nie znam albo nie pamiętam.

środa, 17 maja 2023

Kocyk w kolorach klubowych



Kolejny kocyk dla bobaska. Kiedy zaczynałam go robić, nie znałam jeszcze płci dziecka. Teraz już wiem, że to chłopczyk. Mama, imienniczka Emilii, jest trenerką w klubie moich dzieci. Przemiła, jak i pozostali trenerzy, wszyscy ją lubią. Bardzo często zabiera na treningi swojego pierworodnego, obecnie dwulatka — klubową maskotkę. 



Włóczka czekała jakiś czas na transformację z motków w kocyk. Kolejne pomysły przewidywały kocyk, sweter dla mnie, i taki przez głowę i taki rozpinany, wszystkie takie w kategorii "a może by". Kiedy dowiedziałam się, że Coach Emily jest w ciąży, wiedziałam, że zrobię dla niej kocyk z właśnie tej włóczki, niezależnie od tego, czy będzie to dziewczynka, czy chłopczyk. Kolorystyka wpisuje się bowiem w to, z czym Coach Emily mi się kolarzy: zielony kolor klubowy i woda. Ze wzorem nie było kłopotu — od jakiegoś czasu fascynuje mnie splot tkany, a prezentuje się on szczególnie dobrze w projektach wielokolorowych. 



Uważałam bardzo, żeby nie pomylić kolejności motków, choć nie wiem, czy ktoś i tak wypatrzyłby nieregularność w kolorystycznej mozaice. Przyznam, że trochę się bałam czy po praniu pochowane końcówki nie wyplączą się i nie będą widoczne, ale na szczęście tak się nie stało. A było tych końcówek sporo — po każdym rządku nitkę się odcina, więc końcówkę trzeba schować po obu stronach, i na początku i na końcu. Chowałam niteczki na bieżąco, zaraz po zmianie koloru, pod oczkami tego następnego koloru. Na koniec cały kocyk obrzuciłam kolorem białym i wykończyłam oczkami rakowymi. 



Na szczęście włóczki, przygarniętej na wyprzedaży, wystarczyło na kocyk o wymiarach 80 × 95 cm. Zostały mi tylko końcóweczki w poszczególnych kolorach. Trochę się bałam, że mi włóczki zabraknie, bo wydaje mi się, że to dość włóczkożerny wzór. Może gdybym robiła luźniej, na grubszym szydełku, ale nie chciałam, żeby kocyk był zbyt przewiewny. Wszystko dobrze się ułożyło, więc chyba tak miało być. Kocyk bardzo mi się podoba. Mam ochotę zrobić jeszcze jeden tym splotem.



Kocyk zgłaszam do zabawy Link Party na blogu u Reni:



Kocyk zgłaszam też do majowej odsłony zabawy u Splocika „Rękodzieło i przysłowia albo....”




Skoro kocyk to prezent dla przyszłej mamy, może uda się go podciągnąć pod cytat  Melchiora Wańkowicza:

"Mama to miękkie ręce. Mama to melodyjny głos, to chuchanie na uderzone miejsce. Mama to samo dobro i sama przyjemność. Coś, co dobrze jest mieć w każdej chwili życia koło siebie, dookoła siebie, gdzieś na horyzoncie."


niedziela, 14 maja 2023

Dzień Matki

Dzisiaj obchodzimy w USA Dzień Matki. W tym roku Emilia wzięła sprawy w swoje prawie jedenastoletnie ręce i dzięki temu dostałam najwspanialszy prezent, jaki sobie mogłam wymarzyć. 

Skrajność do drugie imię mojej córki. Potrafi mnie czasem tak wkurzyć, że . . . no . .. . może nie będę kończyć . . . ale jak nikt inny wie też, co sprawi mi przyjemność. Ponieważ zna też dość dobrze swojego brata, po prostu wyznaczyła mu dzień i godzinę, kiedy to razem pojechali po prezent dla mamy. 

Emilia zarządziła co, Krzysiek gdzie. Od obojga dostałam po donicy z kwiatami do zawieszenia. Tę od Emilii powiesiłam przed domem, tak, że widzę ją przez okno kuchenne, tę od Krzyśka, za domem, w ulubionym miejscu popołudniowego letniego odpoczynku. 







Jak już zawiesiłam obie doniczki, zasiedliśmy do podwieczorku z okazji Dnia Matki: tiramisu, lody, i truskawki. Do lodów chciała się podłączyć Kicia, truskawki i tiramisu nie zainteresowały jej.




czwartek, 11 maja 2023

Wiosna w Golden Gardens



Dość regularnie wracamy do parku Golden Gardens. Lubimy te stawy z kaczkami, żółwiami, ptactwem, żerowiskami bobrów, a nawet z pieskami i wędkarzami. Jak mój bardzo zajęty nastoletni syn ma inne pilne zajęcia (zawody lub turnieje), zabieram Emilię i jej koleżankę, Kennedy. Nasz ostatni wypad właśnie w tym składzie udał się bardzo, mimo że złapał nas deszcz i to dwa razy. 

Za pierwszym razem przeczekaliśmy w zielonym szałasie, pod naturalnym sklepieniem z liści. Dziewczyny miały niesamowitą radochę, bawiąc się w tym "domku". A hitem okazał się prysznic — wystarczyło potrząsnąć nieco gałęziami. 

Po piętnastu minutach przestało padać, więc wyciągnęłam dziewczyny z krzaków na hasło, że widzę kolejne pieski. Nie skłamałam, akurat pojawiły się na horyzoncie. Dobrze, bo bez takiej przynęty siedziałybyśmy w tych krzakach do wieczora. Nie miałam przy sobie żadnej książki, a z takich zabaw w domek wyrosłam już kilka dekad temu. 

Piesków łasych na głaskanie było sporo, jeden nawet postanowił opuścić swojego właściciela i udać się z nami, ale ją (bo to była roczna suczka) odprowadziłam do właściciela. 




Jak tylko wyszło słońce, z wody wychodziły na kłody drewna żółwie i wygrzewały się, wystawiając główki do słońca. Towarzystwa dotrzymywały im kaczki. Ale największą niespodzianką okazały się gęsi z przychówkiem.


Słodkie maleństwa! Ochom i achom nie było końca. 




Złapał ns sdeszcz ponownie i akurat tym razem nie było się gdzie schować. Do zielonego domku było mniej więcej tak daleko, jak do samochodu, więc wybrałam tę drugą opcję (choć dziewczyny namawiały na powrót w krzaki). Zmokłyśmy, ale nie do suchej nitki. Po powrocie do domu dziewczyny nawet nie przebrały się (ja tak) - zgłodniały na spacerze, więc natychmiast zabrały się za robienie precli. Nawet niezłe im wyszły.


poniedziałek, 8 maja 2023

I po tulipanach

Kwietniowe lato trwało krótko, kilka dni, ale i to wystarczyło by zaszkodzić wczesnowiosennym kwiatom, które tak wysokich temperatur nie lubią. 
Trzy dni i po tulipanach. Zostały zdjęcia na pamiątkę i otarcie łez. I czekanie do kolejnej wiosny. 







Z pierwszym dniem maja ochłodziło się, wróciły przelotne opady, czyli zrobiła się taka bardziej typowa wiosna. Bywają dni tak chłodne, że włączam na kilka godzin ogrzewanie. 



Zakwitły bzy, rododendrony, dereń, ale jeszcze nie zdążyłam zrobić zdjęć. Za to wykopałam różowe tulipany oraz białe i różowe dzwonki, ponieważ mam zamiar urządzić pod oknem kuchennym różową wiosenną rabatkę. Będą na niej przebiśniegi, tulipany, dzwonki, i hiacynty — różowe i białe, tylko hiacynty także niebieskie. Do tej pory w tym miejscu rosła trawa, którą trzeba zedrzeć, nawieźć ziemi i będzie można sadzić. 


W miniony weekend skopałam część trawy, nawiozłam w jej miejsce ziemi. Do tego celu wykorzystałam starą ziemię z grządek warzywnych za domem. 



Myślę, że tak z 30% pracy związanej z tą rabatą wykonałam. Na więcej nie miałam siły, a wkrótce po tym jak odtrąbiłam fajrant, zaczęło padać, i to tak porządnie. Następnym razem spróbuję usunąć resztę trawy—to wymaga największego nakładu pracy i sił. Potem tylko zostaje nawiezienie ziemi, też męczące, ale nie tak jak zrywanie darni. A na koniec najprzyjemniejsze, czyli sadzenie cebulek.
 
Planów co do zmian w ogródku mam więcej, ale dostosowuję je do swoich możliwości. W tym roku — rabatka pod oknem kuchennym.

piątek, 5 maja 2023

Wokół Mt. Pisgah

W ciągu tygodnia z zimy zrobiło się lato. Mimo że łydki porażały bladością, włożyłam krótkie spodenki, bo nawet dla mnie było za gorąco na długie spodnie. 

Kwietniowe lato trwało tylko kilka dni — na tyle długo by przekwitły tulipany, którym wysoka temperatura nie sprzyja. Fala ciepła zahaczyła o weekend. W sobotę było jeszcze gorąco a w niedzielę już na powrót wiosennie. 



Wybraliśmy się na wycieczkę. Żadnego wdrapywania się górę, nie w takim upale, po zimie, kiedy organizmy nieprzyzwyczajone do ciepła. Poszliśmy znaną nam już trasą wokół Mt. Pisgah. 



Jednak trochę pod górę było, i z góry też, ale że nie wchodziliśmy na sam szczyt, to nie było tak źle, choć umęczyliśmy się okrutnie, ale to z racji temperatury i wysokiej wilgotności powietrza. Okazało się, że przeszliśmy ponad 11 kilomentrów!



Wiosna taka soczyście zielona, ukwiecona, napatrzeć się nie mogłam. Wybrana przez nas trasa nie cieszy się zbytnią popularnością, mało ludzi co bardzo nam odpowiadało.



wtorek, 2 maja 2023

Wymiana kranu

Zaczęło kapać z kranu w kuchni. Nie bardzo, kropelka po kropelce, ale na tyle, by to zauważyć, a także na tyle, żeby to nieustanne kapanie zaczęło drażnić i mnie i Krzyśka. (Emilii jakoś nie przeszkadzało.)

Kap, kap, kap, kap, kap, kap, kap, kap, kap. 

W ciągu dnia kapanie gubiło się wśród innych hałasów, ale wieczorem, kiedy robiło się cicho, nie dało się nie zauważyć. W nocy zamykaliśmy drzwi nie tylko do kuchni, ale jeszcze do sypialni. W końcu mocno rozdrażniona tak docisnęłam kurek, że złamałam coś tam w środku, kurek zaczął się kręcić wokół i trzeba było zakręcić dopływ zimnej wody. I wtedy okazało się, że to kurek od ciepłej wody jest nieszczelny, a nie od zimnej. Dobrze, że mamy pod zlewem dwa zawory — osobny do ciepłej i osobny do zimnej wody.

Dopiero w sobotę udało mi się pojechać do sklepu po wkład na wymianę. 

Kiedyś wymieniałam taki wkład w łazience, więc wiedziałam jak się do tego zabrać. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Ściągnęłam kurek, zrobiłam zdjęcie wkładu, całego kranu z widoczną nazwą marki i pojechałam do sklepu. Samego wkładu nie dałam rady nawet obluzować, tak się zaczopował, że nawet Krzysiek nie dał rady go wymontować, ale stwierdziłam, że tym problemem zajmę się później. 

W sklepie pan uprzejmie mnie poinformował, że najlepiej jakbym cały kran wymontowała i z nim przyjechała, bo inaczej to on nie może ze stuprocentową pewnością dobrać odpowiedniego wkładu, bo nazwa marki nie wystarczy. Jest kilka rodzajów kranów tej marki z różnymi rodzajami wkładów. A żeby było zabawniej, to kilka lat temu firma zmieniała wkłady zostawiając tę samą nazwę modeli, więc nawet jak opis głosi, że to wkład do tego modelu, to może się okazać, że nie będzie pasować. A poza tym to panu się wydawało, że wkładu, który chyba by pasował, akurat nie mieli, ale polecił mi sklep konkurencji. 

Nie zastanowiłam się zbyt długo. Jak sobie pomyślałam, że mam jechać do domu, wymontować kran, a potem jeździć z tym kranem od sklepu do sklepu w poszukiwaniu wkładu to podeszłam do innej półki kilka kroków dalej i kupiłam nowy kran. Wybrałam taki najtańszy, na wypadek jak by mi coś nie wyszło z montażem, choć wydaje mi się, że kran jednak dość trudno zepsuć, ale nigdy nic nie wiadomo.

Zabawa zaczęła się po powrocie do domu. Jak już się wpasowałam w tę plątaninę rurek pod zlewem i dopasowałam odpowiedni klucz, nie dałam rady odkręcić wężyków doprowadzających wodę. Na szczęście Krzysio był w domu, więc poratował mnie swymi silnymi dłońmi. Krzysio jest większy, więc było mu jeszcze trudniej ułożyć się odpowiednio w szafce pod zlewem, ale dał chłopak radę. Jak wężyki doprowadzające wodę zostały odkręcone to już była bułka z masłem — dwie plastikowe nakrętki przytrzymujące kran od spodu — i kran zdemontowany. 
Zamontowanie nowego kranu zajęło tylko chwilę. Krzysio przejął pałeczkę, ja jedynie posprzątałam. Dobrze się chłopak spisał — nic nie cieknie. 
Przestał nas dręczyć odgłos kapiącej wody — jesteśmy przeszczęśliwi! (Jak to niewiele do szczęścia potrzeba.)