Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angielskie wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angielskie wakacje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 kwietnia 2019

Wielkanoc

Idą święta, dom zmienił wystrój. Najpierw na zewnątrz, tuż przy drzwiach wejściowych, zawisł wieniec okolicznościowy:


A potem przyszła kolej na pokój dzienny.


Jajek, zajęcy, kurczaczków i kwiatków - w bród!


Kolorowe plastikowe jajka, nadziane słodkościami, już czekają na wielkanocny Egg Hunt. Dzieci pomogły pochować łakocie, ale nie dobierają się do nich, cierpliwie czekając na niedzielę.


Na wystawkę, obok jaj, przykicało kila zajęcy, w przeróżnym stylu: haftowane (autorstwa dwóch hafciarek), metalowy, pluszowy i szklany (z czekoladkami w środku.)



A nad telewizorem, między innymi na antenie, zakwitły kwiaty.
Wesołych Świąt!

poniedziałek, 25 lutego 2019

Wtopa świstaka czyli zima pełną gębą zamiast wiosny

Ponieważ wczoraj wieczorem oglądałam relację z wręczenia Oskarów, przegapiłam wiadomości oraz prognozę pogody na dzisiaj. Dlatego zaskoczyła mnie poświata wlewająca się przez okno do pokoju o 4.30 nad ranem - bez podnoszenia głowy z poduszki oczywiste było, że spadł śnieg.


Ciekawość zwyciężyła, i nawet najbardziej zaspane oczęta nie mogły mylnie zinterpretować widoku za oknem.


Padał śnieg.


Musiał padać już od kilku godzin, bo wszystko pokrywała kilkunasto centymetrowa biała warstwa. Śnieg u nas jest równoznaczny z odwołaniem zajęć w szkołach. Czyli, że i ja zostaję w domu.


Zrobiłam kilka zdjęć, obejrzałam wiadomości. Okazało się, że jest gorzej niż wygląda - sporo zwalonych drzewa a w związku z tym zamkniętych ulic, a nawet dróg szybkiego ruchu. Zamknięte sądy, przychodnie lekarskie, wszystkie pozalekcyjne zajęcia odwołane zanim zaczęło świtać.


Dzieci, zaraz po śniadaniu wybiegły z domu i całe przedpołudnie spędziły bawiąc się na śniegu. Do domu wróciły kompletnie przemoczone - temperatura powyżej zera, więc śnieg jest mokry. A ponieważ napadało go ze 30 cm, to pod tym ciężarem zaczęły się uginać gałęzie i gałązki.


W związku z tym i ja wyszłam do ogródka, ale zamiast lepić bałwana, zaczęłam otrząsać ze śniegu krzak po krzaku, drzewko po drzewku.


Dla niektórych było już za późno - dereń przed domem ma dwie gałązki złamane, poturbowane są też kamelia, porzeczki i jagody.


Konary dębu niemal oparły się o linię zasilającą dom oraz kabel internetu.
A te gałęzie są zbyt wysoko bym mogła strząsnąć z nich choćby odrobinę śniegu.
Na szczęście przed południem przestało padać. Wiatr strącił nieco śniegu i gałęzie już nie zagrażają kablom, chyba, że się któraś złamie.


Popołudniu temperatura ma spaść poniżej zera, więc zalegający śnieg tak szybko nie stopnieje. Możliwe, że i jutro dzieci nie pójdą do szkoły - a ja do pracy.

sobota, 28 stycznia 2017

Angielskie wakacje: Sherborne Castle

Emilia przespała smacznie całą drogę z Shaftesbury do Sherborne Castle - kolejnego miejsca, w które zabrała nas Ciocia Myszka.

Sherborne Castle & Brown's Lake

Zazwyczaj po zaparkowaniu samochodu Emilia budzi się dość szybko, tym razem jednak widać była bardzo zmęczona bo nie przejawiała żadnych oznak zakończenia drzemki.

Sherborne Castle & Brown's Lake

Ciocia Myszka zaproponowała, że zostanie z Emilią na parkingu a ja z Krzysiem poszliśmy zwiedzać szesnastowieczny zamek, który od 400 lat pozostaje w rękach tej samej rodziny.


Sherborne Castle

Ponieważ podczas tej wycieczki zdjęcia robiła swoim smartfonem koleżanka, został on z właścicielką w samochodzie i z samego zamku żadnych zdjęć nie mamy.

W sklepiku z pamiątkami Krzyś wybrał sobie replikę łuku - z drewna i sznurka. (Łuk był fajowy, ale nie zmieścił się do walizki a obawiałam się, że jako bagaż podręczny może sprawić nam trochę kłopotów na lotnisku, więc nie przywieźliśmy go ze sobą do domu.)

Kiedy w końcu Emilia obudziła się, po krótkim posiłku na trawie przy samochodzie (parking na łące) wybraliśmy się na spacer wokół jeziorka Brown Lake.

Najpierw nakarmiliśmy kaczki.


Koleżanka zaopatrzyła nas w chleb a do tego spory woreczek z nasionami specjalnie przeznaczonymi dla kaczek więc i ptactwo i my mieliśmy sporą radochę.


A potem poszliśmy alejką wzdłuż jeziora.


W końcu doszliśmy do ruin starego zamku Sherborne z XII wieku.

Old Sherborne Castle

Niestety okazało się, że od strony posiadłości nie można dostać się na teren z ruinami, trzeba by dojechać od drugiej strony. Ruiny nie stanowią części posiadłości rodziny Wingfield Digby i pozostają pod opieką English Heritage, organizacji pozarządowej opiekującej się zabytkami budownictwa w Anglii należącymi do zbioru dziedzictwa narodowego.

Krzysiowi to się nie spodobało i wpadł w bardzo zły nastój. Usiłował nawet zastrzelić mnie z łuku jakby to była moja wina, że nie mógł poszaleć z duchami w ruinach starego zamku!


Obejrzeliśmy ruiny z daleka, a po krótkim spacerze dotarliśmy do udawanych ruin, wybudowanych przy trasie wokół jeziora celowo, by dodać miejscu nastroju.


W końcu dziecku humor się poprawił kiedy znalazł nowy obiekt do wspinania - pusty pień ogromnego drzewa.


Miejsce stworzone do relaksu, z pięknym widokiem na zamek po drugiej stronie jeziora i cudnie przystrzyżonym trawnikiem, więc zabawiliśmy nieco dłużej, ciesząc się pięknem otoczenia i dając odpocząć znużonym nogom, zwłaszcza tym najmniejszym stópkom.

wtorek, 24 stycznia 2017

Angielskie wakacje: Shaftesbury

Czas chorowania nam nastał.
Jak zaczęło się tuż po Bożym Narodzeniu, tak do teraz ciągle ktoś u nas niedomaga, a idzie po kolei od najstarszego. Aktualnie Krzyś przechodzi krup. Pogoda też nieciekawa, albo zimno, albo leje i w zasadzie nic ciekawego się nie dzieje, więc czas uciec we wspomnienia. Już dawno nie pisałam o naszych angielskich wakacjach, a jeszcze kapkę zostało do ocalenia od zapomnienia.

8 sierpnia 2014 roku, środa.
Koleżanka, znana jako Ciocia Myszka, zabrała nas na kolejną wycieczkę.

Najpierw pojechaliśmy do Shaftesbury.
Niewielkie, bardzo stare (jak to w Anglii) miasteczko w Dorset, a w nim  słynna Gold Hill - stroma wybrukowana uliczka ze szczytu której roztacza się widok określany jako "najbardziej romantyczny widok w Anglii."

Gold Hill, Shaftesbury, Dorset, UK

Widoczek ten często wykorzystywany jest w kalendarzach, puzzlach, reklamach a nawet znalazł się na okładce książki J.K. Rowling The Casual Vacancy (KLIK) - choć akurat polskie wydanie ("Trafny wybór") ma inną okładkę.

Uliczka malownicza to i nie dziwi, że wykorzystywano ją w filmach (m.in. w "Z dala od zgiełku" z 1967 roku) oraz reklamach (reklama chleba Hovis w reżyserii Ridley'a Scotta z Dziewiątą Symfonią Dvoraka, uznana za ulubioną reklamę Brytyjczyków wszechczasów - KLIK). Zdjęcie z bochenkiem chleba Hovis też mamy:


U szczytu uliczki znajduje się niewielkie muzeum Gold Hill Museum (KLIK), w którym zebrano eksponaty związane z historią Shaftesbury i okolic.
Emilii w oko wpadła stara maszyna do pisania, a że można było z niej skorzystać, białe kartki leżące obok wkrótce zapełniły się literkami.


Tuż przy wejściu zebrano także kilka dzwonów kościelnych. Dzwony te nie były zbyt duże, można było sprawdzić jaki wydawały dźwięk używając specjalnych młotków leżących obok. Moim dzieciom to sprawdzanie szalenie się spodobało ale kiedy w końcu zaczęłam je odganiać bo się bałam, że ktoś z obsługi zwróci mi uwagę, że nieco przeginamy, dostaliśmy od pracownika muzeum pozwolenie na zabawę tak długo jak nam się podoba. Dzieci były zachwycone!

W Shaftesbury jest jeszcze drugie muzeum Shaftesbury Abbey Museum (KLIK) mieszczące się na terenie opactwa i tegoż opactwa historii poświęcone.


Tuż obok budynku muzeum można obejrzeć ruiny opactwa a także pospacerować po ogrodzie ziołowym. Niestety nie dane nam było już tych miejsc zobaczyć na własne oczy bo nadeszła pora drzemki Emilii i choć byliśmy już po drzwiami muzeum, zdecydowaliśmy, że zwiedzanie ze zmęczonym marudnym dzieckiem nie ma sensu i wróciliśmy do samochodu.
Emilia przespała smacznie podróż w kolejne miejsce.


niedziela, 17 kwietnia 2016

Angielskie wakacje: plac zabaw w Christchurch

Podczas naszego spaceru po Christchurch z ciocią Myszką, nie obeszło się bez zabawy na placu zabaw - tym samym, na którym dzieci już się wcześniej bawiły przy okazji pluskania w Quomps Splash Park (wpis tutaj: KLIK).

W tle wieża kościoła Chrisctchurch Priory





W końcu zrobiło się chłodno a i chmury zaczęły grozić prysznicem, więc trzeba było się zbierać.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w sklepie na małe zakupy a potem koleżanka zabrała nas do siebie na kolację. Dzieci nie bardzo były zainteresowane jedzeniem - ich uwagę przykuła inna atrakcja: świnki morskie, którymi opiekowała się podczas nieobecności właścicielki współlokatorka koleżanki.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Angielskie wakacje: Convent Walk (Christchurch)

Spod ruin zamku przenieśliśmy się nad strumień Mill Stream, podziwiając kolejne ruiny, tym razem ruiny Constable's House wybudowanego około roku 1160.

Constable's House, Christchurch

Ciekawostkę stanowi komin - jeden z pięciu oryginalnych kominów normańskich jakie się do tej pory zachowały w Anglii.

Nad strumieniem rozłożyliśmy się na trawie, wydobyliśmy pokaźny worek z karmą dla ptactwa i oddaliśmy się relaksującej czynności karmienia kaczek.

Mill Stream, Christchurch

Krzyś nie przepuścił drzewu, którego konary tak zachęcająco rozkładały się nad wodą.


Wzdłuż strumienia Mill Stream prowadzi alejka spacerowa Convent Walk, którą wybudowano w roku 1911 dla upamiętnienia koronacji króla Jerzego V (KLIK).

Convent Walk, Christchurch

Spoza zieleni wyłania się kościół Christchurch Priory, wcześniej widziany ze szczytu wzgórza zamkowego.

Christchurch Priory Church

I tak oto doszliśmy do Christchurch Quay (KLIK), gdzie zamiast podziwiać zacumowane łódki i jachty, rozsiedliśmy się na ławce i ponownie karmiliśmy ptactwo, tym razem oprócz kaczek także i łabędzie.


A kiedy te ostatnie zaczęły się nam naprzykrzać, Krzysiek wziął się przeganianie ich - szalenie mu się ta zabawa spodobała.

Christchurch Quay

Pióra, które Krzysiek trzyma w dłoniach, leżały na trawie - nie wyrwał ich ptakom!

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Angielskie wakacje: zdybani w Christchurch

Bywają takie dni, kiedy nic nie wychodzi, od samego rana się nie układa, i chcemy, aby taki dzień jak najszybciej przeminął. I mi taki się trafił podczas naszych angielskich wakacji.

Podczas porannego spaceru z dziećmi na plac zabaw i na plażę, chciałam uzupełnić zasób gotówki, wymieniając dolary na funty.

Pani w okienku na poczcie, obejrzawszy stu dolarowy banknot, powiadomiła mnie, że nie wolno im wymieniać tak wysokich nominałów. Co ciekawe, jeszcze kilka dni wcześniej wolno im było, ale wtedy w okienku rezydowała inna pani.

Na tej samej poczcie, ale przy zwykłej kasie, nie mogłam zapłacić za zakupy, ponieważ moja karta kredytowa nie miała czipa.

Obok poczty - bank, a w bankowym okienku, pan.
Pan obwieścił, że walutę wymieniają tylko osobom posiadającym w tymże banku konto. Jak łatwo się domyślić, ja nie zaliczałam się do grona posiadaczy konta w tejże instytucji, więc znowu odeszłam z kwitkiem.

Wstąpiłam jeszcze do sklepu obok, w którym, mimo braku czipa, nigdy nie było problemu z płatnością - i tym razem obeszło się bez przykrych niespodzianek, ale humor mi się skwasił na resztę dnia.

I w takim podłym nastroju spotkałam się z koleżanką, która miała nas zabrać tego dnia do Christchurch.

Wyżaliłam się jej z porannych niepowodzeń na poczcie i w banku, na co koleżanka wzięła te moje nieszczęsne studolarówka i dokładnie w tym samym banku, w którym ja rano zostałam odesłana z kwitkiem, wymieniła mi je na funty.

Potem, w celu radykalnej poprawy nastroju, zabrała nas na kawę/gorącą czekoladę - wiadomo kto pił kawę a kto napoje mleczne.


Remedium zadziałało, dobry humor i uśmiech powróciły, i mogliśmy się udać na spacer po Christchurch. Nastroje poprawiły się nam jeszcze bardziej, kiedy sami, z własnej nieprzymuszonej woli, daliśmy się zakuć w dyby, na które natknęliśmy się po drodze. I do tego jeszcze pozwoliliśmy na uwiecznienie aparatem (a w zasadzie komórką) naszej hańby.


Emilia załapała się też na zdjęcie w dybach, ale z racji wzrostu, głowa jej nie wystawała ponad deski, więc zdjęcie już nie tak fajne.

Wdrapaliśmy się za wzgórze, na którym kiedyś stał zamek (Christchurch Castle), a obecnie można sobie pooglądać jego ruiny. Na zdjęciu poniżej, za nami widać kościół Christchurch Priory, wybudowany w połowie jedenastego wieku w miejscu starszego kościoła, datowanego na rok 800.


w tle: Christchurch Priory Church

Ruiny Christchurch Castle

Na murach zamkowych można także popróbować swoich sił w wspinaczce:

Wspinaczka zamkowa.
Obeszło się bez poobdzieranych kolan, ze wzgórza udało mi się sprowadzić Emilię na dół bez przeszkód, mimo wielu wielu stopni.

środa, 6 kwietnia 2016

Angielskie wakacje: Paultons Park

Paultons Park (KLIK) to wesołe miasteczko, do którego zabrali nas brat z bratową podczas naszych angielskich wakacji. Atrakcji, jak to w parku rozrywki, bez liku. (Tutaj mapa parku: KLIK.) Zaliczyliśmy kilka karuzel i innych mniej lub bardziej strasznych kręciołków - dobór rozrywek determinował wiek oraz poziom odwagi (w moim przypadku bardzo niski).




Po tej rozgrzewce udaliśmy się do mekki fanów świnki Peppy, Peppa Pig World (KLIK), gdzie motywem przewodnim wszystkich atrakcji jest nie kto inny a świnka Peppa właśnie w swoim małym świnkowym świecie. Świat mały, tłumy dzikie, kolejki tasiemcowe. Odstaliśmy swoje do nawodnej karuzeli, ale resztę atrakcji w tej części parku odpuściliśmy sobie - szkoda nam było dnia na czekanie w kolejkach.



Po tym bezczynnym czekaniu, dziewczynki pozbyły się nadmiaru nagromadzonej energii na placu zabaw.


W tym czasie chłopaki, czyli Krzyś z wujkiem, skorzystali z mega zjeżdżalni, do której akurat nie było zbyt długiej kolejki - pół godziny później ogonek wił się przez wszystkie kondygnacje schodów i wzdłuż płotu ogradzającego zjeżdżalnię.


W końcu, zmęczona namiarem emocji, hałasem i upałem Emilia zastrajkowała, odstawiając pokazowy numer przemęczonego dziecka czyli rozdarła się straszliwie i długo nie udawało mi się jej uspokoić. Usiadłam w altance starając się ją utulić i uciszyć, a w tym czasie reszta rodziny przejechała się po terenie parku kolejką. Emilia zasnęła, a jej drzemkę Krzyś wykorzystał na poszukiwanie złota.


Zachodzę w głowę jak do tego doszło, że z Ameryki lecieliśmy taki kawał świata do Anglii, żeby dziecko mogło sobie wypłukać trochę bryłek "złota".
Z domu mamy wszak dużo bliżej do Klondike River.


W końcu przenieśliśmy się do innej, dużo spokojniejszej części parku. Pochodziliśmy nieco po ogrodach, pooglądaliśmy ptaki w terrariach, skorzystaliśmy z jeszcze kilku karuzel a nawet przejechaliśmy się małą kolejką górską, Cat-O-Pillar Coaster, na którą wpuszczali dzieci o wzroście powyżej 90 cm, więc Emilia się załapała.


Ja usiadłam w środku, dzieci po bokach. Kiedy kolejka ruszyła, Krzysiek wrzeszczał z radości i ekscytacji wprost do jednego ucha, Emilia darła się ze strachu do drugiego ucha. Porażona natężeniem decybeli nie byłam w stanie zdecydować się czy ja sama boję się czy mi się podoba. Zazwyczaj nie przepadam za kolejkami górskimi.

Przez cały dzień słońce raz mocno przygrzewało, raz chowało się za szarymi chmurami, ale dopiero kiedy opuszczaliśmy teren parku zaczęło padać.


Po powrocie do domu wpadłam w panikę zauważając na czole Krzyśka guza wielkości sporej śliwki. Nie było widać śladu ukąszenia, nie było też siniaka - nic nie sugerowało, że dziecko nabiło sobie guza, a wypukłość była ogromna. Natychmiast zalała mnie fala wizji najgorszych z możliwych (i niemożliwych) przyczyn, z nowotworem włącznie. Na szczęście do następnego rana guz zmniejszył się na tyle, że można było dojrzeć kropkę w miejscu ukąszenia, a że guz powoli ale stale się zmniejszał, nie poszliśmy w końcu do lekarza.

Do tej pory zastanawiam się co też mógł to być za owad, na jad którego wystąpiła aż tak mocna reakcja, bo na ukąszenia komarów, pszczół czy os, organizm Krzyśka aż tak nie reaguje. Na szczęście na strachu się skończyło.